Michael Jackson

Michael Jackson

czwartek, 6 października 2016

66.

Witam. :) Oto kolejny odcinek. I pojawia się problem. Na zapas została mi raptem jedna notka, jeszcze nie dokończona... a wszystko przez to, że teraz przyszła nauka. Więc teraz notki będą wstawiane jak się napiszą. Nie umiem powiedzieć dokładnie kiedy, ale będą na pewno. :) Zapraszam. :)




Donata


To zdarzenie miało na mnie ogromny i bez wątpienia negatywny wpływ. Ale starałam się nie dopatrywać się wszędzie na około jakiegoś niebezpieczeństwa, starałam się myślec pozytywnie o ile to było możliwe. Byłam też w lekkim szoku. Nie martwiłam się wcale tym co mi się przytrafiło, bałam się o Mike'a, który wciąż utrzymywał, że o niczym nie wie, nie ma pojecia o co mogło im chodzić, że to musiała być jakaś koszmarna pomyłka. Ale jednocześnie zapewnił mi najlepszą ochornę na jaką tylko było go stać. Nigdzie nie chodziłam sama. Najczęściej gdy chciałam gdzieś wyjsć wychodził ze mną przynajmniej jeden ochroniarz. Mike nawet nie chciał słyszeć o tym, bym gdziekolwiek wychodziła sama niż tylko do ogrodu. Ale nie narzekałam. Czułam się bezpiecznie.
Względnie, bo wciąż czułam, że coś się święci i to nie byle co. Czułam, że coś się stanie. Starałam się stłamsić w sobie te negatywne doznania, tłumacząc sobie, że to pewnie reakcja na to co mi się przytrafiło. Byłam w ciężkim szoku, kiedy dowieźli mnie do domu, nie wiedziałam nawet jak się tam znalazłam. To chyba była normalna reakcja, gorzej gdybym się tym kompletnie nie przejeła. To by znaczyło, że nie posiadam żadnego instynktu samozachowawczego. Nawet tego kopniętego jak go nazywał Mike.
Nie wiedziałam ile tam siedziałam od czasu jak zostawili mnie w spokoju, ale wspomnienia samego zdarzenia były straszne, przyprawiały mnie o mdłości, robiło mi sie słabo. Nie chciałam czuć tego na sobie... Chciałam to wszystko z siebie zmyć, pozbyć się tego, ale dwie godziny leżenia we wannie pełnej niemal parzącej wody niewiele pomogły. Tak naprawdę tylko jego dotyk mnie koił... Któregoś razu po prostu przyłożyłam sobie jego dłonie do mojego nagiego ciała...
Z boku wyglądało to pewnie dość komicznie, ale potrzebowałam tego. To było jak oczyszczenie. Od tamtego czasu Mike jakby bał się mnie dotykać, może myślał, że nie wiem, mam wstręt do tego po tym co się stało? Może przez jakiś czas tak właśnie było, ale tylko w stosunku do innych mężczyzn... On... Jego bliskosć mnie uspokajała. Dlatego denerwowałam się gdy mi uciekał. I dlatego wtedy właśnie to zrobiłam...
Wieczorem, kiedy już był w łózku, czytał tylko jakąś książkę. Coś co pachniało kodeksami prawnymi, ja nie miałam o tych rzeczach bladego pojęcia, nawet nie zaglądałam mu przez ramię... miałam na celu zrobić coś zupełnie innego... Po prostu po kąpieli wyszłam do sypialni kompletnie bez niczego, nie założyłam nawet podomki. Spojrzał na mnie i automatycznie jego oczy zrobiły sie wielkie jak cebule.
Stałam przed łóżkiem zakładając jedynie ręce na piersi i to wszystko. Z lekko zwieszoną głową milczałam, a on patrzył na mnie za pewne nie mając pojęcia o co mi chodzi. Jedyne czego wtedy chciałam to poczuć go blisko przy sobie. A on wciąż kiedy się do niego zbliżałam, uciekał.
- Brzydzisz się mnie czy co...? - zapytałam cicho na co jeszcze bardziej wywalił na mnie oczy. Na moment zaniemówił... a gdy się odezwał głos miał lekko drżący przepełniony ogromnym zaskoczeniem.
- Co? Myszko... jak możesz tak mówić... - odłożył tamtą książkę nawet nie zaznaczając sobie strony, po prostu zrzucił ją na ziemię po swojej stronie nie odrywając ode mnie swojego zszokowanego spojrzenia.
- No tak to wygląda. - mruknęłam wciąż zwieszając głowę i tak przed nim stojąc. Czułam jak policzki mi płoną, ale nie zmieniałam niczego, nie zasłaniałam się, zresztą nie wstydziłam się przed nim. - Od tamtego czasu trzymasz się ode mnie na dystans...
- To nie dlatego, że...! - a więc jednak, moje obserwacje były trafne. Poczułam jak coś zatyka mi gardło.
- Więc co?
- Dona... - wyszedł z łózka i podszedł do mnie łapiąc mnie za ramiona. Nie wyglądał teraz na takiego co to brzydzi się drugiego człowieka... - Nie bądź niemądra, prosze cię. - szepnął po czym przytulił mnie mocno, ale i tak wyczułam wahanie.
- Nawet teraz nie robisz tego tak jak zawsze.
- Bo się boję... Nie wiem na ile mogę sobie pozwolić, żebyś... nie poczuła się źle. Staram się nie zbliżać za bardzo... Nie wiem... Może sobie tego nie życzysz... po tamtym. - wytłumaczył. Spojrzałam na niego teraz samej robiąc wielkie oczy.
- Myślałeś, że boję się twojego dotyku?
- Tak mniej więcej. Widze jak odsuwasz się jak tylko ktoś koło ciebie stanie...
- No, TO może tak... - zgodziłam się. - Ale twojej bliskości bardzo potrzebuję. - wcisnęłam się w niego tak mocno jak tylko mogłam. Teraz już nie było żadnego wahania z jego strony. Objął mnie zaborczo zamykając w swoich ramionach. Tego właśnie potrzebowałam.
Po chwili odsunęłam się lekko i patrząc mu w oczy chwyciłam jego ręce i przyłożyłam sobie do ciała w okolicy talii. Miał ciepłe dłonie, cieszyłam się, że jest teraz ze mną w domu, nie biega tyle do studia. Podobno powiedział im, że nie pojawi się tam już do momentu rozpoczęcia trasy choćby mu wygrażali miliardowymi karami. Nie truli mu tyłka całe szczęście... Jakimś cudem dał radę się wyrobić, sama byłam pod wrażeniem i myślę, że on sam też.
Dwa dni temu nawet pojechał ze mną na zakupy. Zabrało się z nami dwóch ochroniarzy, Mike calą droge był niespokojny. Oglądał się patrząc kto za nami jedzie, a faceci rzucali sobie i jemu znaczące spojrzenia. Nie zastanawiałam sie już nawet nad tym. Ważne, że był przy mnie i trzymał mnie za rękę.
Dzisiaj rano z kolei zobaczyłam nasze wspólne zdjęcie na pierwszej stronie gazet. Hm. Jak się całowaliśmy. Ktoś palnął nam tą fotę akurat w momencie, kiedy pochylił się w moja stronę i mocno pocałował. Świetnie. Ale nawet się tym nie przejęłam. Ot, takie sytuacje będą teraz na porządku dziennym odkąd wyszło, że się ożenił. A teraz będzie jeszcze wiadomo z kim. Tylko Mike się tym przejął.
- Mike, daj spokój, przecież to i tak kiedyś by wyszło na jaw.
- Tak, wiem. Ale dlaczego musiało akurat dzisiaj? - jęczał patrząc w te gazety.
- A gdyby wyszło jutro to coś by zmieniło?
- Nie, nie wiele.
- No więc widzisz. Nie ważne, kiedy. Naprawdę. - przytuliłam się do niego, na co on tak jak zawsze ostatnimi czasy przycisnął mnie do siebie tak jakby już miał mnie nie zobaczyć. To też mnie zastanawiało, ale ile razy go o to nie zapytałam mówił, że po prostu się o mnie martwi. Uśmiechałam się wtedy i mówiłam, że nie musi aż tak, że wszystko ze mną w porządku. Wtedy on też się uśmiechał. Był naprawde kochany.
A wieczorem gdzieś wyszedł... Wychodził tak dość często, nie mówił gdzie. Kiedy go o to zapytałam powiedział, że musi pozałatwiać jeszcze kilka drobnych spraw, żebym się tym nie martwiła, bo nie ma już takiego nawału pracy, to drobiazgi i na pewno wróci do domu przed dziewiątą. Całował mnie w czoło i znikał... ale wracał tak jak obiecywał. Wieczory spędzaliśmy razem. Brakowało mi tego.
Potrafił mnie niesamowicie szybko uspokoić. Przez kilka dni śniły mi się koszmary całymi nocami, czuwał przy mnie, aż minęły. Kiedy budziłam się z krzykiem, wystarczyło, że wtuliłam się w niego i strach natychmiast odchodził. Był moja ostoją. Bez niego nie poradziłabym sobie z tym tak szybko. Na pewno nie.
Przynosił mi kwiaty, czekoladki, aż kiedys w żartach mu wytknęłam, że chce mnie utuczyć. Zaśmiał się tak pięknie. Po raz pierwszy tak naprawdę szczerze od dłuższego czasu. Przyjemnie było na to patrzeć. A potem gładził lekko palcami moje policzki i całował czule.
Ale mimo tego wszystkiego zauwazylam jak jest nerwowy. Oglądał się za siebie w mieście jakby się bał, że zaraz ktoś go zaatakuje tak jak stoi. Starałam się od niego wyciągnąć wszelkimi sposobami co się dzieje, ale odpowiedx była zawsze ta sama. Nic się nie dzieje. Więc w końcu odpuściłam w nadziei, że jak dojrzeje to sam mi powie. Bardzo chciałam by był znów taki radosny jak przedtem. Naprawdę.



Michael


To było straszne. Chodzić i wciąz oglądać się za siebie ze strachem, że cos zaraz znów się wydarzy. A czułem się obserwowany. Miałem wrażenie, że ci wariaci, psychole naprawdę znają każdy mój ruch. Nabrałem tego przeświadczenia właśnie po tym spotkaniu, na które mnie 'zaprosili'. Poszedłem tam, a jakże. Żeby było ciekawiej, nie powiedziałem o tym nikomu, po prostu, ubrałem się, powiedziałem Donie, że muszę wyjsć znowu załatwić jakieś drobne sprawy z płytą i niedługo do niej wrócę. I tak zrobiłem.
Nie było mnie może raptem ze dwie godziny, ale to były moje najgorsze dwie godziny w całym moim życiu. Nigdy wcześniej nie przeżyłem czegoś takiego i miałem nadzieję, że naprawdę uda mi się z tego wszystkiego w końcu jakoś wykaraskać. Miałem ochotę uciekać. Kiedy wyszedłem z tego całego spotkania byłem cały spocony, przerażony, dygotałem prawie na całym ciebie. Musiałem przez pół godziny siedzieć jeszcze w samochodzie by uspokoić sie na tyle, by móc trafić kluczykiem w stacyjkę i ruszyć na tyle spokojnie i składnie, by policja mnie nie zatrzymała po drodze. Udało mi się jakoś ogarnąć, ale... było ciężko.
Po powrocie nie od razu poszedłem do żony, usiadłem w salonie i schowałem twarz w dłoniach odcinając się od całego świata. Chciałem zniknąć, nie czuć tego strachu, który ani na chwilę mnie nie odstępował, ale nie dało się. Nawet na moment nie mogłem się od tego uwolnić. Dosłownie potraktowałem słowa agenta... że dopóki będę żył, oni się ode mnie nie odczepią. Co miałem robić?
Kiedy przypominałem sobie to co tam zobaczyłem... Niby nic takiego. Ale czuło sie ta grozę wiszącą w powietrzu...

Mam nadzieję, że nikt nie nabierze żadnych podejrzeń i nie pojedzie za mną, pomyślałem lekko zaniepokojony spojrzeniami Alana, kiedy wsiadałem do samochodu. Może wyglądałem jakoś bladziej? Możliwe, zresztą nie byłoby to chyba aż takie dziwne biorąc pod uwagę to wszystko co się do tej pory wydarzyło. Alan nie wiedział o pogróżkach, ale... samo to co stało się z Doną wystarczy bym osiwiał. 
Odpaliłem samochód i z lekko ściśniętym żołądkiem wyjechałem w drogę. Adres znałem już na pamięć, nie potrzebowałem zerkać na kartkę papieru. Zabrałem ją jednak ze sobą, bo wiedziałem, że kiedy nerwy wezmą nade mną góre może być naprawdę ciężko. A może celowo chciałem zapomnieć i dlatego wziąłem ze sobą ten skrawek papieru? Możliwe chyba jest już wszystko. 
Obawiałem sie tego spotkania, musiałbym być idiota by się nie bać jadąc do tych wariatów. To nie byli zdrowi umysłowo ludzie, na pewno nie. Normalni ludzie nie robią takich rzeczy. Nie wysyłają Bogu ducha winnym ludziom anonimów z pogróżkami, nie wydzwaniają, nie wysyłają im kurierem zdechłych gryzoni, nie napadają na ich żony. Wiedziałem, że to oni choć nie udało sie tego jednoznacznie potwierdzić. Nikt nie musiał mi przedstawiać żadnych dowodów. Ja to po prostu wiedziałem. To byli oni.
Illuminati. Prychałem pod nosem za każdym razem, kiedy o tym słyszałem. Kiedy sobie o nich przypominałem robiło mi sie gorąco. Co mają w głowach ci wszyscy ludzie? Dlaczego nie dadzą mi po prostu żyć w spokoju? Dlaczego atakują jeszcze moją rodzinę? No ale tacy ludzie nie wiedzą co to uczucia, nie znają tego wszystkiego. Ich logika jest prosta. Jeśli sam się nie godze na to co mają mi do zaoferowania, cokolwiek by to nie było to mi w tym jakoś pomogą. A jaka jest do tego najskuteczniejsza metoda? Zaczepić kogoś. To najłagodniejsze określenie z możliwych. 
Bałem się tam jechać po tym jak usłyszałem to wszystko co przekazali mi w biurze, ale nie miałem innego wyjścia. Gdybym im o tym powiedział, nie pozwoliliby mi tam się pojawić, a byłem pewny, że gdybym teraz ich olał stałoby się coś... naprawdę poważnego. Nie chciałem by stała się krzywda komukolwiek, a już na pewno nie Donie. Nie przeżyłbym tego. Ledwo udało mi się jakoś przejść przez to co się stało, a... Nie, nie chciałem sobie wyobrażać innych scenariuszy tego zdarzenia. 
Tak, z całą pewnością chłopaki nie pochwaliliby tego co teraz robię. Czyli tego, jak sam teraz jak palec jade do nich, zaraz wejdę do ich dziupli. SAM. Nie miałem pojęcia co by z tym fantem zrobili. Może wysłaliby mnie tak z kimś... Ale wątpiłem by tolerowali obecność kogokolwiek ze mną. A gdybym miał na zewnątrz  jakąś obstawę też na pewno szybko by sie tego domyślili i mogłoby być różnie. Uznałem więc, że moja opcja jest jedyną możliwą do zrealizowania. Nie zrobią mi nic przez co mógłbym nie wstać, w końcu do czegoś jestem im potrzebny i byłem pewny, że będą się starali jeszcze przez jakiś czas przynajmniej mnie przekonywać... Może wtedy kiedy im się znudzi, wystosują coś przeciw mnie... ale teraz... byłem raczej przekonany, że dadzą mi wiele do przemyślenia. Ale to nie zmieniało wcale faktu, że i tak się bałem.
To byli ludzie wysoce niezrównoważeni psychicznie, ich nie dało się zaklasyfikować jak wszystkich innych. Nie było prostej reguły, oni wymykali się temu wszystkiemu. Naprawde trzeba by było ich wszystkich wyłapać i zamknąć. Ale nie było to takie proste. Mnie samemu chodziło tylko o jedno i powtarzałem to bez przerwy. Żeby moja rodzina i Dona byli bezpieczni. O nic więcej nie prosiłem.
Kiedy znalazłem się przed budynkiem opuszczonej szkoły taneczniej doznałem tego czego się spodziewałem. Paniki. Rozlała się we mnie jak jad. Uniemożliwiała rozsądne myślenie, miałem ochotę odpalić znów silnik i spieprzać stamtąd... ale wiedziałem, że nie moge. Byłem tam w koncu, więc musiałem to w koncu załatwić, może się w końcu odpierdola! Było to dość wątpliwie, ale miałem taką nadzieję. 
Popatrzyłem na to wszystko przez chwilę po czym wysiadłem. Nogi mi się lekko trzęsły, ale starałem się trzymać. Zastanawiałem się czy już wiedzą, że jestem. Na pewno wiedzieli. Nikogo nie było widać. Wszedłem do środka oddychając cięzko, bałem się tego co moge tam zastać. Nie miałem pojęcia co tam zobaczę, czy będą tam kogoś więzić? Wszystkiego chyba można się po nich spodziewać. I nikt nie zauwazył, że ktoś sobie tu rezyduje? 
Poszedłem w stronę sali numer 3 i zawahałem się przed otwarciem drzwi. Były obszarpane, farba z nich odłaziła, gdzie nie gdzie były dziury, wyłaziły drzazgi. Niezłe miejsce, naprawdę... W końcu musiałem się przemóc i starając się jakoś ogarnąć złapałem za klamkę. Zaskrzypiała paskudnie kiedy ją znacisnąłem, musiałem mocniej szarpnąć by drzwi się otworzyły. Zużycie materiału dawało się we znaki...
To co zobaczyłem po przekroczeniu progu zdumiało mnie. Nie tego się spodziewałem. To wyglądało jak jakiś wiec... Dobre pięćdziesiąt osób siedziało na krzesłach w idealnym kole, środek pozostawał pusty. To nie byli ci sami ludzie co na tych czarno białych zniszczonych zdjęciach, które pokazywali mi faceci w biurze. Nie było długich szat ani kapturów. To byli normalni ludzie i po pierwszy przyjrzeniu się z przerażeniem stwierdziłem, że wielu z nich znam! Były tam przeróżne gwiazdy, artyści z którymi nie raz współpracowałem. Ucieszyłem się jednak, że nie ma tam nikogo kogo udało mi się poznać bliżej. 
Wszyscy zwrócili się w moją stronę i obserwowali cały czas jak węże, kiedy przechodziłem obok. Nie miałem pojęcia co zrobić. Gapiłem się na to wszystko, zastanawiając się co to wszystko znaczy. To wyglądało jak jakieś zebranie możnowładców. Będa kogoś wieszać czy co? 
- O, witaj, Mike! - usłyszałem rozlegający się głos z pewnego miejsca. Rozpoznałem w nim ten sam głos, który usłyszałem w swoim telefonie wtedy... Był to raczej młody mężczyzna, a oko tylko trochę młodszy ode mnie. Mógł mieć góra trzydzieści pięc lat. Uśmiechał się przyjaźnie jakby własnie odwiedził go najlepszy przyjaciel. - Podejdź bliżej, nie pogryziemy cię. - o nie?, pomyślałem mając ochotę parsknąć śmiechem. Robiło mi się niedobrze. - No, tak lepiej. - stwierdził, kiedy przeszedłem między krzesłami zajmowanymi przez ludzi i stanąłem prawie na środku tuż przed nim.
- Nie bój się. Chcemy tylko porozmawiać. Zaproponować ci coś. - stwierdził wciąz patrząc na mnie w ten sam sposób. Nie dało się doszukac w nim żadnej wrogości, a jednoczesnie wiedziałem że jest gość, który bez mrugnięcia okiem mógłby mnie zabić. Dostałem gęsiej skórki. Dziwiłem się, że jestem taki spokojny. 
- Zaproponować? Co wy mi możecie zaproponować, co? - odezwałem się cicho patrząc tylko na niego, na nikogo innego. Nawet nie chciałem wiedzieć jak zmusili czy przekupili tych wszystkich tu obecnych, tych, których sam znałem. Facet uśmiechnął się.
- Widzisz, jest tu kilku twoich znajomych, na pewno już zauwazyłeś. - popatrzył po zgromadzonych, ja tego nie potrzebowałem robić. - Oni nie robili takich problemów. 
- Widocznie nie posiadają paru istotnych rzeczy. - odparowałem znów.
- To znaczy?
- To znaczy mózgu. - po sali rozległ się cichy pomruk... wrogości. Facet zaczął się śmiać. W tym śmiechu też nie dało się nic złego wyczytać...
- Jesteś niesłychanie dowcipny, Mike. Wielu cię ceni, my również, dlatego chcielibyśmy byś się do nas przyłaczył. - czekał, aż coś powiem ale moje wykrzywione w pogardzie usta chyba powiedziały mu co myślę. Odchrząknał. - Widzę, że nie jesteś zbyt do tego przekonany...
- Nie, nie jestem. Chociaż nie mam pojęcia czego ode mnie chcecie.
- Ach, bo nie dałeś mi dość nawet do słowa, Mike! - wciąz był taki zadowolony. - Czy może wiesz kim jesteśmy? Albo inaczej... jakim stoważyszeniem jesteśmy? - czekał na moją odpowiedź, ale nie powiedziałem ani słowa. Uśmiechnął się znów. - Illuminati... mówi ci to coś? - przekrzywił lekko głowę z uśmiechem przyglądając mi się jak gdyby nigdy nic. Oczywiście, pomyślałem. Ale na pewno ci tego nie powiem...
- Pierwsze słyszę. - odpowiedziałem. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Ach, no to mam okazję ci to wszystko przybliżyć, jak cudownie! - był naprawdę podekscytowany, a ja zaczynałem się go naprawdę bać. To był wariat. - Jesteśmy organizacją wierzącą w wyższość umysłu. Nie podlegamy tym wszystkim sloganom Kościoła o nieśmiertelnej duszy, o Bogu i piekłu, czegoś takiego nie ma. Człowiek jest w prawdzie istotą duchową... ale nie taką jak pojmuje to Biblia. Jesteśmy stworzeni z atomów, energii i pewnej dozy czegoś co nazywamy... pierwiastkiem Alfa. To właśnie on nadaje naszym umysłom siłę, która odkrywamy i uczymy się ją wykorzystywać... ale widzę, że to do ciebie kompletnie nie trafia?
- To kompletne bzdury.
- Każdy z tych tu siedzących tak mówił. Ale po pewnym czasie przyznali nam rację. Człowiek ma w sobie nieskończone pokłady energii, która nie wywodzi się z wiary w jakiegoś tam boga czy medytacji. To siła samego umysłu. To coś więcej niż mózg, coś więcej niż rozum to... przywilej. Żadne inne istoty nie posiadają czegoś takiego...
- Odnoszę wrażenie, że zwykłe zwierzęta są mądrzejsze od ciebie... - warknąłem.
- Masz rację. - wpadł mi w słowo. - Ale ty wciąż odwołujesz się do ROZUMU. A UMYSŁ jest czymś zupełnie innym, powstającym nie w głowie, w mózgu ani nawet w samym człowieku. To cząstka którą DOSTAJEMY, kiedy się rodzimy. Uczymy się ją wykorzystywać, opanowujemy jej poszczególne funkcje, i... - uśmiechnął się znów. - Poznajemy tajemnice świata. Reszta ludzkości robi to samo, ale w ograniczony sposób, ponieważ nie są uświadomieni. - zamilkł patrząc na mnie.
- A co ja mam wspólnego z tą waszą filozofia życiową?
- Bardzo dużo. - zaśmiał się znów. - Widzisz... UMYSŁ ludzki ma też to do siebie, że jest indywidualny... Jakby to powiedzieć... Umysł jest jeden sam w sobie, i nie dzieli się na tyle pomniejszych umysłow ile żyje ludzi na świecie. Wszyscy ludzie są połączeni w taki specyficzny sposób. Jeden może wpływać na drugiego. Jedną z metod takiego wpływania jesy muzyka. - miałem ochotę prychnąć. Brednie.
- Bzdury. Muzyka nie ma żadnego wpływu na człowieka. 
- Mylisz się. - powiedział spokojnie. - Ma i to ogromny. Czy kiedy w dzieciństwie ojciec cię bił, nie uciekałes właśnie w muzykę? Czy nie koiła twojego cierpienia? - popatrzył na znów na mnie przekrzywiając głowię. Słuchałem go nic nie mówiąc. - No sam powiedz. Było tak czy nie?
- To nie ma nic wspólnego z tymi bredniami jakie mi teraz serwujesz.
- Ma i to dużo. W muzykę można wprogramowac najprzeróżniejsze sygnały podprogowe i wszyscy którzy się tym zajmują robią to i to nieświadomie. Ty też to robisz. Twoje kawałki o miłości, ratowaniu świata... Nawet ten ostatni... 'Black or white', zgadza się? Bardzo pouczający. - wyszczerzył się znów. Był tu swoistym guru. Skrzywiłem się patrząc na niego. 
- Nie zamierzam mącić ludziom w głowach. - uniósł wysoko brwi.
- Jeszcze nie zdązyłem ci niczego opowiedziec, a ty już odmawiasz?
- Tak, dokłądnie.
- To niemądre z twojej strony.
- Nie groź mi, bo się ciebie nie boję. - powiedziałem cichym spokojnym, ale ostrzegawczym tonem. Popatrzył na mnie tak jakoś inaczej, jakby mnie oceniał. Być może nie spodziewał się takiego samozaparcia z mojej strony. I dobrze. 
- Ależ ja ci nie grożę. - odpowiedział podobnym tonem. - Tylko... uświadamiam. 
- Nie groź mi... ani mojej rodzinie. Trzymaj się od nas z daleka. Jeśli moją zonę jeszcze raz spotka coś nieprzyjemnego... zapłacisz mi za to. - powiedziałem po czym odwróciłem się chcąc stamtąd wyjsć.
- Na twoim miejscu nie upierałbym się tak...
- Walcie się wszyscy razem z tym waszym hokus pokus. - powiedziałem odwracając się do niego po raz ostatni i wychodząc... 
Ktoś chyba za mną ruszył, ale usłyszałem...
- Nie! Zostaw go. Niech idzie. 
I wyszedłem...



To się stawało naprawdę nie do zniesienia. Wiedziałem, że znów coś wymyślą. Będa mnie osaczać tak długo, aż osiągną swój cel. Problem w tym, że ja nie zamierzałem się do nikogo przyłączać. Niech sobie to wybiją z głowy.
Nagle przyszło mi coś do głowy... dość dziwnego. Bardzo rzadko myślałem o swoim zmarłym teściu. Elvis... Ciekawe czy jemu też złożyli taką propozycję? Swego czasu też był wielką gwiazdą. Też otrzymał przydomek 'Króla'... Udało mi się go nawet pobić. Nade mną są już tylko Bitelsi... No cóż... już go o to niestety nie zapytam. Lisa była wtedy za mała, żeby móc cokolwiek o tym wiedzieć. Więc też mi nie pomoże.
Nie miałem pojęcia co zrobić... Wciąż i wciąż to powtarzałem w myślach. Nie wiem co robić. Raz już zaatakowali Donę, tylko czekać kiedy znów to zrobią a wtedy wyjdę z siebie. A moje rodzeństwo? Rodzice? Posiadam zdecydowanie zbyt dużą rodzinę. Będa mogli wybierać do woli od kogo zacząć.
Pomyślałem o Janet i żołądek znów mi się boleśnie zacisnął. LaToya jest upierdliwa, ale to też moja siostra. Musiałem zmusić się by nie wyobrażać sobie co mogliby zrobić z każdym z nich... Straszne...
Dona akurat w tym momencie była w ogrodzie. Poczułem, że musze ją zobaczyć, żeby się upewnić, że na pewno nic jej nie jest. To była paranoja, ale musiałem. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że moje zachowanie zwróciło już jej uwagę i nie tylko jej. Ale co... miałem powiedzieć coś w stylu, wiesz kochanie, nic się takiego nie dzieje, tylko jakaś zgraja szajbusów chce mnie zgnębić na śmierć?
Nawet gdybym chciał uciec, nie mam się gdzie przed nimi schować. Drogę ucieczki miałbym chyba tylko jedną. Z mostu do oceanu. Wtedy rzeczywiście miałbym spokój. Nie byłem jednak desperatem i chciałem się bronić, nie poddawać. Choćby to miałoby oznaczać walkę z całym światem... albo mnie zabiją... albo dadzą spokój.
Tak, tylko ilu po drodze wykończą przede mną?
Wyszedłem do ogrodu i od razu ją zobaczyłem. Śmiała się, ostatnio zaczeła naprawdę wracać do siebie. Wcześniej była rozchwiana, łatwo było ją przestraszyć choćby wychodząc nagle zza rogu. Teraz czuła się już lepiej. Cieszyłem się. Uśmiechnąłem się lekko patrząc na nią z daleka. Wtedy usłyszałem dźwięk mojego telefonu.
Zdziwiłem się trochę, mówiłem w studiu, że nie pojawię się aż do dnia rozpoczęcia trasy. Zresztą, cholera wie czy w ogóle w nią wyjadę w tych okolicznościach... Naprawdę zastanawiałem się nad ogłoszeniem zakończenia kariery.
Przeszedłem w głąb domu i odebrałem chowając się po chwili w sypialni.
- Halo? - powiedziałem do telefonu. Numer był nieznany, ale... w pierwszej chwili nic nie usłyszałem. - Halo? - powiedziałem trochę bardziej twardym tonem. Byłem tak przewrażliwiony, że prawie natychmiast zacząłem wrzeszczeć. - Odezwiesz się w końcu czy nie?! Jeżeli to znowu ty, niezrównoważony...!
- Uspokój sie chłopcze... Z mojej strony na pewno nic nie grozi ani tobie ani twojej rodzinie. - usłyszałem w końcu męski głos. Ale musiał należeć do kogoś w podeszłym wieku. Był lekko jakby... chybotliwy... zachrypnięty, ale doszukałem się w nim czegoś znajomego... Nie miałem tylko pojęcia co to. Miałem wrażenie, że skądś znam ten głos, ale do nikogo nie umiałem go przykleić.
- Kim jesteś?
- Kimś z twojej przeszłości, ale to akurat nieważne. Michael... - zaczął, ale natychmiast mu przerwałem.
- Dla mnie jest to bardzo ważne, dziadku, mam dość anonimowych przesyłek, telefonów i drżenia o swoja żonę! Albo gadasz mi wszystko albo ja natychmiast dzwonię na policję! - cisza. A potem...
- A więc się nie pomyliłem. - mruknął lekko jakby zamyślony ale i zasępiony.
- W czym?!
- W moim środowisku choć odciętym od świata i tak chodzą głośne słuchy, synu. Wiem, kto cię gnębi.
- Tak?! To świetnie! Co jeszcze wiesz?!
- Uspokój się, proszę cię. Ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego jaki czujesz strach. - jak na staruszka nie źle się chyba trzymał mimo wszystko. Głos miał ochrypły, ale pewny siebie. Wciąż coś kręciło mi się po głowie, ale za nic nie umiałem go z nikim skojarzyć...
- Niby skąd?! - wysyczałem.
- Ponieważ sam tego doświadczyłem. Wiele lat temu. Doskonale wiem kto cię dręczy i doskonale wiem, że nie ma na nich skutecznego sposobu. Są wszędzie... - zaczął szeptać. - Rząd o nich nie wie. Na nic nie zda ci się pomoc CIA... taka, z jakiej obecnie korzystasz. - czy on chce mi coś zasugerować?
- A niby jakiej innej mogą mi udzielić?
- To co ci przekazano ostatnio u nich w biurze... oni wcale nie dowiedzieli się tego na dniach, drogi chłopcze. Ich poprzednicy infiltrowali tą sprawę od wielu lat. Oni jedynie dostali w swoje ręce spuściznę po nich i kontynuują ich pracę. Mnie pomogli... tobie też na pewno pomogą...
- JAK??? Przestań krążyć wokół sprawy, gadaj co masz na myśli! - staruszek westchnął cicho.
- Oni sami ci tego nie zaproponują, Michael. Wtedy... to był mój pomysł. Oni nie mogą wychodzić z takimi pomysłami, inaczej już by ci to sami przedstawili... Ale jeśli ty sam im o tym powiesz...
- O czym?!
- Posłuchaj mnie uważnie chłopcze... Jedyną szansą dla ciebie na jako tako spokojne życie jest zniknięcie... tak by nikt cię więcej nie zobaczył. Tak jak ja to zrobiłem... wiele la temu. Zabierz żonę i ukryj się z nią. Resztą się nie martw. Nie popełniaj mojego błędu! Nie zostawiaj rodziny samej. - wytrzeszczałem oczy. O CZYM on do mnie mówi?!
- Słuchaj, dziadku... nie mam zielonego pojęcia o czym mówisz. Jak mam zniknąć?! Jestem osoba publiczną! Jak mam tego dokonać...?!
- Ja też byłem osobą publiczną. I udało mi się. Tobie też się uda. Tylko pamiętaj... zabierz ze soba żonę. Jest młoda. Nie skazuj jej na cierpienie tak jak ja skazałem swoją rodzinę.
- CO?! Hej! - rozłączył się.
Co to miało być?! Co to za dziadek?! Ktoś robi sobie jaja?! Bardzo lubię żarty, ale ten był wyjątkowo niesmaczny! Spojrzałem na wyświetlacz, widniał numer. Zaniosę go do nich, w mgnieniu oka namierzą tego delikwenta!
Ale jeszcze godzinę później nawet to nie dawało mi spokoju. Wciąż i wciąz ten głos chodził mi po głowie, jego znajome brzmienie. Za Chiny nie umiałem go sobie zidentyfikować, ale wiedziałem, że coś mi przypomina. Że gdzies już musiałem go słyszeć. Chodziłem wściekły cały czas, ale denerwowanie się nie wiele mi dawało. Jak miałem to sobie wyjaśnić? Nie miałem żadnego punktu odniesienia...
Z tego wszystkiego aż włączyłem sobie radio, żeby choć na chwilę napełnić sobie czymś głowę, by nie trzeszczał mi w uszach wciąz ten głos z telefonu. Przerzucałem stacje jedna za drugą, ale nic jakoś nie wpadało mi w ucho. Zgrzytałem zębami wciąż biegając między jedną stacją a drugą, aż w końcu...
W radiu rozbrzmiała piosenka. I to co sobie pomyślałem uderzyło we mnie z siłą, która prawie zwaliła mnie z nóg. Głos który ją śpiewał nie odpowiadał dokładnie temu, który usłyszałem w swoim telefonie, ale... był podobny. Bardzo podobny. Pozbawiony tej starczej chrypki, ale sprawiał, że zimne dreszcze biegały mi jedne za drugimi po plecach...
Spiker właśnie zapowiadał artystę...
Elvis Presley - Pretty Woman.

2 komentarze:

  1. O.o O.o O.o O.o O.o O.o O.o O.o O.o
    Wiesz co Blogger zrobił? Cham usunął mi koma i już drugi raz piszę, a ten pierwszy był taki fajny...
    Wbiło mnie w fotel. Pierwszy raz doznałam takiego szoku podczas czytania opowiadnia. To było genialne. Chociaż nie. To nie było genialnie. To było wspaniałe i zajebiście genialne. W słowniku nie epitetu który określiłby poziom notki
    Gdy nawiązałaś do Elvisa i później zadzwonił telefon byłam 100% pewna, że to dzwoni jego teściu (nie musiałam czytać do końca by to wiedzieć) choć i tak zaskoczenie było i to nie małe. Takie "To on żyje?!" Czyli mam się spodziewać "śmierci"? Bo wiesz u ciebie trzeba spodziewać się niespodziewanego. Myślałam, że będzie to zakończone w dość oklepany sposób. Ale u ciebie to wszystko jest możliwe. Nawet zmartwychwstanie Hitlera czy atak UFO.
    Wybacz, ale akurat ten moment najbardziej mną wstrząsnął.
    Iluminati brrrr... Toż to chyba cud, że Michael zachował zimną krew. Takie spotkania są nieprzyjemne. Dona powoli zaczyna dostrzegać, że problem nie jest mały, a gigantyczny.
    Rozdział jak zwykle genialny. Powtarzam się wiem, ale ten chyba będzie jednym z moich ulubionych. Taki inny. Jeszcze chyba nie spotkałam wskrzeszonego Presleya. I o to chodzi, żeby zaskakiwać.
    Weny ci życzę duuużo. Trochę kicha, że rozdziały ma zapas się kończą, ale dasz radę wystarczą dobre chęci i wena, a później "Alleluja i do przodu". Chyba mój mózg podsunął mi pomysł o co nasza dwójka zakochańcow może się pokłócić.
    Pozdrawiam gorąca ;****

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha., XD Ten Presley wpadł mi do głowy przypadkiem tak dla jaj kiedyś i nawet nie miałam zamiaru go tu umieszczać, ale potem stwierdziłam, że będzie ciekawiej i go tu wcisnęłam. xD Nie wiem czy sie jeszcze pojawi, ale raczej nie. To miał byc taki zong jednorazowy. :D Chyba mi się udało, jak widzę. xD
      No tka jedna została, ale następną napisze sie chyba bez problemu przez dwa dni, tak myślę. ;)
      Pozdrawiam. :)

      Usuń

Komentarz motywuje! :)