Witam. :) Dziękuję za wszystkie dotychczasowe komentarze, bardzo mnie motywują, a przy okazji nadmieniam, że następny odcinek wyjątkowo ukarze się wcześniej, bo w niedzielę, jako że w poniedziałek wyjeżdżam i nie ma co najmniej do wtorku. I wątpię bym tam gdzie będe miała jakiś dostęp do internetu. :/
Na dobry początek moge tylko dodać, że w końcu zacznie sie tu coś dziać fajnego. :D Tak myślę. Zapraszam do czytania. :)
Donata
Pierwszy dzień rzeczywiście był sielankowy. Następnego miałam już o wiele więcej pracy... A przynajmniej tak mi się zdawało do pewnego momentu. Zaczynałam odnosić wrażenie, że Michael mnie faworyzuje. Nie dość, że te kosmiczne pieniądze za nic tak właściwie, za pięć pająków ściągniętych spod sufitu, to jeszcze, kiedy zobaczył że mam do umycia wielgachne okna w salonie wychodzące na taras i do ogrodu, do pomocy oddelegował mi jakiegoś kolesia, który swoją droga to nie wiedziałam co tam robił.
- Długo tu pani pracuje? Nigdy wcześniej pani nie widziałem. - zagadnął w pewnym momencie trzymając drabinę na której stałam, by dosięgnąć prawie samego sufitu. Spojrzałam na niego w dół.
- Od wczoraj. - uśmiechnęłam się. - Więc nie mogłeś mnie wcześniej spotkać. - był lekko zaskoczony.
- Chyba już wiem, czemu mi pani umknęła. Miałem kilka dni urlopu. - wyszczerzył się.
- Nie mów mi 'pani', chyba nie jestem starsza od ciebie. Mam 22 lata. Mów mi Dona, po prostu.
- Dona... - zamyślił się. - Chyba nie jesteś stąd, co? - od razu przystosował się do mojej prośby. Co mi się spodobało.
- Nie, jestem z Polski. Przyjechałam tak naprawdę chwilę temu. Jakieś... pół tora tygodnia. I dziwacznym zbiegiem okoliczności trafiłam tutaj. - roześmiał się.
- Zbiegiem okoliczności? Nie sądzę.
- Jak to? - zdziwiłam się.
- No nikt ci nie powiedział, że nic nie dzieje się przez przypadek? Widocznie miałaś się tu znaleźć. Po co to się dopiero okaże.
- Masz zadziwiające teorie. - uśmiechnęłam się wracając do pracy. - Poza tym, nasz szef chyba za bardzo mi pobłaża. - mruknęłam.
- Niby czemu?
- Miałam to zrobić sama - stwierdziłam machając ręką wskazując na wielkie okiennice. - Ale jak tylko mnie tu zobaczył, poleciał po ciebie.
- Co ty, padłabyś tu sama! Jesteś drobna i jesteś dziewczyną...
- Więc to znaczy, że nie jestem w stanie nic sama zrobić? - spojrzałam na niego z ukosa. Speszył się lekko.
- Nie to miałem na myśli. Ale fakt jest faktem, że na końcu usiadłabyś pod ścianą i już nic więcej dzisiaj nie zrobiła. Poza tym wydaje mi się, ze pan Jackson bardzo panią polubił. - ugodziło mnie to stwierdzenie, ale w pozytywny sposób. Polubił mnie? No naprawdę... - Zawsze dba o bliskie sobie osoby. Poza ojcem.
To już było dziwne i co najmniej nie na miejscu. Przecież rodzice to są najważniejsze osoby w życiu, jacy by nie byli, to wydawało mi się, że zawsze kochają swoje dzieci.
- Słucham? - mruknęłam.
- NIe powinienem o tym mówić... - speszył się znów zezując na mnie.
- Więc po co w ogóle zaczynałeś?
- WYmsknęło mi się, gdyby pan Micheal to usłyszał, dostałbym niezłą burę od niego. - westchnął. - Nigdy z ojcem dobrze nie żył. Wręcz go chyba nienawidzi. - powiedział cicho. - Czasami tu wpada, ale wypada jeszcze szybciej. Próbuje nawiązać jakiś kontakt z synem, ale zawsze kończy się tak samo. Michael nie wybaczył mu, że... - zająknął się.
- Że...? - pociągnęłam go łagodnie za język.
- Och, naprawdę...
- NIc nie powiem. - obiecałam. Byłam ciekawa. Może to ma coś wspólnego z tym jak się teraz zachowuje?
- Ech... Stary Jackson zdradzał ich matkę i dorobił się córki na boku. Matka pana Michaela nigdy się z tym chyba nie pogodziła. Poza tym, jego stary lał go jak był mały, a przynajmniej tak słyszałem. Nie wiem czy to prawda, pan Michael nigdy o tym nie mówi. Zamiast zapewnić mu normalne dzieciństwo, ciągał go z tym zespołem 'The Jackson 5', a jak coś mu nie poszło, od razu przetrzepał mu skórę. W końcu nasz gospodarz się z nimi rozstał i zaczął grać na własny rachunek. Ale to nie zmieniło faktu, że na ojca reaguje zawsze tak samo. Gdyby mógł, to by go zagryzł. Jestem operatorem monitoringu na tej posesji - spojrzał na mnie z uśmiechem. - Widziałem kiedyś jedną akcję. Prawie sie pobili tu w salonie. W sumie to nie wiem po co ten stary do niego przychodzi, skoro i tak mu wypomina jakieś rzekome wady. Michael mając teraz czterdzieści lat wciąż miewa wykłady ojcowskie, jakby miał lat pięć. Żałosne, ale... Nie wiem. Chyba jego stary nie umie okazywać mu uczuć. I nie tylko jemu, całemu rodzeństwu, ale tylko Janet i LaToya nigdy nie poczuły jego ręki. Chłopcom przykładał ile wlezie jesli akurat uznał, że zasłużyli. Michaelowi szczególnie. Nie wiem, może właśnie w taki sposób tylko umiał okazywać miłość ojcowską... Chciał z niego zrobić króla i w jakiś sposób mu się to udało...
- Michael sam zapracował na swój sukces, nikt mu w tym nie musiał pomagać. - warknęłam. Spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem.
- Oczywiście. Nie twierdzę wcale, że nie. - zgodził się ze mną.
- Nie wiem co powiedzieć w ogóle... Nigdy bym nie pomyślała, że w ogóle tak można... postępować z własnym dzieckiem. Przecież to cząstka ciebie samego, to tak jakbyś zadawał krzywdę samemu sobie!
- Nie nakręcaj się tak bo spadniesz i Michael urwie mi łeb. - zaśmiał się. Spojrzałam na niego spode łba.
- Ty też go lubisz, co nie? - zapytał z przebiegłym uśmieszkiem. Już miałam mu coś odpowiedzieć, ale wtrącił się KTOŚ inny.
- Kogo lubi? - odwróciłam się raptownie o mało nie lądując na ziemi. Zdążyłam się jednak przytrzymać i nie runęłam na tyłek.
O wilku mowa. Mike stał z rękami wspartymi na biodrach i patrzył na nas zaciekawionym wzrokiem.
- Aż tak jesteś tym kimś zaabsorbowana, że ledwo trzymasz się na drabinie? - wymruczał unosząc brew do góry patrząc wciąż na nas. Mój nowy znajomy tylko się wyszczerzył. Pomyślałam, że jeśli teraz coś palnie to ja mu urwę łeb. Ten drugi.
- To... miała być złośliwość? - odparowałam nie chcąc by pomyślał, że dam się mu pozbadnąć. Uśmiechnął się lekko.
- No nasza nowa koleżanka lubi się z kimś wysoko postawionym i to chyba z wzajemnością. - walnął kolega, aż wytrzeszczyłam na niego oczy otwierając buzię.
- Wysoko postawionym? - powtórzył cicho obserwując mnie. Nie podobał mi się jego wzrok. W brązowych oczach Michaela dostrzegłam coś na podobę... jakiegoś zwierzęcego instynktu. Jakby właśnie wyczuł intruza na swoim terenie. Chociaż swoją drogą... Nie chciałam sobie niczego wmawiać, ale poczułam motyle w brzuchu. Chyba zapominałam już kim on jest, a kim ja tu jestem. Władowałam się w niebezpieczną sytuację...
- No. - przytaknął mu mój kolega od mycia okiem. Miałam ochotę go zabić. Narobi mi takiego bigosu, że sie z niego nie wygrzebię.
- Przestań! - syknęłam.
- Nie, dlaczego? Chętnie dowiem się kim jest ten... wysoko postawiony. - mruknął Mike podchodząc do nas bliżej i siadając w fotelu, który stał obok drabiny, na której sterczałam. Facet od kamer zarechotał.
- Zabiję cię. - syknęłam do niego odwracając się od Jacksona.
- Nie, bardzo dobrze zrobił. - usłyszałam teraz zza pleców. - Muszę wiedzieć takie rzeczy. Gdyby coś się stało... - zawiesił głos unosząc znów brwi do góry patrząc na mnie tym swoim wzrokiem. Jakby chciał mi wypalić jakiś stempel na skórze, by wszyscy go widzieli. Znów poczułam skurcz w dołku, a dłonie zaczęły mi lekko drżeć. Na pewno sobie coś wmawiałam, na siłę tłumaczyłam pewne sygnały... ale nie umiałam oprzeć się myśli, że on jest... najzwyczajniej w świecie zazdrosny.
Bzdura!
- No widzisz? Martwi się o ciebie. - zaśmiał się znów kamerowy. Miałam ochotę go rozszarpać. Burak.
- Nie musi, nie ma o co. - powiedziałam ostentacyjnie zabierając się do pracy. Zamaszystymi ruchami zaczęłam czyścić szybę, gdy kontem oka zauważyłam, że chłopak, który do mnie dołączył, pokazuje TAMTEMU coś na migi...
Spojrzałam na niego z miną jakbym zobaczyła wariata. Wyszczerzył się tylko szeroko. Odwróciłam się i znów o mało nie zleciałam na podłogę. W między czasie gdy ja torturowałam szybę ścierką Mike zdążył wstać z fotela i przesunąć się do mnie, tak że stał tuż przy mojej nodze i patrzył na mnie uważnie.
Dom wariatów, albo to ja już całkiem zwariowałam... na JEGO punkcie...
- Dlaczego tak na mnie patrzysz? - zapytałam sama patrząc na niego.
- Nie mogę? - prawie wyszeptał. Wróciłam natychmiast do swojej szyby. Czułam się nieręcznie, ten głupek naprawdę wpakował mnie w sytuację, z której nie umiałam wybrnąć. Do tego wciąż się śmiał. - To może Alan powie mi o co chodzi? - podszedł do chłopaka, który chyba aż palił się do tego by to powiedzieć. Spojrzałam na niego wzrokiem, który mógłby zabić. Błagałam go w myślach by tego nie mówił...
- No jak o co? Przecież mówiłem, że nasza Dona polubiła pewnego pana. - wyszczerzył się znów patrząc na mnie bezczelnie.
- Urwę ci... COŚ, przysięgam! - warknełam ostrzegając go. Michael popatrzył na mnie z uśmiechem, a potem znów zwrócił się do tego chama.
- Więc?
- A co cię to obchodzi?! - zawarczałam znów mając nadzieję się jakoś obronić, ale to chyba tylko jeszcze pogorszyło sprawę. Nie miałam pojęcia, że Jackson jest taki ciekawski! Po co mu to wiedzieć? Nieważne, że chodzi o niego!
- A nie mogę wiedzieć? - zapytał lekko zaskoczony. - Czyli to musi być ktoś kogo znam w takim razie. Ciekawe... - nie no... Teraz jak on zacznie sobie coś wymyślać...
- Nie, to nikt kogo możesz znać! - powiedziałam w lekkiej panice wciąż trąc szmatą jedno i to samo miejsce na szybie. Naprawdę komiczna sytuacja, ktoś stojący z boku pewnie by się uśmiał. Jak koń.
Nasz kolega od drugiego okna zaczął się śmiać. No rzeczywiście, to dla nas zabrzmiało dość zabawnie. Ale nie chciałam, żeby on jeszcze coś walnął. Nie chciałam nieporozumień.
- Więc kto? - podpytywał dalej.
- Nie wstydź się, Dona! - kolega Alan szturchnął mnie lekko w ramię.
- Nie mam się czego wstydzić. - warknęłam znów wycierając dalej szybę.
- Zaraz wytrzesz tam dziurę. - zaśmiał się znów chłopak. Spojrzałam na niego z boku, ale nic nie powiedziałam.
- Dlaczego się tak denerwujesz? - zapytał mnie Mike podchodząc nieco bliżej i zadzierając głowe do góry, by na mnie spojrzeć.
- Nie denerwuję się. Po prostu on gada bzdury.
- Czyżby? Przed chwilą mówiłaś co innego...
- Nic nie mówiłam! - kwiknęłam prawie.
- To że tak gwałtownie zaprzeczasz jest najlepszym dowodem na to, że jednak mówiłaś. - powiedział znów ze szczerzem i opryskał płynem szybę.
- Dobrze, mówiłam, zadowolony?! - fuknęłam i zabrałam się za to samo co on.
Beznadziejna sytuacja. Ten czubek chciał mnie wpakować w niezłą kabałę...
- Więc dowiem się w końcu? - westchnęłam.
- Nie dasz mi spokoju, Mike, prawda? - zapytałam patrząc na niego z góry. Pokręcił przecząco głową z uśmiechem nie odrywając ode mnie wzroku. Odwróciłam się i znów zawzięcie zaczęłam maltretować szkło.
- To aż taka wielka tajemnica? Przecież go nie zjem...
- Dona lubi swojego szefa! - no i stało się. Myślałam, że... nie wiem. Ale miałam przemożną ochotę po prostu rozpłynąć się w powietrzu.
Nie miałam odwagi spojrzeć w dół na Michaela, ale wbiłam morderczy wzrok w Alana. Chyba powiedział mu wszystko bo zaśmiał się wysokim głosem i zaczął podobnie jak ja maltretować swoje okno. Serce waliło mi mocno, tym bardziej, że TEN na dole zamilkł. Nie wiedziałam czy mam się śmiać czy płakać, ale na pewno nie chciałam teraz sprawdzać, jak wygląda jego mina.
Michael
Nie miałem pojęcia co się ze mną dzieje. Zaczęło się całkiem niewinnie. Usłyszałem, jak Alan powiedział, że Dona kogoś polubiła... Nic wielkiego. Ale po chwili poczułem uderzenie gorąca. Przestałem racjonalnie myślec, przecież ona nie była moją własnością. Ale tak się własnie poczułem, jakby ktoś przyłożył łapy do czegoś co jest MOJE.
Czułem jak jakiś ostry jad pali mnie w środku. Co to jest? Nie umiałem tego na początku określić, ale potem zdałem sobie sprawę z tego, że... to jest zazdrość. Byłem cholernie o nią zazdrosny, za wszelką cenę chciałem się dowiedzieć, kim jest ten bubek, który zdołał przyciągnąc jej spojrzenie i jeszcze ją sobą zainteresować. Od razu pomyślałem o tym ogrodniku, o któym mówiła Janet. Już zacząłem nawet wymyślać powód, dla którego go zwolnię. Kompletnie straciłem ryzy.
Ale kiedy Alan powiedział, że chodzi o mnie... Automatycznie cała burza mnie opuściła. Jak to... zwróciła uwagę na MNIE?? To niemożliwe... Ale czy nie właśnie o to mi chodziło jeszcze chwilę temu? Chciałem zwolnić pół męskiej obsady, bo nie chciałem, żeby zaczęła się z kimś spotykać. Spojrzałem na nią lekko oniemiały. Ostentacyjnie starała się na mnie nie patrzeć. A ja tak bardzo chciałem teraz spojrzeć w jej oczy, żeby przekonać się czy to sa tylko jaja, czy prawda.
Zaczęła schodzić z drabiny, automatycznie złapałem ją w talii, by nie spadła. Tak jak wczoraj... Właśnie, wczoraj. Ta sytuacja w korytarzu... Czy dlatego mnie nie odepchnęła, bo jest mną zainteresowana w pewien sposób? Poczułem jak serce mi rośnie i nie śmiało uśmiechnąłem się w duchu.
Spojrzała na mnie w końcu wystraszonym wzrokiem i błyskawicznie zaczęła zbierać drabinę, za pewne po to by mieć jakiś pretekst do ucieczki.
- To prawda? - zapytałem w końcu kiedy udało mi się uchwycić jej wzrok. Wciąż byłem w lekkim szoku. Nie wyobrażałem sobie nawet zawiesić na niej oko na dłużej zważając na jej wiek, myślałem, że ona sama nawet by na mnie nie spojrzała, a tu nagle... okazuje się, ze być może ona sama po cichu się za mną ogląda...
- Co jest prawdą? - zapytała unikając mojego spojrzenia. Chwyciła drabinkę pewnym ruchem i już chciała odejść, gdy złapałem ją i odstawiłem tatałajstwo pod ścianę.
- Posprzątasz tu. - rzuciłem pod nosem do Alana, gdy dziewczyna zabrała się i uciekła z salonu. Poszedłem za nią.
- Zaczekaj. - zawołałem za nią doganiając ją. - Będziesz teraz przede mną uciekać?
- Nie uciekam przed tobą, Michael. Za coś mi chyba płacisz, prawda? - odpowiedziała.
- No tak, rozumiem, ale możesz zatrzymać się na pięc minut. - złapałem ją delikatnie pod ramię odwracając przodem do siebie. Westchnęła. Widać było gołym okiem, że nie chciała ze mną rozmawiać. Mogłem to zrozumieć. Ale nie mogłem się powstrzymać, musiałem mieć pewność, jasność sytuacji. - Szukałem cię... Jest sprawa. Ale o tym za chwilę. - powiedziałem widząc, że chętnie zmieni temat byleby nie rozmawiać o tym co przed chwilą wydarzyło się w salonie. - To co powiedział Alan... - w sumie sam nie wiedziałem jak to zacząć...
- Alan nic nie powiedział. - westchnęła.
- Powiedział coś bardzo wymownego i nie bez znaczenia.
- To jest bez znaczenia, Michael, robił sobie jaja z nas obu.
- Wiem, że najchętniej byś mi teraz uciekła, ale ja chce wiedzieć.
- Co?
- Czy... Czy myślisz o mnie w sposób inny nić tylko o pracodawcy lub przyjacielu. - powiedziałem starannie dobierając słowa. Czułem się jakbym cofnął się co najmniej dwadzieścia lat wstecz. Nie wiedziałem czy to dobrze czy źle. Ale chciałem wiedzieć. Chyba mogłem się tego domagać...
- Myślę o tobie tylko i wyłącznie w kategoriach zawodowych. - powiedziała na jednym wydechu. Głos lekko jej drżał. NIe mówiła prawdy. A przynajmniej w to chciałem wierzyć. - Możemy się przyjaźnić, ale nic poza tym. - odwróciła wzrok.
Ugodziło mnie to, ale co miałem zrobić... Westchnąłem głęboko. Nie mogłem jej do niczego zmusić, ale... Zawsze mogę próbować, prawda?
- Nic poza tym? - mruknałem cicho.
- Nic poza tym. - powtórzyła.
- Wczorajsza sytuacja mówiła, że... to trochę więcej niż... nic. - zauważyłem przypominając sobie nagle co między nami zaszło na tamtym korytarzu.
- Proszę cię. - mruknęła lekko zdenerwowana odwracając się, ruszyłem za nią. - Ten idiota naopowiadał ci bajek, ty zaczynasz teraz coś sobie dopowiadać...
- Ja niczego sobie nie dopowiadam, po prostu łączę fakty w całość. - wyjaśniłem spokojnie idąc dalej za nią. Doszliśmy do schodów wiodących na górę.
- Tak, jasne. Przypominam ci, że to ty sprowokowałeś tą sytuację, nie ja.
- Ale mnie nie odepchnełaś, nie wyrzuciłaś. - teraz ja jej coś przypomniałem. Znów westchnęła lekko spanikowana. - Dona... - złapałem ją za rekę zanim weszła wyżej na schody.
- Michael, proszę cię... - szepnęła. - Ja... Ja nie należę do twojego świata, nie znam go, nie znam reguł w nim panujących... Nie wciągaj mnie do niego na siłę, proszę. - powiedziała patrząc mi w oczy.
Przez chwilę nic nie mówiłem tylko patrzyłem na nią.
- Co to za sprawa, o której mówiłes wcześniej? - zapytała nagle sprowadzając mnie na ziemię.
- Ach tak... Badania okresowe.
- Badania? - zaskoczyłem ją chyba.
- No tak. Co jakiś czas organizuję takie badania dla całego personelu. Badania krwi. I tak dalej. Przychodzi pielęgniarka, więc nie będziesz musiała z niczym nigdzie biegać... - zauważyłem, że raptownie zbladła. - Dobrze się czujesz? - zapytałem przyglądając jej się i zupełnie nad tym nie panując pogładziłem jej policzek. Przymknęła oczy.
- Tak... Nic mi nie jest...
- Pomyśl o mnie... o nas... - podjąłem znów poprzedni temat. Odsunęła się ode mnie automatycznie.
- Mike, błagam. Przestań. - szepnęła i spojrzała mi w oczy. - Nie widzisz tych wszystkich różnic między nami? - złapała się barierki opierając się o nią lekko. Patrzyła wszedzie, byle nie na mnie.
- Jakich różnic? - uśmiechnąłem się lekko. - Nie widzę żadnych różnic. A ty jakie widzisz? Odkąd pojawiłaś się w tym domu, zacząłem w końcu naprawdę oddychać... Nie widzisz tego? - złapałem ją za podbródek zmuszając tym samym żeby na mnie spojrzała.
- Widzę. Ale to nie moja zasługa, tylko twoja. Nie jesteś słabym człowiekiem, poradzisz sobie. - no tak. Zasłaniała się wszystkim, co miała pod ręką.
- Nie prawda. - zaprzeczyłem stanowczo.
- Dopiero teraz coś ci się ubzdurało, bo ktoś coś powiedział? - odsuneła się ode mnie raptownie. - Mike...
- Nie, nie dopiero teraz. Tak naprawdę to coś się we mnie poruszyło jak tylko pierwszy raz cie zobaczyłem. Moknącą w tym parku. Tylko nie zdawałem sobie z tego sprawy. Ktoś cię skrzywdził w tej całej Polsce. - powiedziałem twardo, ale zaraz złagodniałem. - Dlaczego nie chcesz zaufać... mnie? Sobie?
- To wszystko... Tak ci się tylko wydaje. - widziałem, że jest przerażona tym co mówiłem, ale jak inaczej miałem jej to przekazać?
- Ja nie chcę cię straszyć, tym co do ciebie mówię. - szepnąłem wciąż lekko trzymając ją za ramię. W ten sposób chciałem dać jej wolną droge, by mogła odejść jesli tylko będzie chciała, ale jednocześnie będzie wiedziała, że sie nie poddaję. - Chcę cię przekonać, że... nie jestem zły. Nie skrzywdze cię.
- Mike, tu nie chodzi o ciebie. Jako o mężczyznę. Tu chodzi o to w czym żyjesz. Tak jak jest teraz jest dobrze, jestem bezpieczna, nikt nie interesuje się twoją służbą. Ja nie chcę wciąż mieć się na baczności, patrzeć czy aby na pewno dobrze stąpnełam, udusiłabym się w czymś takim.
Popatrzyłem na nią przez chwilę, na jej wystraszoną twarz.
- A jeśli obiecam ci, że zrobię wszystko, żebyś na tym nie ucierpiała, w żaden sposób? - nie wiem co mnie napędzało, ale czułem, że nie moge teraz zrezygnować. Janet miała rację, musze spróbować. A jeśli się nie uda, to jeszcze raz i jeszcze...
- Michael... Nie jesteś w stanie mi tego zapewnić. NIe możesz nikogo kontrolować. - patrzyła mi przez chwilę w oczy. - W pewien sposób pomogłeś mi przeboleć to co mnie spotkało w kraju, dziękuję ci za to. Nie oczekuję od ciebie nic więcej. - otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć, ale nie pozwoliła mi. - Chodźmy już lepiej do tej pielęgniarki. - odwróciła się i poszła schodami na górę.
Nie mogłem zrobić nic lepszego jak tylko pójść za nią. W głowie miałem prawdziwą burzę emocjonalną. Coś we mnie pękło. Nie umiałem się już przed tym bronić, nie potrafiłem już udawać, że nic się ze mną nie dzieje, a to co czuje to tylko kryzys wieku średniego. To nie było to. Ona naprawdę coś we mnie obudziła. Pobudziła mnie znów do życia na nowo. I wiedziałem, że ja w niej też coś obudziłem, inaczej nie zachowywałaby się tak... Nie zasłaniałaby się wszystkim co tylko możliwe, nie uciekałaby, nie byłaby taka zdenerwowana. Nie wiedziałem co czuję, ale było to coś co mnie do niej przyciągało. Pragnąłem spędzać z nią czas, być przy niej, dla niej. Wszystko robiłbym dla niej, dawałbym czego tylko by chciała. Wszystko, by była szczęśliwa. A on wolała z tego zrezygnować.
Pielęgniarka już była na miejsca. Wszystkie przyrządy badawcze już były rozłożone ładnie na stole. Praktycznie wszyscy już byli załatwieni, włącznie ze mną, nawet Janet się na to załapała, jak zwykle pojawiając się nie wiadomo skąd i kiedy. Tym jednak razem uśmiechnąłem się do niej serdecznie, na co zareagowała jeszcze większym uśmiechem i przeniosła wzrok na Donę. Rozumieliśmy się bez słów, od razu pojeła dlaczego jestem taki... odmieniony.
- No, to została tylko ta panienka, tak? - zapytała pielęgniarka wesołym tonem. Przywołała ją wesołym gestem. - No, zapraszam, nie bój się. Osłucham cię najpierw. Państwo pozwolą... - powiedziała po czym wygoniła nas z gabinetu, do którego sam ją wpuściłem. Po zaledwie chwili drzwi sie otworzyły...
- Halo, panienko, to jeszcze nie wszystko! - usłyszałem wołanie pielęgniarki. Dona blada jak ściana wróciła się do środka.
- Nie? - mruknęła.
- NIe, jeszcze pobierzemy próbkę krwi do badania.
Nagle coś zaczęło mi świtać...
Dona usiadła drżąca na krześle i podała wyprostowaną rękę pielęgniarce, która spięła ją ponad łokciem pasem i kazała jej zaciskać raz za razem palce w pięć, a sama odszukała żyłę. Nie musiałem wchodzić do środka, wszystko idealnie widziałem przez uchylone drzwi.
- No i jak? - usłyszałem obok siebie. Spojrzałem na siostrę. Uśmiechała się szeroko.
- Z czym?
- No nie udawaj, widze, że coś się stało.
- Nic się nie stało. - westchnąłem. - Po prostu... Zrozumiałem, że nie moge dłużej tego ignorować, co się ze mną dzieje. Kiedy ta dziewczyna jest w pobliżu...
- Mówiłam! Wiedziałam! Zaproś ją gdzieś.
- Ona nie chce miec ze mną do czynienia, Janet. - znów westchnąłem. Nawet nie zdawałem sobie sprawy jak jej słowa na mnie wpłynęły. Przekonam się o tym za pewne wieczorem, kiedy już zostanę sam. Nie chciałem, aby to co mówiła było prawdą. - Ona boi się życia, którym żyję. Nie zna tego wszystkiego, uważa, że zginie w tym wszystkim. Rozmawiałem z nią przed chwilą. To jest beznadziejne.
- No ale nie poddawaj się! Teraz tak mówi, bo nie ma o tym pojęcia, ale przeciez nikt o was nie musi wiedzieć. Oszczędzisz jej w ten sposób całego ambarasu.
- Obiecałem, że zrobię wszystko, byle tylko nie ucierpiała... Ale on mnie nie chce. Po prostu.
- Pleciesz bzdury. - fuknęła. - Jest młoda, zdezorientowana. Daj jej trochę czasu, przemyśli to i dojdzie do jakichś wniosków. Ja też z nią porozmawiam. - spojrzała na mnie znacząco. Uśmiechnąłem się.
- Dziękuję ci, Janet. - posłała mi w odpowiedzi piękny uśmiech.
Wtedy usłyszałem krzyk pielęgniarki z gabinetu.
- Panie Jackson?! Panienko! Panie Jackson!
Oboje z Janet wpadliśmy do środka chcąc wiedziec co się dzieje.
- Niech pan pomorze, bo sama jej nie utrzymam! - wysapała pielęgnierka próbując powstrzymać dziewczynę przed runięciem na podłogę. Wciąż miała wkłucie. Podbiegłem w mgnieniu oka i przytrzymałem ja, była lekka jak piórko, dla mnie.
- Co się stało? - zapytałem lekko zdyszanym głosem, chociaz wcale się nie zmęczyłem. To nerwy...
- Zemdlała. Chyba źle znosi widok krwi. Własnej, nie zdążyłam się dowiedzieć, czy cudzej też.
- Chryste... - mruknałem trzymając ją wciąż by się nie ześlizgnęła. Przypadkowo lub na pół przytomna wtuliła twarz w moją szyję. Poczułem ucisk w żołądku. Przyjemny. Znów miałem wrażenie, że cofam się w czasie do swoich młodych lat. Nie zastanawiałem się jednak nad tym. Gdy pielęgniarka zakleiła jej wkłucie, wziąłem ją na ręce i zaniosłem prosto do swojej sypialni. Tam położyłem ją na łóżku najdelikatniej jak tylko potrafiłem, przyglądając się jej.
Była bledsza od śmierci, miałem nawet wrażenie, że lekko zielona. Cienka warstwa potu pokryła jej czoło... Przetarłem je delikatnie dłonią, ale po chwili znów się pojawił.
- Przyniosę wilgotny ręcznik... - usłyszałem, a po chwili Janet wcisnęła mi go w rękę. Zaczałem troskliwie przecierać jej całą twarz, szyję i dekolt, cały czas obserwując. Zaczęła się budzić.
- Janet, otwórz okno i idź po wode mineralną, zimną, jest w lodówce. - poprosiłem co od razu zrobiła. Zostaliśmy sami.
Dziewczyna otworzyła lekko oczy i rozejrzała się po pokoju. Na końcu jej wzrok spoczął na mnie.
- Gdzie ja jestem? - uśmiechnałem się widząc, że chyba nic poważnego się z nią nie dzieje.
- W mojej sypialni. - odpowiedziałem szeptem. Popatrzyła na mnie lekko zaskoczona.
- Byłam... - zmarszczyła lekko czoło jakby próbowała sobie coś przypomnieć.
- Zasłabłaś. - szepnąłem znów. - Podczas pobierania krwi. Ale już wszystko dobrze, odpoczywaj.
- Już czuję sie dobrze. Musze wracać do... - chciała się podnieść i pewnie uciec, żeby nie przebywać w mojej tak bliskiej obecności, ale nie pozwoliłem jej. Wciaż była taka blada. Martwiłem się o nią. Popchnąłem ją lekko by położyłą się z powrotem.
- Leż, nie wstawaj. Musisz odpocząc. Dzisiaj już do pracy nie wrócisz. - mruknałem, po czym zastanowiłem się krótko. - I jutro też nie.
- Jak to nie?!
- Zemdlałaś, musisz odpocząć. - powtózyłem spokojnym głosem.
- Ale czuję się już dobrze. - powiedziała patrząc na mnie błagalnie.
- To nic, ja nie pozwolę ci teraz pracowac. - powiedziałem poważnie. - Może to nic wielkiego, ale jednak. Nie mam zamiaru pozwolić, żebyś gdzieś padła. Spojrzała na mnie spod byka.
- Dobra... To w takim razie wracam do hotelu...
- ANi mi się śni! - powstrzymałem ją znów, gdy chciała wstać. - Zostaniesz na noc tutaj. Nie ma mowy, bym teraz gdzies cię puścił. Chcę cię mieć na oku cały czas, gdybys wróciła do hotelu, wydzwaniałbym tam co piętnaście minut, a na końcu i tak sam przyjechał żeby zobaczyć czy naprawdę z toba wszystko w porządku. - popatrzyłą na mnie wielkimi oczami.
- Oszalałeś...
- Być może. - uśmiechnąłem się lekko.
- Ale... ja nie mam tu nic ze sobą. - stwierdziła patrząc na siebie.
Wstałem i podszedłem do swojej szafy. Pogrzebałem w niej przez chwilę, po czym wróciłem do niej z powrotem z jedną z moich ulubionych koszul. Rozpinanych na guziki, tak nawiasem mówiąc. Co bardzo mi odpowiadało.
- Prosze, powinno być dobre. - mruknałem podając jej swój ciuch. Wzięła go do rąk, ale patrzyła na to wielkimi oczami jakby dostała największy skarb na świecie.
- Ty naprawdę oszalałeś. A... reszta?? - zagestykulowałą ręką w powietrzu.
- Też coś się znajdzie. Nie przejmuj się. Janet tu jest, na pewno ci coś pożyczy. A teraz połóz się i śpij. - pogładziłem ją lekko znów po policzku.
- Tak? A gdzie mam spać? - spytała lekko ironicznym tonem.
- Jak to gdzie? Tutaj, rzecz jasna. - odpowiedziałem, jakby to było tak oczywiste jak konstrukcja cepa. Bo dla mnie było. - Noc spędzisz tutaj, w mojej sypialni, ja prześpię się w salonie.
- Naprawdę oszalałeś, nie ma mowy! To raczej powinno wystąpić w odwrotnej konfiguracji, ty u siebie, a ja w salonie! - rozbawiła mnie jej bulwersacja.
- Nie ma mowy, by kobieta poniewierała się w moim domu. - wytrzeszczyła na mnie oczy.
- Mike...
- Koniec dyskusji. Ustalone, więc połóż się i odpoczywaj.
- Ale...
- Nie ma żadnego ale, moja droga. - powiedziałem poważnie, kończąc dyskusję. W moim mniemaniu, bo ona nie dawałą za wygraną.
- Nie zgadzam się!
- Cóż, jesli się nie zgadzasz... to możesz tą nos spędzić razem ze mną w tym łóżku, skoro tak bardzo chcesz, żebym w nim został. - powiedziałem z uśmiechem widząc jej oniemiałą minę.
- Jasne, nie wierzę, że się na to zdobędziesz.
- Niby czemu?
- No bo... prawie się nie znamy!
- Człowieka można poznać dogłębnie nie potrzebując do tego przysłowiowej beczki soli... jeśli ten człowiek stanowi jakąś część ciebie.- przysiadłem na skraju łózka patrząc na nią.
- Czyli według ciebie... ja stanowię jakąś część ciebie, tak? - powiedziała znów drżącym głosem patrząc na mnie. Kiwnąłem lekko głową nie spuszczając z niej oczu.
- Nadmieniam, że z reguły śpię nago. - rzuciłem ze śmiechem, gdy wywaliła na mnie oczy. Zaczerwieniała się momentalnie.
- Nie odważysz się.
- Dlaczego? Przecież to nic wielkiego.
- Nie pomyślałabym, że potrafisz być taki... świnski. - mrukneła przyglądając mi się. Zaśmiałem się.
- Owszem, potrafię. Budzi się znów we mnie życie. To które miałem wcześniej, zanim... ale nie ważne. - uciąłem temat. Nie chciałem rozmawiać o procesie. Westchnałem. - Mówie, połóż się i odpoczywaj... - zrobiła to posłusznie, a wtedy pochyliłem się nad nią i wyszeptałem jej do ucha...
- I nie strasz mnie już tak nigdy więcej, proszę... - pocałowałem lekko jej uszko i podniosłem się nieco spoglądając na nią. Wciąż była blada, ale rumieniec był widoczny.
Nagle poczułem jak obejmuje mnie swoimi drobnymi ramionami i przyciąga do siebie. Westchnąłem cicho i wtuliłem twarz w jej pachnące włosy. Chciałem, by ta chwila trwała. Miałem nadzieję, że za chwilę nie podskoczy jak oparzona i nie każe mi się do siebie nie zbliżać. Ale nic takiego nie miało miejsca. Tkwiliśmy tak dobra chwilę, zatracając się jeden w drugim. Cały mój umysł wypełniał jej zapach. Wyczuwałem notę owocowego żelu pod prysznic, jakiegoś balsamu do ciała o miłym zapachu, i naturalny zapach jej skóry. Który był najbardziej uderzający, choć ledwo wyczuwalny, przykrywały go bowiem zapachy kosmetyków. Pozwalałem jej się tak tulić tak długo jak tylko chciała, a wiedziałem, że tego chciała. Nie zdobyłaby się na taki gest, gdybym naprawdę był jej całkiem obojętny.
Wielka gwiazda POPu i młoda anonimowa w świecie dziewczyna. Czy ktokolwiek by pomyślał, że w ogóle się spotkają? Na pewno nie ona. Spotkanie z nieznanym, wypierane uczucia i skrywane namiętności. I śmierć. Czy możemy tak naprawdę pogodzić się z odejściem ukochanej osoby? A co z teoriami spiskowymi? Czyżby miały one w sobie coś z prawdy?
Michael Jackson
czwartek, 19 maja 2016
poniedziałek, 16 maja 2016
11.
Witam. :) Kolejno proszę. :D Następny w czwartek tak jak zwykle. ;p Zapraszam do czytania!
Donata
Dzień minął szybko, pewnie za sprawą pracy. Co chwilę biegałam do innej części domu i chyba najwięcej czasu zajęło mi to chodzenie niż sama praca. Pani, z którą tego dnia pracowałam była bardzo miła i opowiadała mi, że tak to właśnie wygląda. Że więcej chodzisz niż pracujesz. W samym domu nie było aż tak wiele do roboty. Albo mi się tak wydawało. Całym ogrodem zajmowali się ogrodnicy, których było trzech, my nie zapuszczałyśmy się tam z niczym, chyba, że wywiesić pranie. W kuchni też była pani, która wszystkim się zajmowała, mnie więc przypadło na ten dzień w udziale tak naprawdę... patrzenie jak pracują inni. Chodziłam tylko i miotełką zbierałam pająki, nic więcej. Byłam zdziwiona, miałam momentami wrażenie, że one celowo dają mi do pracy takie błahe rzeczy. Ale w końcu za coś ten facet miał mi płacić. Zwróciłam więc w końcu kobiecie na to uwagę.
- Nie przejmuj się, kochana, jeszcze się narobisz. - odpowiedziała z uśmiechem. - Ciesz się, bo jutro może już nie był tak sielankowo. Planujemy wyczyścić wszystkie okna, a jest ich sporo. Budynek też nie jest tylko ten jeden. - pokiwałam głową.
Tak więc dalej łaziła i wachlowałam miotłą pod sufitem gdzie tylko dostrzegłam jakąś pajęczynę. Nienawidziłam pająków, modliłam się tylko, żeby żaden na mnie nie spadł, bo... brr!
Dotarłam do pewnego miejsca gdzie sufit był naprawdę wysoko i nie byłam w stanie go dosięgnąć nawet tą szczotką na tak długim kiju. Skombinowałam więc sobie szybko drabinkę, która miała raptem trzy stopnie, ale to wystarczyło.
Nigdy nie byłam bałaganiarą, ale sprzątać też nie lubiłam. Ale tu starałam się robić to dobrze, tym bardziej, że ta praca dzisiaj była po prostu śmieszna. Zbieranie pająków za prawie pięć tysięcy polskich złotych. Będę musiała pogadać z tym Michaelem, żeby obniżył trochę tą stawkę. Ktoś inny powiedział by mi, że jestem głupia, że jak dają to bierz, ale ja czułam się niezręcznie. Nigdzie w Polsce nie dostałabym takich pieniędzy.
Zamyślona wachlowałam tą miotłą stojąc praktycznie na palcach na najwyższym stopniu drabinki nawet nie uważałam, by nie spaść. Chwiałam się lekko starając się dosięgnąć jakiegoś miejsca i wtedy powinęła mi się noga, jak to się mówi. Nawet nie zauważyłam, że od dobrych paru minut ktoś mi się przygląda z odległości paru metrów. Zachwiałam się i za pewne runęłabym jak długa, gdyby nie czyjeś delikatne ręce, które złapały mnie w pasie, zanim zaliczyłam bolesne spotkanie z podłogą.
Udało mi się jakoś stanąc na własnych nogach, i wtedy poczułam wyraźny zapach męskich perfum. Był intensywny, ale w pewnym sensie delikatny. Bardzo mi się spodobał.
Spojrzałam na swojego wybawiciela i poczułam, że się rumienię.
Jego twarz była wyjątkowo blisko, mogłam dostrzec strukturę ubarwienia jego tęczówek w oczach. Poczułam jak coś zaciska mi się w żołądku.
- Dzięki. - bąknęłam. Nadal mnie nie puszczał. Miałam takie dziwne, aczkolwiek przyjemne uczucie, w miejscu gdzie na moim ciele znajdowały się jego dłonie... czułam przyjemny żar. Nagle uświadomiłam sobie, to naprawdę ON. Michael Jackson, stoi tak blisko mnie. I chyba nie ma zamiaru się sam oddalić. Dotarło do mnie z kim mam do czynienia. Z człowiekiem tak zastanawiającym, wielu twierdziło, że jest istną zagadką. Z mężczyzną tak pięknym, zwłaszcza z tej odległosci, że aż dech zapierało. Ja właśnie tak się czułam. Jedyne o czym byłam w stanie myślec to to, że ten mężczyzna trzyma mnie nadal w ramionach.
Czas sobie coś uświadomić. On coś we mnie obudził, coś nowego, czego nigdy przedtem nie czułam w pobliżu żadnego chłopaka. Nie wiedziałam co to jest. Jak to nazwać. Ale tliło się gdzieś we mnie i zaczynałam odczuwać jego moc. Jak zaczyna rosnąć i dawać o sobie coraz bardziej znać. To trochę poetyckie, ale tylko w taki sposób umiałam jakoś to określić.
Atmosfera zrobiła się nieco... gęsta... ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Czułam, że coś wisi w powietrzu. Nie wiedziałam tylko co. Jednocześnie się tego bałam. Każdy człowiek boi się nieznanego, ciemności, nowych miejsc, do których musi podążac, bo tak mu nakazało życie. Boi się straty, odrzucenia, boi się samego strachu, który jednak popycha do odwagi. Boi się o drugą osobę, by nie stała się jej krzywda. Czasami boi się nawet samego siebie. Bo tak naprawdę tylko nam się wydaje, że znamy samych siebie na wylot. Nigdy nie wiadomo co się stanie i do czego popchnie nas jakaś sytuacja. Ja tez nigdy bym nie pomyślała, że przez jakiegoś faceta nagle z dnia na dzień polecę na drugi koniec świata. A jednak tak się stało. Czy się z tego cieszyłam? Tak, bardzo. Miałam szansę zacząc wszystko od nowa. Czy cieszyłam się, że poznałam JEGO? W ten dziwny pokraczny sposób... Tak. Z tego też się cieszyłam, ale bałam się do tego przyznać przed sobą, a na pewno nie przyznałabym się do tego przed nim. Mój były zasiał we mnie pewnego rodzaju obawę, lęk, że każdy następny postąpi ze mną tak samo. Będzie karmił złudnymi wyznaniami miłości, nadziejami, obietnicami, a potem to wszystko zniszczy... I nie będzie już niczego.
Ale w tej właśnie chwili... To wszystko zniknęło. Nie miałam pojęcia jak on to zrobił. Ale udało mu się. Przestałam nawet myśleć, o tym co z tego może wyniknąć i co może się stać później. Jego twarz była bardzo blisko, a ja sama nie umiałam się odsunąć, moje ciało całkowicie znieruchomiało nie chcąc stracić z nim kontaktu, tak jakby to miało wywołać jakiś nieopisany ból. Nie zdziwiłabym się gdyby tak było naprawdę.
Miałam ochotę dotknąć jego policzka, ale ciało nie chciało mnie słuchać. Poza tym bałam się, że jakikolwiek ruch to wszystko zrujnuje. Już nawet nie ganiłam się za to co myślę... Później to będę robić. Nawet nie wiedziałam na co tak czekam stoją tam z nim. Patrzyliśmy tylko sobie w oczy z odległości kilku centymetrów i chyba żadne z nas nie umiało wybrnąć z tej sytuacji.
Był starszy. Miał w sobie coś wyjątkowego. Nie to kim się stał w mediach. On był... Po prostu był. Ze wszystkimi wadami, jeśli jakieś miał i zaletami. Być może to fakt, że był w takim a nie innym wieku sprawił, że tak się przy nim czułam. Świadomość, że musi być o wiele bardziej odpowiedzialny i słowny niż taki który ma raptem kilka lat więcej ode mnie. Ja sama byłam jeszcze taka młoda... Gdyby Mike chciał... czegoś... ode mnie, dostałby to. Nie potrafiłabym mu się oprzeć, teraz to wiedziałam. Tak jak w tej chwili nie potrafiłam go od siebie odsunąc i uciec.
Być może jeszcze chwila, a coś by się stało. Coś co mogłoby wiele zmienić, i może dobrze, że do tego nie doszło... Gdyby nie kobieta, która wyszła nagle zza rogu i tym samym nie zniszczyła tej dziwnej atmosfery... Byłam jej niezmiernie wdzięczna. Zaczęło do mnie docierać, co się działo przez kilka ostatnich minut. Czułam jak drżę cała wewnątrz, a ręce to już na pewno, kolana uginały się pode mną... Potrzebowałam powietrza.
Nie była to kobieta, z którą dzisiaj pracowałam. Musiałą być to inna pani, która też tu była zatrudniona, a której jeszcze nie znałam. Wielu ludzi jeszcze nie znałam, pracujących w tym domu. Stanęła jak wryta chyba nie wiedząc co ze sobą począc. Ja w końcu odskoczyłam od mężczyzny i popatrzyłam na panią, która szła gdzieś z naręczem jakichś materiałów. Starałam się zachowywać tak jakby nic wielkiego się nie stało, ale mój płytki oddech zdradzał wyraźnie, że wrażenie, które to na mnie zrobiło, było ogromne.
- Prz - przepraszam państwa... - odezwała się w końcu, chyba nic lepszego nie przyszło jej na myśl. Mike na szczęscie chyba doszedł już do siebie i sam zakończył ten incydent...
- Nic się nie stało. Wracajcie do pracy. - mruknął i szybkim krokiem oddalił się w stronę, a której przyszła kobieta.
Przetarłam twarz i odetchnęłam lekko. Bardzo dobrze. Chyba powinnam zacząć go unikać...
- No, widzę, że mierzysz w grubą rybę. - odezwała się kobieta patrząc na mnie. Odniosłam dziwne wrażenie, że chyba z jakiegoś powodu mnie nie lubi. Choc nawet mnie nigdy wcześniej nie widziała.
- Słucham?
- Mówię, że wysoko mierzysz. Żebyś tylko nie spadła i się nie potłukła. - mruknęła nadal mierząc mnie wzrokiem.
- Nie wiem o co pani chodzi. - odpowiedziałam biorąc do ręki znów swoją miotełkę i z powrotem wchodząc na drabinkę.
- Już ty dobrze wiesz CO. - usłyszałam, a gdy spojrzałam w dół, zobaczyłam jak odchodzi przed siebie z tymi prześcieradłami.
O co jej chodzi, pomyślałam. Musze się opamiętać, ona chyba uznała, że szykuje się tu jakiś romans. Tak to chyba wyglądało... Ale to był tylko jednorazowy incydent, pocieszałam się. Nie ważne jak dobrze sie przy nim czułam, ja nie należałam do jego świata, nie miałam nic, czego on mógłby ode mnie oczekiwać. Jeśli ta kobieta myśli, że będę się do niego pchać, jest w błedzie.
Michael
Musiałem wyjść z domu. Już dawno tego nie czułem... Miałem wrażenie, że za chwilę się zapalę. Przefrunąłem przez dom jak strzała i nie reagując nawet na zawołania Janet wyleciałem do ogrodu. Z tyłu domu była huśtawka, na którą usiadłem i pochyliłem się do przodu podpierając głowe na rękach.
Co się ze mną działo? Gdyby nie ta kobieta... nie chciałem nawet myśleć o tym, co w tamtej chwili chodziło mi po głowie. To się mogło skończyć bardzo nie ciekawie... To znaczy... Skończyłoby się w bardzo ciekawy sposób, ale potem było by nie ciekawie. Jak w ogóle mogłem dopuścić do takiej sytuacji. Ta dziewczyna pewnie ma teraz mętlik w głowie, nie wie co się dzieje... Może narobiłem jej jakichś nadziei? Bzdura! Jakich nadziei...
Tak czy inaczej, musiałem zacząc nad soba panować. Kołysałem się lekko na tej huśtawce czując jak moje serce powoli powraca do stonowanego rytmu. Podniosłem głowę i wpatrzyłem się w ogrom nieba. Było wysoko, ale kiedy w nie patrzyłem miałem wrażenie, że zaraz mnie zgniecie. To samo uczucie towarzyszyło mi, kiedy nocami patrzyłem w gwiazdy, kiedy nie mogłem spać.
- Mike, co się stało? - usłyszałem nagle. - Wołałam cię, a ty uciekłeś jakby cię ktoś oparzył!
To Janet dogoniła mnie by mnie męczyć. Westchnąłem.
- Chciałbym być sam, Jan. - mruknąłem nawet na nią nie patrząc.
- Już chyba dosyć nabyłes się sam...
- Janet, zostaw mnie tu samego, proszę cię. - warknąłem niemal zaciskając zęby. - Nie zrobisz nic na siłę, prosze cię, wracaj do siebie do domu.
Wiedziałem, że ją ranię. Wiedziałem, że się martwi, że się boi, o mnie przede wszystkim, ale nie mogłem już znieść jej sterczenia nade mną.
- Dlaczego wszystkich odtrącasz? Naprawdę chcesz zostać sam? Ty popatrz na siebie! Tylko ja tu przychodzę. Czy ktoś inny próbuje zrobić cokolwiek żeby ci pomóc?! Ty popatrz na nasze rodzeństwo i rodziców. Nie ma chyba nic gorszego niż to, że nasi rodzice pogodzili się z tym, jak cię złamali. - jej głos był przepełniony gorycza i żalem za to, jak ją traktuję. Westchnąłem chowając twarz w dłoniach.
- Jan, przepraszam... - zacząłem.
- Nie, nie przepraszaj mnie! Za co masz mnie przepraszać, za to, że wiecznie jestem ciebie uwieszona? Pójde sobie, tak jak chcesz. Tylko co będziesz robił jak naprawdę zostaniesz sam, Mike. Będziesz siedział sam w czterech ścianach, odseparowany od wszystkich i wszystkiego, tego ci potrzeba? - spojrzałem na nią, czując bardzo niemiłe ukłucie w sercu. Byłem... draniem, traktując ją w ten sposób. Wstałem z huśtawki i przytuliłem ją.
- Przepraszam, staram się, naprawdę. - mruknąłem. - Od jakiegoś czasu coś się ze mną dzieje, ja nie umiem tego ogarnąć. Chyba oduczyłem się przeżywania jakichkolwiek uczuć, a teraz się na mnie zwaliły wszystkie... - westchnąłem i puściłem ją by na nią spojrzeć. Łypnęła na mnie spod byka.
- I dlatego się na mnie wyżywasz?
- Nie chciałem, naprawdę. Potrzebuję tylko chwili w samotności.
- Ty bez przerwy masz te swoje chwile samotności! - burknęła. Wyglądała zabawnie, kiedy się boczyła.
- Tylko chwilę, naprawdę. Ale wracaj do domu.
- Jednak chcesz się mnie pozbyć. - mrukneła.
- To nie tak... Wiecznie siedzisz u mnie, zapominasz o swoich sprawach... Ja naprawdę dam sobie radę, jeśli nie pojawisz sie tu przez kilka dni. - prychnęła.
- Jasne, tak sobie mów. Po prostu masz mnie dość.
- To też, ale przede wszystkim chcę, żebyś nie zaniedbywała przeze mnie swoich jakichś ważnych spraw, rozumiesz? - uśmiechnąłem się lekko pod nosem. - Kocham cię, siostro. I dziękuję, że jesteś. Naprawdę ci dziękuję. - przytuliłem ją znów. Naprawdę byłem jej wdzięczny, że jeszcze się nie poddała, chociaz momentami mnie to wkurzało. Ale potrzebowałem jej. Tak naprawdę to.. miałem tylko ją w tym wszystkim.
- Ja ciebie też. - odmrukneła. - To powiesz czemu tak wystrzeliłeś z tego domu? - no pewnie, przecież ona nigdy nie odpuszcza.
Usiadłem z powrotem na huśtawce i zacząłem lekko odpychać się nogą od ziemi.
- Chyba wdepnąłem. - stwierdziłem cicho pod nosem. Usiadła na huśtawce obok i popatrzyłą na mnie.
- Jak, w co?
- Ta dziewczyna... - zacząłem i już wiedziałem, że reszty domyśli się sama.
- Jednak coś... jest na rzeczy? - podjeła delikatnie temat.
- Nie wiem. Ale od pewnego czasu nie mogę sobie poradzić z natłokiem myśli. A przed chwilą... To tak się stało praktycznie z niczego.
- Co się stało? - spojrzałem na nią, patrzyła na mnie wielkimi oczami.
- Zobaczyłem jak stoi na drabince i zamiata sufit z pająków. - uśmiechnąłem się lekko pod nosem. - Zachwiała się, kompletnie nie ostrożna i pewnie coś by sobie złamała, gdybym szybko nie podbiegł i jej nie złapał. Niby nic... Ale nagle zrobiło się tak... Janet... To się robi niebezpieczne.
- Dlaczego?
- Czułem się jak nastolatek. W moim wieku to nic dobrego. Chyba zaczynam przeżywać kryzys wieku średniego, gdzie mi się oglądać za takimi młodymi panienkami? - popatrzyłem na siostrę w oczekiwaniu na odpowiedź.
- Kryzys wieku średniego? - zaśmiała się. - Niby czemu? To dobrze, że ci się spodobała...
- To nie tak... - natychmiast chciałem zaprzeczyć.
- Nie udawaj. Już chyba wystarczy. Dlaczego czegoś nie zrobisz? Ja myślę, że ty masz dobry wzrok. - spojrzała na mnie jakoś tak znacząco. - Ja też mam nie najgorszy i widzę...
- Co widzisz?
- Że ten twój młody ogrodnik chyba ma na nią chrapkę. - uniosłem brwi do góry.
- Jakoś nie zauważyłem nic specjalnego.
- Bo się nie przyglądasz. - parsknęła smiechem. - Pierwszy dzien w pracy, a on już trzy razy zdązył ją dzisiaj zaczepić. Widziałam, wyszła dosłownie na momencik.
- Chyba... on jest tu lepszym kandydatem dla niej niż... - zacząłem, chociaż czułem, że coś mnie boleśnie ściska w środku.
- Chyba żartujesz! Posłuchaj, ta dziewczyna jest młoda, owszem... ale potrzebuje kogoś dojrzałego. Ten ogrodnik jest totalnym szczeniakiem, nie wiesz, że faceci dojrzewają dopiero po trzydziestce?? - roześmiałem się na jej słowa. - Nie śmiej się, bo taka jest prawda. Nie powiedziała mi tego wprost, ale podejrzewam, że własnie dlatego wyjechała tak nagle z Polski aż tutaj. Jakiś jemu podobny musiał jej zrobić jakąś krzywdę. Pewnie zdradzał. A ty? Gdybyś się teraz z nią związał, pomyślałbyś o jakichś romansach? Czy prędzej miałbyś na względzie stały związek?
- Nie związałbym się z nią...
- Pytanie czysto teoretyczne. - upierała się. Westchnąłem.
- No dobrze, czysto teoretycznie to... Tak, nie szukałbym romansów, tylko starał się stworzyć stały, stabilny związek na lata.
- No właśnie! - z przejęcia az mnie szturchneła. - I właśnie w tym jesteś lepszy od tego szczeniaka! O wiele lepszy. Weź zrób coś, czym dasz mu konkretnie do zrozumienia, że włazi na nie swój teren.
- Ale Janet, to nie jest żaden mój teren! - zajęczałem chwytając się za głowę.
- Ale może będzie. - dalej się upierała. - Chcesz patrzeć jak ten przydupas mały marnuje jej czas? Przeciez on wszystko podrywa, nawet małpy w zoo. - znów się zasmiałem.
Była niesamowita, kiedy się na coś uparła. Ale przy takich okazjach najczęsciej to właśnie ja miałem przesrane. Tak jak teraz. O tych małpach... coś chyba w tym było, bo wiele razy już widziałem, co za głupoty wyprawiał przy szympansicy w moim prywatnym zoo. Zwierzę patrzyło na niego jak na debila i zdawało się, że to właśnie ono ma w sobie więcej inteligencji niż ten człowiek.
- To jak będzie? - odezwała się znów po chwili patrząc na mnie wyczekująco.
- Z czym? - wiedziałem, że mi nie odpuści.
- No jak z czym! Zaproś ją gdzieś. ALbo nie, to by było zbyt szybko. - zamyśliła się. - Musisz zacząć zachowywać się tak, żeby ona zauważyła, że ci zalezy.
- Nie zalezy mi. - syknąłem.
- Nie mów tak! Nie wolno tak mówić. Gdyby coś takiego usłyszała, nie miałbyś już czego u niej szukać. - warknęła.
- A więc tak właśnie zrobię. - wstałem.
- Daj spokój! A może to jest właśnie klucz do tego, żebyś w końcu całkiem wyszedł na prostą? Dlaczego chcesz zrezygnować, nawet nie spróbować?
- Bo ona jest młoda! Nie chcę zmarnować jej życia, może byłaby szczęśliwa przez pierwsze dziesięc lat, a potem co? Już znalazł by się taki, który mógłby dać jej o wiele więcej niż ja. Ja moge jej dać jedynie... pieniądze. Luksusy, nic więcej. - patrzyła na mnie jak na skończonego idiotę.
- Jesteś nienormalny. Kobiety takie jak ona nie myślą takimi kategoriami. Są owszem pustaki i blachary, ale ona do nich nie należy. To widać od razu. Jest skromna i uczciwa.
Skromna i uczciwa... Tak, to prawda. Kiedy zobaczyła ile chcę jej płacić miesięczna, aż się zatrwożyła. Ale i tak...
- Mike, musisz się ruszyć i zacząć działać, mówię ci! - westchnałem. Nie odczepi się. - Wątpie by ona barała na powaznie tego małego cymbała z sekatorem, ale ty to całkiem inna historia. Zobaczysz.
- Skąd ty masz taką pewność, że gdybym zaczął czegoś próbować, doszłoby to do skutku?
- Też jestem kobietą, bracie, i wiem co jej w głowie siedzi. - powiedziała z uśmiechem.
No cóż... Po pierwsze, moja siostra to stworzenie niewiarygodnie uparte. Wiedziałem, że nie da mi spokoju, puki nie spróbuję przynajmniej raz. Ale ja wciąż wiedziałem swoje. To byłoby zbyt piękne. Bałem się... Tak bałem się. Że zdążę się zaangażować, a za chwilę to wszystko szlag trafi. Najlepiej było się asekurować, czyli w moim przypadku, odcinać tego typu kupony do "lepszego życia", jak to nazywała Janet.
Donata
Dzień minął szybko, pewnie za sprawą pracy. Co chwilę biegałam do innej części domu i chyba najwięcej czasu zajęło mi to chodzenie niż sama praca. Pani, z którą tego dnia pracowałam była bardzo miła i opowiadała mi, że tak to właśnie wygląda. Że więcej chodzisz niż pracujesz. W samym domu nie było aż tak wiele do roboty. Albo mi się tak wydawało. Całym ogrodem zajmowali się ogrodnicy, których było trzech, my nie zapuszczałyśmy się tam z niczym, chyba, że wywiesić pranie. W kuchni też była pani, która wszystkim się zajmowała, mnie więc przypadło na ten dzień w udziale tak naprawdę... patrzenie jak pracują inni. Chodziłam tylko i miotełką zbierałam pająki, nic więcej. Byłam zdziwiona, miałam momentami wrażenie, że one celowo dają mi do pracy takie błahe rzeczy. Ale w końcu za coś ten facet miał mi płacić. Zwróciłam więc w końcu kobiecie na to uwagę.
- Nie przejmuj się, kochana, jeszcze się narobisz. - odpowiedziała z uśmiechem. - Ciesz się, bo jutro może już nie był tak sielankowo. Planujemy wyczyścić wszystkie okna, a jest ich sporo. Budynek też nie jest tylko ten jeden. - pokiwałam głową.
Tak więc dalej łaziła i wachlowałam miotłą pod sufitem gdzie tylko dostrzegłam jakąś pajęczynę. Nienawidziłam pająków, modliłam się tylko, żeby żaden na mnie nie spadł, bo... brr!
Dotarłam do pewnego miejsca gdzie sufit był naprawdę wysoko i nie byłam w stanie go dosięgnąć nawet tą szczotką na tak długim kiju. Skombinowałam więc sobie szybko drabinkę, która miała raptem trzy stopnie, ale to wystarczyło.
Nigdy nie byłam bałaganiarą, ale sprzątać też nie lubiłam. Ale tu starałam się robić to dobrze, tym bardziej, że ta praca dzisiaj była po prostu śmieszna. Zbieranie pająków za prawie pięć tysięcy polskich złotych. Będę musiała pogadać z tym Michaelem, żeby obniżył trochę tą stawkę. Ktoś inny powiedział by mi, że jestem głupia, że jak dają to bierz, ale ja czułam się niezręcznie. Nigdzie w Polsce nie dostałabym takich pieniędzy.
Zamyślona wachlowałam tą miotłą stojąc praktycznie na palcach na najwyższym stopniu drabinki nawet nie uważałam, by nie spaść. Chwiałam się lekko starając się dosięgnąć jakiegoś miejsca i wtedy powinęła mi się noga, jak to się mówi. Nawet nie zauważyłam, że od dobrych paru minut ktoś mi się przygląda z odległości paru metrów. Zachwiałam się i za pewne runęłabym jak długa, gdyby nie czyjeś delikatne ręce, które złapały mnie w pasie, zanim zaliczyłam bolesne spotkanie z podłogą.
Udało mi się jakoś stanąc na własnych nogach, i wtedy poczułam wyraźny zapach męskich perfum. Był intensywny, ale w pewnym sensie delikatny. Bardzo mi się spodobał.
Spojrzałam na swojego wybawiciela i poczułam, że się rumienię.
Jego twarz była wyjątkowo blisko, mogłam dostrzec strukturę ubarwienia jego tęczówek w oczach. Poczułam jak coś zaciska mi się w żołądku.
- Dzięki. - bąknęłam. Nadal mnie nie puszczał. Miałam takie dziwne, aczkolwiek przyjemne uczucie, w miejscu gdzie na moim ciele znajdowały się jego dłonie... czułam przyjemny żar. Nagle uświadomiłam sobie, to naprawdę ON. Michael Jackson, stoi tak blisko mnie. I chyba nie ma zamiaru się sam oddalić. Dotarło do mnie z kim mam do czynienia. Z człowiekiem tak zastanawiającym, wielu twierdziło, że jest istną zagadką. Z mężczyzną tak pięknym, zwłaszcza z tej odległosci, że aż dech zapierało. Ja właśnie tak się czułam. Jedyne o czym byłam w stanie myślec to to, że ten mężczyzna trzyma mnie nadal w ramionach.
Czas sobie coś uświadomić. On coś we mnie obudził, coś nowego, czego nigdy przedtem nie czułam w pobliżu żadnego chłopaka. Nie wiedziałam co to jest. Jak to nazwać. Ale tliło się gdzieś we mnie i zaczynałam odczuwać jego moc. Jak zaczyna rosnąć i dawać o sobie coraz bardziej znać. To trochę poetyckie, ale tylko w taki sposób umiałam jakoś to określić.
Atmosfera zrobiła się nieco... gęsta... ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Czułam, że coś wisi w powietrzu. Nie wiedziałam tylko co. Jednocześnie się tego bałam. Każdy człowiek boi się nieznanego, ciemności, nowych miejsc, do których musi podążac, bo tak mu nakazało życie. Boi się straty, odrzucenia, boi się samego strachu, który jednak popycha do odwagi. Boi się o drugą osobę, by nie stała się jej krzywda. Czasami boi się nawet samego siebie. Bo tak naprawdę tylko nam się wydaje, że znamy samych siebie na wylot. Nigdy nie wiadomo co się stanie i do czego popchnie nas jakaś sytuacja. Ja tez nigdy bym nie pomyślała, że przez jakiegoś faceta nagle z dnia na dzień polecę na drugi koniec świata. A jednak tak się stało. Czy się z tego cieszyłam? Tak, bardzo. Miałam szansę zacząc wszystko od nowa. Czy cieszyłam się, że poznałam JEGO? W ten dziwny pokraczny sposób... Tak. Z tego też się cieszyłam, ale bałam się do tego przyznać przed sobą, a na pewno nie przyznałabym się do tego przed nim. Mój były zasiał we mnie pewnego rodzaju obawę, lęk, że każdy następny postąpi ze mną tak samo. Będzie karmił złudnymi wyznaniami miłości, nadziejami, obietnicami, a potem to wszystko zniszczy... I nie będzie już niczego.
Ale w tej właśnie chwili... To wszystko zniknęło. Nie miałam pojęcia jak on to zrobił. Ale udało mu się. Przestałam nawet myśleć, o tym co z tego może wyniknąć i co może się stać później. Jego twarz była bardzo blisko, a ja sama nie umiałam się odsunąć, moje ciało całkowicie znieruchomiało nie chcąc stracić z nim kontaktu, tak jakby to miało wywołać jakiś nieopisany ból. Nie zdziwiłabym się gdyby tak było naprawdę.
Miałam ochotę dotknąć jego policzka, ale ciało nie chciało mnie słuchać. Poza tym bałam się, że jakikolwiek ruch to wszystko zrujnuje. Już nawet nie ganiłam się za to co myślę... Później to będę robić. Nawet nie wiedziałam na co tak czekam stoją tam z nim. Patrzyliśmy tylko sobie w oczy z odległości kilku centymetrów i chyba żadne z nas nie umiało wybrnąć z tej sytuacji.
Był starszy. Miał w sobie coś wyjątkowego. Nie to kim się stał w mediach. On był... Po prostu był. Ze wszystkimi wadami, jeśli jakieś miał i zaletami. Być może to fakt, że był w takim a nie innym wieku sprawił, że tak się przy nim czułam. Świadomość, że musi być o wiele bardziej odpowiedzialny i słowny niż taki który ma raptem kilka lat więcej ode mnie. Ja sama byłam jeszcze taka młoda... Gdyby Mike chciał... czegoś... ode mnie, dostałby to. Nie potrafiłabym mu się oprzeć, teraz to wiedziałam. Tak jak w tej chwili nie potrafiłam go od siebie odsunąc i uciec.
Być może jeszcze chwila, a coś by się stało. Coś co mogłoby wiele zmienić, i może dobrze, że do tego nie doszło... Gdyby nie kobieta, która wyszła nagle zza rogu i tym samym nie zniszczyła tej dziwnej atmosfery... Byłam jej niezmiernie wdzięczna. Zaczęło do mnie docierać, co się działo przez kilka ostatnich minut. Czułam jak drżę cała wewnątrz, a ręce to już na pewno, kolana uginały się pode mną... Potrzebowałam powietrza.
Nie była to kobieta, z którą dzisiaj pracowałam. Musiałą być to inna pani, która też tu była zatrudniona, a której jeszcze nie znałam. Wielu ludzi jeszcze nie znałam, pracujących w tym domu. Stanęła jak wryta chyba nie wiedząc co ze sobą począc. Ja w końcu odskoczyłam od mężczyzny i popatrzyłam na panią, która szła gdzieś z naręczem jakichś materiałów. Starałam się zachowywać tak jakby nic wielkiego się nie stało, ale mój płytki oddech zdradzał wyraźnie, że wrażenie, które to na mnie zrobiło, było ogromne.
- Prz - przepraszam państwa... - odezwała się w końcu, chyba nic lepszego nie przyszło jej na myśl. Mike na szczęscie chyba doszedł już do siebie i sam zakończył ten incydent...
- Nic się nie stało. Wracajcie do pracy. - mruknął i szybkim krokiem oddalił się w stronę, a której przyszła kobieta.
Przetarłam twarz i odetchnęłam lekko. Bardzo dobrze. Chyba powinnam zacząć go unikać...
- No, widzę, że mierzysz w grubą rybę. - odezwała się kobieta patrząc na mnie. Odniosłam dziwne wrażenie, że chyba z jakiegoś powodu mnie nie lubi. Choc nawet mnie nigdy wcześniej nie widziała.
- Słucham?
- Mówię, że wysoko mierzysz. Żebyś tylko nie spadła i się nie potłukła. - mruknęła nadal mierząc mnie wzrokiem.
- Nie wiem o co pani chodzi. - odpowiedziałam biorąc do ręki znów swoją miotełkę i z powrotem wchodząc na drabinkę.
- Już ty dobrze wiesz CO. - usłyszałam, a gdy spojrzałam w dół, zobaczyłam jak odchodzi przed siebie z tymi prześcieradłami.
O co jej chodzi, pomyślałam. Musze się opamiętać, ona chyba uznała, że szykuje się tu jakiś romans. Tak to chyba wyglądało... Ale to był tylko jednorazowy incydent, pocieszałam się. Nie ważne jak dobrze sie przy nim czułam, ja nie należałam do jego świata, nie miałam nic, czego on mógłby ode mnie oczekiwać. Jeśli ta kobieta myśli, że będę się do niego pchać, jest w błedzie.
Michael
Musiałem wyjść z domu. Już dawno tego nie czułem... Miałem wrażenie, że za chwilę się zapalę. Przefrunąłem przez dom jak strzała i nie reagując nawet na zawołania Janet wyleciałem do ogrodu. Z tyłu domu była huśtawka, na którą usiadłem i pochyliłem się do przodu podpierając głowe na rękach.
Co się ze mną działo? Gdyby nie ta kobieta... nie chciałem nawet myśleć o tym, co w tamtej chwili chodziło mi po głowie. To się mogło skończyć bardzo nie ciekawie... To znaczy... Skończyłoby się w bardzo ciekawy sposób, ale potem było by nie ciekawie. Jak w ogóle mogłem dopuścić do takiej sytuacji. Ta dziewczyna pewnie ma teraz mętlik w głowie, nie wie co się dzieje... Może narobiłem jej jakichś nadziei? Bzdura! Jakich nadziei...
Tak czy inaczej, musiałem zacząc nad soba panować. Kołysałem się lekko na tej huśtawce czując jak moje serce powoli powraca do stonowanego rytmu. Podniosłem głowę i wpatrzyłem się w ogrom nieba. Było wysoko, ale kiedy w nie patrzyłem miałem wrażenie, że zaraz mnie zgniecie. To samo uczucie towarzyszyło mi, kiedy nocami patrzyłem w gwiazdy, kiedy nie mogłem spać.
- Mike, co się stało? - usłyszałem nagle. - Wołałam cię, a ty uciekłeś jakby cię ktoś oparzył!
To Janet dogoniła mnie by mnie męczyć. Westchnąłem.
- Chciałbym być sam, Jan. - mruknąłem nawet na nią nie patrząc.
- Już chyba dosyć nabyłes się sam...
- Janet, zostaw mnie tu samego, proszę cię. - warknąłem niemal zaciskając zęby. - Nie zrobisz nic na siłę, prosze cię, wracaj do siebie do domu.
Wiedziałem, że ją ranię. Wiedziałem, że się martwi, że się boi, o mnie przede wszystkim, ale nie mogłem już znieść jej sterczenia nade mną.
- Dlaczego wszystkich odtrącasz? Naprawdę chcesz zostać sam? Ty popatrz na siebie! Tylko ja tu przychodzę. Czy ktoś inny próbuje zrobić cokolwiek żeby ci pomóc?! Ty popatrz na nasze rodzeństwo i rodziców. Nie ma chyba nic gorszego niż to, że nasi rodzice pogodzili się z tym, jak cię złamali. - jej głos był przepełniony gorycza i żalem za to, jak ją traktuję. Westchnąłem chowając twarz w dłoniach.
- Jan, przepraszam... - zacząłem.
- Nie, nie przepraszaj mnie! Za co masz mnie przepraszać, za to, że wiecznie jestem ciebie uwieszona? Pójde sobie, tak jak chcesz. Tylko co będziesz robił jak naprawdę zostaniesz sam, Mike. Będziesz siedział sam w czterech ścianach, odseparowany od wszystkich i wszystkiego, tego ci potrzeba? - spojrzałem na nią, czując bardzo niemiłe ukłucie w sercu. Byłem... draniem, traktując ją w ten sposób. Wstałem z huśtawki i przytuliłem ją.
- Przepraszam, staram się, naprawdę. - mruknąłem. - Od jakiegoś czasu coś się ze mną dzieje, ja nie umiem tego ogarnąć. Chyba oduczyłem się przeżywania jakichkolwiek uczuć, a teraz się na mnie zwaliły wszystkie... - westchnąłem i puściłem ją by na nią spojrzeć. Łypnęła na mnie spod byka.
- I dlatego się na mnie wyżywasz?
- Nie chciałem, naprawdę. Potrzebuję tylko chwili w samotności.
- Ty bez przerwy masz te swoje chwile samotności! - burknęła. Wyglądała zabawnie, kiedy się boczyła.
- Tylko chwilę, naprawdę. Ale wracaj do domu.
- Jednak chcesz się mnie pozbyć. - mrukneła.
- To nie tak... Wiecznie siedzisz u mnie, zapominasz o swoich sprawach... Ja naprawdę dam sobie radę, jeśli nie pojawisz sie tu przez kilka dni. - prychnęła.
- Jasne, tak sobie mów. Po prostu masz mnie dość.
- To też, ale przede wszystkim chcę, żebyś nie zaniedbywała przeze mnie swoich jakichś ważnych spraw, rozumiesz? - uśmiechnąłem się lekko pod nosem. - Kocham cię, siostro. I dziękuję, że jesteś. Naprawdę ci dziękuję. - przytuliłem ją znów. Naprawdę byłem jej wdzięczny, że jeszcze się nie poddała, chociaz momentami mnie to wkurzało. Ale potrzebowałem jej. Tak naprawdę to.. miałem tylko ją w tym wszystkim.
- Ja ciebie też. - odmrukneła. - To powiesz czemu tak wystrzeliłeś z tego domu? - no pewnie, przecież ona nigdy nie odpuszcza.
Usiadłem z powrotem na huśtawce i zacząłem lekko odpychać się nogą od ziemi.
- Chyba wdepnąłem. - stwierdziłem cicho pod nosem. Usiadła na huśtawce obok i popatrzyłą na mnie.
- Jak, w co?
- Ta dziewczyna... - zacząłem i już wiedziałem, że reszty domyśli się sama.
- Jednak coś... jest na rzeczy? - podjeła delikatnie temat.
- Nie wiem. Ale od pewnego czasu nie mogę sobie poradzić z natłokiem myśli. A przed chwilą... To tak się stało praktycznie z niczego.
- Co się stało? - spojrzałem na nią, patrzyła na mnie wielkimi oczami.
- Zobaczyłem jak stoi na drabince i zamiata sufit z pająków. - uśmiechnąłem się lekko pod nosem. - Zachwiała się, kompletnie nie ostrożna i pewnie coś by sobie złamała, gdybym szybko nie podbiegł i jej nie złapał. Niby nic... Ale nagle zrobiło się tak... Janet... To się robi niebezpieczne.
- Dlaczego?
- Czułem się jak nastolatek. W moim wieku to nic dobrego. Chyba zaczynam przeżywać kryzys wieku średniego, gdzie mi się oglądać za takimi młodymi panienkami? - popatrzyłem na siostrę w oczekiwaniu na odpowiedź.
- Kryzys wieku średniego? - zaśmiała się. - Niby czemu? To dobrze, że ci się spodobała...
- To nie tak... - natychmiast chciałem zaprzeczyć.
- Nie udawaj. Już chyba wystarczy. Dlaczego czegoś nie zrobisz? Ja myślę, że ty masz dobry wzrok. - spojrzała na mnie jakoś tak znacząco. - Ja też mam nie najgorszy i widzę...
- Co widzisz?
- Że ten twój młody ogrodnik chyba ma na nią chrapkę. - uniosłem brwi do góry.
- Jakoś nie zauważyłem nic specjalnego.
- Bo się nie przyglądasz. - parsknęła smiechem. - Pierwszy dzien w pracy, a on już trzy razy zdązył ją dzisiaj zaczepić. Widziałam, wyszła dosłownie na momencik.
- Chyba... on jest tu lepszym kandydatem dla niej niż... - zacząłem, chociaż czułem, że coś mnie boleśnie ściska w środku.
- Chyba żartujesz! Posłuchaj, ta dziewczyna jest młoda, owszem... ale potrzebuje kogoś dojrzałego. Ten ogrodnik jest totalnym szczeniakiem, nie wiesz, że faceci dojrzewają dopiero po trzydziestce?? - roześmiałem się na jej słowa. - Nie śmiej się, bo taka jest prawda. Nie powiedziała mi tego wprost, ale podejrzewam, że własnie dlatego wyjechała tak nagle z Polski aż tutaj. Jakiś jemu podobny musiał jej zrobić jakąś krzywdę. Pewnie zdradzał. A ty? Gdybyś się teraz z nią związał, pomyślałbyś o jakichś romansach? Czy prędzej miałbyś na względzie stały związek?
- Nie związałbym się z nią...
- Pytanie czysto teoretyczne. - upierała się. Westchnąłem.
- No dobrze, czysto teoretycznie to... Tak, nie szukałbym romansów, tylko starał się stworzyć stały, stabilny związek na lata.
- No właśnie! - z przejęcia az mnie szturchneła. - I właśnie w tym jesteś lepszy od tego szczeniaka! O wiele lepszy. Weź zrób coś, czym dasz mu konkretnie do zrozumienia, że włazi na nie swój teren.
- Ale Janet, to nie jest żaden mój teren! - zajęczałem chwytając się za głowę.
- Ale może będzie. - dalej się upierała. - Chcesz patrzeć jak ten przydupas mały marnuje jej czas? Przeciez on wszystko podrywa, nawet małpy w zoo. - znów się zasmiałem.
Była niesamowita, kiedy się na coś uparła. Ale przy takich okazjach najczęsciej to właśnie ja miałem przesrane. Tak jak teraz. O tych małpach... coś chyba w tym było, bo wiele razy już widziałem, co za głupoty wyprawiał przy szympansicy w moim prywatnym zoo. Zwierzę patrzyło na niego jak na debila i zdawało się, że to właśnie ono ma w sobie więcej inteligencji niż ten człowiek.
- To jak będzie? - odezwała się znów po chwili patrząc na mnie wyczekująco.
- Z czym? - wiedziałem, że mi nie odpuści.
- No jak z czym! Zaproś ją gdzieś. ALbo nie, to by było zbyt szybko. - zamyśliła się. - Musisz zacząć zachowywać się tak, żeby ona zauważyła, że ci zalezy.
- Nie zalezy mi. - syknąłem.
- Nie mów tak! Nie wolno tak mówić. Gdyby coś takiego usłyszała, nie miałbyś już czego u niej szukać. - warknęła.
- A więc tak właśnie zrobię. - wstałem.
- Daj spokój! A może to jest właśnie klucz do tego, żebyś w końcu całkiem wyszedł na prostą? Dlaczego chcesz zrezygnować, nawet nie spróbować?
- Bo ona jest młoda! Nie chcę zmarnować jej życia, może byłaby szczęśliwa przez pierwsze dziesięc lat, a potem co? Już znalazł by się taki, który mógłby dać jej o wiele więcej niż ja. Ja moge jej dać jedynie... pieniądze. Luksusy, nic więcej. - patrzyła na mnie jak na skończonego idiotę.
- Jesteś nienormalny. Kobiety takie jak ona nie myślą takimi kategoriami. Są owszem pustaki i blachary, ale ona do nich nie należy. To widać od razu. Jest skromna i uczciwa.
Skromna i uczciwa... Tak, to prawda. Kiedy zobaczyła ile chcę jej płacić miesięczna, aż się zatrwożyła. Ale i tak...
- Mike, musisz się ruszyć i zacząć działać, mówię ci! - westchnałem. Nie odczepi się. - Wątpie by ona barała na powaznie tego małego cymbała z sekatorem, ale ty to całkiem inna historia. Zobaczysz.
- Skąd ty masz taką pewność, że gdybym zaczął czegoś próbować, doszłoby to do skutku?
- Też jestem kobietą, bracie, i wiem co jej w głowie siedzi. - powiedziała z uśmiechem.
No cóż... Po pierwsze, moja siostra to stworzenie niewiarygodnie uparte. Wiedziałem, że nie da mi spokoju, puki nie spróbuję przynajmniej raz. Ale ja wciąż wiedziałem swoje. To byłoby zbyt piękne. Bałem się... Tak bałem się. Że zdążę się zaangażować, a za chwilę to wszystko szlag trafi. Najlepiej było się asekurować, czyli w moim przypadku, odcinać tego typu kupony do "lepszego życia", jak to nazywała Janet.
czwartek, 12 maja 2016
10.
Witam. :) Krótko i zwięźle, następny w poniedziałek, a teraz zapraszam do czytania. :D Dziękuję też za wszystkie komentarze pozostawione tutaj do tej pory. :)
Donata
Weekend minął błyskawicznie. Kiedy obudziłam się w poniedziałek rano o szóstej, przez chwilę nie docierało do mnie to, że to już dziś. Pierwszy dzień w pracy. U niego. Kiedy sobie to uzmysłowiłam natychmiast poczułam, jak moje serce wali jak młot, obijając się o żebra. Wciąż ta sama reakcja... Naprawdę zaczynało mnie to martwić.
Nie miałam pojęcia czego się spodziewać po dzisiejszym dniu. Pewnie go nawet nie zobaczę... Nie wiedziałam czy to dobrze czy źle. Ale z jakiegoś powodu czułam lekkie ukłucie zawodu na myśl, że przez cały dzień... a może i tydzień, nie miałabym go w ogóle kompletnie w zasięgu wzroku, żeby chociaż przez chwilę na niego popatrzeć. Kiedy złapałam się na tej myśli, oniemiałam, przecież... to absurd.
Ubrałam się naprawdę w rekordowo krótkim czasie. W sumie to nie wiedziałam czy mam się przygotować jakoś specjalnie... Zdałam sobie sprawę, że stresuje się jeszcze bardziej niż przed swoim pierwszym razem. Masakra.
Śniadanie przeszłam z prędkością światła, a potem razem ze znanym już kierowcą, pojechałam w miejsce, które od kilku dni chodziło mi po głowie. Kiedy wysiadłam przed bramą, żołądek podjechał mi do gardła. Nie wiedziałam czemu się tak stresowałam, przecież nikt mnie tam nie zje. Ale to chyba była nieodłączna część życia chyba każdego człowieka. Stres przed pierwszym dniem w pracy. A tym bardziej, jeśli pracodawcą jest KTOŚ TAKI. Nie miałam pojęcia jak oni to wszystko znoszą.
Brama była jednak zamknięta. Przeczuwałam, że będę miała kłopoty z dostaniem się na posesję, a co dopiero z dotarciem do domu. I się nie myliłam.
Ci ochroniarze byli chyba jacyś... niedorozwinięci umysłowo... albo rzeczywiście...
- Ale my nic nie wiemy o nikim nowym. Proszę stąd odejść, bo wytłumaczymy to ręcznie. - wytrzeszczyłam oczy na faceta. Przez chwile nic nie mówiłam.
- Proszę bardzo. Zapraszam. - zaczęłam warczeć. Było już po dziewiątej, a te tłumoki chyba nie rozumieli języka angielskiego. - Dotknij mnie choćby palcem, to zobaczysz co będzie.
Uśmiechnął się głupio pod nosem.
- Właściciel posesji nie przyjmował ostatnio nikogo do pracy, z resztą nie ma tu już miejsca dla nikogo nowego. - rzucił. Myślałam, że eksploduje. - Chyba ktoś zrobił pani jakiś żart.
- Być może i być może był to właśnie twój szef. - warknęłam. - Proszę, zobacz sobie to. Jeśli umiesz czytać. - dodałam złośliwie.
Miałam przy sobie teczkę z umową. Kiedy ją zobaczył, zrobił wielkie oczy, a usta ułożyły mu się w idealne O.
- Wpuścisz mnie w końcu?!
- Proszę, panienko... - mruknął z lekkim uśmiechem patrząc na mój wkurw.
- Dobrze się bawisz, co nie? - warknęłam znowu wchodząc w końcu na posesję i ignorując go już całkowicie poszłam przed siebie jedną z alejek, która jak poprzednio zaprowadziła mnie pod same drzwi. Zapukałam w nie nerwowo pewna, że dostane porządny ochrzan...
Usłyszałam szybkie kroki i drzwi otworzyły się zamaszyście i zobaczyłem w nich... jego.
- Chryste, co tak długo?! - tak jak się spodziewałam, pewnie teraz będzie mnie łajał. - Co się stało, czekam już dobre - spojrzał na zegarek - pół godziny na ciebie.
- Przepraszam... - zaczęłam.
- Nie przepraszaj tylko mów. - patrzył mi w oczy. Wpuścił mnie do środka nie spuszczając ze mnie wzroku, który był... Byłam lekko skołowana. Wydawało mi się, że dostrzegłam w jego oczach strach, powodowany tym moim spóźnieniem... Martwił się...? O co? Serce podskoczyło mi do gardła.
- Twój pies nie chciał mnie wpuścić. - powiedziałam w końcu na powrót się denerwując na samo wspomnienie o tym kretynie, który tyle trzymał mnie przy bramie.
- Jaki pies? - chyba zbiłam go z tropu.
- Ochroniarz. - powiedziałam patrząc mu w oczy ze wściekłą miną. - Ja nie wiem, może to i zabawne, ale mnie nie było do śmiechu tłumaczyć mu jak głupiemu, że mam tu pracować. Siedem razy i za każdym razem inaczej. A i tak nie zrozumiał. - zmarszczył lekko czoło.
- Niczego nie rozumiem, przecież mówiłem im, że pojawi się nowa dziewczyna. - prychnął. - Zaczekaj w kuchni, jest tam Janet, zajmie się tobą. - stwierdził nagle, na co spojrzałam na niego zdziwiona. Chyba miał zamiar wyjść z domu.
- Ale... gdzie ty się wybierasz? Myślałam, że będziesz mnie łajał...
- Ciebie? - zapytał stając w otwartych drzwiach z zaskoczonym wyrazem twarzy patrząc na mnie. - Martwiłem się... Myślałem, że coś się stało... - zamrugałam powiekami. Nie spodziewałam się tego... - Idź do środka, zaraz wrócę. - rzucił w końcu wyskakując z domu w białej koszuli, która lekko za nim powiewała. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że przez te kilka minut miałam przed oczami nagi fragment jego klatki piersiowej... Momentalnie wrosłam w podłogę.
- No, jesteś już! - usłyszałam za sobą głos Janet. Spojrzałam na nią i mimowolnie się uśmiechnęłam. - Chodź, zrobię ci herbaty, zanim on wróci minie trochę czasu. - trajkotała z uśmiechem prowadząc mnie do kuchni.
- Mówił, że zaraz wróci.
- U niego to zaraz trwa znacznie dłużej. - zaśmiała się. - Będzie ich tam łajał co najmniej przez pół godziny, a my zdążymy sobie przez ten czas porozmawiać. - mówiła cały czas krzątając się przy szafkach.
- Mieszkacie tu razem, ty i Michael? - zapytałam ciekawa, rozglądając się dyskretnie po pomieszczeniu. Usłyszałam znów jej wesoły śmiech.
- Nie, ja mam swój własny dom, ale często tu wpadam. W przeciwieństwie do całej reszty. - mruknęłam i odchrząknęła lekko. Zdziwiło mnie to nieco.
- Nikt inny go nie odwiedza?
- Odwiedzają, owszem. Ale nie wnoszą tymi swoimi wizytami niczego pozytywnego. Mam wrażenie, że po tych męczarniach z procesem, wszyscy i rodzeństwo i nasi rodzice pogodzili się z jego stanem. W czasie tego wszystkiego staliśmy za nim wszyscy murem... A teraz domagają się od niego jakiejś wdzięczności za to... - westchnęła. - Jesteśmy rodziną. On miał prawo oczekiwać od nas wsparcia i nie musi się niczym za to rewanżować. Nagrywa z przymusu. Ostatnia płyta przypominała wypociny w porównaniu z tym, co robił wcześniej, ale jego fani i tak ją pokochali, w końcu ich Król wrócił z nowym krążkiem. - uśmiechnęła się lekko, ja też. - Tylko ja próbuję coś zrobić, żeby wrócił do siebie. Kiedyś był zupełnie inny. - usiadła przede mną i postawiła nam po kubku herbaty. Owocowej, przyjemnie pachniała. - Promieniał radością na każdym kroku, wszędzie go było pełno... W studiu rozwalał system, a teraz? Czasami odnoszę takie wrażenie, że... on znienawidził to kim jest. Kim się stał dla świata. Stał się najpopularniejszym człowiekiem na świecie, chyba uważa, że właśnie dlatego to go spotkało. Komuś nie pasował i postanowił go zniszczyć... Prawie mu się udało. - ściszyła głos.
Widać było, że to przeżywa. Że tęskni za bratem takim jaki był kiedyś. Uśmiechnęłam się lekko chcąc dodac jej otuchy.
- Nie jest słaby. Da sobie radę. - spojrzała na mnie.
- Dzięki. - uśmiechnęła się. - Tak, Michael jakoś daje sobie rade... Od zawsze muzyka stanowiła dla niego remedium na wszystko. Teraz traktuje to tak samo, ale... Chyba już mu to nie wystarcza. Robi to wszystko, bo tego oczekuje od niego cały świat, a nawet nasza rodzina. Momentami widać, że najchętniej rzuciłby to wszystko w cholere... Ale wtedy całkiem by się pogrążył, w ogóle nie wychodził z łóżka. - prychnęła udawanym śmiechem. - Najlepsze podejścia ma moja siostra. Zawsze tylko byle ręce i dupa miały spokój. Wszyscy powinni radzić sobie sami. Ale kiedy ona ma jakiś problem, to do kogo leci? Oczywiście, do Michaela. A on wtedy musi zakasać rękawy i rozwiązywać za nią jej kłopoty i wyciągać ją z gówna, w które wdepnęła świadomie bądź nie. - westchnęła kręcąc głowa i gapiąc się w swój kubek z herbatą. Upiłam ze swojego.
- Wasza rodzina chyba po prostu od zawsze żyje w tym wszystkim. Może dlatego chcą, żeby tak szybko wrócił do tego co robił przedtem. - powiedziałam ostrożnie.
- Pewnie tak. Ale on powinien odpocząć. Odciąć się od tego chociaż na jakiś czas, od całego świata. Jeszcze ta Presleyowa. - prychnęła. - W najgorszej chwili zachciało jej się romansów. - otworzyłam szerzej oczy.
- To dlatego się rozwiedli?
- Tak, dlatego. - westchnęła cięzko. - Ale za porozumieniem, nie wojowali ze sobą. Mike miał już dość wymiaru sprawiedliwości. Od tamtej pory jest jałowy... Ale to nic dziwnego.
- Będzie dobrze, zobaczysz. Długo go gnębili, potrzeba jeszcze raz tyle czasu, żeby to przetrawić, ale poradzi sobie. - uśmiechnęła się znów do mnie z wdzięcznością.
- Jesteś nawet fajną dziewczyną, wiesz? - wypaliła nagle z zupełnie innej paki.
- Tak? - speszyłam się nieco.
- No! Chyba jesteś tego świadoma, co? Zgrabna dupa z ciebie, a mój brat... lubi pocieszyć oko mimo wszystko.
- Proszę cię! - przewróciłam oczami śmiejąc się.
- No co? Wiesz, od jakiegoś czasu zauwazyłam u niego pewną zmianę. Nie chodzi tu o to, że może nagle zaczął się wiecznie śmiać. Zaczął po prostu przeżywac jakieś emocje, to widać. Nie wiem jakie, ale ostatnimi czasy coś się z nim dzieje. A to chyba dobry znak, w porównaniu z tym, jak do tej pory wszystko po nim spływało. Nic sobie z niczego nie robił, chciał mieć tylko święty spokój. A teraz, gdybyś go tu widziała, zanim się w końcu pojawiłaś! Chodził w kółko, miał jechać do studia, nie pojechał, bo nie wiedział czemu cię jeszcze nie ma. Wcześniej się tak nie zachowywał.
- No widzisz, mówie, że będzie lepiej. Potrzeba mu tylko czasu. - stwierdziłam popijając znów herbatę.
- Mnie się wydaje, że to chodzi o to, że... - zaczęła i uśmiechnęła się. - Podobasz mu się.
- Prosze cię, Janet.
- No co? Nie zauwazyłaś tego?
- Przestań, nie mam zamiaru bawić się w facetów. - mruknęłam. - Muszę raczej od nich odpocząć.
- To dlatego wyjechałas z Polski?
- Można tak powiedzieć. - uśmiechnęłam się słabo.
Nie chciałam o tym rozmawiac. Mimo że teraz mój umysł był zajęty czym innym, to wciąz nie był łatwy dla mnie temat. Wolałam go omijać.
Michael
Boże, co się dzieje? Jest już piętnaście po, a jej nadal nie ma. Chodziłem po salonie, co chwila podchodząc do okna by zobaczyć czy może gdzies jej nie widać. NIc. Nie ma jej.
Dwadzieścia po, i jeszcze jej nie ma. Zaczynałem się mocno denerwować. A moze zrezygnowała? Ale wtedy chyba powinna się ze mną skontaktować! A jeśli coś rzeczywiście się stało? Ja muszę o tym wiedzieć, do cholery!
Janet wlepiała we mnie swoje oczy z fotela jak sroka w gnat. Nie zwracałem nawet na to uwagi. Miałem jechać do studia, byłem już sporo spóźniony. Ale nie było mowy, żebym jechał gdziekolwiek jeśli nie będę wiedział co się z tą dziewczyną dzieje. Jeżeli nie pojawi się do dziesiątej... to nie wiem.
Nie miałem pojęcia dlaczego aż tak się przejąłem. Wiadomo, że... Ale żeby aż tak? Postanowiłęm to przemyślec później teraz skupiając się na tym co za oknem, czy nie idzie. Ale wciąz nic nie widziałem.
Zaledwie odszedłem od okna usłyszałem pukanie do drzwi. Zerwałem się z miejsca i niemal biegiem ruszyłem do drzwi słysząc za plecami cichy chichot Janet. Kiedy otworzyłem, poczułem niewysłowioną ulgę.
- Chryste, co tak długo?! Czekam już dobre pół godziny na ciebie! - prawie krzyknąłem widząc ją w końcu na progu mojego domu. Minę miała skruszoną. Spóźnienie w pierwszy dzień, super. Ale nie obchodziło mnie to wcale, teraz chciałem się tylko dowiedzieć, czemu nie przyszła na czas...
- Przepraszam. - bąknęła widocznie zmieszana i chyba lekko wystraszona moją miną. Westchnąłem.
- NIe przepraszaj, tylko mów. - rzuciłem patrząc na nią. Serce waliło mi w piersi, myślałem, że mi wyskoczy. Kiedy w końcu opowiedziała mi co się stało, myślałem, że rzeczywiśćie mi wyskoczy, ale z wściekłości.
Co za durnie! Mówiłem im dokładnie co i jak, a oni urządzili sobie jaja?! NIe, tego ja tolerował nie będę...
Kazałem jej iść do środka, ale kiedy stwierdziła zaskoczona, że myślała, że będę ją za to wyzywał, ja sam się zdziwiłem... Za co miałem ją wyzywać? Za głupotę tych debili? Już oni popamiętają cały ruski rok.
Kiedy szedłem alejkami ogrodu w stronę budynku w którym zazwyczaj siedzieli, czułem jak kotłuje się we mnie cała mieszanina emocji. Już dawno się tak nie czułem. Już chyba nawet zapomniałem, jak to jest przeżywać jakiekolwiek emocje. Wcześniej olewałem to wszystko... Od jakiegoś czasu coś zaczęło się ze mną dziać... Od czasu... jak spotkałem tą dziewczynę...
Kiedy wpadłem jak huragan do tej kanciapy, w której koczowali, po mojej minie od razu poznali, że będą mieć kłopoty.
- Który maglował dziewczynę przed bramą przez pół godziny? - starałem się panować nad głosem, ale płytki urywany oddech i tak wszystko zdradzał. Miałem nadzieję, że będzie umiał się tłumaczyć, bo mnie szlak trafi.
- Eee myyy... - zaczął jeden.
- KTÓRY? Bo wiem, że jeden z was, idioci. - warknąłem. Jeszcze mnie chyba nie widzieli w takim stanie.
- Ja, panie Jackson. - przyznał się w końcu. Co prawda, dobrych miał kolegów, że go od razu nie wsypali. Chociaż tyle, że sam się przyznał. Podszedłem do niego.
- Synek - zacząłem. - czy tobie się wydaje, że ja nie mam nic innego na głowie tylko latać od okna do okna i wyczekiwać dziewczyny, która miała być na czas a ślad po niej zaginął?! - z każdym kolejnym słowem podnosiłem głos, aż po prostu zacząłem na niego wrzeszczeć. A mój głos czasami potrafił zbić szklankę. Zwłaszcza kiedy byłem wściekły, wtedy potrafiłem wydobyć z siebie prawdziwie wibrujące dźwięki. - Czy tobie się wydaje, że jestes tu nie zastąpiony?! Czy wyobrażasz sobie, że możesz lekceważyć to co mówie do twojej zakutej pały?! Powiedziałem wyraźnie, co ma być i kto ma przyjść! Pytam się, do jasnej cholery, dlaczego polecenie nie zostało wykonane!!!
Facet był blady jak ściana. Zawsze przymykałem oko na ich głupie wybryki, kiedy nie chcieli wpuścić Janet i ślęczała z nimi przez czterdzieści pięć minut zanim ją łaskawie wpuścili. Ale teraz to było przegięcie.
- Słucham, do kurwy nędzy. - wycedziłem. Rzadko zdarzało mi się tak siarczyście kląć. Nie wiedziałem, dlaczego akurat teraz byłem taki wściekły. - Cały dzień mam zawalony pracą, nie to co ty! - dziabnąłem go palcem w pierś. - Miałem jechać do studia, nie pojechałem, bo przez twoje durnoty sterczałem jak widły w gnoju przy oknie, bo dziewczyna nie przychodzi! Tobie sie wydaje, że to śmieszne, tak?! Rozwalać komuś cały plan dnia, bo ciebie się żarty trzymają! Teraz będę cały dzień do tyłu, bo w takim stanie to ja nic dzisiaj nie zrobie. I to ty będziesz się z tego tłumaczył prezesowi. - wywarczałem. - Masz telefon, dzwoń i opowiedz o swoim wspaniałym pomyśle. - złapałem za telefon leżący obok i wcisnąłem mu go w rękę.
Prezesem nazywaliśmy szefa grupy nagraniowej. To on nad wszystkim panował, ustawiał nas po kontach, poprawiał, jeśli nie dociągnąłem jakiegoś dźwięku, montował teledyski itd. Nie dość, że ja gościa złajałem, to jeszcze teraz dostanie mu się od niego.
Stałem tam i patrzyłem na niego chyba ze dwadzieścia minut słuchając, jak nasz kochany prezes daje mu do wiwatu.
- Jak to, pan Michael chyba nie przyjdzie dzisiaj do pracy?? - usłyszałem w telefonie. Ochroniarz zaczął się tłumaczyć.
- WYnikła pewna sytuacja i... pan Michael bardzo się zdenerwował...
- Jaka znowu sytuacja?!
- No... Pan Michael czekał na pewną damę, która miała dzisiaj zacząc u niego pracę, a my... No... Zrobilismy sobie dowcip w nie odpowiednim momencie.
- Nie wpuściliście jej. - odgadł już sam.
- No... tak... Bardzo pana przepraszam... - zaczął jęczeć, ale prezes wszedł mu w słowo.
- Dawaj Jacksona, miernoto społeczna. - podał mi słuchawkę nawet nie pyskując.
- Tak? - mruknąłem.
- No, słyszę, że jesteś nieźle wkurzony. Na pewno nie dasz dzisiaj rady? Wiesz, że zbliżamy się już do końca, za chwilę zaczynamy teledysk... Im szybciej skończymy z nagraniem głosowym tym lepiej.
- Wiesz dobrze jak mi idzie, kiedy nie mam do tego głowy. - westchnąłem. - Ostatnio nawet sam mnie wygnałeś, pamiętasz?
- Pamiętam. - prychnął.
- No więc sam widzisz... Najlepiej będzie, jeśli dzisiaj mi odpuścisz a jutro weźmiemy się brawurowo do pracy.
- Terminy nas zeżrą żywcem, Mike. - powiedział ostrzegawczo.
- SPokojnie... Zdążymy. A jak nie to nikt nie umrze. Damy radę.
- NIkt nie umrze! - zawołał zły. - Dobrze, że ty jeszcze kozła nie wywinąłeś. - uśmiechnąłem się.
- Poradzimy sobie. Zobaczymy się jutro.
- Czyli nie przyjedziesz? Zamorduję cię, Jackson, zabiję cię jak psa, jeśli się nie wyrobimy, już teraz ci to mówię! - narwany jak zwykle.
- Damy radę! Nie załamuj się, potrafisz narzucić nam takie tempo, że jeszcze wyrobimy się przed czasem. Do zobaczenia, pa. - rozłączyłem się w końcu. Patrząc na tego kretyna, który wciąż stał przede mną, skrzywiłem się.
- Panie Jackson... - zaczął.
- Zamilcz i najlepiej nie pokazuj mi się dzisiaj przez cały dzień. Dla własnego dobra, a jeśli jeszcze odwalisz taki numer, wylecisz. - warknąłem i wyszedłem stamtąd wracając do domu.
Gdy wszedłem do środka usłyszałem rozmowy z kuchni. Janet chyba zajęła się tą dziewczyną. Chichotały na jakiś temat, jak to baby.
- O, jesteś już. Skończyłeś tyradę? - zawołała Janet jak tylko mnie zobaczyła. Uśmiechnąłem się sztucznie. Popatrzyłem na dziewczynę. Przyglądała mi się niepewnie.
- Możesz jechać już do tego studia. - mruknęła nadal mi się przyglądając.
- Teraz? - prychnąłem siadając przy stole obok niej. - Gdybym tam teraz pojechał, rozpieprzyłbym chyba cały system.
- Dlaczego? - zapytała lekko zdziwiona.
- Bo jestem wściekły. - warknąłem odwracając do niej swoją twarz.
Spojrzała na mnie unosząc lekko brwi, po czym wstała.
- Dzięki za herbatę, Janet... idę do pracy.
- Wiesz co, Michael? Jesteś świnia, niby prawie zrobiłes pod siebie, bo jej nie było, a teraz za debili wyżywasz się na niej, nie zwykle mądre. - teraz to Janet zaczęła warczeć na mnie. I miała rację.
- Ale nic się nie stało. - mruknęła... Dona? Chyba tak. Wstała i odstawiła swój kubek do zlewu.
- Wiesz co masz robić? - zapytałem nieco łagodniej.
- Tak, przed chwilą była tu jedna pani i umówiłam się już z nią co na dziś należy do mnie. - odpowiedziała rzeczowo i poszła. Jej ton był nieco... za szorstki. No tak...
Napotkałem wzrok mojej siostry, który aż parzył. No co, przecież nie zrobiłem tego celowo.
- No co się tak na mnie patrzysz?
- Bo jesteś... głupi! Po prostu. A zamiast zadawać mi teraz głupie pytania, poderwał byś dupsko z krzesła i poszedł do niej i ją przeprosił, jeśli nie chcesz, żeby dała ci kosza, kiedy zaprosisz ją na randkę. - oczy aż wyszły mi na wierzch.
- Jaką randkę?!
- Tą, na która pójdziecie, jak już przestaniesz udawać, że ci sie nie podoba. - syknęła.
- Mówiłem ci...
- A ja ci mówiłam, żebyś szedł ją przeprosić.
Wstałem po częsci po to, żeby już nie mieć z nią do czynienia. Co za uparta baba! Czy ona chce mnie z nią zeswatać? Ciekawe co nagadała tej biednej dziewczynie... Będe musiał to jakoś wybadać i odkręcić. Zołza.
- Hej, zaczekaj! - zawołałem za dziewczyną, gdy dojrzałem ją na końcu korytarza. Chyba nie bardzo wiedziała gdzie się znajduje. - Zgubiłaś się?
- Nie. - odpowiedziała wojowniczo. Uśmiechnąłem się.
- Słuchaj... Przepraszam, że na ciebie naskoczyłem wtedy w kuchni. Janet ma racje, jestem świnia, ale nie chciałem cię atakować. - popatrzyła na mnie unosząc lekko brew do góry. - Naprawdę.
- I po to lazłeś tu za mną przez ten cały korytarz? - kobiety... Kiedy je urazisz, automatycznie zamieniając się w drut kolczasty.
- No, po części tak...
- Po części... - chyba znowu powiedziałem coś nie tak.
- Po prostu, chciałem cię przeprosić, ale i oddalić się od Janet. - wyjaśniłem.
- Dlaczego?
- Bo bywa bardzo upierdliwa. Aż nie do zniesienia.
- Twoja siostra się o ciebie martwi, powinieneś być jej wdzięczny, a nie jeszcze utrudniać jej tu wstęp. - wypaliła, chyba zdając sobie po chwili sprawę, że powiedziała coś za dużo.
- Janet... mówiła ci coś konkretnego?
- Nie. - odpowiedziała natychmiast. Wiedziałem, że było inaczej. Janet to papla. Ale tym razem ise nie dziwiłem.
- Wiem, że zdała ci relacje ze wszystkiego, to małpiszon z językiem długim jak całe Stany. Ale nie jestem tym wcale zdziwiony. Chyba nie miała sama się komu wygadać do tej pory. I wcale nie utrudniam jej wstępu do mojego domu. - uśmiechnąłem się lekko. - Wcześniej przymykałem oczy na ich wybryki, ale chyba będę musiał z tym skończyć. - uśmiechnęła się w końcu. Na reszcie! Już myślałem, że cały dzień będzie się boczyć. - Co ci mówiła Janet? - chyba zapytałem zbyt bezpośrednio.
- Nic konkretnego, tylko tyle, że chyba jesteś przemęczony. - odpowiedziała patrząc na mnie bez mrugnięcia wzrokiem. Jasne. Byłem głupi, jeśli myślałem, że tak po prostu mi powie.
- Nie chciałbym po prostu, żeby powiedziała coś... co nie ma miejsca w rzeczywistości.
- Nic takiego nie powiedziała. Chyba, że nie prawdą jest to, że zmuszasz się do pracy. - a to coś konkretnego.
- Zmuszam? Wcale nie...
- Ja nic nie wiem. - odparowała zdając sobie sprawę, że puściła farbę.
- Nie chcę, żebyś wyrobiła sobie o mnie fałszywy pogląd.
- Ja nie musze nic wiedzieć, naprawdę. To co robisz czy nie robisz jest tylko twoją sprawą. O co by cię nie oskarżali to nie moja sprawa. Ale tylko skończony głupek wziąłby te oskarżenia na poważnie. Nie trzeba być specem od spraw Michaela Jacksona, żeby wiedzieć, że to wszystko było grubymi nićmi szyte. - poczułem jak coś ciężkiego nagle rozpada się na kawałki w moim brzuchu. Poczułem się trochę lżej.
- Dziękuję. Chociaż... gdybyś przyłapała mnie na czymś, nie zgłosiłabyś tego?
- Zależy jak byś to wytłumaczył. - pokiwałem głową rozumiejąc. Konkretna dziewczyna.
Coraz więcej mnie w niej urzekało, coraz bardziej mnie do siebie przyciągała. Musiałem znajdować w sobie coraz to większe pokłady woli, by się temu magnetyzmowi nie poddawać. Nie ma nic gorszego niż odrzucenie. A ja nawet nie musze próbować by wiedzieć, że nawet nie zastanawiałaby się na tym, czy jestem wart czegokolwiek.
Donata
Weekend minął błyskawicznie. Kiedy obudziłam się w poniedziałek rano o szóstej, przez chwilę nie docierało do mnie to, że to już dziś. Pierwszy dzień w pracy. U niego. Kiedy sobie to uzmysłowiłam natychmiast poczułam, jak moje serce wali jak młot, obijając się o żebra. Wciąż ta sama reakcja... Naprawdę zaczynało mnie to martwić.
Nie miałam pojęcia czego się spodziewać po dzisiejszym dniu. Pewnie go nawet nie zobaczę... Nie wiedziałam czy to dobrze czy źle. Ale z jakiegoś powodu czułam lekkie ukłucie zawodu na myśl, że przez cały dzień... a może i tydzień, nie miałabym go w ogóle kompletnie w zasięgu wzroku, żeby chociaż przez chwilę na niego popatrzeć. Kiedy złapałam się na tej myśli, oniemiałam, przecież... to absurd.
Ubrałam się naprawdę w rekordowo krótkim czasie. W sumie to nie wiedziałam czy mam się przygotować jakoś specjalnie... Zdałam sobie sprawę, że stresuje się jeszcze bardziej niż przed swoim pierwszym razem. Masakra.
Śniadanie przeszłam z prędkością światła, a potem razem ze znanym już kierowcą, pojechałam w miejsce, które od kilku dni chodziło mi po głowie. Kiedy wysiadłam przed bramą, żołądek podjechał mi do gardła. Nie wiedziałam czemu się tak stresowałam, przecież nikt mnie tam nie zje. Ale to chyba była nieodłączna część życia chyba każdego człowieka. Stres przed pierwszym dniem w pracy. A tym bardziej, jeśli pracodawcą jest KTOŚ TAKI. Nie miałam pojęcia jak oni to wszystko znoszą.
Brama była jednak zamknięta. Przeczuwałam, że będę miała kłopoty z dostaniem się na posesję, a co dopiero z dotarciem do domu. I się nie myliłam.
Ci ochroniarze byli chyba jacyś... niedorozwinięci umysłowo... albo rzeczywiście...
- Ale my nic nie wiemy o nikim nowym. Proszę stąd odejść, bo wytłumaczymy to ręcznie. - wytrzeszczyłam oczy na faceta. Przez chwile nic nie mówiłam.
- Proszę bardzo. Zapraszam. - zaczęłam warczeć. Było już po dziewiątej, a te tłumoki chyba nie rozumieli języka angielskiego. - Dotknij mnie choćby palcem, to zobaczysz co będzie.
Uśmiechnął się głupio pod nosem.
- Właściciel posesji nie przyjmował ostatnio nikogo do pracy, z resztą nie ma tu już miejsca dla nikogo nowego. - rzucił. Myślałam, że eksploduje. - Chyba ktoś zrobił pani jakiś żart.
- Być może i być może był to właśnie twój szef. - warknęłam. - Proszę, zobacz sobie to. Jeśli umiesz czytać. - dodałam złośliwie.
Miałam przy sobie teczkę z umową. Kiedy ją zobaczył, zrobił wielkie oczy, a usta ułożyły mu się w idealne O.
- Wpuścisz mnie w końcu?!
- Proszę, panienko... - mruknął z lekkim uśmiechem patrząc na mój wkurw.
- Dobrze się bawisz, co nie? - warknęłam znowu wchodząc w końcu na posesję i ignorując go już całkowicie poszłam przed siebie jedną z alejek, która jak poprzednio zaprowadziła mnie pod same drzwi. Zapukałam w nie nerwowo pewna, że dostane porządny ochrzan...
Usłyszałam szybkie kroki i drzwi otworzyły się zamaszyście i zobaczyłem w nich... jego.
- Chryste, co tak długo?! - tak jak się spodziewałam, pewnie teraz będzie mnie łajał. - Co się stało, czekam już dobre - spojrzał na zegarek - pół godziny na ciebie.
- Przepraszam... - zaczęłam.
- Nie przepraszaj tylko mów. - patrzył mi w oczy. Wpuścił mnie do środka nie spuszczając ze mnie wzroku, który był... Byłam lekko skołowana. Wydawało mi się, że dostrzegłam w jego oczach strach, powodowany tym moim spóźnieniem... Martwił się...? O co? Serce podskoczyło mi do gardła.
- Twój pies nie chciał mnie wpuścić. - powiedziałam w końcu na powrót się denerwując na samo wspomnienie o tym kretynie, który tyle trzymał mnie przy bramie.
- Jaki pies? - chyba zbiłam go z tropu.
- Ochroniarz. - powiedziałam patrząc mu w oczy ze wściekłą miną. - Ja nie wiem, może to i zabawne, ale mnie nie było do śmiechu tłumaczyć mu jak głupiemu, że mam tu pracować. Siedem razy i za każdym razem inaczej. A i tak nie zrozumiał. - zmarszczył lekko czoło.
- Niczego nie rozumiem, przecież mówiłem im, że pojawi się nowa dziewczyna. - prychnął. - Zaczekaj w kuchni, jest tam Janet, zajmie się tobą. - stwierdził nagle, na co spojrzałam na niego zdziwiona. Chyba miał zamiar wyjść z domu.
- Ale... gdzie ty się wybierasz? Myślałam, że będziesz mnie łajał...
- Ciebie? - zapytał stając w otwartych drzwiach z zaskoczonym wyrazem twarzy patrząc na mnie. - Martwiłem się... Myślałem, że coś się stało... - zamrugałam powiekami. Nie spodziewałam się tego... - Idź do środka, zaraz wrócę. - rzucił w końcu wyskakując z domu w białej koszuli, która lekko za nim powiewała. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że przez te kilka minut miałam przed oczami nagi fragment jego klatki piersiowej... Momentalnie wrosłam w podłogę.
- No, jesteś już! - usłyszałam za sobą głos Janet. Spojrzałam na nią i mimowolnie się uśmiechnęłam. - Chodź, zrobię ci herbaty, zanim on wróci minie trochę czasu. - trajkotała z uśmiechem prowadząc mnie do kuchni.
- Mówił, że zaraz wróci.
- U niego to zaraz trwa znacznie dłużej. - zaśmiała się. - Będzie ich tam łajał co najmniej przez pół godziny, a my zdążymy sobie przez ten czas porozmawiać. - mówiła cały czas krzątając się przy szafkach.
- Mieszkacie tu razem, ty i Michael? - zapytałam ciekawa, rozglądając się dyskretnie po pomieszczeniu. Usłyszałam znów jej wesoły śmiech.
- Nie, ja mam swój własny dom, ale często tu wpadam. W przeciwieństwie do całej reszty. - mruknęłam i odchrząknęła lekko. Zdziwiło mnie to nieco.
- Nikt inny go nie odwiedza?
- Odwiedzają, owszem. Ale nie wnoszą tymi swoimi wizytami niczego pozytywnego. Mam wrażenie, że po tych męczarniach z procesem, wszyscy i rodzeństwo i nasi rodzice pogodzili się z jego stanem. W czasie tego wszystkiego staliśmy za nim wszyscy murem... A teraz domagają się od niego jakiejś wdzięczności za to... - westchnęła. - Jesteśmy rodziną. On miał prawo oczekiwać od nas wsparcia i nie musi się niczym za to rewanżować. Nagrywa z przymusu. Ostatnia płyta przypominała wypociny w porównaniu z tym, co robił wcześniej, ale jego fani i tak ją pokochali, w końcu ich Król wrócił z nowym krążkiem. - uśmiechnęła się lekko, ja też. - Tylko ja próbuję coś zrobić, żeby wrócił do siebie. Kiedyś był zupełnie inny. - usiadła przede mną i postawiła nam po kubku herbaty. Owocowej, przyjemnie pachniała. - Promieniał radością na każdym kroku, wszędzie go było pełno... W studiu rozwalał system, a teraz? Czasami odnoszę takie wrażenie, że... on znienawidził to kim jest. Kim się stał dla świata. Stał się najpopularniejszym człowiekiem na świecie, chyba uważa, że właśnie dlatego to go spotkało. Komuś nie pasował i postanowił go zniszczyć... Prawie mu się udało. - ściszyła głos.
Widać było, że to przeżywa. Że tęskni za bratem takim jaki był kiedyś. Uśmiechnęłam się lekko chcąc dodac jej otuchy.
- Nie jest słaby. Da sobie radę. - spojrzała na mnie.
- Dzięki. - uśmiechnęła się. - Tak, Michael jakoś daje sobie rade... Od zawsze muzyka stanowiła dla niego remedium na wszystko. Teraz traktuje to tak samo, ale... Chyba już mu to nie wystarcza. Robi to wszystko, bo tego oczekuje od niego cały świat, a nawet nasza rodzina. Momentami widać, że najchętniej rzuciłby to wszystko w cholere... Ale wtedy całkiem by się pogrążył, w ogóle nie wychodził z łóżka. - prychnęła udawanym śmiechem. - Najlepsze podejścia ma moja siostra. Zawsze tylko byle ręce i dupa miały spokój. Wszyscy powinni radzić sobie sami. Ale kiedy ona ma jakiś problem, to do kogo leci? Oczywiście, do Michaela. A on wtedy musi zakasać rękawy i rozwiązywać za nią jej kłopoty i wyciągać ją z gówna, w które wdepnęła świadomie bądź nie. - westchnęła kręcąc głowa i gapiąc się w swój kubek z herbatą. Upiłam ze swojego.
- Wasza rodzina chyba po prostu od zawsze żyje w tym wszystkim. Może dlatego chcą, żeby tak szybko wrócił do tego co robił przedtem. - powiedziałam ostrożnie.
- Pewnie tak. Ale on powinien odpocząć. Odciąć się od tego chociaż na jakiś czas, od całego świata. Jeszcze ta Presleyowa. - prychnęła. - W najgorszej chwili zachciało jej się romansów. - otworzyłam szerzej oczy.
- To dlatego się rozwiedli?
- Tak, dlatego. - westchnęła cięzko. - Ale za porozumieniem, nie wojowali ze sobą. Mike miał już dość wymiaru sprawiedliwości. Od tamtej pory jest jałowy... Ale to nic dziwnego.
- Będzie dobrze, zobaczysz. Długo go gnębili, potrzeba jeszcze raz tyle czasu, żeby to przetrawić, ale poradzi sobie. - uśmiechnęła się znów do mnie z wdzięcznością.
- Jesteś nawet fajną dziewczyną, wiesz? - wypaliła nagle z zupełnie innej paki.
- Tak? - speszyłam się nieco.
- No! Chyba jesteś tego świadoma, co? Zgrabna dupa z ciebie, a mój brat... lubi pocieszyć oko mimo wszystko.
- Proszę cię! - przewróciłam oczami śmiejąc się.
- No co? Wiesz, od jakiegoś czasu zauwazyłam u niego pewną zmianę. Nie chodzi tu o to, że może nagle zaczął się wiecznie śmiać. Zaczął po prostu przeżywac jakieś emocje, to widać. Nie wiem jakie, ale ostatnimi czasy coś się z nim dzieje. A to chyba dobry znak, w porównaniu z tym, jak do tej pory wszystko po nim spływało. Nic sobie z niczego nie robił, chciał mieć tylko święty spokój. A teraz, gdybyś go tu widziała, zanim się w końcu pojawiłaś! Chodził w kółko, miał jechać do studia, nie pojechał, bo nie wiedział czemu cię jeszcze nie ma. Wcześniej się tak nie zachowywał.
- No widzisz, mówie, że będzie lepiej. Potrzeba mu tylko czasu. - stwierdziłam popijając znów herbatę.
- Mnie się wydaje, że to chodzi o to, że... - zaczęła i uśmiechnęła się. - Podobasz mu się.
- Prosze cię, Janet.
- No co? Nie zauwazyłaś tego?
- Przestań, nie mam zamiaru bawić się w facetów. - mruknęłam. - Muszę raczej od nich odpocząć.
- To dlatego wyjechałas z Polski?
- Można tak powiedzieć. - uśmiechnęłam się słabo.
Nie chciałam o tym rozmawiac. Mimo że teraz mój umysł był zajęty czym innym, to wciąz nie był łatwy dla mnie temat. Wolałam go omijać.
Michael
Boże, co się dzieje? Jest już piętnaście po, a jej nadal nie ma. Chodziłem po salonie, co chwila podchodząc do okna by zobaczyć czy może gdzies jej nie widać. NIc. Nie ma jej.
Dwadzieścia po, i jeszcze jej nie ma. Zaczynałem się mocno denerwować. A moze zrezygnowała? Ale wtedy chyba powinna się ze mną skontaktować! A jeśli coś rzeczywiście się stało? Ja muszę o tym wiedzieć, do cholery!
Janet wlepiała we mnie swoje oczy z fotela jak sroka w gnat. Nie zwracałem nawet na to uwagi. Miałem jechać do studia, byłem już sporo spóźniony. Ale nie było mowy, żebym jechał gdziekolwiek jeśli nie będę wiedział co się z tą dziewczyną dzieje. Jeżeli nie pojawi się do dziesiątej... to nie wiem.
Nie miałem pojęcia dlaczego aż tak się przejąłem. Wiadomo, że... Ale żeby aż tak? Postanowiłęm to przemyślec później teraz skupiając się na tym co za oknem, czy nie idzie. Ale wciąz nic nie widziałem.
Zaledwie odszedłem od okna usłyszałem pukanie do drzwi. Zerwałem się z miejsca i niemal biegiem ruszyłem do drzwi słysząc za plecami cichy chichot Janet. Kiedy otworzyłem, poczułem niewysłowioną ulgę.
- Chryste, co tak długo?! Czekam już dobre pół godziny na ciebie! - prawie krzyknąłem widząc ją w końcu na progu mojego domu. Minę miała skruszoną. Spóźnienie w pierwszy dzień, super. Ale nie obchodziło mnie to wcale, teraz chciałem się tylko dowiedzieć, czemu nie przyszła na czas...
- Przepraszam. - bąknęła widocznie zmieszana i chyba lekko wystraszona moją miną. Westchnąłem.
- NIe przepraszaj, tylko mów. - rzuciłem patrząc na nią. Serce waliło mi w piersi, myślałem, że mi wyskoczy. Kiedy w końcu opowiedziała mi co się stało, myślałem, że rzeczywiśćie mi wyskoczy, ale z wściekłości.
Co za durnie! Mówiłem im dokładnie co i jak, a oni urządzili sobie jaja?! NIe, tego ja tolerował nie będę...
Kazałem jej iść do środka, ale kiedy stwierdziła zaskoczona, że myślała, że będę ją za to wyzywał, ja sam się zdziwiłem... Za co miałem ją wyzywać? Za głupotę tych debili? Już oni popamiętają cały ruski rok.
Kiedy szedłem alejkami ogrodu w stronę budynku w którym zazwyczaj siedzieli, czułem jak kotłuje się we mnie cała mieszanina emocji. Już dawno się tak nie czułem. Już chyba nawet zapomniałem, jak to jest przeżywać jakiekolwiek emocje. Wcześniej olewałem to wszystko... Od jakiegoś czasu coś zaczęło się ze mną dziać... Od czasu... jak spotkałem tą dziewczynę...
Kiedy wpadłem jak huragan do tej kanciapy, w której koczowali, po mojej minie od razu poznali, że będą mieć kłopoty.
- Który maglował dziewczynę przed bramą przez pół godziny? - starałem się panować nad głosem, ale płytki urywany oddech i tak wszystko zdradzał. Miałem nadzieję, że będzie umiał się tłumaczyć, bo mnie szlak trafi.
- Eee myyy... - zaczął jeden.
- KTÓRY? Bo wiem, że jeden z was, idioci. - warknąłem. Jeszcze mnie chyba nie widzieli w takim stanie.
- Ja, panie Jackson. - przyznał się w końcu. Co prawda, dobrych miał kolegów, że go od razu nie wsypali. Chociaż tyle, że sam się przyznał. Podszedłem do niego.
- Synek - zacząłem. - czy tobie się wydaje, że ja nie mam nic innego na głowie tylko latać od okna do okna i wyczekiwać dziewczyny, która miała być na czas a ślad po niej zaginął?! - z każdym kolejnym słowem podnosiłem głos, aż po prostu zacząłem na niego wrzeszczeć. A mój głos czasami potrafił zbić szklankę. Zwłaszcza kiedy byłem wściekły, wtedy potrafiłem wydobyć z siebie prawdziwie wibrujące dźwięki. - Czy tobie się wydaje, że jestes tu nie zastąpiony?! Czy wyobrażasz sobie, że możesz lekceważyć to co mówie do twojej zakutej pały?! Powiedziałem wyraźnie, co ma być i kto ma przyjść! Pytam się, do jasnej cholery, dlaczego polecenie nie zostało wykonane!!!
Facet był blady jak ściana. Zawsze przymykałem oko na ich głupie wybryki, kiedy nie chcieli wpuścić Janet i ślęczała z nimi przez czterdzieści pięć minut zanim ją łaskawie wpuścili. Ale teraz to było przegięcie.
- Słucham, do kurwy nędzy. - wycedziłem. Rzadko zdarzało mi się tak siarczyście kląć. Nie wiedziałem, dlaczego akurat teraz byłem taki wściekły. - Cały dzień mam zawalony pracą, nie to co ty! - dziabnąłem go palcem w pierś. - Miałem jechać do studia, nie pojechałem, bo przez twoje durnoty sterczałem jak widły w gnoju przy oknie, bo dziewczyna nie przychodzi! Tobie sie wydaje, że to śmieszne, tak?! Rozwalać komuś cały plan dnia, bo ciebie się żarty trzymają! Teraz będę cały dzień do tyłu, bo w takim stanie to ja nic dzisiaj nie zrobie. I to ty będziesz się z tego tłumaczył prezesowi. - wywarczałem. - Masz telefon, dzwoń i opowiedz o swoim wspaniałym pomyśle. - złapałem za telefon leżący obok i wcisnąłem mu go w rękę.
Prezesem nazywaliśmy szefa grupy nagraniowej. To on nad wszystkim panował, ustawiał nas po kontach, poprawiał, jeśli nie dociągnąłem jakiegoś dźwięku, montował teledyski itd. Nie dość, że ja gościa złajałem, to jeszcze teraz dostanie mu się od niego.
Stałem tam i patrzyłem na niego chyba ze dwadzieścia minut słuchając, jak nasz kochany prezes daje mu do wiwatu.
- Jak to, pan Michael chyba nie przyjdzie dzisiaj do pracy?? - usłyszałem w telefonie. Ochroniarz zaczął się tłumaczyć.
- WYnikła pewna sytuacja i... pan Michael bardzo się zdenerwował...
- Jaka znowu sytuacja?!
- No... Pan Michael czekał na pewną damę, która miała dzisiaj zacząc u niego pracę, a my... No... Zrobilismy sobie dowcip w nie odpowiednim momencie.
- Nie wpuściliście jej. - odgadł już sam.
- No... tak... Bardzo pana przepraszam... - zaczął jęczeć, ale prezes wszedł mu w słowo.
- Dawaj Jacksona, miernoto społeczna. - podał mi słuchawkę nawet nie pyskując.
- Tak? - mruknąłem.
- No, słyszę, że jesteś nieźle wkurzony. Na pewno nie dasz dzisiaj rady? Wiesz, że zbliżamy się już do końca, za chwilę zaczynamy teledysk... Im szybciej skończymy z nagraniem głosowym tym lepiej.
- Wiesz dobrze jak mi idzie, kiedy nie mam do tego głowy. - westchnąłem. - Ostatnio nawet sam mnie wygnałeś, pamiętasz?
- Pamiętam. - prychnął.
- No więc sam widzisz... Najlepiej będzie, jeśli dzisiaj mi odpuścisz a jutro weźmiemy się brawurowo do pracy.
- Terminy nas zeżrą żywcem, Mike. - powiedział ostrzegawczo.
- SPokojnie... Zdążymy. A jak nie to nikt nie umrze. Damy radę.
- NIkt nie umrze! - zawołał zły. - Dobrze, że ty jeszcze kozła nie wywinąłeś. - uśmiechnąłem się.
- Poradzimy sobie. Zobaczymy się jutro.
- Czyli nie przyjedziesz? Zamorduję cię, Jackson, zabiję cię jak psa, jeśli się nie wyrobimy, już teraz ci to mówię! - narwany jak zwykle.
- Damy radę! Nie załamuj się, potrafisz narzucić nam takie tempo, że jeszcze wyrobimy się przed czasem. Do zobaczenia, pa. - rozłączyłem się w końcu. Patrząc na tego kretyna, który wciąż stał przede mną, skrzywiłem się.
- Panie Jackson... - zaczął.
- Zamilcz i najlepiej nie pokazuj mi się dzisiaj przez cały dzień. Dla własnego dobra, a jeśli jeszcze odwalisz taki numer, wylecisz. - warknąłem i wyszedłem stamtąd wracając do domu.
Gdy wszedłem do środka usłyszałem rozmowy z kuchni. Janet chyba zajęła się tą dziewczyną. Chichotały na jakiś temat, jak to baby.
- O, jesteś już. Skończyłeś tyradę? - zawołała Janet jak tylko mnie zobaczyła. Uśmiechnąłem się sztucznie. Popatrzyłem na dziewczynę. Przyglądała mi się niepewnie.
- Możesz jechać już do tego studia. - mruknęła nadal mi się przyglądając.
- Teraz? - prychnąłem siadając przy stole obok niej. - Gdybym tam teraz pojechał, rozpieprzyłbym chyba cały system.
- Dlaczego? - zapytała lekko zdziwiona.
- Bo jestem wściekły. - warknąłem odwracając do niej swoją twarz.
Spojrzała na mnie unosząc lekko brwi, po czym wstała.
- Dzięki za herbatę, Janet... idę do pracy.
- Wiesz co, Michael? Jesteś świnia, niby prawie zrobiłes pod siebie, bo jej nie było, a teraz za debili wyżywasz się na niej, nie zwykle mądre. - teraz to Janet zaczęła warczeć na mnie. I miała rację.
- Ale nic się nie stało. - mruknęła... Dona? Chyba tak. Wstała i odstawiła swój kubek do zlewu.
- Wiesz co masz robić? - zapytałem nieco łagodniej.
- Tak, przed chwilą była tu jedna pani i umówiłam się już z nią co na dziś należy do mnie. - odpowiedziała rzeczowo i poszła. Jej ton był nieco... za szorstki. No tak...
Napotkałem wzrok mojej siostry, który aż parzył. No co, przecież nie zrobiłem tego celowo.
- No co się tak na mnie patrzysz?
- Bo jesteś... głupi! Po prostu. A zamiast zadawać mi teraz głupie pytania, poderwał byś dupsko z krzesła i poszedł do niej i ją przeprosił, jeśli nie chcesz, żeby dała ci kosza, kiedy zaprosisz ją na randkę. - oczy aż wyszły mi na wierzch.
- Jaką randkę?!
- Tą, na która pójdziecie, jak już przestaniesz udawać, że ci sie nie podoba. - syknęła.
- Mówiłem ci...
- A ja ci mówiłam, żebyś szedł ją przeprosić.
Wstałem po częsci po to, żeby już nie mieć z nią do czynienia. Co za uparta baba! Czy ona chce mnie z nią zeswatać? Ciekawe co nagadała tej biednej dziewczynie... Będe musiał to jakoś wybadać i odkręcić. Zołza.
- Hej, zaczekaj! - zawołałem za dziewczyną, gdy dojrzałem ją na końcu korytarza. Chyba nie bardzo wiedziała gdzie się znajduje. - Zgubiłaś się?
- Nie. - odpowiedziała wojowniczo. Uśmiechnąłem się.
- Słuchaj... Przepraszam, że na ciebie naskoczyłem wtedy w kuchni. Janet ma racje, jestem świnia, ale nie chciałem cię atakować. - popatrzyła na mnie unosząc lekko brew do góry. - Naprawdę.
- I po to lazłeś tu za mną przez ten cały korytarz? - kobiety... Kiedy je urazisz, automatycznie zamieniając się w drut kolczasty.
- No, po części tak...
- Po części... - chyba znowu powiedziałem coś nie tak.
- Po prostu, chciałem cię przeprosić, ale i oddalić się od Janet. - wyjaśniłem.
- Dlaczego?
- Bo bywa bardzo upierdliwa. Aż nie do zniesienia.
- Twoja siostra się o ciebie martwi, powinieneś być jej wdzięczny, a nie jeszcze utrudniać jej tu wstęp. - wypaliła, chyba zdając sobie po chwili sprawę, że powiedziała coś za dużo.
- Janet... mówiła ci coś konkretnego?
- Nie. - odpowiedziała natychmiast. Wiedziałem, że było inaczej. Janet to papla. Ale tym razem ise nie dziwiłem.
- Wiem, że zdała ci relacje ze wszystkiego, to małpiszon z językiem długim jak całe Stany. Ale nie jestem tym wcale zdziwiony. Chyba nie miała sama się komu wygadać do tej pory. I wcale nie utrudniam jej wstępu do mojego domu. - uśmiechnąłem się lekko. - Wcześniej przymykałem oczy na ich wybryki, ale chyba będę musiał z tym skończyć. - uśmiechnęła się w końcu. Na reszcie! Już myślałem, że cały dzień będzie się boczyć. - Co ci mówiła Janet? - chyba zapytałem zbyt bezpośrednio.
- Nic konkretnego, tylko tyle, że chyba jesteś przemęczony. - odpowiedziała patrząc na mnie bez mrugnięcia wzrokiem. Jasne. Byłem głupi, jeśli myślałem, że tak po prostu mi powie.
- Nie chciałbym po prostu, żeby powiedziała coś... co nie ma miejsca w rzeczywistości.
- Nic takiego nie powiedziała. Chyba, że nie prawdą jest to, że zmuszasz się do pracy. - a to coś konkretnego.
- Zmuszam? Wcale nie...
- Ja nic nie wiem. - odparowała zdając sobie sprawę, że puściła farbę.
- Nie chcę, żebyś wyrobiła sobie o mnie fałszywy pogląd.
- Ja nie musze nic wiedzieć, naprawdę. To co robisz czy nie robisz jest tylko twoją sprawą. O co by cię nie oskarżali to nie moja sprawa. Ale tylko skończony głupek wziąłby te oskarżenia na poważnie. Nie trzeba być specem od spraw Michaela Jacksona, żeby wiedzieć, że to wszystko było grubymi nićmi szyte. - poczułem jak coś ciężkiego nagle rozpada się na kawałki w moim brzuchu. Poczułem się trochę lżej.
- Dziękuję. Chociaż... gdybyś przyłapała mnie na czymś, nie zgłosiłabyś tego?
- Zależy jak byś to wytłumaczył. - pokiwałem głową rozumiejąc. Konkretna dziewczyna.
Coraz więcej mnie w niej urzekało, coraz bardziej mnie do siebie przyciągała. Musiałem znajdować w sobie coraz to większe pokłady woli, by się temu magnetyzmowi nie poddawać. Nie ma nic gorszego niż odrzucenie. A ja nawet nie musze próbować by wiedzieć, że nawet nie zastanawiałaby się na tym, czy jestem wart czegokolwiek.
poniedziałek, 9 maja 2016
9.
Dzień doberek. :D Kolejna notka tak jak zapowiadałam, następna w czwartek. Jak zwykle. Zapraszam do czytania i komentowania, strasznie mnie to motywuje. :D
Pozdrowienia. :)
Donata
Kiedy już poszedł, wiedziałam, że znowu będę mieć ciężką noc. Próbowałam odgadnąć, dlaczego miał na mnie taki wpływ. Sama jego obecność... Nie musiałby nic robić, mógłby tylko siedzieć obok, po prostu. Nawet jego imię, kiedy wypowiadałam je w myślach. To jest coś nie do opisania. Zaczynałam się tego bać, poważnie. Ten mężczyzna był sporo ode mnie starszy, do tego był gwiazdą. Największą. Chyba każdy na Ziemi przynajmniej o nim słyszał. Nie każdy go podziwiał, ale cały glob ziemski z całą pewnością wiedział doskonale, kim jest Michael Jackson.
No właśnie. I co taka smarkula jak ja mogła by mu dać? I najważniejsze, w ogóle by na mnie nie spojrzał pod takim kontem. W ogóle o czym ja myślę... Nie miałam najmniejszego zamiaru pchać się do niego. Relacja miała pozostać czysto biznesowa. Tak będzie najbezpieczniej.
Trochę mnie to wszystko bolało. Zdałam sobie sprawę, że pragnę ciepła, takiego rodzaju ciepła, które może mi dać tylko mężczyzna. Pragnęłam poczucia, że komuś na mnie zależy. Chciałam mieć kogoś, kto bez słowa przyciągnie mnie do siebie i zamknie szczelnie w swoich ramionach. I ze zrezygnowaniem uświadomiłam sobie, że najlepiej bym się czuła, gdyby tym mężczyzną był właśnie ON. A to właśnie było niemożliwe. W co ja się władowałam...
To tylko fascynacja nieznajomym człowiekiem, który dodatkowo jest bogaty i sławny, tak to sobie tłumaczyłam i za pewne miałam rację. Pozostało tylko czekać, aż moje hormony się uspokoją. Powinnam przynajmniej na jakiś czas dać sobie spokój z facetami. Darek złamał mnie do tego stopnia, że chyba już na ślepo zaczynam szukać kogoś, kto by mnie kochał i nie krzywdził. Do tego stopnia, że zaczynam zwracać uwagę nawet na dużo starszego mężczyznę. Przejdzie mi, na pewno.
Nie miałam co ze sobą zrobić. To było najgorsze, siedzenie na tyłku w pokoju z głową pełną jakiegoś faceta i nie móc nic zrobić. Ani ze sobą ani z własnymi myślami. Pomyślałam, żeby zadzwonić do mamy, ale zrezygnowałam. Ona na pewno zaczęła by mnie jeszcze dopingować. Po tej całej akcji zaakceptowałaby chyba każdego. Nie zależnie od wieku, stanu cywilnego i wszystkiego innego. Pewnie się boi, że zamknę się na wszystkich facetów. Chyba nawet już to zrobiłam...
Napisałam więc do Iwy z nadzieją, że ma teraz czas i będzie chciała ze mną rozmawiać. Wciąż była na mnie obrażona za to, że wyjechałam.
Hej Iwka. Masz teraz czas? :)
Tak brzmiała zawartość pierwszego smsa. Byłam pewna, że z zasady obrażona nie będzie odpisywać co najmniej przez piętnaście minut, ale o dziwo odpowiedziała mi od razu.
A co się stało?
Uśmiechnęłam się do telefonu.
Chciałam po prostu pogadać...
Czekałam na odpowiedź, ale nic nie nadchodziło. Zrobiłam krzywą minę. Pewnie teraz będzie siedzieć cicho. Pewnie sobie pomyślała coś w stylu 'zabrać dupsko i pojechać to tak, a teraz z problemem do koleżanki'... Ale po chwili pokazało się połączenie od niej. Lekko zaskoczona odebrałam.
- Hej... - bąknełam.
- No mów co się dzieje. Musiałam wyjść z domu, mamy gości akurat i nie chciałam gadać przy nich. Co jest? - rozgadana jak zwykle. Uśmiechnęłam się.
- Myślałam, że teraz będziesz milczeć, bo sobie pojechałam.
- To też, ale zawsze kiedy tak piszesz wiem, że coś się dzieje, więc uznałam, że poobrażam się trochę później. - roześmiałam się głośno na jej słowa. - No więc?
- No więc... - westchnęłam.
- Widzę, że to chyba coś poważnego. Co jest, Dona? Wciąż cię trzyma ta sprawa z Darkiem?
- Nie... To nie o Darka chodzi. Już nie. - mruknęłam przełykając ślinę.
- Więc...?
- To jest tak cholernie skomplikowane... Iwa, ja nie wiem... Poznałam faceta. - wydukałam w końcu.
- No to chyba dobrze, nie? Tam są zupełnie inni ludzie, na pewno źle na tym nie wyjdziesz.
- Iwa... - zaśmiałam się pod nosem. - On ma czterdzieści lat. - cisza.
- Ile??? - w jej głosie było słychać lekkie zaskoczenie.
- Czterdzieści. - bąknęłam. - Wiem, że to dużo, ale wcale nie zamierzam się w nic pakować. Z resztą on na mnie nawet by nie spojrzał...
- Co ty gadasz?! Jak to by nie spojrzał? Pewnie, że by spojrzał, jesteś zgrabna jak mało która, proporcje też idealne, wiesz ile dziewcząt ma z tym kłopot? A ty jesteś idealna!
- To nie o to chodzi. - burknęłam.
- A o co? - westchnęłam.
- On... jest po rozwodzie tak w ogóle... Ale... naprawdę, chyba oszalałam...
- Zafascynował cię. Słyszę, nie możesz się aż dokładnie wysłowić.
- Nie chcę, żeby tak było!
- No wydaje mi się, że już chyba trochę za późno.
- To znaczy? - zapytałam z lekkim strachem.
- No jak? Jeszcze się pytasz? Z Darkiem na początku też tak było, doskonale to pamiętam. Ten facet, na którego teraz trafiłaś kompletnie zawrócił ci w głowie. Słychać to w twoim głosie, pewnie nawet ręce ci drżą. - spojrzałam na swoje dłonie i... miała skubana rację.
- No trochę. - mruknęłam cicho. - Ale przecież... - westchnęłam.
- Słuchaj. Zastanów się przez kilka chwil i odpowiedz mi na pytanie, ok?
- Ok.
- Podoba ci się? - pytanie...
- Podoba. - odburknęłam.
- Co ci się w nim podoba? Jak wygląda? Jakie cechy go wyróżniają na pierwszy rzut oka? Co cię w nim urzekło?
- Zadajesz dużo pytań...
- Odpowiadaj. Jak będzie trzeba to powtórzę. - uśmiechnęłam się.
- No więc... - zaczęłam. - Co mi się w nim podoba... Chyba wszystko. Jest zupełnie inny niż cała reszta tych byków, z którymi miałam do czynienia. Taki... widać po prostu po nim, że jest dojrzały... Czasami nawet w takim wieku jak on, niektórzy są wciąż dzieciakami. Jest w nim coś z dziecka, ale... to coś uroczego, nie przeszkadzającego wcale... Ma w sobie... coś. Po prostu. Nie wiem co to, ale sprawia, że nie potrafię o nim nie myśleć. - wydukałam na koniec. - Nie podoba mi się to.
- Dlaczego?
- Jest starszy? Wyobrażasz sobie mojego ojca gdyby wiedział? - zaśmiała się.
- Dobra, pomińmy twojego ojca. Pytanie numer dwa: Jak wygląda?
- Jest przystojny. - uśmiechnęłam się. - Wysoki, ciemna karnacja, ale nie za bardzo. Szczupły, taki w sam raz. Na pewno nie ma nic wspólnego z Pudzianem. - Iwa parsknęła śmiechem. - Ma... piękne loki. Czarne do ramion. I co najważniejsze... - aż westchnęłam przymykając powieki. - Brązowe oczy.
- Ooo! To coś czego zawsze szukałaś u facetów, a nigdy tego nie znalazłaś. - zauważyła.
Tak, uwielbiałam brązowe oczy u facetów. Taki był po prostu w moich oczach najprzystojniejszy.
- No... - zaśmiałam się.
- A co cię tak w nim urzeka, kiedy go widzisz? - zastanowiłam się... Co mnie w nim urzeka?
- Uśmiech... - mruknęłam.
- Tylko sam w sobie? - powiedziała doszukując się podtekstu. Wiedziałam, że szeroko się uśmiecha.
- Ma bardzo piękny uśmiech. - mruknęłam próbując ominąć temat.
- Oczywiście. - parsknęła śmiechem. - Przyznaj się, że kręcą cię jego usta. - poczułam jak się czerwienię.
- Dlaczego od razu zakładasz...
- Bo cię znam. Zawsze zwracasz na nie uwagę.
- No dobrze. - westchnęłam rezygnując z zaprzeczania na siłę. - Więc usta. Tak, masz rację. Przyciągają moją uwagę. Nie wiem czemu, ale... kiedy mówi, szczególnie robią się interesujące. Nie męcz mnie już! - roześmiała się głośno.
- No proszę. Ledwo wyjechała do nowego świata, już jakiegoś przystojniaka wyrwała.
- Nikogo nie wyrywałam. Prawie nic o nim nie wiem... - z wyjątkiem tych kilku skromnych rzeczy, że jest Królem Popu i najsławniejszym człowiekiem świata muzycznego, pomyślałam... Ale to się wytnie.
- Tylko się w nim nie zakochaj, Dona, błagam cię. - powiedziała nagle. Zaskoczyła mnie tym.
- Ale kto mówi...
- Ja cię znam. Ten facet rozkocha cię w sobie, nawet nie będzie o tym wiedział. A ty znowu będziesz cierpieć. - uśmiechnęłam się.
- Nie mam zamiaru do niego podbijać, nie martw się.
- Ohoho, o Darku też tak mówiłaś.
- Darek to co innego. Ten... to zupełnie co innego, nie ma o czym mówić. Możesz być spokojna.
- Żeby nie było tak, że w następnym telefonie mi powiesz, że już cię zaliczył.
- Daj spokój! - aż dostałam gęsiej skórki, kiedy to sobie wyobraziłam. Przyjemne dreszcze... - Nic nie będzie, mówię poważnie.
- Dobrze, dobrze. - westchnęła. - A nie wybierasz się kiedyś do domu?
- Dostałam tu pracę, nie planuję na razie wracać... Rozumiesz przecież...
- Nie rozumiem! Nie rozumiem po co wyjechałaś do Ameryki.
- Po to, żeby odciąć się od tego wszystkiego... Potrzebowałam jakiegoś nowego miejsca...
- I musiałaś lecieć aż na druga półkulę?
- Tak. Musiałam. Udało mi się tu zdobyć robotę, więc będzie dobrze.
- Jaką, u kogo? - dopytała.
- No... u niego właśnie. - cisza.
- U tego faceta, o którym rozmawiałyśmy???
- Tak.
- Ja pierdolę, Dona... Ty już jesteś na straconej pozycji.
- Daj spokój, mówię. On jest miły, to wszystko. Sam też nie będzie niczego próbował.
- Ta, jasne. - burknęła.
Dalsza część rozmowy dotyczyła tego, co się dzieje w Polsce. Jakoś nie bardzo chciało mi się tego słuchać. Tutaj byłam wolna od tych wszystkich problemów związanych z tym krajem. Tutaj był całkiem inny świat. Dlatego chciałam tu zostać.
Michael
- Mike...? Co ci jest?
Spojrzałem na siostrę, która jak zwykle koczowała u mnie, by namówić mnie na jakiś kolejny bezsensowny wypad. Janet była chyba naprawdę nieustraszona w tym swoim dążeniu do tego, bym zaczął znów zachowywać się jak kiedyś. Starałem się... Ale miałem wrażenie, że udaję, a to było gorsze od wszystkiego.
- Nic mi nie jest. - uśmiechnąłem się. - A ja jak zwykle nie wiem, że tu jesteś.
- Gdybym za każdym razem się zapowiadała, nigdy bym tu nie dotarła. Czasami mam wrażenie, że robisz mi na złość, braciszku i twoi goryle celowo mnie nie wpuszczają. - stwierdziła siadając obok i przyglądając mi się z lekko uniesionymi brewkami.
- Co ty... - zaśmiałem się cicho. - Wydaje ci się.
- Widzę, że znowu coś cię wzięło... Martwię się. Co raz częściej zaczynam myśleć, że... - urwała patrząc na mnie z niepokojem.
- Że? - pociągnąłem ją za język ciekaw, co znowu wymyśliła.
- Że naprawdę się nie pozbierasz. Że La Toya ma rację i próżny mój cały wysiłek, by wyciągać cię z domu, bo ty gdy wracasz potem do domu i tak robisz to samo, czyli zamykasz się z powrotem w tej swojej kanciapie i siedzisz do nocy.
- Robię to co kocham... Przed procesem robiłem to samo.
- Ale przed procesem wyglądałeś jak człowiek, a nie tylko jego cień. Pełno było w tobie radości, promieniałeś, a teraz? Patrzysz czasami w lustro? To co kiedyś wywoływało twój uśmiech, teraz kompletnie cię nie rusza. - wstała i zaczęła kręcić się w miejscu lekko sfrustrowana.
- A dziwisz się? - mruknąłem.
- Nie, wcale się nie dziwię. Nie mam już tylko pomysłu, żeby to zmienić.
- Więc nie trudź się dłużej. - chciałem wstać, ale popchnęła mnie z powrotem na kanapę, na której oboje siedzieliśmy.
- Posłuchaj. Może La Toya ma do tego kiepskie podejście, ale zawsze taka była. Byle ręce i nogi miały spokój, a reszta sama sobie jakoś poradzi. Ale TY sobie SAM nie poradzisz, Mike.
- Nic mi nie jest, Janet... - chciałem ją uspokoić, ale znów zamknęła mi buzię.
- Dziesięć lat ciągłych oskarżeń, rewizji, pomówień i tułania się po sądach, od jednej instancji do drugiej to nie jest taka bułka z masłem. Może chcesz sprawiać wrażenie, że spłynęło to po tobie jak po kaczce, ale tylko uwydatniasz tym to, co naprawdę się z tobą dzieje. - usiadła z powrotem. - Na nas też to miało wielki wpływ, jesteśmy twoją rodziną. Powinieneś zrobić coś ze sobą.
- Co? - popatrzyłem jej w oczy.
- Z Lisą ci nie wyszło. Spróbuj jeszcze raz z jakąś kobietą. Potrzebujesz kogoś, kto będzie przy tobie bez względu na wszystko. Sam się nie podniesiesz.
Odwróciłem od niej swój wzrok.
- Nie ma takiej opcji. - mruknąłem.
- Dlaczego? - jęknęła.
- Bo... - urwałem.
- Bo? - pociągnęła mnie delikatnie za jeżyk. Spojrzałem na nią.
- Bo dwadzieścia lat różnicy to zbyt wiele. - powiedziałem w końcu, wstałem i zostawiłem ją samą w tym salonie, na tej kanapie.
Doskonale wiedziałem z kim chciałbym spróbować, gdybym miał próbować. Z tylko jedną kobietą bym chciał, mógł... Nie było jednak mowy o czymkolwiek. Ona była młoda, piękna, miała przed sobą całe życie. A ja? Stary rower, mający cztery dychy na karku, w dodatku nie mogący ogarnąć sam siebie. Ona może mieć każdego w swoim wieku. Z kim ja mógłbym konkurować? Powinna szukać takiego faceta, który nie zmarnuje jej najlepszych lat życia zbliżając się już wielkimi krokami do okresu nazywanego 'kryzysem wieku średniego'. Co ja bym jej dał? Chyba tylko te pieniądze, które leżą na kontach bankowych. Nic więcej nie mógłbym jej zaoferować. A każdy inny? Mógłby dać jej wszystko. Wszystko, czego ja nie będę w stanie dać jej nigdy.
Pozdrowienia. :)
Donata
Kiedy już poszedł, wiedziałam, że znowu będę mieć ciężką noc. Próbowałam odgadnąć, dlaczego miał na mnie taki wpływ. Sama jego obecność... Nie musiałby nic robić, mógłby tylko siedzieć obok, po prostu. Nawet jego imię, kiedy wypowiadałam je w myślach. To jest coś nie do opisania. Zaczynałam się tego bać, poważnie. Ten mężczyzna był sporo ode mnie starszy, do tego był gwiazdą. Największą. Chyba każdy na Ziemi przynajmniej o nim słyszał. Nie każdy go podziwiał, ale cały glob ziemski z całą pewnością wiedział doskonale, kim jest Michael Jackson.
No właśnie. I co taka smarkula jak ja mogła by mu dać? I najważniejsze, w ogóle by na mnie nie spojrzał pod takim kontem. W ogóle o czym ja myślę... Nie miałam najmniejszego zamiaru pchać się do niego. Relacja miała pozostać czysto biznesowa. Tak będzie najbezpieczniej.
Trochę mnie to wszystko bolało. Zdałam sobie sprawę, że pragnę ciepła, takiego rodzaju ciepła, które może mi dać tylko mężczyzna. Pragnęłam poczucia, że komuś na mnie zależy. Chciałam mieć kogoś, kto bez słowa przyciągnie mnie do siebie i zamknie szczelnie w swoich ramionach. I ze zrezygnowaniem uświadomiłam sobie, że najlepiej bym się czuła, gdyby tym mężczyzną był właśnie ON. A to właśnie było niemożliwe. W co ja się władowałam...
To tylko fascynacja nieznajomym człowiekiem, który dodatkowo jest bogaty i sławny, tak to sobie tłumaczyłam i za pewne miałam rację. Pozostało tylko czekać, aż moje hormony się uspokoją. Powinnam przynajmniej na jakiś czas dać sobie spokój z facetami. Darek złamał mnie do tego stopnia, że chyba już na ślepo zaczynam szukać kogoś, kto by mnie kochał i nie krzywdził. Do tego stopnia, że zaczynam zwracać uwagę nawet na dużo starszego mężczyznę. Przejdzie mi, na pewno.
Nie miałam co ze sobą zrobić. To było najgorsze, siedzenie na tyłku w pokoju z głową pełną jakiegoś faceta i nie móc nic zrobić. Ani ze sobą ani z własnymi myślami. Pomyślałam, żeby zadzwonić do mamy, ale zrezygnowałam. Ona na pewno zaczęła by mnie jeszcze dopingować. Po tej całej akcji zaakceptowałaby chyba każdego. Nie zależnie od wieku, stanu cywilnego i wszystkiego innego. Pewnie się boi, że zamknę się na wszystkich facetów. Chyba nawet już to zrobiłam...
Napisałam więc do Iwy z nadzieją, że ma teraz czas i będzie chciała ze mną rozmawiać. Wciąż była na mnie obrażona za to, że wyjechałam.
Hej Iwka. Masz teraz czas? :)
Tak brzmiała zawartość pierwszego smsa. Byłam pewna, że z zasady obrażona nie będzie odpisywać co najmniej przez piętnaście minut, ale o dziwo odpowiedziała mi od razu.
A co się stało?
Uśmiechnęłam się do telefonu.
Chciałam po prostu pogadać...
Czekałam na odpowiedź, ale nic nie nadchodziło. Zrobiłam krzywą minę. Pewnie teraz będzie siedzieć cicho. Pewnie sobie pomyślała coś w stylu 'zabrać dupsko i pojechać to tak, a teraz z problemem do koleżanki'... Ale po chwili pokazało się połączenie od niej. Lekko zaskoczona odebrałam.
- Hej... - bąknełam.
- No mów co się dzieje. Musiałam wyjść z domu, mamy gości akurat i nie chciałam gadać przy nich. Co jest? - rozgadana jak zwykle. Uśmiechnęłam się.
- Myślałam, że teraz będziesz milczeć, bo sobie pojechałam.
- To też, ale zawsze kiedy tak piszesz wiem, że coś się dzieje, więc uznałam, że poobrażam się trochę później. - roześmiałam się głośno na jej słowa. - No więc?
- No więc... - westchnęłam.
- Widzę, że to chyba coś poważnego. Co jest, Dona? Wciąż cię trzyma ta sprawa z Darkiem?
- Nie... To nie o Darka chodzi. Już nie. - mruknęłam przełykając ślinę.
- Więc...?
- To jest tak cholernie skomplikowane... Iwa, ja nie wiem... Poznałam faceta. - wydukałam w końcu.
- No to chyba dobrze, nie? Tam są zupełnie inni ludzie, na pewno źle na tym nie wyjdziesz.
- Iwa... - zaśmiałam się pod nosem. - On ma czterdzieści lat. - cisza.
- Ile??? - w jej głosie było słychać lekkie zaskoczenie.
- Czterdzieści. - bąknęłam. - Wiem, że to dużo, ale wcale nie zamierzam się w nic pakować. Z resztą on na mnie nawet by nie spojrzał...
- Co ty gadasz?! Jak to by nie spojrzał? Pewnie, że by spojrzał, jesteś zgrabna jak mało która, proporcje też idealne, wiesz ile dziewcząt ma z tym kłopot? A ty jesteś idealna!
- To nie o to chodzi. - burknęłam.
- A o co? - westchnęłam.
- On... jest po rozwodzie tak w ogóle... Ale... naprawdę, chyba oszalałam...
- Zafascynował cię. Słyszę, nie możesz się aż dokładnie wysłowić.
- Nie chcę, żeby tak było!
- No wydaje mi się, że już chyba trochę za późno.
- To znaczy? - zapytałam z lekkim strachem.
- No jak? Jeszcze się pytasz? Z Darkiem na początku też tak było, doskonale to pamiętam. Ten facet, na którego teraz trafiłaś kompletnie zawrócił ci w głowie. Słychać to w twoim głosie, pewnie nawet ręce ci drżą. - spojrzałam na swoje dłonie i... miała skubana rację.
- No trochę. - mruknęłam cicho. - Ale przecież... - westchnęłam.
- Słuchaj. Zastanów się przez kilka chwil i odpowiedz mi na pytanie, ok?
- Ok.
- Podoba ci się? - pytanie...
- Podoba. - odburknęłam.
- Co ci się w nim podoba? Jak wygląda? Jakie cechy go wyróżniają na pierwszy rzut oka? Co cię w nim urzekło?
- Zadajesz dużo pytań...
- Odpowiadaj. Jak będzie trzeba to powtórzę. - uśmiechnęłam się.
- No więc... - zaczęłam. - Co mi się w nim podoba... Chyba wszystko. Jest zupełnie inny niż cała reszta tych byków, z którymi miałam do czynienia. Taki... widać po prostu po nim, że jest dojrzały... Czasami nawet w takim wieku jak on, niektórzy są wciąż dzieciakami. Jest w nim coś z dziecka, ale... to coś uroczego, nie przeszkadzającego wcale... Ma w sobie... coś. Po prostu. Nie wiem co to, ale sprawia, że nie potrafię o nim nie myśleć. - wydukałam na koniec. - Nie podoba mi się to.
- Dlaczego?
- Jest starszy? Wyobrażasz sobie mojego ojca gdyby wiedział? - zaśmiała się.
- Dobra, pomińmy twojego ojca. Pytanie numer dwa: Jak wygląda?
- Jest przystojny. - uśmiechnęłam się. - Wysoki, ciemna karnacja, ale nie za bardzo. Szczupły, taki w sam raz. Na pewno nie ma nic wspólnego z Pudzianem. - Iwa parsknęła śmiechem. - Ma... piękne loki. Czarne do ramion. I co najważniejsze... - aż westchnęłam przymykając powieki. - Brązowe oczy.
- Ooo! To coś czego zawsze szukałaś u facetów, a nigdy tego nie znalazłaś. - zauważyła.
Tak, uwielbiałam brązowe oczy u facetów. Taki był po prostu w moich oczach najprzystojniejszy.
- No... - zaśmiałam się.
- A co cię tak w nim urzeka, kiedy go widzisz? - zastanowiłam się... Co mnie w nim urzeka?
- Uśmiech... - mruknęłam.
- Tylko sam w sobie? - powiedziała doszukując się podtekstu. Wiedziałam, że szeroko się uśmiecha.
- Ma bardzo piękny uśmiech. - mruknęłam próbując ominąć temat.
- Oczywiście. - parsknęła śmiechem. - Przyznaj się, że kręcą cię jego usta. - poczułam jak się czerwienię.
- Dlaczego od razu zakładasz...
- Bo cię znam. Zawsze zwracasz na nie uwagę.
- No dobrze. - westchnęłam rezygnując z zaprzeczania na siłę. - Więc usta. Tak, masz rację. Przyciągają moją uwagę. Nie wiem czemu, ale... kiedy mówi, szczególnie robią się interesujące. Nie męcz mnie już! - roześmiała się głośno.
- No proszę. Ledwo wyjechała do nowego świata, już jakiegoś przystojniaka wyrwała.
- Nikogo nie wyrywałam. Prawie nic o nim nie wiem... - z wyjątkiem tych kilku skromnych rzeczy, że jest Królem Popu i najsławniejszym człowiekiem świata muzycznego, pomyślałam... Ale to się wytnie.
- Tylko się w nim nie zakochaj, Dona, błagam cię. - powiedziała nagle. Zaskoczyła mnie tym.
- Ale kto mówi...
- Ja cię znam. Ten facet rozkocha cię w sobie, nawet nie będzie o tym wiedział. A ty znowu będziesz cierpieć. - uśmiechnęłam się.
- Nie mam zamiaru do niego podbijać, nie martw się.
- Ohoho, o Darku też tak mówiłaś.
- Darek to co innego. Ten... to zupełnie co innego, nie ma o czym mówić. Możesz być spokojna.
- Żeby nie było tak, że w następnym telefonie mi powiesz, że już cię zaliczył.
- Daj spokój! - aż dostałam gęsiej skórki, kiedy to sobie wyobraziłam. Przyjemne dreszcze... - Nic nie będzie, mówię poważnie.
- Dobrze, dobrze. - westchnęła. - A nie wybierasz się kiedyś do domu?
- Dostałam tu pracę, nie planuję na razie wracać... Rozumiesz przecież...
- Nie rozumiem! Nie rozumiem po co wyjechałaś do Ameryki.
- Po to, żeby odciąć się od tego wszystkiego... Potrzebowałam jakiegoś nowego miejsca...
- I musiałaś lecieć aż na druga półkulę?
- Tak. Musiałam. Udało mi się tu zdobyć robotę, więc będzie dobrze.
- Jaką, u kogo? - dopytała.
- No... u niego właśnie. - cisza.
- U tego faceta, o którym rozmawiałyśmy???
- Tak.
- Ja pierdolę, Dona... Ty już jesteś na straconej pozycji.
- Daj spokój, mówię. On jest miły, to wszystko. Sam też nie będzie niczego próbował.
- Ta, jasne. - burknęła.
Dalsza część rozmowy dotyczyła tego, co się dzieje w Polsce. Jakoś nie bardzo chciało mi się tego słuchać. Tutaj byłam wolna od tych wszystkich problemów związanych z tym krajem. Tutaj był całkiem inny świat. Dlatego chciałam tu zostać.
Michael
- Mike...? Co ci jest?
Spojrzałem na siostrę, która jak zwykle koczowała u mnie, by namówić mnie na jakiś kolejny bezsensowny wypad. Janet była chyba naprawdę nieustraszona w tym swoim dążeniu do tego, bym zaczął znów zachowywać się jak kiedyś. Starałem się... Ale miałem wrażenie, że udaję, a to było gorsze od wszystkiego.
- Nic mi nie jest. - uśmiechnąłem się. - A ja jak zwykle nie wiem, że tu jesteś.
- Gdybym za każdym razem się zapowiadała, nigdy bym tu nie dotarła. Czasami mam wrażenie, że robisz mi na złość, braciszku i twoi goryle celowo mnie nie wpuszczają. - stwierdziła siadając obok i przyglądając mi się z lekko uniesionymi brewkami.
- Co ty... - zaśmiałem się cicho. - Wydaje ci się.
- Widzę, że znowu coś cię wzięło... Martwię się. Co raz częściej zaczynam myśleć, że... - urwała patrząc na mnie z niepokojem.
- Że? - pociągnąłem ją za język ciekaw, co znowu wymyśliła.
- Że naprawdę się nie pozbierasz. Że La Toya ma rację i próżny mój cały wysiłek, by wyciągać cię z domu, bo ty gdy wracasz potem do domu i tak robisz to samo, czyli zamykasz się z powrotem w tej swojej kanciapie i siedzisz do nocy.
- Robię to co kocham... Przed procesem robiłem to samo.
- Ale przed procesem wyglądałeś jak człowiek, a nie tylko jego cień. Pełno było w tobie radości, promieniałeś, a teraz? Patrzysz czasami w lustro? To co kiedyś wywoływało twój uśmiech, teraz kompletnie cię nie rusza. - wstała i zaczęła kręcić się w miejscu lekko sfrustrowana.
- A dziwisz się? - mruknąłem.
- Nie, wcale się nie dziwię. Nie mam już tylko pomysłu, żeby to zmienić.
- Więc nie trudź się dłużej. - chciałem wstać, ale popchnęła mnie z powrotem na kanapę, na której oboje siedzieliśmy.
- Posłuchaj. Może La Toya ma do tego kiepskie podejście, ale zawsze taka była. Byle ręce i nogi miały spokój, a reszta sama sobie jakoś poradzi. Ale TY sobie SAM nie poradzisz, Mike.
- Nic mi nie jest, Janet... - chciałem ją uspokoić, ale znów zamknęła mi buzię.
- Dziesięć lat ciągłych oskarżeń, rewizji, pomówień i tułania się po sądach, od jednej instancji do drugiej to nie jest taka bułka z masłem. Może chcesz sprawiać wrażenie, że spłynęło to po tobie jak po kaczce, ale tylko uwydatniasz tym to, co naprawdę się z tobą dzieje. - usiadła z powrotem. - Na nas też to miało wielki wpływ, jesteśmy twoją rodziną. Powinieneś zrobić coś ze sobą.
- Co? - popatrzyłem jej w oczy.
- Z Lisą ci nie wyszło. Spróbuj jeszcze raz z jakąś kobietą. Potrzebujesz kogoś, kto będzie przy tobie bez względu na wszystko. Sam się nie podniesiesz.
Odwróciłem od niej swój wzrok.
- Nie ma takiej opcji. - mruknąłem.
- Dlaczego? - jęknęła.
- Bo... - urwałem.
- Bo? - pociągnęła mnie delikatnie za jeżyk. Spojrzałem na nią.
- Bo dwadzieścia lat różnicy to zbyt wiele. - powiedziałem w końcu, wstałem i zostawiłem ją samą w tym salonie, na tej kanapie.
Doskonale wiedziałem z kim chciałbym spróbować, gdybym miał próbować. Z tylko jedną kobietą bym chciał, mógł... Nie było jednak mowy o czymkolwiek. Ona była młoda, piękna, miała przed sobą całe życie. A ja? Stary rower, mający cztery dychy na karku, w dodatku nie mogący ogarnąć sam siebie. Ona może mieć każdego w swoim wieku. Z kim ja mógłbym konkurować? Powinna szukać takiego faceta, który nie zmarnuje jej najlepszych lat życia zbliżając się już wielkimi krokami do okresu nazywanego 'kryzysem wieku średniego'. Co ja bym jej dał? Chyba tylko te pieniądze, które leżą na kontach bankowych. Nic więcej nie mógłbym jej zaoferować. A każdy inny? Mógłby dać jej wszystko. Wszystko, czego ja nie będę w stanie dać jej nigdy.
czwartek, 5 maja 2016
8.
Dzień dobry. :D Kolejny odcinek, bardzo proszę. Następny w poniedziałek, tak będą się ukazywać, poniedziałek - czwartek. Tak więc życzę przyjemności z czytania i już nie przedłużam. :)
Donata
Wieczór minał bardzo szybko, trzeba było iść spać. Jednak dzisiaj było to dla mnie wyjątkowo trudne zadanie. Wciąż miałam głowę pełną... jego. Dlaczego? Czy ktoś potrafi mi to wytłumaczyć? Nie miałam ochoty na nowe związki po Darku. Świnia obrzydził mi wszystkich facetów. Ale Michael... wydawał się być stworzony zupełnie inaczej niż reszta świata. Nie wiedziałam na czym konkretnie polega ta różnica, ale była widoczna gołym okiem.
Zaczęłam się już nawet zastanawiać nad dziwnymi sprawami... Dlaczego tak nagle przestałam odczuwać ból po rozstaniu z chłopakiem w Polsce? Teraz czułam tylko złość, że dałam się tak długo oszukiwać. Czy to było spowodowane spotkaniem z tym... piosenkarzem? Był o wiele starzy, a więc na pewno i bardziej odpowiedzialny i dojrzały. W pewien sposób na pewno był też mądrzejszy... W porównaniu z nim Darek wypadał naprawdę słabo. Z resztą... chyba każdy facet wypadał teraz przy nim słabo.
Musiałam zrobić coś, żeby pozbyć się go z mojej głowy. Nie wiedziałam tylko co. Nie podobało mi się to zafascynowanie, mogłoby ono być potencjalnym źródłem kłopotów. Jestem jeszcze smarkulą... Mam nadzieję, że nie narobię sobie kłopotów.
Sen w końcu przyszedł, ale był naprawdę ciężki. Co jakiś czas się budziłam. Ponowne zaśnięcie wymagało ode mnie jeszcze raz tyle czasu co zwykle... A wszystko przez niego. Kiedy się budziłam pół przytomna, przed oczami jak sen na jawie widziałam jego. W końcu, kiedy otworzyłam znów oczy i zobaczyłam, że w pokoju jest już jasno, postanowiłam, że po prostu wstanę i nie będę się już męczyć. Kiedy zobaczyłam, że na zegarze jest już godzina ósma, pogratulowałam sobie pomysłu.
Kompletnie nie miałam ochoty na jedzenie. Chyba zaczynał na mnie oddziaływać klimat, inny niz w Polsce i strefa czasowa. Wszystko mi się poprzestawiało, nie chciało mi się jeść, ze wszystkim zaczynałam mieć kłopot. Wiedziałam, że za tydzień lub dwa się do tego wszystkiego przyzwyczaję, ale w chwili obecnej uwierało mi to.
Nie miałam kompletnie pomysłu na dzisiejszy dzień. Do tej pory miałam cel, wstawać rano i zaraz ruszać, żeby porozwozić jak najwięcej CV, ale teraz już nie musiałam tego robić. Wyszłam na mały balkonik i wpatrzyłam się w błękitne niebo. Ani jednej chmurki... Będzie znów parno.
Z natury byłam taka, że nie mogłam wysiedzieć w jednym miejscu dłużej, niż kilka minut. Tak więc postanowiłam wykorzystać ten wolny czas o wiele przyjemniej niż dotychczas. Przypomniało mi się, że przecież mogę korzystać do woli z darmowych usług, takich jak chociażby sauna czy masaż. Wybrałam to drugie i po kilkunastu minutach już leżałam na kozetce rozebrana od pasa w górę. Masażystą był młody przystojny facet. Mógł mieć góra dwadzieścia parę lat, ale trzydzieści to już max. Okazał się tez być bardzo miły.
Ułożyłam się wygodnie, gdy on zaczął swoją pracę. Wylał mi na plecy pachnącą oliwkę i zaczął ją wcierać w skórę. Było całkiem przyjemnie, z resztą jak zawsze przy takich okazjach. Po jakimś czasie leżałam już na pół usypiając i ledwo kontaktując co się dzieje. Po jakichś trzydziestu minutach poszturchał mnie lekko.
- Już skończyliśmy, panienko. - powiedział z uśmiechem. - Chyba, że życzy pani sobie coś jeszcze?
- Coś jeszcze? To znaczy? - zapytałam mało przytomna.
- No, masaż nóg, rąk... ale prowadzimy też masaże erotyczne... - na te słowa otworzyłam szeroko oczy.
- Erotyczne? - bąknęłam.
- No... tak. Masujemy piersi i tak dalej. Oczywiście tylko wtedy, kiedy klientka sobie tego życzy. Nigdy wbrew jej woli. - popatrzył na mnie znacząco. O tyle dobrze, proszę bardzo.
- Nie, ja już podziękuję. Było miło, dzięki. - mruknęłam.
- Proszę bardzo. - odpowiedział wesoło i wyszedł zostawiając mnie taktownie za parawanem samą, bym mogła się ubrać.
No coś takiego! Chyba oszalał, jeśli myślał, że dałabym mu się dotknąć. Obcy kompletnie facet... Takie praktyki kojarzyły mi się z prostytucją a nie salonem masażu. Gdziekolwiek by się on znajdował. Masakra.
Postanowiłam popływać w basenie. Nawet po uprzednim prysznicu wciąż czułam na sobie zapach oliwki do masażu. Był przyjemny więc nie narzekałam. Ale fakt faktem, że był trwały. Może zapytam tego kolesia co to za oliwka i ją sobie kupię? Nie miałam jednak ze sobą żadnego stroju. Nie tylko w ręce ale w ogóle. Na szczęście można było go kupić na miejscu. Babka, która je sprzedawała zapisała mi rachunek, który później miałam zamiar uiścić. Całkiem przyzwoity był ten hotel... W Polsce to chyba nie do pomyślenia. Wciąż coś mnie tu zaskakiwało.
Pływałam, a raczej moczyłam się w pustym basenie chyba z godzinę. Licząc razem z masażem, oddawałam się tym przyjemnościom chyba ze dwie godzinki. Wszystko jednak się kiedyś kończy, a raczej nudzi, więc wyszłam w końcu z wody i doprowadziłam się do ładu, susząc mokre włosy i przebierając się w swoje rzeczy. Kostium kąpielowy zabrałam ze sobą do pokoju. Będzie niezła pamiątka po pobycie w tym hotelu. Nie długo pewnie będę musiała zacząć szukać jakiegoś lokum. Niech tylko dostane umowę do ręki. I pierwszą wypłatę.
Na korytarzach pachniało miło przygotowywanym obiadem. Aż się zdziwiłam, kiedy poczułam jak ślina napływa mi do ust. Chyba będzie coś pysznego, więc będzie trzeba iść. Przypomniało mi się jak mama nie raz przygotowywała coś egzotycznego jak na Polskę na święta, albo jakieś większe zjazdy rodzinne.
Weszłam do pokoju jakby nigdy nic nawet nie kontaktując jednego faktu. Gdy wychodziłam, pokój był zamknięty, ponieważ sama go zakluczyłam. Kartę miałam przy sobie, ale jakoś umknął mi ten fakt. Nie rozglądając się nawet podeszłam do komódki stojącej naprzeciw łózka i zaczęłam w niej za czymś szperać.
Właściciel hotelu miał gust, albo wynajął kogoś, kto go urządził. Na komodzie, przy której stałam, poustawiane były różne figurki i ładna stylowa lampka. Nigdy nie przyglądałam się takim rzeczom, ale te idealnie współgrały z resztą wystroju. Nad komodą wisiało potężne lustro w prostej, ale ładnej i pasującej do całości ramie. Kontem oka zauważyłam, że... ktoś siedzi na moim łóżku i się na mnie gapi.
Momentalnie jak oparzona okręciłam się na pięcie i z wielkimi oczami jak cebule wpatrzyłam się w faceta. O ile dobrze skontaktowałam, to był ten sam facet co w parku, którego spotkałam podczas tego spaceru w burzę. Ale pewności nie miałam, więc chwyciłam dziarsko za lampkę, która akurat stała najbliżej i wycelowałam nią w niego. Akurat gdy wstał.
- Mam lampę i nie zawaham się jej użyć. - powiedziałam wbijając wzrok w faceta. Ten... zaśmiał się.
- Spokojnie, to tylko ja. - usłyszałam, po czym zdjął kapelusz, okulary i maseczkę z twarzy.
Ręka z lampą opadła mi bezwładnie wzdłuż tułowia. Miałam szczęście, że jej nie upuściłam. - Przestraszyłem cię?
- Owszem... trochę. - wydukałam patrząc na niego.
Przede mną stał nie kto inny, jak... Michael Jackson. Wlepiałam w niego oczy, jakbym widziała go po raz pierwszy. A przecież miałam już z nim styczność. No tak. Do niego nie idzie się przyzwyczaić w ciągu pół godziny... Tak myślę.
- Dlaczego się pan tak obabulił tym wszystkim? Myślałam, że dostanę zawału. - burknęłam pod nosem odstawiając lampkę na jej miejsce. - Do tego zakradł się pan tutaj jak jakiś szpieg...
- Przyniosłem pani umowę o pracę. - powiedział wesoło wyciągając nie wiadomo skąd teczkę z papierami. Chyba bawiła go moja reakcja.
- Miałam przyjść w poniedziałek... - bąknęłam biorąc od niego teczkę i oglądając jej zawartość. Nagle znów wywaliłam oczy dostrzegając jeden z punktów umowy. - ILE???
Suma wynagrodzenia wynosiła... grubo ponad to co zapłaciłby mi ktokolwiek inny. W przeliczeniu na polskie... to było gdzie koło pięciu tysięcy...
- Coś nie tak? - zapytał przekrzywiając lekko głowę i przyglądając mi się uważnie. Spojrzałam na niego.
- Chyba pan przesadził... - bąknęłam.
- Z czym? - zapytał rzeczowo podchodząc do mnie i biorąc ode mnie papier.
- No... z tym, tak myślę. - wskazałam mu palcem o co mi chodzi. Popatrzył na mnie lekko zaskoczony.
- To mało? - otworzyłam szeroko oczy.
- Za dużo! - odpowiedziałam niemal krzycząc. Byłam w szoku...
- Za dużo? - powtórzył. - A czego się pani spodziewała?
- Nie tego. - mruknęłam. - Przepraszam, jeśli pana jakoś... zaskoczyłam... ale w moim kraju nas tak nie rozpieszczają. - wyjaśniłam siadając na łóżku. Uśmiechnął się.
- Ja będę panią rozpieszczał. Chyba trzeba panią przyzwyczaić do tutejszych standardów.
- Ooch, na pewno się przyzwyczaję. - powiedziałam nieco nerwowym tonem. Usiadł obok mnie.
Przyglądał mi się przez chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał. Po chwili podniósł powoli rękę i delikatnym, trochę niepewnym ruchem, odgarnął mi włosy, które zsunęły mi się na twarz. Na to moje serce zareagowało natychmiastowym przyspieszeniem do 120. Chyba zauważył moje zmieszanie, bo cofnął natychmiast swoją dłoń.
- Przepraszam... - zaczął cicho, ale pokręciłam głową.
- Przecież nic się nie stało. - odpowiedziałam tak samo cicho. Atmosfera zrobiła się dziwna. Czułam, że coś zostało nie wypowiedziany i wisi teraz nad nami wciskając nas w podłogę. Ale nie miałam odwagi odezwać się pierwsza.
- Pomyślałem, że przyjdę tu do pani z tą umową wcześniej... Chciałem jeszcze z panią porozmawiać zanim zaczniemy współpracę. - odezwał się w końcu. Spojrzałam na niego.
- A o czym chciał pan rozmawiać? - znów się uśmiechnął. Miał naprawdę piękny uśmiech. I mogłam mówić co tylko chciałam, mama miała rację. Potrafił mnie nim oczarować w ułamku sekundy.
- Może najpierw zacznijmy od przejścia na 'Ty'. Trochę głupio mi tak... Co pani na to? - uniosłam lekko brwi do góry trochę zaskoczona jego propozycją.
- Ze wszystkimi swoimi pracownikami jest pan na 'ty'?
- Z większością. Nie którzy upierają się przy oficjalu, ale ja naprawdę wolę sobie nie panować. Tak będzie łatwiej. - znów posłał mi delikatny uśmiech.
Nie wierzyłam, że on tu ze mną siedzi i tak spokojnie sobie rozmawia. Czułam, że zaczyna się coś dziać... Byłam tylko ciekawa co to takiego. Coś dobrego? Czy skończy się tak jak wszystko do tej pory? Czyli nijak, albo katastrofą...
- Możemy mówić sobie na 'ty'. - zgodziłam się w końcu. - Choć nie wiem jak to wyjdzie w praktyce. - dodałam półgębkiem.
- Dlaczego? - podpytał. Popatrzyłam na niego znacząco.
- No nie wiem, może nie zdaje sobie pan z tego sprawy - rzuciłam protekcjonalnym tonem. - Ale jest pan najsławniejszym człowiekiem świata, chyba zaraz po Presleyu, który nas już opuścił. Chociaż oczywiście, znam osoby, które są święcie przekonane, że Elvis żyje, tylko został porwany przez kosmitów. - na te słowa roześmiał się głośno, a ja natychmiast spurpurowiałam. Co ja pieprzę?
- Jest pani urocza, naprawdę. Ale mam wrażenie, że pani nie wierzy w tą wersję o kosmitach, mam rację?
- Oczywiście, że nie. To jest wersja dla tych panienek które po nim płaczą, bo nigdy nie zdążyły go zobaczyć z bliska. Biedne. - mruknęłam kpiąco.
- Widzę, że nie ma pani dobrego zdania o ludziach pracujących w show biznesie. - zauważył wciąż mi się przyglądając. Zerknęłam na niego.
- W większości są to snoby, ludzie, którzy wcześniej nie mieli nic, poza jedną parą gaci, a teraz przez przypadek dorobili się fortuny. Uważają się za bóstwa, którym wszyscy inni powinni oddawać cześć tylko dlatego, bo są sławnymi aktorami albo piosenkarzami. Wszystkich innych traktują z góry, jak jakąś mniejszość... Palma już dawno im odbiła. Kasa psuje ludzi. - spojrzałam znów na niego kiedy skończyłam mówić. Przyglądał mi się z dziwnym wyrazem twarzy, którego nie umiałam określić.
- A co pani o mnie myśli? - zapytał prosto z mostu. Trochę mnie zatkało.
- A co mam myśleć? Jest pan... trochę inny, tak mi się wydaje, choć nie wiem, bo w ogóle pana nie znam. Ale miałam raz do czynienia z taką osobistością i moje słowa się sprawdziły. Uważał, że może wszystko, razem z zaciągnięciem piątki panienek do łóżka tylko dlatego że nazywał się tak a nie inaczej.
Nastała cisza. Spojrzałam na niego pewna, że powiedziałam za dużo. Wpatrywał się w okno przed nami z nieopisaną miną.
- A więc mnie też pani tak postrzega? - zapytał w końcu z lekkim uśmiechem, który jednak nie był wesoły.
- Tego nie powiedziałam. Powiedziałam, że WIĘKSZOŚĆ takich właśnie ma o sobie takie mniemanie. Może są tacy, którzy pozostali zwykłymi ludźmi. Ale już dawno ich nie widać spomiędzy tych wszystkich innych bufonów. - burknęłam. Uśmiechnął się, tym razem szczerze.
Nie wiedziałam co myśleć o tym jego zainteresowaniu moimi poglądami. Po co mu to wiedzieć? Nie umawiam się z nim na randki tylko do pracy. Faceci są jednak bardziej skomplikowani, niż wydaje się kobietom.
Michael
Jej podejście do świata, w którym żyję od dziecka bardzo mnie zmartwiło. Nie lubiła osób z tym wszystkim związanych, gardziła nimi po prostu. Nie wiedziałem, dlaczego aż tak mi zależy, żeby o mnie nie myślała w ten sposób. Chciałem jej pokazać, że ja taki nie jestem, że jestem inny, lepszy, prawdziwy. Niczego nie udaję na potrzeby mediów jak wiele moich kolegów po fachu. Nie godzę się na nic dla świętego spokoju, dążę do osiągnięcia swojego celu, choćby był trudny, niemal niemożliwy. Nie korzystam przy tym ze sposobów pójścia na łatwiznę. Staram się robić wszystko tak, by było zrobione dobrze, dokładnie i rzetelnie. To chciałem jej pokazać. Ale i to, że nie pogardzam zwykłymi ludźmi. Że ich szanuję, doceniam i wierzę, że są tak samo dobrzy jak ja. Choć na takich właśnie się przejechałem, to wierzyłem, że są tacy, którzy są naprawdę... dobrzy. Nie ma w nich fałszu ani zawiści, zazdrości, i wielu innych rzeczy. Doskonale wiedziałem, że wielu ludzi jest obłudnych. Przybierają maski dobrotliwości, życzliwości i udają empatycznych tak naprawdę w tym samym czasie mając w dupie cierpienie drugiego człowieka. Przyklejają się do niego jak pijawki i czerpią z niego póki mogą, a później, kiedy już się wykończy, odrzucają jak zepsutą zabawkę. Obmawiają, wyśmiewają... Ja już to wszystko przeszedłem, wiedziałem do czego są zdolni ludzie. Ale wciąż wierzyłem w tych, którzy są autentycznie dobrzy. To chciałem jej pokazać, by mogła czuć się przy mnie swobodnie, nie wyobrażając sobie niestworzonych rzeczy o tym, co ja mogę myśleć o niej. Że być może postrzegam ją jako coś gorszego. W żadnym wypadku. W moich oczach była klejnotem.
- Chciałbym, żeby pani wiedziała... - zacząłem starannie dobierając słowa. - Że ja nie patrzę na ludzi w takich kategoriach. - popatrzyła na mnie. - Dla mnie nie ma podziałów na jakieś kategorie... Jeśli ktoś jest z majętnej rodziny, to jest dobry, jeśli pochodzi z biedniejszej, to już nie zasługuje by na niego spojrzeć, nie. Tego u mnie nie ma. - powiedziałem wciąż patrząc jej w oczy. - Nie chcę, żeby mierzyła mnie pani tą samą miarą co innych, bo taki nie jestem. Postaram się to pani udowodnić. - dodałem po chwili, gdy nic nie powiedziała.
- Nie musi mi pan nic udowadniać. - odpowiedziała w końcu cicho.
- Krępuje panią moja obecność? - zapytałem wprost.
- Trochę. - przyznała.
- Nie chcę, żeby tak było. - sam powiedziałem szczerze. - Może się pani wydawać dziwne, dlaczego tak ciepło się do pani odnoszę nie znając pani, ale taki już jestem. - wyjaśniłem. - Potem dostaje za to po głowie, ale...
- Niech się pan nie martwi, ode mnie pan nie dostanie. - powiedziała z uśmiechem. Sam się uśmiechnąłem.
- Cieszę się. - mruknąłem. - To co? Podpiszemy tą umowę? - zapytałem w końcu bo cała sprawa chyba została przez nas zapomniana.
- Tak, tak, oczywiście. - pokiwała od razu głową skwapliwie.
- Mam jeszcze jedno pytanie... Tutaj cały czas będzie się pani kwaterować?
- No chyba tak. Na razie nie mam nic innego do wyboru. - uśmiechnęła się lekko. - Ale za jakiś czas na pewno coś się znajdzie.
Zastanowiłem się na moment. Coś będzie trzeba z tym zrobić. Pomyślę nad tym.
- No więc w takim razie... Proszę. - podsunąłem jej papier, który podpisała, a zaraz po niej ja pozostawiłem na nim swój podpis. - W takim razie jest już pani na mnie skazana. - zaśmiała się.
- Cieszę się z tego faktu niezmiernie. Dzięki temu będę mogła tu zostać na dłużej.
- Na jak długo? - podjąłem ten temat.
- Ta umowa gwarantuje mi pół roku legalnego pobytu. Nawet jeśli skończy się wcześniej. A później... to się zobaczy. - uśmiechnęła się blado.
- Nie mogę dać pani umowy dłuższej niż trzy miesiące. Ale potem chętnie ją z panią przedłużę, jeśli wciąz będzie pani chciała u mnie zostać. - powiedziałem z uśmiechem.
Takie było prawo, chyba wszędzie. Ale po tym okresie próbnym byłem pewny, że zostanie u nas na dłużej. O wiele dłużej. Nie miałem pojęcia dlaczego tak mnie cieszy ta perspektywa.
- Jak się pan tu w ogóle dostał? Zamykałam drzwi...
- Ach! - uśmiechnąłem się. - Mam nadzieję, że to pani nam wybaczy, i mnie i tej miłej pani w recepcji. Nie chciałem czekać na zewnątrz, ponieważ... Sama pani rozumie... - spojrzałem na nią porozumiewawczo. Pokiwała wolno głową, zrozumiawszy moje nieme przesłanie i patrząc na mnie z lekkim uśmiechem.
- Jeszcze ktoś by pana rozpoznał i miałby pan duży problem.. a propos... czy ten facet wtedy w parku... - zapytała z miną, która od razu odczytałem. Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Tak, to byłem ja. Proszę mi wybaczyć, że się wtedy nie przedstawiłem...
- Nic sie nie stało. Prawdopodobnie, gdyby się pan wtedy przedstawił, nie rozmawialibyśmy teraz ze sobą. - stwierdziła. Zdziwiło mnie to.
- Dlaczego?
- Bo za nic w świecie nie poszłam bym do pana świadoma, że idę do pana.
- A więc do samego końca nie wiedziała pani, że jedzie pani do posiadłości Jacksona? - zaśmiałem się. Pokiwała znów głową. - Ale dlaczego by pani nie poszła, wiedząc, że to ja?
- Po prostu jeszcze wtedy, zanim pana zobaczyłam na własne oczy, miałam o panu... kiepskie zdanie. - stwierdziła lekko się rumieniąc. Trochę mnie ścisnęło na te słowa.
- A teraz? Nadal ma pani o mnie takie złe zdanie?
- Nie. Teraz się trochę zmieniło. - przyznała, choć widać było, że nie chciała żebym o tym wiedział.
- To znaczy? - zacząłem od niej wyciągać.
- A czy to ważne?
- Dla mnie tak. - wciąż się jej przyglądałem z niemym zainteresowaniem. Widać było, że to ją krępuje, ale chciałem to wiedzieć.
- Po prostu... Mam nadzieję, że się nie mylę... ale wydaje się być pan całkiem inny niż, nawet wszyscy zwykli ludzie, których znam.
- Postaram się, żebyś się nie zawiodła. - jakoś automatycznie przeszedłem na 'Ty'. Spojrzała na mnie, a wtedy uśmiechnąłem się do niej.
- Też mam mówić panu na 'Ty'?
- Jak najbardziej.
- No więc, dlaczego tak bardzo ci zależy na tym, żebym dobrze o tobie myślała?
Bo mi się podobasz, przyszło mi na myśl, ale nie pozwoliłem temu wyjść przez moje usta. Aż przeraziłem się lekko na tę myśl.
- Nikt nie chce, żeby ktoś o nim źle myślał, nie zależnie od tego jaki jest. - wytłumaczyłem, co też poniekąd było prawdą.
- No tak... Ale tak na pierwsze spotkanie... może nawet na pierwszy rzut oka nawet widać, że o panu nie można źle myśleć. - stwierdziła patrząc na mnie uważnym wzrokiem.
- Tak? - uśmiechnąłem się. Poniekąd byłem zadowolony z jej odpowiedzi.
Kobieta nie zależnie od wieku potrafi oczarować człowieka. Zawrócić mu w głowie do tego stopnia, że zapomina na jakim świecie żyje. Potrafi nawet zapomnieć, że nie jest już nastolatkiem. Tak łatwo jest jej przedostać się do serca mężczyzny, choćby było nie wiadomo jak dobrze strzeżone. Tak jak moje... Nie chciałem by jakaś kobieta znów się do mnie zbliżyła. A ona to robi, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Sprawia, że ja sam chcę z nią rozmawiać, widzieć się... Przecież nie szukałem nikogo do pracy, nawet nie będzie miała w Neverland wiele do roboty. Ale już przy pierwszym spotkaniu coś mnie w niej urzekło. Podświadomie szukałem kontaktu z nią. Tak jak teraz, sam zainicjowałem to spotkanie. Nie wiedząc nawet czy sobie tego życzy, zaryzykowałem. Bynajmniej mnie nie wyrzuciła. Działo się ze mną coś dziwnego, coś czego nie umiałem określić. Czułem się znów jak nastolatek, który na chwilę stracił głowę dla jakiejś ładnej dziewczyny. W moim wieku bywało to niebezpieczne. Musiałem mieć się na baczności.
Donata
Wieczór minał bardzo szybko, trzeba było iść spać. Jednak dzisiaj było to dla mnie wyjątkowo trudne zadanie. Wciąż miałam głowę pełną... jego. Dlaczego? Czy ktoś potrafi mi to wytłumaczyć? Nie miałam ochoty na nowe związki po Darku. Świnia obrzydził mi wszystkich facetów. Ale Michael... wydawał się być stworzony zupełnie inaczej niż reszta świata. Nie wiedziałam na czym konkretnie polega ta różnica, ale była widoczna gołym okiem.
Zaczęłam się już nawet zastanawiać nad dziwnymi sprawami... Dlaczego tak nagle przestałam odczuwać ból po rozstaniu z chłopakiem w Polsce? Teraz czułam tylko złość, że dałam się tak długo oszukiwać. Czy to było spowodowane spotkaniem z tym... piosenkarzem? Był o wiele starzy, a więc na pewno i bardziej odpowiedzialny i dojrzały. W pewien sposób na pewno był też mądrzejszy... W porównaniu z nim Darek wypadał naprawdę słabo. Z resztą... chyba każdy facet wypadał teraz przy nim słabo.
Musiałam zrobić coś, żeby pozbyć się go z mojej głowy. Nie wiedziałam tylko co. Nie podobało mi się to zafascynowanie, mogłoby ono być potencjalnym źródłem kłopotów. Jestem jeszcze smarkulą... Mam nadzieję, że nie narobię sobie kłopotów.
Sen w końcu przyszedł, ale był naprawdę ciężki. Co jakiś czas się budziłam. Ponowne zaśnięcie wymagało ode mnie jeszcze raz tyle czasu co zwykle... A wszystko przez niego. Kiedy się budziłam pół przytomna, przed oczami jak sen na jawie widziałam jego. W końcu, kiedy otworzyłam znów oczy i zobaczyłam, że w pokoju jest już jasno, postanowiłam, że po prostu wstanę i nie będę się już męczyć. Kiedy zobaczyłam, że na zegarze jest już godzina ósma, pogratulowałam sobie pomysłu.
Kompletnie nie miałam ochoty na jedzenie. Chyba zaczynał na mnie oddziaływać klimat, inny niz w Polsce i strefa czasowa. Wszystko mi się poprzestawiało, nie chciało mi się jeść, ze wszystkim zaczynałam mieć kłopot. Wiedziałam, że za tydzień lub dwa się do tego wszystkiego przyzwyczaję, ale w chwili obecnej uwierało mi to.
Nie miałam kompletnie pomysłu na dzisiejszy dzień. Do tej pory miałam cel, wstawać rano i zaraz ruszać, żeby porozwozić jak najwięcej CV, ale teraz już nie musiałam tego robić. Wyszłam na mały balkonik i wpatrzyłam się w błękitne niebo. Ani jednej chmurki... Będzie znów parno.
Z natury byłam taka, że nie mogłam wysiedzieć w jednym miejscu dłużej, niż kilka minut. Tak więc postanowiłam wykorzystać ten wolny czas o wiele przyjemniej niż dotychczas. Przypomniało mi się, że przecież mogę korzystać do woli z darmowych usług, takich jak chociażby sauna czy masaż. Wybrałam to drugie i po kilkunastu minutach już leżałam na kozetce rozebrana od pasa w górę. Masażystą był młody przystojny facet. Mógł mieć góra dwadzieścia parę lat, ale trzydzieści to już max. Okazał się tez być bardzo miły.
Ułożyłam się wygodnie, gdy on zaczął swoją pracę. Wylał mi na plecy pachnącą oliwkę i zaczął ją wcierać w skórę. Było całkiem przyjemnie, z resztą jak zawsze przy takich okazjach. Po jakimś czasie leżałam już na pół usypiając i ledwo kontaktując co się dzieje. Po jakichś trzydziestu minutach poszturchał mnie lekko.
- Już skończyliśmy, panienko. - powiedział z uśmiechem. - Chyba, że życzy pani sobie coś jeszcze?
- Coś jeszcze? To znaczy? - zapytałam mało przytomna.
- No, masaż nóg, rąk... ale prowadzimy też masaże erotyczne... - na te słowa otworzyłam szeroko oczy.
- Erotyczne? - bąknęłam.
- No... tak. Masujemy piersi i tak dalej. Oczywiście tylko wtedy, kiedy klientka sobie tego życzy. Nigdy wbrew jej woli. - popatrzył na mnie znacząco. O tyle dobrze, proszę bardzo.
- Nie, ja już podziękuję. Było miło, dzięki. - mruknęłam.
- Proszę bardzo. - odpowiedział wesoło i wyszedł zostawiając mnie taktownie za parawanem samą, bym mogła się ubrać.
No coś takiego! Chyba oszalał, jeśli myślał, że dałabym mu się dotknąć. Obcy kompletnie facet... Takie praktyki kojarzyły mi się z prostytucją a nie salonem masażu. Gdziekolwiek by się on znajdował. Masakra.
Postanowiłam popływać w basenie. Nawet po uprzednim prysznicu wciąż czułam na sobie zapach oliwki do masażu. Był przyjemny więc nie narzekałam. Ale fakt faktem, że był trwały. Może zapytam tego kolesia co to za oliwka i ją sobie kupię? Nie miałam jednak ze sobą żadnego stroju. Nie tylko w ręce ale w ogóle. Na szczęście można było go kupić na miejscu. Babka, która je sprzedawała zapisała mi rachunek, który później miałam zamiar uiścić. Całkiem przyzwoity był ten hotel... W Polsce to chyba nie do pomyślenia. Wciąż coś mnie tu zaskakiwało.
Pływałam, a raczej moczyłam się w pustym basenie chyba z godzinę. Licząc razem z masażem, oddawałam się tym przyjemnościom chyba ze dwie godzinki. Wszystko jednak się kiedyś kończy, a raczej nudzi, więc wyszłam w końcu z wody i doprowadziłam się do ładu, susząc mokre włosy i przebierając się w swoje rzeczy. Kostium kąpielowy zabrałam ze sobą do pokoju. Będzie niezła pamiątka po pobycie w tym hotelu. Nie długo pewnie będę musiała zacząć szukać jakiegoś lokum. Niech tylko dostane umowę do ręki. I pierwszą wypłatę.
Na korytarzach pachniało miło przygotowywanym obiadem. Aż się zdziwiłam, kiedy poczułam jak ślina napływa mi do ust. Chyba będzie coś pysznego, więc będzie trzeba iść. Przypomniało mi się jak mama nie raz przygotowywała coś egzotycznego jak na Polskę na święta, albo jakieś większe zjazdy rodzinne.
Weszłam do pokoju jakby nigdy nic nawet nie kontaktując jednego faktu. Gdy wychodziłam, pokój był zamknięty, ponieważ sama go zakluczyłam. Kartę miałam przy sobie, ale jakoś umknął mi ten fakt. Nie rozglądając się nawet podeszłam do komódki stojącej naprzeciw łózka i zaczęłam w niej za czymś szperać.
Właściciel hotelu miał gust, albo wynajął kogoś, kto go urządził. Na komodzie, przy której stałam, poustawiane były różne figurki i ładna stylowa lampka. Nigdy nie przyglądałam się takim rzeczom, ale te idealnie współgrały z resztą wystroju. Nad komodą wisiało potężne lustro w prostej, ale ładnej i pasującej do całości ramie. Kontem oka zauważyłam, że... ktoś siedzi na moim łóżku i się na mnie gapi.
Momentalnie jak oparzona okręciłam się na pięcie i z wielkimi oczami jak cebule wpatrzyłam się w faceta. O ile dobrze skontaktowałam, to był ten sam facet co w parku, którego spotkałam podczas tego spaceru w burzę. Ale pewności nie miałam, więc chwyciłam dziarsko za lampkę, która akurat stała najbliżej i wycelowałam nią w niego. Akurat gdy wstał.
- Mam lampę i nie zawaham się jej użyć. - powiedziałam wbijając wzrok w faceta. Ten... zaśmiał się.
- Spokojnie, to tylko ja. - usłyszałam, po czym zdjął kapelusz, okulary i maseczkę z twarzy.
Ręka z lampą opadła mi bezwładnie wzdłuż tułowia. Miałam szczęście, że jej nie upuściłam. - Przestraszyłem cię?
- Owszem... trochę. - wydukałam patrząc na niego.
Przede mną stał nie kto inny, jak... Michael Jackson. Wlepiałam w niego oczy, jakbym widziała go po raz pierwszy. A przecież miałam już z nim styczność. No tak. Do niego nie idzie się przyzwyczaić w ciągu pół godziny... Tak myślę.
- Dlaczego się pan tak obabulił tym wszystkim? Myślałam, że dostanę zawału. - burknęłam pod nosem odstawiając lampkę na jej miejsce. - Do tego zakradł się pan tutaj jak jakiś szpieg...
- Przyniosłem pani umowę o pracę. - powiedział wesoło wyciągając nie wiadomo skąd teczkę z papierami. Chyba bawiła go moja reakcja.
- Miałam przyjść w poniedziałek... - bąknęłam biorąc od niego teczkę i oglądając jej zawartość. Nagle znów wywaliłam oczy dostrzegając jeden z punktów umowy. - ILE???
Suma wynagrodzenia wynosiła... grubo ponad to co zapłaciłby mi ktokolwiek inny. W przeliczeniu na polskie... to było gdzie koło pięciu tysięcy...
- Coś nie tak? - zapytał przekrzywiając lekko głowę i przyglądając mi się uważnie. Spojrzałam na niego.
- Chyba pan przesadził... - bąknęłam.
- Z czym? - zapytał rzeczowo podchodząc do mnie i biorąc ode mnie papier.
- No... z tym, tak myślę. - wskazałam mu palcem o co mi chodzi. Popatrzył na mnie lekko zaskoczony.
- To mało? - otworzyłam szeroko oczy.
- Za dużo! - odpowiedziałam niemal krzycząc. Byłam w szoku...
- Za dużo? - powtórzył. - A czego się pani spodziewała?
- Nie tego. - mruknęłam. - Przepraszam, jeśli pana jakoś... zaskoczyłam... ale w moim kraju nas tak nie rozpieszczają. - wyjaśniłam siadając na łóżku. Uśmiechnął się.
- Ja będę panią rozpieszczał. Chyba trzeba panią przyzwyczaić do tutejszych standardów.
- Ooch, na pewno się przyzwyczaję. - powiedziałam nieco nerwowym tonem. Usiadł obok mnie.
Przyglądał mi się przez chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał. Po chwili podniósł powoli rękę i delikatnym, trochę niepewnym ruchem, odgarnął mi włosy, które zsunęły mi się na twarz. Na to moje serce zareagowało natychmiastowym przyspieszeniem do 120. Chyba zauważył moje zmieszanie, bo cofnął natychmiast swoją dłoń.
- Przepraszam... - zaczął cicho, ale pokręciłam głową.
- Przecież nic się nie stało. - odpowiedziałam tak samo cicho. Atmosfera zrobiła się dziwna. Czułam, że coś zostało nie wypowiedziany i wisi teraz nad nami wciskając nas w podłogę. Ale nie miałam odwagi odezwać się pierwsza.
- Pomyślałem, że przyjdę tu do pani z tą umową wcześniej... Chciałem jeszcze z panią porozmawiać zanim zaczniemy współpracę. - odezwał się w końcu. Spojrzałam na niego.
- A o czym chciał pan rozmawiać? - znów się uśmiechnął. Miał naprawdę piękny uśmiech. I mogłam mówić co tylko chciałam, mama miała rację. Potrafił mnie nim oczarować w ułamku sekundy.
- Może najpierw zacznijmy od przejścia na 'Ty'. Trochę głupio mi tak... Co pani na to? - uniosłam lekko brwi do góry trochę zaskoczona jego propozycją.
- Ze wszystkimi swoimi pracownikami jest pan na 'ty'?
- Z większością. Nie którzy upierają się przy oficjalu, ale ja naprawdę wolę sobie nie panować. Tak będzie łatwiej. - znów posłał mi delikatny uśmiech.
Nie wierzyłam, że on tu ze mną siedzi i tak spokojnie sobie rozmawia. Czułam, że zaczyna się coś dziać... Byłam tylko ciekawa co to takiego. Coś dobrego? Czy skończy się tak jak wszystko do tej pory? Czyli nijak, albo katastrofą...
- Możemy mówić sobie na 'ty'. - zgodziłam się w końcu. - Choć nie wiem jak to wyjdzie w praktyce. - dodałam półgębkiem.
- Dlaczego? - podpytał. Popatrzyłam na niego znacząco.
- No nie wiem, może nie zdaje sobie pan z tego sprawy - rzuciłam protekcjonalnym tonem. - Ale jest pan najsławniejszym człowiekiem świata, chyba zaraz po Presleyu, który nas już opuścił. Chociaż oczywiście, znam osoby, które są święcie przekonane, że Elvis żyje, tylko został porwany przez kosmitów. - na te słowa roześmiał się głośno, a ja natychmiast spurpurowiałam. Co ja pieprzę?
- Jest pani urocza, naprawdę. Ale mam wrażenie, że pani nie wierzy w tą wersję o kosmitach, mam rację?
- Oczywiście, że nie. To jest wersja dla tych panienek które po nim płaczą, bo nigdy nie zdążyły go zobaczyć z bliska. Biedne. - mruknęłam kpiąco.
- Widzę, że nie ma pani dobrego zdania o ludziach pracujących w show biznesie. - zauważył wciąż mi się przyglądając. Zerknęłam na niego.
- W większości są to snoby, ludzie, którzy wcześniej nie mieli nic, poza jedną parą gaci, a teraz przez przypadek dorobili się fortuny. Uważają się za bóstwa, którym wszyscy inni powinni oddawać cześć tylko dlatego, bo są sławnymi aktorami albo piosenkarzami. Wszystkich innych traktują z góry, jak jakąś mniejszość... Palma już dawno im odbiła. Kasa psuje ludzi. - spojrzałam znów na niego kiedy skończyłam mówić. Przyglądał mi się z dziwnym wyrazem twarzy, którego nie umiałam określić.
- A co pani o mnie myśli? - zapytał prosto z mostu. Trochę mnie zatkało.
- A co mam myśleć? Jest pan... trochę inny, tak mi się wydaje, choć nie wiem, bo w ogóle pana nie znam. Ale miałam raz do czynienia z taką osobistością i moje słowa się sprawdziły. Uważał, że może wszystko, razem z zaciągnięciem piątki panienek do łóżka tylko dlatego że nazywał się tak a nie inaczej.
Nastała cisza. Spojrzałam na niego pewna, że powiedziałam za dużo. Wpatrywał się w okno przed nami z nieopisaną miną.
- A więc mnie też pani tak postrzega? - zapytał w końcu z lekkim uśmiechem, który jednak nie był wesoły.
- Tego nie powiedziałam. Powiedziałam, że WIĘKSZOŚĆ takich właśnie ma o sobie takie mniemanie. Może są tacy, którzy pozostali zwykłymi ludźmi. Ale już dawno ich nie widać spomiędzy tych wszystkich innych bufonów. - burknęłam. Uśmiechnął się, tym razem szczerze.
Nie wiedziałam co myśleć o tym jego zainteresowaniu moimi poglądami. Po co mu to wiedzieć? Nie umawiam się z nim na randki tylko do pracy. Faceci są jednak bardziej skomplikowani, niż wydaje się kobietom.
Michael
Jej podejście do świata, w którym żyję od dziecka bardzo mnie zmartwiło. Nie lubiła osób z tym wszystkim związanych, gardziła nimi po prostu. Nie wiedziałem, dlaczego aż tak mi zależy, żeby o mnie nie myślała w ten sposób. Chciałem jej pokazać, że ja taki nie jestem, że jestem inny, lepszy, prawdziwy. Niczego nie udaję na potrzeby mediów jak wiele moich kolegów po fachu. Nie godzę się na nic dla świętego spokoju, dążę do osiągnięcia swojego celu, choćby był trudny, niemal niemożliwy. Nie korzystam przy tym ze sposobów pójścia na łatwiznę. Staram się robić wszystko tak, by było zrobione dobrze, dokładnie i rzetelnie. To chciałem jej pokazać. Ale i to, że nie pogardzam zwykłymi ludźmi. Że ich szanuję, doceniam i wierzę, że są tak samo dobrzy jak ja. Choć na takich właśnie się przejechałem, to wierzyłem, że są tacy, którzy są naprawdę... dobrzy. Nie ma w nich fałszu ani zawiści, zazdrości, i wielu innych rzeczy. Doskonale wiedziałem, że wielu ludzi jest obłudnych. Przybierają maski dobrotliwości, życzliwości i udają empatycznych tak naprawdę w tym samym czasie mając w dupie cierpienie drugiego człowieka. Przyklejają się do niego jak pijawki i czerpią z niego póki mogą, a później, kiedy już się wykończy, odrzucają jak zepsutą zabawkę. Obmawiają, wyśmiewają... Ja już to wszystko przeszedłem, wiedziałem do czego są zdolni ludzie. Ale wciąż wierzyłem w tych, którzy są autentycznie dobrzy. To chciałem jej pokazać, by mogła czuć się przy mnie swobodnie, nie wyobrażając sobie niestworzonych rzeczy o tym, co ja mogę myśleć o niej. Że być może postrzegam ją jako coś gorszego. W żadnym wypadku. W moich oczach była klejnotem.
- Chciałbym, żeby pani wiedziała... - zacząłem starannie dobierając słowa. - Że ja nie patrzę na ludzi w takich kategoriach. - popatrzyła na mnie. - Dla mnie nie ma podziałów na jakieś kategorie... Jeśli ktoś jest z majętnej rodziny, to jest dobry, jeśli pochodzi z biedniejszej, to już nie zasługuje by na niego spojrzeć, nie. Tego u mnie nie ma. - powiedziałem wciąż patrząc jej w oczy. - Nie chcę, żeby mierzyła mnie pani tą samą miarą co innych, bo taki nie jestem. Postaram się to pani udowodnić. - dodałem po chwili, gdy nic nie powiedziała.
- Nie musi mi pan nic udowadniać. - odpowiedziała w końcu cicho.
- Krępuje panią moja obecność? - zapytałem wprost.
- Trochę. - przyznała.
- Nie chcę, żeby tak było. - sam powiedziałem szczerze. - Może się pani wydawać dziwne, dlaczego tak ciepło się do pani odnoszę nie znając pani, ale taki już jestem. - wyjaśniłem. - Potem dostaje za to po głowie, ale...
- Niech się pan nie martwi, ode mnie pan nie dostanie. - powiedziała z uśmiechem. Sam się uśmiechnąłem.
- Cieszę się. - mruknąłem. - To co? Podpiszemy tą umowę? - zapytałem w końcu bo cała sprawa chyba została przez nas zapomniana.
- Tak, tak, oczywiście. - pokiwała od razu głową skwapliwie.
- Mam jeszcze jedno pytanie... Tutaj cały czas będzie się pani kwaterować?
- No chyba tak. Na razie nie mam nic innego do wyboru. - uśmiechnęła się lekko. - Ale za jakiś czas na pewno coś się znajdzie.
Zastanowiłem się na moment. Coś będzie trzeba z tym zrobić. Pomyślę nad tym.
- No więc w takim razie... Proszę. - podsunąłem jej papier, który podpisała, a zaraz po niej ja pozostawiłem na nim swój podpis. - W takim razie jest już pani na mnie skazana. - zaśmiała się.
- Cieszę się z tego faktu niezmiernie. Dzięki temu będę mogła tu zostać na dłużej.
- Na jak długo? - podjąłem ten temat.
- Ta umowa gwarantuje mi pół roku legalnego pobytu. Nawet jeśli skończy się wcześniej. A później... to się zobaczy. - uśmiechnęła się blado.
- Nie mogę dać pani umowy dłuższej niż trzy miesiące. Ale potem chętnie ją z panią przedłużę, jeśli wciąz będzie pani chciała u mnie zostać. - powiedziałem z uśmiechem.
Takie było prawo, chyba wszędzie. Ale po tym okresie próbnym byłem pewny, że zostanie u nas na dłużej. O wiele dłużej. Nie miałem pojęcia dlaczego tak mnie cieszy ta perspektywa.
- Jak się pan tu w ogóle dostał? Zamykałam drzwi...
- Ach! - uśmiechnąłem się. - Mam nadzieję, że to pani nam wybaczy, i mnie i tej miłej pani w recepcji. Nie chciałem czekać na zewnątrz, ponieważ... Sama pani rozumie... - spojrzałem na nią porozumiewawczo. Pokiwała wolno głową, zrozumiawszy moje nieme przesłanie i patrząc na mnie z lekkim uśmiechem.
- Jeszcze ktoś by pana rozpoznał i miałby pan duży problem.. a propos... czy ten facet wtedy w parku... - zapytała z miną, która od razu odczytałem. Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Tak, to byłem ja. Proszę mi wybaczyć, że się wtedy nie przedstawiłem...
- Nic sie nie stało. Prawdopodobnie, gdyby się pan wtedy przedstawił, nie rozmawialibyśmy teraz ze sobą. - stwierdziła. Zdziwiło mnie to.
- Dlaczego?
- Bo za nic w świecie nie poszłam bym do pana świadoma, że idę do pana.
- A więc do samego końca nie wiedziała pani, że jedzie pani do posiadłości Jacksona? - zaśmiałem się. Pokiwała znów głową. - Ale dlaczego by pani nie poszła, wiedząc, że to ja?
- Po prostu jeszcze wtedy, zanim pana zobaczyłam na własne oczy, miałam o panu... kiepskie zdanie. - stwierdziła lekko się rumieniąc. Trochę mnie ścisnęło na te słowa.
- A teraz? Nadal ma pani o mnie takie złe zdanie?
- Nie. Teraz się trochę zmieniło. - przyznała, choć widać było, że nie chciała żebym o tym wiedział.
- To znaczy? - zacząłem od niej wyciągać.
- A czy to ważne?
- Dla mnie tak. - wciąż się jej przyglądałem z niemym zainteresowaniem. Widać było, że to ją krępuje, ale chciałem to wiedzieć.
- Po prostu... Mam nadzieję, że się nie mylę... ale wydaje się być pan całkiem inny niż, nawet wszyscy zwykli ludzie, których znam.
- Postaram się, żebyś się nie zawiodła. - jakoś automatycznie przeszedłem na 'Ty'. Spojrzała na mnie, a wtedy uśmiechnąłem się do niej.
- Też mam mówić panu na 'Ty'?
- Jak najbardziej.
- No więc, dlaczego tak bardzo ci zależy na tym, żebym dobrze o tobie myślała?
Bo mi się podobasz, przyszło mi na myśl, ale nie pozwoliłem temu wyjść przez moje usta. Aż przeraziłem się lekko na tę myśl.
- Nikt nie chce, żeby ktoś o nim źle myślał, nie zależnie od tego jaki jest. - wytłumaczyłem, co też poniekąd było prawdą.
- No tak... Ale tak na pierwsze spotkanie... może nawet na pierwszy rzut oka nawet widać, że o panu nie można źle myśleć. - stwierdziła patrząc na mnie uważnym wzrokiem.
- Tak? - uśmiechnąłem się. Poniekąd byłem zadowolony z jej odpowiedzi.
Kobieta nie zależnie od wieku potrafi oczarować człowieka. Zawrócić mu w głowie do tego stopnia, że zapomina na jakim świecie żyje. Potrafi nawet zapomnieć, że nie jest już nastolatkiem. Tak łatwo jest jej przedostać się do serca mężczyzny, choćby było nie wiadomo jak dobrze strzeżone. Tak jak moje... Nie chciałem by jakaś kobieta znów się do mnie zbliżyła. A ona to robi, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Sprawia, że ja sam chcę z nią rozmawiać, widzieć się... Przecież nie szukałem nikogo do pracy, nawet nie będzie miała w Neverland wiele do roboty. Ale już przy pierwszym spotkaniu coś mnie w niej urzekło. Podświadomie szukałem kontaktu z nią. Tak jak teraz, sam zainicjowałem to spotkanie. Nie wiedząc nawet czy sobie tego życzy, zaryzykowałem. Bynajmniej mnie nie wyrzuciła. Działo się ze mną coś dziwnego, coś czego nie umiałem określić. Czułem się znów jak nastolatek, który na chwilę stracił głowę dla jakiejś ładnej dziewczyny. W moim wieku bywało to niebezpieczne. Musiałem mieć się na baczności.
poniedziałek, 2 maja 2016
7.
Witam. :) Krótko i zwięźle, następny rozdział w czwartek. ;)
Donata
Kiedy wróciłam już do swojego pokoju w hotelu, pierwsze co zrobiłam to usiadłam na łózku i podparłam głowę rękoma. Siedziałam tak jakiś czas z zamkniętymi oczami, oddychając miarowo, co najmniej jakbym chciała uspokoić oddech po jakimś długim ciężkim biegu. Czułam się dziwnie. Nie wiedziałam dlaczego, ale jeszcze przez jakieś pół godziny czułam jak serce mocno mi bije.
Kiedy spojrzałam na zegar wiszący na ścianie, spostrzegłam jak już późno. Za chwilę będa rozdawali kolację. Jakoś nie byłam głodna. Ale w tej chwili jakoś dziwnie przyszło mi na myśl, że jeśli teraz nie zjem porządnego posiłku, pan Jackson, gdyby oczywiście o tym wiedział, po tym cyrku u niego, nie byłby ze mnie zadowolony...
Skarciłam się w duchu. Co go to z resztą obchodzi? Musiałam zacząć znów myśleć o nim negatywnie, ponieważ za cholerę nie chciał wyjść mi z głowy. Niepokoiło mnie to trochę, ale postanowiłam się tym nie przejmować. Sławny człowiek i te sprawy, wiadomo. Przejdzie.
Tak więc nie poszłam na kolację. Za to kolacja przyszła do mnie.
- Kolacja, prosze pani! - usłyszałam spod swoich drzwi. Lekko zdziwiona podeszłam i je otworzyłam. Do środka wjechała młodziutka dziewczyna z wózkiem obstawionym chyba wszystkim po trochu. Uśmiechnęła się do mnie ładnie, nie mogłam pozostać jej dłużna i też się do niej uśmiechnęłam. Patrzyłam jednak na to wszystko lekko zszokowana.
- Ale... ja niczego do pokoju nie zamawiałam... - powiedziałam podchodząc do niej i do wózka z jedzeniem.
- Tak, ale polecenie przyszło z zewnątrz. - odparła patrząc na mnie.
- Jak to... z zewnątrz? - kompletnie nie wiedziałam o co chodzi.
- Nie wiem kto kazał to pani tu dostarczyć, ale takie życzenie zostało wyrażone, aby ten posiłek dostarczyć pani do pokoju, gdyby nie pojawiła się pani w stołówce. - spojrzałam na nią wielkimi oczami.
- Dziękuję... Jestem bardzo ciekawa, kto tak o mnie dba, kompletnie mnie nie znając. - mruknęłam.
Dziewczyna pożyczyła mi smacznego i wyszła. Patrzyłam jeszcze na to wszystko przez chwilę, po czym z ciekawości zaczęłam zaglądać pod pokrywki.
Było tego całkiem sporo, na pewno nie zjadłabym tego wszystkiego, ale pachniało wspaniale, więc zaczęłam pogryzać tego i owego i okazało się, że dania były naprawdę smaczne. Nalałam sobie soku pomarańczowego z butki stojącej obok jakiegoś maleńkiego talerzyka zakrytego taką samą maleńką pokrywką...
- A to co, orzeszki? - mruknęłam pod nosem ze śmiechem. Pod pokrywką nie było jednak orzeszków, a mały zwinięty kawałek papieru. Wzięłam go do ręki, rozwinęłam i przeczytałam...
Proszę o siebie dbać, panno Leszczynska. Nie zawsze będę tak blisko, by panią złapać.
Życzę smacznego.
M.J.
- Chyba żart. - mruknełam znów.
Nie no, ten facet jest niemożliwy. Już nawet zdązyłam o nim zapomnieć, przypomniał mi się w naprawdę spektakularny sposób. Uśmiechnęłam się mimo wszystko jednak. Nie zastanawiając się już nad niczym po prostu zjadłam tyle ile byłam w stanie.
Postanowiłam zadzwonić do mamy. Pewnie wciąz się zastanawia jak mi idzie. Najchętniej wolałaby gdybym wróciła do Polski, ale ja nie chciałam. Za wszelką cenę chciałam zostać w USA.
Wskoczyłam na łóżko, które aż zaskrzypiało pod moim ciężarem. Pomyślałam nagle, że może powinnam zacząc się odchudzać? Pomyślimy o tym później.
Wykręciłam numer do domu i znów tak jak ostatnio odebrała niemal natychmiast. Uśmiechnęłam się szeroko słysząc w słuchawce jej uradowany głos.
- No co słychać, córcia? - zapytała od razu.
- Dobrze. - odpowiedziałam wciaż się uśmiechajac. Wiedziałam, że będzie się cieszyć razem ze mną z tej nowiny, jaką jej zaraz sprzedam. - Wiesz... Mam dla ciebie wiadomość.
- Tak? Jaką?
- No chyba dobrą.
- Wracasz? - tak jak myślałam.
- Nie, mamuś, to byłaby zła wiadomość. Nawet bardzo zła. - wyjaśniłam.
- Więc? Co się stało? - słychać było, że naprawdę miała nadzieję, że wrócę. Chyba zaczynało do niej docierać, że mój wyjazd nie był tylko chwilowym widzimisię.
- Mama... dostałam w końcu robotę! - krzyknęłam prawie do telefonu. Wbrew wszystkim pozorom mama też się naprawdę ucieszyła.
- Naprawdę?! No na reszcie, martwiłam się, że zostaniesz tam całkiem bez niczego. Wolałabym oczywiście, gdybyś wróciła do domu, ale... jeśli ma być ci tam o niebo lepiej niż tutaj...
- Będzie lepiej, na pewno, zobaczysz, mamuś. - zapewniłam ją. - Będę was odwiedzać przecież. Kontakt się nie urwie.
- Tak. - westchneła. - Ale to nie to samo co mieć przy sobie swoje dziecko.
- Mama, ja już dorosłam. I tak bym się wyprowadziła.
- Ale bynajmniej nie na koniec świata! Ech, gdyby nie ten twój kolega... - westchnęła znów.
- Mama, widocznie tak miało być. Zawsze mi mówiłaś, że nie ma przypadków. Tutaj na pewno będzie mi o wiele lepiej. To zupełnie inny świat, gdybyś tu była... - teraz ja westchnęłam. - A pracodawca... Mama. Nie uwierzysz.
- No? Mów. - wyczułam, że się uśmiecha. - Co to za przystojniak? Już widzę, jak się uśmiechasz. - zaśmiałyśmy się obie.
- No, jest... przystojny. Tego nie można mu odmówić. - zgodziłam się przywołując JEGO twarz przed swoje oczy.
- Może coś z tego będzie, co? - podpytała mnie. Doskonale wiedziałam jak wygląda teraz jej mina. Szczerzyła się pewnie tak samo jak ja w tej chwili. Chociaż sama nie wiedziałam czemu JA się tak uśmiecham.
- Daj spokój, mamuś. Za stary jest.
- Za stary? Ile ma lat?
- Czterdzieści. - mruknęłam pod nosem poprawiajac się na łózku.
- No trochę dużo...
- No widzisz?
- Ale to tylko cyfry. - stwierdziła i znów wyczułam jak się uśmiecha.
- Duże cyfry, mama. To by nie miało racji bytu, z resztą... Nawet sobie nie wyobrażasz kto to jest. Ja sama nie wiem jakim cudem tam wylądowałam...
- No kto?
- No... - zająknęłam się. - Jackson. - wydukałam znowu.
Nastała chwila ciszy.
- A tak narzekałaś! - odezwała się w końcu. - No opowiadaj jak do tego doszło, że się u niego znalazłaś? - powiedziała ze śmiechem.
- To jest historia normalnie idealna na scenariusz do jakiegoś filmu. Miałam już pakować manele i wracać, chciałam się tylko ostatni raz przejsć na spacer po tym mieście. Więc poszłam do takiego pięknego ogromnego parku tu, niedaleko. Akurat była burza, lało...
- Znowu łaziłaś w burzę?!
- No nic mi się nie stało, mama...
- Ale mogło, przecież... - zaczęła swoje.
- Chcesz słuchać dalej?
- Tak. - uśmiechnęłam się.
- No więc, siedziałam tam jakiś czas, może kilkanaście minut, na takiej ławeczce. Lało jak z cebra, przemokłam do cna, i wtedy podszedł do mnie jakiś gość. Nie mam pojęcia kto to, ale podobno jakiś znajomy tego... Michaela. - po plecach przeszedł mi dreszcz, gdy wypowiedziałam jego imię. Być może że mama to nawet wyczuła, ale nic nie powiedziała, tylko słuchała dalej. - Pogadaliśmy chwilę. Nawet był miły, naprawdę, starszy trochę, nie widziałam jego twarzy, bo miał okulary, kapelusz na głowie i w ogóle kołnierz płaszcza go zasłaniał, ale rozstawił nad nami swój wielki parasol, więc chociaż już nie chłonęłam wody. - zaśmiałam się. - Na koniec dał mi numer do... Michaela... zadzwoniłam na drugi dzień... Ale najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że facet nie powiedział mi, że to właśnie do Jacksona numer i ja zadzwoniłam tam jak głupia w kompletnej nieświadomości! Umówiłam się na spotkanie, a jak już się tam znalazłam... Myślałam, że kierowca sobie ze mnie jaja robi. Ale nie, to był ten adres. Ten cały Neverland.
- No widzisz? A tak na niego pomstowałaś!
- Nie pomstowałam... - zaczęłam się upierać. - Po prostu znasz moje zdanie na temat takich ludzi. Śpią na kasie, a on to już w ogóle... Gdybyś widziała te kwiaty! Mama, oczopląsu można było dostać! Pięknie po prostu... Nawet stawek tam ma. Taki mały zbiorniczek wodny w ogrodzie z boku domu.
- No, człowiek z gustem...
- Ludzie, któzy tam pracują też są chyba mili. Zaczepił mnie taki młody ogrodnik... Może byc w moim wieku. Więc myślę, że będę się tam dobrze czuć.
- Na pewno. Ale coś mi się wydaje, że nie tylko z powodu miłych współpracowników. - mruknęła cicho do telefonu znaczącym głosem. Znów widziałam oczami wyobraźni jak się uśmiecha.
- O co ci chodzi, mama?
- O nic, ja nic nie mówię. - zaśmiała się, a ja razem z nią.
- Ale narobiłam sobie trochę wstydu tam, naprawdę. - westchnęłam. - Przez to wszystko nie mogłam jeść, znasz mnie, jak jestem czymś przejęta, to mój żołądek automatycznie się zamyka. Prawie mu tam zemdlałam...
- Matko święta, Donata...!
- No spokojnie, mamuś, nic mi się nie stało. Mm... Złapał mnie zanim runęłam na ziemię. - mruknęłam tak cicho jakbym nie chciała, żeby to słyszała. Ale moja mama miała bardzo dobry słuch.
- Oo, naprawdę? - zachichotała.
- Nic sobie nie wyobrażaj, nic się nie stało. - powiedziałam poważnym tonem choć serce biło mi mocno. Chyba oszalałam... - Posadził mnie z powrotem i wmusił porządny obiad.
- Oo! - to chyba autentycznie zaskoczyło moją mamę. Mnie z resztą też w tamtej chwili. - No naprawdę chyba nie musze się o ciebie bać, skoro do niego trafiłaś.
- Daj spokój. - zaśmiałam się cicho pod nosem. Machnęłam ręką. Moja mama za dużo już zaczynała sobie wyobrażać. - Wiesz co by było gdyby coś było i tata się o tym dowiedział?
- A co ty się tatą przejmujesz! Przeciez wiesz, że on zawsze reaguje na zapas. - no co prawda to prawda. Był bardzo przewrażliwiony na moim punkcie. Pewnie dla tego, że byłam jego jedyną córeczką.
- No tak, ale wiesz... - westchnęłam. - Z resztą nie ma o czym gadać.
- Na pewno nie ma?
- A twoim zdaniem jest? Mamuś, pomysl trochę... Pomyśl kim on jest, a kim ja jestem. To nie mogłoby się udać, z resztą o czym my rozmawiamy!
- Ale co ma jedno z drugim wspólnego?
- Jak to co? Mama... - westchnełam. - Nie należę do takiego świata. Można powiedziec, że ja żyję w średniowieczu, a on w jakiejś nowej nie nazwanej jeszcze epoce.
- Jeśli będziesz patrzeć na miłość pod kątem takich kategorii, jakichś przynależności.. nigdy jej nie znajdziesz.
- Ale przepaść jest naprawdę ogromna, mama... Z resztą... On jest po prostu miły, to wszystko. Pewnie każda jego fanka wyobraża sobie, że gdyby ją zobaczył natychmiast oszalałby na jej punkcie. A w praktyce nic takiego nie ma nigdy miejsca. Te wszystkie dziewczyny są nachalne... Ja chciałam jak najszybciej stamtąd iść, nie chciałam mu zawracać głowy, krótko i na temat, po prostu... a ten mi jeszcze żarcie zafundował.
- No to chyba dobrze o nim świadczy.
- Chyba aż za dobrze... Zadzwonił chyba do hotelu i kazał mi tu przywieść kolację w razie gdybym ja na nią nie poszła. Wyobrażasz sobie?
- Nie. - zaśmiała się. - No ale jak twoje pierwsze wrażenia gdy się z nim spotkałaś?
- Pierwszą zobaczyłam jego siostrę, Janet... Jest chyba całkiem fajna, chociaż wymieniłam z nią tylko kilka zdań. Ale wydaje się być w porządku. Są od siebie kompletnie różni, ona nieco narwana, a on... Taki trochę wycofany, powściągliwy, ale na swój sposób uroczy... Nie, nie, nie uroczy, miałam na myśli to, że... sama nie wiem co miałam na myśli, ale też jest w porządku. To co myślałam o nim wcześniej kompletnie się nie sprawdziło. Ale zobaczymy potem, pierwsze wrażenie może być mylące.
- Oczywiście, że tak, ale wydaje mi się, że raczej się na nim nie zawiedziesz.
- Tak? A skąd ty mamuś możesz o tym wiedzieć? - uśmiechnęłam się.
- No nie wiem, ale mam takie przeczucie. Na pewno dasz sobie radę.
- Tak, dam... - westchnęłam. - Jeśli za często nie będę musiała go widywać...
- Co? - podchwyciła ze śmiechem.
- Nic, nic. - odpowiedziałam od razu.
- Przypadł ci do gustu.
- No, może. Ale ja tam nie mam zamiaru chodzić z nim rozmasować.
- No ja rozumiem. Ale gdyby zaprosił cię na przykład na kawę, to chyba byś nie odmówiła?
- Nie wiem, ale raczej chyba tak... Już ci mówiłam... Jak dwa obce światy, naprawdę...
- Mówisz to, ale w twoim głosie słyszę, że... dałaś się do niego przekonać. A tobie rzadko się zdarza, by od razu kogoś zaakceptować, córuś.
- No, niby tak... Nie wiem dlaczego tak reaguję...
- On cię oczarował, kochanie. Po prostu cię oczarował.
- Co ty mówisz... - mruknęłam nieco zawstydzona. Dobrze, że mnie teraz nie widziała.
- No tak. To słychać w swoim głosie, jak o nim mówisz, jak wymawiasz jego imię. Nie wstydź się tego.
- Nie wstydzę.
- Ale się boisz.
- Mama... Boję się, że zrobię z siebie debila. - zaśmiała się znów.
- Spokojnie. Jeśli coś będzie miało się stać, to się stanie. Nie ważne co zrobisz, ani gdzie się schowasz, wierz mi. Ja też próbowałam uciekać przed twoim ojcem, a i tak dogonił mnie przy ołtarzu.
- Wy to zupełnie co innego. - uśmiechnęłam się.
- Czemu? Jesteśmy takimi samymi ludźmi. Michael Jackson nie pochodzi z Jowisza, kochanie. - obie zaczęłyśmy się śmiać.
Mama zawsze potrafiła dodać mi otuchy. Umiała wytłumaczyć mi pewne kwestie, których albo nie rozumiałam, albo nie chciałam zrozumieć, bo mi nie pasowały. Tak jak teraz. Nie chciałam myślec w ogóle, że ja i Michael... No bo jak? Z resztą, co by mama nie mówiła, ta fascynacja jest tylko chwilowa i za chwilę przejdzie. Ten facet jest jeszcze raz taki stary jak ja. I choćby dlatego sam na pewno nie wpadłby na pomysł, żeby czegoś próbować. I dobrze.
Michael
- MIKE! Powiedz mi, człowieku, co się dzisiaj z toba dzieje?! - ryknął na mnie jeden z operatorów. Fakt, szło mi fatalnie. Nagrywaliśmy do pierwszego kawałka z płyty. Moim zdaniem najważniejszego. I to zdanie podzielała cała reszta grupy. Zawsze dawałem radę, nawet jak byłem padnięty, ale dzisiaj to był prawdziwy rekord nędzy. Myliłem słowa, uciekały mi nuty, po prostu fałszowałem jak jakiś amator.
- Przepraszam. - westchnąłem przecierając twarz dłońmi.
- Drzesz się jak stare gacie dzisiaj! Chyba naprawdę brak ci baby, Jackson! Weź się może za to, co?! Ja chce tu mieć prawdziwego Króla Popu, a nie jakiegoś zdziadziałego frustrata! - nie było nawet sensu oponować.
- Dobrze, już biorę się w garść... - westchnąłem.
Zaczęliśmy od nowa. Czułem, że to podejście też nie będzie dla niego zadowalające. Znów zmyliłem nuty, a słowa to całkiem z innej beczki...
- Nie, no nie, stop, przecież z ciebie dzisiaj nic nie będzie. - jęknął znów facet. - Idź do domu. - machnął na mnie ręką.
- Ale... - zacząłem chcąc jakoś to załagodzić. Zależało mi, żeby to nagranie było naprawdę idealne... Ale chyba rzeczywiście dzisiaj już nic z tego nie wyjdzie.
- Zejdź mi z oczu. - warknął. - Ja nie wiem co się z tobą dzieje, ale jesteś po prostu do niczego. Idź, pozałatwiaj swoje sprawy, wyśpij się, a potem przyjdź, to będziemy rozmawiać.
I na tym rozmowa się skończyła. Prosiłem, żeby zrobił jeszcze jedno podejście, ale stwierdził, że nie będzie marnował więcej taśm na moje jęczenie. Miał rację. Nie było sensu się szarpąc, dzisiaj już nic nie zdziałam.
Nie czułem się zmęczony. Byłem rozkojarzony, łatwo się rozpraszałem, nie potrafiłem skupić się na pracy. A wszystko przez tą dziewczynę... Nikomu nic nie powiedziałem. Tak więc nie mieli pojęcia dlaczego dzisiaj jestem taki rozbebłany. Tylko właśnie facet, który na mnie nawrzeszczał był najbliższy prawdy.
Zabrałem się stamtąd i wróciłem do domu. Oczywiście, czego się mogłem spodziewać, na miejscu była Janet.
- Już? Tak wcześnie? - zdziwiła się moim tak szybkim powrotem. - Myślałam, że będziesz tam ślęczał do nocy, jak zawsze. - skrzywiłem się lekko.
- Dzisiaj skończyliśmy wcześniej. - oczywiście skłamałem. Nie mogłem jej powiedzieć prawdy, bo nie dałaby mi spokoju.
- Na pewno? - oczywiście jednak sama się domyśliła.
- Na pewno, Janet, na pewno. - westchnąłem chcąc wyminąc ją i jak najszybciej schować się w swojej sypialni. Ona jednak nie dała się tak łatwo spławić. Z resztą jak zawsze.
- No powiedz mi! Przecież wiem, że ty nigdy tak szybko nie kończysz pracy.
- Janet, odpuść mi, proszę. Jestem zmęczony. - mruknąłem idąc dalej, a ona wciaż dreptała za mną.
- To przez tą pannę, prawda? To przez nią nie mogłeś się skupić i cię pogonili. - jak zawsze umiała zgadywać.
- Jan... - westchnąłem znów.
- Tak, wiem, że mam rację! - zaśmiała się. - Dlaczego nic z tym nie zrobisz?
- Niby z czym? - zapytałem nie mając pojęcia o co jej chodzi.
- No! Zrób coś! Zaaranżuj jakieś spotkanie albo coś w tym stylu!
- Oszalałaś? - chyba tak...
- Nie. Po prostu już chyba wszyscy widzą, że coś się z tobą dzieje. Pozostaje tylko jedno: musisz przestać udawać, że to nie prawda. Ta dziewczyna wpadła ci w oko.
- Bredzisz. - uśmiechnąłem się lekko jednak pod nosem.
- Przestań. Jesteś przecież jeszcze młody - zaśmiałem się na te słowa. - w kwiecie wieku - kontynuowała dalej. - Poza tym zważ na to kim jesteś! Możesz mieć każdą, i to bez żadnego absolutnie wysiłku. Najmniejszego.
- Sugerujesz, że... co? - spojrzałem na nią przez ramię.
- Ja nic nie sugeruję, ja ci tylko daję dobrą radę.
- Tak? To znaczy jaką?
- Zakręć się koło niej. Byłaby idiotką, gdyby ci odmówiła.
- Aha... Zaraz zaraz, czy ty chcesz mi powiedzieć, że mam ją przelecieć? - popatrzyłem na nią unosząc wysoko brwi.
- No... ja bym to nazwała mniej bezpośrednio. Powiedzmy, że nowe znajomości zawsze się przydają.
- Mam wziąc laskę na kasę. I co dalej? - byłem zły, że podsuwa mi coś takiego. Nie chciałem wykorzystywać tej dziewczyny.
- No co? Mnie chodzi tylko o to, żebyś zaczął w końcu trochę bardziej przypominać człowieka.
- I to ma mi w tym pomóc?
- Nie udawaj. Ona ci się podoba i ty jej też. - powiedziała bez owijania w bawełnę.
- Niby skąd to wiesz?
- Też jestem kobietą, Michael. Widziałam jak na ciebie zerkała, chociaż jej pewnie się wydawało, że nikt tego nie widzi. A jeśli, to nie wygląda to podejrzanie.
- Bredzisz, naprawdę.
- Nie bredzę! Masz okazję, powinieneś ją wykorzystać...
- Właśnie, wykorzystać. Użyłaś adekwatnego słowa. Wykorzystałbym ją w ten sposób, nic więcej. Ja nie chcę mieć tylko jej ciała... To znaczy, nie chciałbym mieć tylko jej ciała, ale i duszę. - poprawiłem się natychmiast. - Rozumiesz? A to jest o wiele bardziej skomplikowane.
- A nikt ci nie broni zrobić tak, by to było możliwe. - powiedziała w końcu patrząc na mnie w ciszy przez kilka minut. Oniemiałem. Czy ona naprawdę myśli, że taka młoda dziewczyna chciałaby faceta mającego czterdzieści lat?
- Janet... To jest po prostu niemożliwe. Rozumiesz?
- Dlaczego? Bo ty tak mówisz? Związek z Lisą też wydawął ci się niemożliwy, bo uważałeś, że znacie się tyle lat i przyjaźnicie, że to nie wypali własnie dlatego, że kochaliście się jak rodzeństwo. Do pewnego momentu. Nie wypaliło z zupełnie innego powodu, ale nie o to mi tu chodzi. Zawsze zakładasz, że coś się nie uda, a może tym razem jednak się uda, co?
Patrzyłem na nią przez chwilę, po czym odwróciłem się by odejść.
- Ej! - pobiegła za mną. - Słuchasz w ogóle co mówię?
- Słucham. - odpowiedziałem.
- No to zrobisz z tym coś czy nie?
- Nie. - fuknęła na mnie.
- Mówiłeś, że masz do przygotowania ta umowe dla niej. - przypomniała. Właśnie.
- Tak, dzięki, że mi przypomniałaś.
- Nie ma za co, zrób ją jeszcze dzisiaj, a jutro odwiedzisz ją z tym w hotelu. - powiedziała.
- Czy ty próbujesz... - zacząłem.
- Próbuję ci ułatwić zadanie, tak. - pokręciłem głowa zrezygnowany. - No ale z drugiej strony, po co z tym czekać skoro i tak chcesz, żeby tu pracowała? Im szybciej zacznie tym lepiej.
- Zobaczymy... - mruknąłem w końcu.
Kiedy w końcu znalazłem się sam w swojej sypialni, odetchnąłem lekko. Janet, pewnie zaraz się zmyje i pojedzie do siebie. Była naprawdę kochana, ale czasami wprost upierdliwa. Tak jak dzisiaj. Ale to co powiedziała z tą umową... Stwierdziłem, że zrobię tak jak powiedziała.
Donata
Kiedy wróciłam już do swojego pokoju w hotelu, pierwsze co zrobiłam to usiadłam na łózku i podparłam głowę rękoma. Siedziałam tak jakiś czas z zamkniętymi oczami, oddychając miarowo, co najmniej jakbym chciała uspokoić oddech po jakimś długim ciężkim biegu. Czułam się dziwnie. Nie wiedziałam dlaczego, ale jeszcze przez jakieś pół godziny czułam jak serce mocno mi bije.
Kiedy spojrzałam na zegar wiszący na ścianie, spostrzegłam jak już późno. Za chwilę będa rozdawali kolację. Jakoś nie byłam głodna. Ale w tej chwili jakoś dziwnie przyszło mi na myśl, że jeśli teraz nie zjem porządnego posiłku, pan Jackson, gdyby oczywiście o tym wiedział, po tym cyrku u niego, nie byłby ze mnie zadowolony...
Skarciłam się w duchu. Co go to z resztą obchodzi? Musiałam zacząć znów myśleć o nim negatywnie, ponieważ za cholerę nie chciał wyjść mi z głowy. Niepokoiło mnie to trochę, ale postanowiłam się tym nie przejmować. Sławny człowiek i te sprawy, wiadomo. Przejdzie.
Tak więc nie poszłam na kolację. Za to kolacja przyszła do mnie.
- Kolacja, prosze pani! - usłyszałam spod swoich drzwi. Lekko zdziwiona podeszłam i je otworzyłam. Do środka wjechała młodziutka dziewczyna z wózkiem obstawionym chyba wszystkim po trochu. Uśmiechnęła się do mnie ładnie, nie mogłam pozostać jej dłużna i też się do niej uśmiechnęłam. Patrzyłam jednak na to wszystko lekko zszokowana.
- Ale... ja niczego do pokoju nie zamawiałam... - powiedziałam podchodząc do niej i do wózka z jedzeniem.
- Tak, ale polecenie przyszło z zewnątrz. - odparła patrząc na mnie.
- Jak to... z zewnątrz? - kompletnie nie wiedziałam o co chodzi.
- Nie wiem kto kazał to pani tu dostarczyć, ale takie życzenie zostało wyrażone, aby ten posiłek dostarczyć pani do pokoju, gdyby nie pojawiła się pani w stołówce. - spojrzałam na nią wielkimi oczami.
- Dziękuję... Jestem bardzo ciekawa, kto tak o mnie dba, kompletnie mnie nie znając. - mruknęłam.
Dziewczyna pożyczyła mi smacznego i wyszła. Patrzyłam jeszcze na to wszystko przez chwilę, po czym z ciekawości zaczęłam zaglądać pod pokrywki.
Było tego całkiem sporo, na pewno nie zjadłabym tego wszystkiego, ale pachniało wspaniale, więc zaczęłam pogryzać tego i owego i okazało się, że dania były naprawdę smaczne. Nalałam sobie soku pomarańczowego z butki stojącej obok jakiegoś maleńkiego talerzyka zakrytego taką samą maleńką pokrywką...
- A to co, orzeszki? - mruknęłam pod nosem ze śmiechem. Pod pokrywką nie było jednak orzeszków, a mały zwinięty kawałek papieru. Wzięłam go do ręki, rozwinęłam i przeczytałam...
Proszę o siebie dbać, panno Leszczynska. Nie zawsze będę tak blisko, by panią złapać.
Życzę smacznego.
M.J.
- Chyba żart. - mruknełam znów.
Nie no, ten facet jest niemożliwy. Już nawet zdązyłam o nim zapomnieć, przypomniał mi się w naprawdę spektakularny sposób. Uśmiechnęłam się mimo wszystko jednak. Nie zastanawiając się już nad niczym po prostu zjadłam tyle ile byłam w stanie.
Postanowiłam zadzwonić do mamy. Pewnie wciąz się zastanawia jak mi idzie. Najchętniej wolałaby gdybym wróciła do Polski, ale ja nie chciałam. Za wszelką cenę chciałam zostać w USA.
Wskoczyłam na łóżko, które aż zaskrzypiało pod moim ciężarem. Pomyślałam nagle, że może powinnam zacząc się odchudzać? Pomyślimy o tym później.
Wykręciłam numer do domu i znów tak jak ostatnio odebrała niemal natychmiast. Uśmiechnęłam się szeroko słysząc w słuchawce jej uradowany głos.
- No co słychać, córcia? - zapytała od razu.
- Dobrze. - odpowiedziałam wciaż się uśmiechajac. Wiedziałam, że będzie się cieszyć razem ze mną z tej nowiny, jaką jej zaraz sprzedam. - Wiesz... Mam dla ciebie wiadomość.
- Tak? Jaką?
- No chyba dobrą.
- Wracasz? - tak jak myślałam.
- Nie, mamuś, to byłaby zła wiadomość. Nawet bardzo zła. - wyjaśniłam.
- Więc? Co się stało? - słychać było, że naprawdę miała nadzieję, że wrócę. Chyba zaczynało do niej docierać, że mój wyjazd nie był tylko chwilowym widzimisię.
- Mama... dostałam w końcu robotę! - krzyknęłam prawie do telefonu. Wbrew wszystkim pozorom mama też się naprawdę ucieszyła.
- Naprawdę?! No na reszcie, martwiłam się, że zostaniesz tam całkiem bez niczego. Wolałabym oczywiście, gdybyś wróciła do domu, ale... jeśli ma być ci tam o niebo lepiej niż tutaj...
- Będzie lepiej, na pewno, zobaczysz, mamuś. - zapewniłam ją. - Będę was odwiedzać przecież. Kontakt się nie urwie.
- Tak. - westchneła. - Ale to nie to samo co mieć przy sobie swoje dziecko.
- Mama, ja już dorosłam. I tak bym się wyprowadziła.
- Ale bynajmniej nie na koniec świata! Ech, gdyby nie ten twój kolega... - westchnęła znów.
- Mama, widocznie tak miało być. Zawsze mi mówiłaś, że nie ma przypadków. Tutaj na pewno będzie mi o wiele lepiej. To zupełnie inny świat, gdybyś tu była... - teraz ja westchnęłam. - A pracodawca... Mama. Nie uwierzysz.
- No? Mów. - wyczułam, że się uśmiecha. - Co to za przystojniak? Już widzę, jak się uśmiechasz. - zaśmiałyśmy się obie.
- No, jest... przystojny. Tego nie można mu odmówić. - zgodziłam się przywołując JEGO twarz przed swoje oczy.
- Może coś z tego będzie, co? - podpytała mnie. Doskonale wiedziałam jak wygląda teraz jej mina. Szczerzyła się pewnie tak samo jak ja w tej chwili. Chociaż sama nie wiedziałam czemu JA się tak uśmiecham.
- Daj spokój, mamuś. Za stary jest.
- Za stary? Ile ma lat?
- Czterdzieści. - mruknęłam pod nosem poprawiajac się na łózku.
- No trochę dużo...
- No widzisz?
- Ale to tylko cyfry. - stwierdziła i znów wyczułam jak się uśmiecha.
- Duże cyfry, mama. To by nie miało racji bytu, z resztą... Nawet sobie nie wyobrażasz kto to jest. Ja sama nie wiem jakim cudem tam wylądowałam...
- No kto?
- No... - zająknęłam się. - Jackson. - wydukałam znowu.
Nastała chwila ciszy.
- A tak narzekałaś! - odezwała się w końcu. - No opowiadaj jak do tego doszło, że się u niego znalazłaś? - powiedziała ze śmiechem.
- To jest historia normalnie idealna na scenariusz do jakiegoś filmu. Miałam już pakować manele i wracać, chciałam się tylko ostatni raz przejsć na spacer po tym mieście. Więc poszłam do takiego pięknego ogromnego parku tu, niedaleko. Akurat była burza, lało...
- Znowu łaziłaś w burzę?!
- No nic mi się nie stało, mama...
- Ale mogło, przecież... - zaczęła swoje.
- Chcesz słuchać dalej?
- Tak. - uśmiechnęłam się.
- No więc, siedziałam tam jakiś czas, może kilkanaście minut, na takiej ławeczce. Lało jak z cebra, przemokłam do cna, i wtedy podszedł do mnie jakiś gość. Nie mam pojęcia kto to, ale podobno jakiś znajomy tego... Michaela. - po plecach przeszedł mi dreszcz, gdy wypowiedziałam jego imię. Być może że mama to nawet wyczuła, ale nic nie powiedziała, tylko słuchała dalej. - Pogadaliśmy chwilę. Nawet był miły, naprawdę, starszy trochę, nie widziałam jego twarzy, bo miał okulary, kapelusz na głowie i w ogóle kołnierz płaszcza go zasłaniał, ale rozstawił nad nami swój wielki parasol, więc chociaż już nie chłonęłam wody. - zaśmiałam się. - Na koniec dał mi numer do... Michaela... zadzwoniłam na drugi dzień... Ale najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że facet nie powiedział mi, że to właśnie do Jacksona numer i ja zadzwoniłam tam jak głupia w kompletnej nieświadomości! Umówiłam się na spotkanie, a jak już się tam znalazłam... Myślałam, że kierowca sobie ze mnie jaja robi. Ale nie, to był ten adres. Ten cały Neverland.
- No widzisz? A tak na niego pomstowałaś!
- Nie pomstowałam... - zaczęłam się upierać. - Po prostu znasz moje zdanie na temat takich ludzi. Śpią na kasie, a on to już w ogóle... Gdybyś widziała te kwiaty! Mama, oczopląsu można było dostać! Pięknie po prostu... Nawet stawek tam ma. Taki mały zbiorniczek wodny w ogrodzie z boku domu.
- No, człowiek z gustem...
- Ludzie, któzy tam pracują też są chyba mili. Zaczepił mnie taki młody ogrodnik... Może byc w moim wieku. Więc myślę, że będę się tam dobrze czuć.
- Na pewno. Ale coś mi się wydaje, że nie tylko z powodu miłych współpracowników. - mruknęła cicho do telefonu znaczącym głosem. Znów widziałam oczami wyobraźni jak się uśmiecha.
- O co ci chodzi, mama?
- O nic, ja nic nie mówię. - zaśmiała się, a ja razem z nią.
- Ale narobiłam sobie trochę wstydu tam, naprawdę. - westchnęłam. - Przez to wszystko nie mogłam jeść, znasz mnie, jak jestem czymś przejęta, to mój żołądek automatycznie się zamyka. Prawie mu tam zemdlałam...
- Matko święta, Donata...!
- No spokojnie, mamuś, nic mi się nie stało. Mm... Złapał mnie zanim runęłam na ziemię. - mruknęłam tak cicho jakbym nie chciała, żeby to słyszała. Ale moja mama miała bardzo dobry słuch.
- Oo, naprawdę? - zachichotała.
- Nic sobie nie wyobrażaj, nic się nie stało. - powiedziałam poważnym tonem choć serce biło mi mocno. Chyba oszalałam... - Posadził mnie z powrotem i wmusił porządny obiad.
- Oo! - to chyba autentycznie zaskoczyło moją mamę. Mnie z resztą też w tamtej chwili. - No naprawdę chyba nie musze się o ciebie bać, skoro do niego trafiłaś.
- Daj spokój. - zaśmiałam się cicho pod nosem. Machnęłam ręką. Moja mama za dużo już zaczynała sobie wyobrażać. - Wiesz co by było gdyby coś było i tata się o tym dowiedział?
- A co ty się tatą przejmujesz! Przeciez wiesz, że on zawsze reaguje na zapas. - no co prawda to prawda. Był bardzo przewrażliwiony na moim punkcie. Pewnie dla tego, że byłam jego jedyną córeczką.
- No tak, ale wiesz... - westchnęłam. - Z resztą nie ma o czym gadać.
- Na pewno nie ma?
- A twoim zdaniem jest? Mamuś, pomysl trochę... Pomyśl kim on jest, a kim ja jestem. To nie mogłoby się udać, z resztą o czym my rozmawiamy!
- Ale co ma jedno z drugim wspólnego?
- Jak to co? Mama... - westchnełam. - Nie należę do takiego świata. Można powiedziec, że ja żyję w średniowieczu, a on w jakiejś nowej nie nazwanej jeszcze epoce.
- Jeśli będziesz patrzeć na miłość pod kątem takich kategorii, jakichś przynależności.. nigdy jej nie znajdziesz.
- Ale przepaść jest naprawdę ogromna, mama... Z resztą... On jest po prostu miły, to wszystko. Pewnie każda jego fanka wyobraża sobie, że gdyby ją zobaczył natychmiast oszalałby na jej punkcie. A w praktyce nic takiego nie ma nigdy miejsca. Te wszystkie dziewczyny są nachalne... Ja chciałam jak najszybciej stamtąd iść, nie chciałam mu zawracać głowy, krótko i na temat, po prostu... a ten mi jeszcze żarcie zafundował.
- No to chyba dobrze o nim świadczy.
- Chyba aż za dobrze... Zadzwonił chyba do hotelu i kazał mi tu przywieść kolację w razie gdybym ja na nią nie poszła. Wyobrażasz sobie?
- Nie. - zaśmiała się. - No ale jak twoje pierwsze wrażenia gdy się z nim spotkałaś?
- Pierwszą zobaczyłam jego siostrę, Janet... Jest chyba całkiem fajna, chociaż wymieniłam z nią tylko kilka zdań. Ale wydaje się być w porządku. Są od siebie kompletnie różni, ona nieco narwana, a on... Taki trochę wycofany, powściągliwy, ale na swój sposób uroczy... Nie, nie, nie uroczy, miałam na myśli to, że... sama nie wiem co miałam na myśli, ale też jest w porządku. To co myślałam o nim wcześniej kompletnie się nie sprawdziło. Ale zobaczymy potem, pierwsze wrażenie może być mylące.
- Oczywiście, że tak, ale wydaje mi się, że raczej się na nim nie zawiedziesz.
- Tak? A skąd ty mamuś możesz o tym wiedzieć? - uśmiechnęłam się.
- No nie wiem, ale mam takie przeczucie. Na pewno dasz sobie radę.
- Tak, dam... - westchnęłam. - Jeśli za często nie będę musiała go widywać...
- Co? - podchwyciła ze śmiechem.
- Nic, nic. - odpowiedziałam od razu.
- Przypadł ci do gustu.
- No, może. Ale ja tam nie mam zamiaru chodzić z nim rozmasować.
- No ja rozumiem. Ale gdyby zaprosił cię na przykład na kawę, to chyba byś nie odmówiła?
- Nie wiem, ale raczej chyba tak... Już ci mówiłam... Jak dwa obce światy, naprawdę...
- Mówisz to, ale w twoim głosie słyszę, że... dałaś się do niego przekonać. A tobie rzadko się zdarza, by od razu kogoś zaakceptować, córuś.
- No, niby tak... Nie wiem dlaczego tak reaguję...
- On cię oczarował, kochanie. Po prostu cię oczarował.
- Co ty mówisz... - mruknęłam nieco zawstydzona. Dobrze, że mnie teraz nie widziała.
- No tak. To słychać w swoim głosie, jak o nim mówisz, jak wymawiasz jego imię. Nie wstydź się tego.
- Nie wstydzę.
- Ale się boisz.
- Mama... Boję się, że zrobię z siebie debila. - zaśmiała się znów.
- Spokojnie. Jeśli coś będzie miało się stać, to się stanie. Nie ważne co zrobisz, ani gdzie się schowasz, wierz mi. Ja też próbowałam uciekać przed twoim ojcem, a i tak dogonił mnie przy ołtarzu.
- Wy to zupełnie co innego. - uśmiechnęłam się.
- Czemu? Jesteśmy takimi samymi ludźmi. Michael Jackson nie pochodzi z Jowisza, kochanie. - obie zaczęłyśmy się śmiać.
Mama zawsze potrafiła dodać mi otuchy. Umiała wytłumaczyć mi pewne kwestie, których albo nie rozumiałam, albo nie chciałam zrozumieć, bo mi nie pasowały. Tak jak teraz. Nie chciałam myślec w ogóle, że ja i Michael... No bo jak? Z resztą, co by mama nie mówiła, ta fascynacja jest tylko chwilowa i za chwilę przejdzie. Ten facet jest jeszcze raz taki stary jak ja. I choćby dlatego sam na pewno nie wpadłby na pomysł, żeby czegoś próbować. I dobrze.
Michael
- MIKE! Powiedz mi, człowieku, co się dzisiaj z toba dzieje?! - ryknął na mnie jeden z operatorów. Fakt, szło mi fatalnie. Nagrywaliśmy do pierwszego kawałka z płyty. Moim zdaniem najważniejszego. I to zdanie podzielała cała reszta grupy. Zawsze dawałem radę, nawet jak byłem padnięty, ale dzisiaj to był prawdziwy rekord nędzy. Myliłem słowa, uciekały mi nuty, po prostu fałszowałem jak jakiś amator.
- Przepraszam. - westchnąłem przecierając twarz dłońmi.
- Drzesz się jak stare gacie dzisiaj! Chyba naprawdę brak ci baby, Jackson! Weź się może za to, co?! Ja chce tu mieć prawdziwego Króla Popu, a nie jakiegoś zdziadziałego frustrata! - nie było nawet sensu oponować.
- Dobrze, już biorę się w garść... - westchnąłem.
Zaczęliśmy od nowa. Czułem, że to podejście też nie będzie dla niego zadowalające. Znów zmyliłem nuty, a słowa to całkiem z innej beczki...
- Nie, no nie, stop, przecież z ciebie dzisiaj nic nie będzie. - jęknął znów facet. - Idź do domu. - machnął na mnie ręką.
- Ale... - zacząłem chcąc jakoś to załagodzić. Zależało mi, żeby to nagranie było naprawdę idealne... Ale chyba rzeczywiście dzisiaj już nic z tego nie wyjdzie.
- Zejdź mi z oczu. - warknął. - Ja nie wiem co się z tobą dzieje, ale jesteś po prostu do niczego. Idź, pozałatwiaj swoje sprawy, wyśpij się, a potem przyjdź, to będziemy rozmawiać.
I na tym rozmowa się skończyła. Prosiłem, żeby zrobił jeszcze jedno podejście, ale stwierdził, że nie będzie marnował więcej taśm na moje jęczenie. Miał rację. Nie było sensu się szarpąc, dzisiaj już nic nie zdziałam.
Nie czułem się zmęczony. Byłem rozkojarzony, łatwo się rozpraszałem, nie potrafiłem skupić się na pracy. A wszystko przez tą dziewczynę... Nikomu nic nie powiedziałem. Tak więc nie mieli pojęcia dlaczego dzisiaj jestem taki rozbebłany. Tylko właśnie facet, który na mnie nawrzeszczał był najbliższy prawdy.
Zabrałem się stamtąd i wróciłem do domu. Oczywiście, czego się mogłem spodziewać, na miejscu była Janet.
- Już? Tak wcześnie? - zdziwiła się moim tak szybkim powrotem. - Myślałam, że będziesz tam ślęczał do nocy, jak zawsze. - skrzywiłem się lekko.
- Dzisiaj skończyliśmy wcześniej. - oczywiście skłamałem. Nie mogłem jej powiedzieć prawdy, bo nie dałaby mi spokoju.
- Na pewno? - oczywiście jednak sama się domyśliła.
- Na pewno, Janet, na pewno. - westchnąłem chcąc wyminąc ją i jak najszybciej schować się w swojej sypialni. Ona jednak nie dała się tak łatwo spławić. Z resztą jak zawsze.
- No powiedz mi! Przecież wiem, że ty nigdy tak szybko nie kończysz pracy.
- Janet, odpuść mi, proszę. Jestem zmęczony. - mruknąłem idąc dalej, a ona wciaż dreptała za mną.
- To przez tą pannę, prawda? To przez nią nie mogłeś się skupić i cię pogonili. - jak zawsze umiała zgadywać.
- Jan... - westchnąłem znów.
- Tak, wiem, że mam rację! - zaśmiała się. - Dlaczego nic z tym nie zrobisz?
- Niby z czym? - zapytałem nie mając pojęcia o co jej chodzi.
- No! Zrób coś! Zaaranżuj jakieś spotkanie albo coś w tym stylu!
- Oszalałaś? - chyba tak...
- Nie. Po prostu już chyba wszyscy widzą, że coś się z tobą dzieje. Pozostaje tylko jedno: musisz przestać udawać, że to nie prawda. Ta dziewczyna wpadła ci w oko.
- Bredzisz. - uśmiechnąłem się lekko jednak pod nosem.
- Przestań. Jesteś przecież jeszcze młody - zaśmiałem się na te słowa. - w kwiecie wieku - kontynuowała dalej. - Poza tym zważ na to kim jesteś! Możesz mieć każdą, i to bez żadnego absolutnie wysiłku. Najmniejszego.
- Sugerujesz, że... co? - spojrzałem na nią przez ramię.
- Ja nic nie sugeruję, ja ci tylko daję dobrą radę.
- Tak? To znaczy jaką?
- Zakręć się koło niej. Byłaby idiotką, gdyby ci odmówiła.
- Aha... Zaraz zaraz, czy ty chcesz mi powiedzieć, że mam ją przelecieć? - popatrzyłem na nią unosząc wysoko brwi.
- No... ja bym to nazwała mniej bezpośrednio. Powiedzmy, że nowe znajomości zawsze się przydają.
- Mam wziąc laskę na kasę. I co dalej? - byłem zły, że podsuwa mi coś takiego. Nie chciałem wykorzystywać tej dziewczyny.
- No co? Mnie chodzi tylko o to, żebyś zaczął w końcu trochę bardziej przypominać człowieka.
- I to ma mi w tym pomóc?
- Nie udawaj. Ona ci się podoba i ty jej też. - powiedziała bez owijania w bawełnę.
- Niby skąd to wiesz?
- Też jestem kobietą, Michael. Widziałam jak na ciebie zerkała, chociaż jej pewnie się wydawało, że nikt tego nie widzi. A jeśli, to nie wygląda to podejrzanie.
- Bredzisz, naprawdę.
- Nie bredzę! Masz okazję, powinieneś ją wykorzystać...
- Właśnie, wykorzystać. Użyłaś adekwatnego słowa. Wykorzystałbym ją w ten sposób, nic więcej. Ja nie chcę mieć tylko jej ciała... To znaczy, nie chciałbym mieć tylko jej ciała, ale i duszę. - poprawiłem się natychmiast. - Rozumiesz? A to jest o wiele bardziej skomplikowane.
- A nikt ci nie broni zrobić tak, by to było możliwe. - powiedziała w końcu patrząc na mnie w ciszy przez kilka minut. Oniemiałem. Czy ona naprawdę myśli, że taka młoda dziewczyna chciałaby faceta mającego czterdzieści lat?
- Janet... To jest po prostu niemożliwe. Rozumiesz?
- Dlaczego? Bo ty tak mówisz? Związek z Lisą też wydawął ci się niemożliwy, bo uważałeś, że znacie się tyle lat i przyjaźnicie, że to nie wypali własnie dlatego, że kochaliście się jak rodzeństwo. Do pewnego momentu. Nie wypaliło z zupełnie innego powodu, ale nie o to mi tu chodzi. Zawsze zakładasz, że coś się nie uda, a może tym razem jednak się uda, co?
Patrzyłem na nią przez chwilę, po czym odwróciłem się by odejść.
- Ej! - pobiegła za mną. - Słuchasz w ogóle co mówię?
- Słucham. - odpowiedziałem.
- No to zrobisz z tym coś czy nie?
- Nie. - fuknęła na mnie.
- Mówiłeś, że masz do przygotowania ta umowe dla niej. - przypomniała. Właśnie.
- Tak, dzięki, że mi przypomniałaś.
- Nie ma za co, zrób ją jeszcze dzisiaj, a jutro odwiedzisz ją z tym w hotelu. - powiedziała.
- Czy ty próbujesz... - zacząłem.
- Próbuję ci ułatwić zadanie, tak. - pokręciłem głowa zrezygnowany. - No ale z drugiej strony, po co z tym czekać skoro i tak chcesz, żeby tu pracowała? Im szybciej zacznie tym lepiej.
- Zobaczymy... - mruknąłem w końcu.
Kiedy w końcu znalazłem się sam w swojej sypialni, odetchnąłem lekko. Janet, pewnie zaraz się zmyje i pojedzie do siebie. Była naprawdę kochana, ale czasami wprost upierdliwa. Tak jak dzisiaj. Ale to co powiedziała z tą umową... Stwierdziłem, że zrobię tak jak powiedziała.
Subskrybuj:
Posty (Atom)