Michael Jackson

Michael Jackson

piątek, 12 sierpnia 2016

40.

Witam. :D Ciąg dalszy nastąpił! Kolejny odcinek wyjątkowo wcześniej, w niedzielę, bo w poniedziałek wyjeżdżam i nie ma mnie do środy. Zapraszam. :)


Donata







- ... Widzę, że chyba oboje lubimy spacery w deszczu.
Wzdrygnęłam się lekko i mrużąc oczy spojrzałam na nieznajomego.
No tak. Rozstawił nad nami wielki czarny parasol osłaniając przed deszczem także mnie. Nie widziałam jego twarzy... Miał ciemne okulary na nosie, kapelusz na głowie, a kołnierz długiego prawie do ziemi płaszcza zasłaniał mu całą resztę. Nie miałam pojęcia, kto to jest. W pierwszej chwili nic mu nie odpowiedziałam. Spuściłam tylko znów głowę.
Widząc najwyraźniej, że nie otrzyma ode mnie żadnej odpowiedzi, usiadł obok mnie i wpatrzył się w niebo. Wciąż trzymał parasol, tak aby na nas nie padało.
- Taka pogoda jest idealna dla flegmatyków. - mruknął cicho, na co podniosłam głowę. Czułam od tego człowieka dziwne wibracje. Nie obawiałam się go, wręcz przeciwnie. Czułam, że mnie zrozumie.
- Dlaczego? - zapytałam.
- Bo tylko wtedy mogą idealnie współgrać ze światem. - odparł nie odwracając głowy. - Natura jakby im przygrywa, odtwarzając na jawie ich wnętrze. Wszystko inne jest tylko... maską. - dokończył szeptem.
- Bardzo enigmatyczne. - mruknęłam znów spuszczając głowę. - Ale takie filozofowanie mi nie pomoże.
- Filozofowanie? - wyczułam, że się uśmiecha. - Czasami przez takie rozmyślania dochodzimy do prawdziwego sensu życia.
- Mój sens życia zdradzał mnie ze zdzirą z sąsiedztwa. - burknęłam. Spojrzał na mnie.
- W takim razie nim nie był, a pani wciąż go poszukuje. Ja sam... - zająknął się. - Też go chyba wciąż szukam.
- Szuka pan wciąż jedynej kobiety? - no nie spotkałam się jeszcze nigdy z takim facetem. Istny myśliciel. Ale to nawet miało w sobie jakiś ukryty sens i wartość.
- Nie tylko. - znów poczułam, że się uśmiechnął. - Ale może przede wszystkim... - westchnął. Wciąż mówił przyciszonym głosem. - Wszyscy czegoś szukamy, pytanie tylko czego. Ciężko to znaleźć, kiedy miotamy się we własnych uczuciach.
- Pan mnie to mówi... Miałam nadzieję na nowe lepsze życie tutaj. A tym czasem skoczyłam na główkę do głębokiej wody i właśnie się topię. Nie ma nikogo, kto by mi pomógł.
- Każdy ma w sobie siłę, by przetrwać najgorsze. Zazwyczaj jest głęboko w nas, ale zazwyczaj też bardzo łatwo ją znaleźć. Trzeba tylko chcieć.
- Już nie raz to słyszałam. - burknęłam znów. Tym razem widać było, że się uśmiechnął.
- W takim razie słyszała pani najprawdziwszą prawdę.
- Skąd pan w ogóle bierze takie mądrości?
- Z własnego doświadczenia. - odpowiedział krótko. Spojrzałam na niego.
- To ile pan ma lat, 80? - zaśmiał się, na co ja sama też się uśmiechnęłam.

- Nie, jakieś 40 mniej, ale... to też długo. Długość życia nie zawsze przekłada się na bagaż doświadczeń. Wiem coś o tym. Niestety. Życie dało mi w kość, ale trzeba żyć dalej. Nie poddawać się. Każdy z nas musi starać się uczynić ten świat lepszym. Dla każdego. Nie tylko dla siebie...


...
Spojrzałam na swojego wybawiciela i poczułam, że się rumienię.
Jego twarz była wyjątkowo blisko, mogłam dostrzec strukturę ubarwienia jego tęczówek w oczach. Poczułam jak coś zaciska mi się w żołądku.
- Dzięki. - bąknęłam. Nadal mnie nie puszczał. Miałam takie dziwne, aczkolwiek przyjemne uczucie, w miejscu gdzie na moim ciele znajdowały się jego dłonie... czułam przyjemny żar. Nagle uświadomiłam sobie, to naprawdę ON. Michael Jackson, stoi tak blisko mnie. I chyba nie ma zamiaru się sam oddalić. Dotarło do mnie z kim mam do czynienia. Z człowiekiem tak zastanawiającym, wielu twierdziło, że jest istną zagadką. Z mężczyzną tak pięknym, zwłaszcza z tej odległosci, że aż dech zapierało. Ja właśnie tak się czułam. Jedyne o czym byłam w stanie myślec to to, że ten mężczyzna trzyma mnie nadal w ramionach.
Czas sobie coś uświadomić. On coś we mnie obudził, coś nowego, czego nigdy przedtem nie czułam w pobliżu żadnego chłopaka. Nie wiedziałam co to jest. Jak to nazwać. Ale tliło się gdzieś we mnie i zaczynałam odczuwać jego moc. Jak zaczyna rosnąć i dawać o sobie coraz bardziej znać. To trochę poetyckie, ale tylko w taki sposób umiałam jakoś to określić.
Atmosfera zrobiła się nieco... gęsta... ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Czułam, że coś wisi w powietrzu. Nie wiedziałam tylko co. Jednocześnie się tego bałam. Każdy człowiek boi się nieznanego, ciemności, nowych miejsc, do których musi podążac, bo tak mu nakazało życie. Boi się straty, odrzucenia, boi się samego strachu, który jednak popycha do odwagi. Boi się o drugą osobę, by nie stała się jej krzywda. Czasami boi się nawet samego siebie. Bo tak naprawdę tylko nam się wydaje, że znamy samych siebie na wylot. Nigdy nie wiadomo co się stanie i do czego popchnie nas jakaś sytuacja. Ja tez nigdy bym nie pomyślała, że przez jakiegoś faceta nagle z dnia na dzień polecę na drugi koniec świata. A jednak tak się stało. Czy się z tego cieszyłam? Tak, bardzo. Miałam szansę zacząc wszystko od nowa. Czy cieszyłam się, że poznałam JEGO? W ten dziwny pokraczny sposób... Tak. Z tego też się cieszyłam, ale bałam się do tego przyznać przed sobą, a na pewno nie przyznałabym się do tego przed nim. Mój były zasiał we mnie pewnego rodzaju obawę, lęk, że każdy następny postąpi ze mną tak samo. Będzie karmił złudnymi wyznaniami miłości, nadziejami, obietnicami, a potem to wszystko zniszczy... I nie będzie już niczego.
Ale w tej właśnie chwili... To wszystko zniknęło. Nie miałam pojęcia jak on to zrobił. Ale udało mu się. Przestałam nawet myśleć, o tym co z tego może wyniknąć i co może się stać później. Jego twarz była bardzo blisko, a ja sama nie umiałam się odsunąć, moje ciało całkowicie znieruchomiało nie chcąc stracić z nim kontaktu, tak jakby to miało wywołać jakiś nieopisany ból. Nie zdziwiłabym się gdyby tak było naprawdę.
Miałam ochotę dotknąć jego policzka, ale ciało nie chciało mnie słuchać. Poza tym bałam się, że jakikolwiek ruch to wszystko zrujnuje. Już nawet nie ganiłam się za to co myślę... Później to będę robić. Nawet nie wiedziałam na co tak czekam stoją tam z nim. Patrzyliśmy tylko sobie w oczy z odległości kilku centymetrów i chyba żadne z nas nie umiało wybrnąć z tej sytuacji.

Był starszy. Miał w sobie coś wyjątkowego. Nie to kim się stał w mediach. On był... Po prostu był. Ze wszystkimi wadami, jeśli jakieś miał i zaletami. Być może to fakt, że był w takim a nie innym wieku sprawił, że tak się przy nim czułam. Świadomość, że musi być o wiele bardziej odpowiedzialny i słowny niż taki który ma raptem kilka lat więcej ode mnie. Ja sama byłam jeszcze taka młoda... Gdyby Mike chciał... czegoś... ode mnie, dostałby to. Nie potrafiłabym mu się oprzeć, teraz to wiedziałam. Tak jak w tej chwili nie potrafiłam go od siebie odsunąc i uciec...



Zacisnęłam mocno oczy, aż zobaczyłam białe błyski pod powiekami. Co noc to samo... Sny... Zawierające w sobie to wszystko co się działo. Tym razem pierwsze spotkanie i... Objęłam głowe ramionami. Gardło zaciśnięte... Jak miałam żyć...?
Nie otwierałam oczu, nie miałam pojęcia która godzina, ale pewnie środek nocy. Obudziłam się... więc tabletki nasenne znów przestały działać.
Od tygodnia jadłam je jak cukierki prawie. Jedne za drugimi, na przemian takie i takie, jedne zwalały mnie z nóg na dwanaście godzin, drugie sprawiały, że czułam sie jak naćpana i taka leżałam w łózku kompletnie nie kontaktując. Trzeba wziąć następne... Rzeczywistośc już się do mnie dobijała, nie chciałam... Nie chciałam tego czuć, myśleć, żyć... Nie przyjmowałam niczego do wiadomości. Po prostu wstałam wymacałam na stoliku buteleczkę z pigułami i wpakowałam sobie do ust dwie. Pojedyncze dawki przestawały już działać tak jak należy.
Jednak zanim zdążyłam je przełknąć usłyszałam, że na dole w salonie jest jakieś zamieszanie. Ktoś krzyczał... Nie rozumiałam ani słowa. Byłam oszołomiona, przyjmowanie non stop pigułek nasennych otumaniło mi mózg. W końcu coś mi powiedziało, żeby jednak się ruszyć i to sprawdzić. Wyplułam to świnstwo, które zaczynało mi sie rozpuszczać w ustach powodując obrzydliwy smak. Wyrzuciłam je z zamiarem połknięcia innych jak tylko wrócę.
Wyszłam po cichu z pokoju i boso w koszulce nocnej skierowałam się do schodów wiodących na dół. Głosy były coraz głośniejsze. Co było dziwne, bo od dnia kiedy... to się stało... rodzice nie wpuszczali nikogo do domu. Nikomu nie otwierali drzwi, nikogo nie wpuszczali, nawet Iwy. Nie chciałam nikogo widzieć. Wieczorem od razu gasili światła i nastawała cisza. A ja leżałam w łózku płacząc zanim jeszcze tabletki zaczynały w pełni działać. A potem na nowo odpływałam do niebytu.
Nie odbierałam też żadnych telefonów. Rodzice też nie. Odcięlismy się od całego świata w jednym momencie. I wciąz te wracające wspomnienia... Jak miałam sie tego wszystkiego pozbyć...
Zeszłam powoli trzymając się barierki, czułam lekkie zawroty głowy. Stopień po stopniu schodziłam na dół słuchając krzyków... Nic do mnie z tego nie docierało... żaden sens.
Stanęłam w końcu na ostatnim stopniu i popatrzyłam po wszystkich, którzy znajdowali się w środku. Było tam czterech ludzi, mama blada jak ściana stojąca z boku i trzymająca dłonie na policzkach patrzyła na resztę. Dalej tata wściekły wrzeszczący jakoś tak nie zrozumiale... To chyba angielski... A dalej zobaczyłam... Janet? Skąd ona się tu wzięła...? Też stała bez słowa ale skakała oczami po każdym w napieciu. Od mojej mamy, do ojca, a potem do...
Oddech uwiązł mi w gardle. Oczy wyszły na wierzch. Nie... to jest albo sen, koszmar, albo po prostu zwariowałam już z tego wszystkiego. Widziałam... Michaela stojącego sobie tak po prostu po środku naszego salonu i ryczącego po prostu na mojego ojca. A on na niego. Ścisnęłam w rękach poręcz czując, że zaraz runę znów na podłogę tak jak w tym szpitalu. Ruch jaki wykonałam zwrócił na mnie uwagę Janet, która natychmiast wykrzyknęła moje imię i podbiegła w moją stronę. Nie wiele myśląc odwróciłam się i pobiegłam po schodach na górę zatrzaskując za sobą drzwi do pokoju i błyskawicznie wpakowałam sobie do buzi całą zawartość pudełka tabletek. Ci którzy wpadli za mną do pokoju zdążyli to zobaczyć...
- Dona! Chryste, co ty robisz! - zaczał krzyczeć, ale zatykałam sobie uszy. Wpadłam w jakiś amok chyba... Doskoczył do mnie, złapał mnie za ramiona i zaczał potrząsać. Nie wiedziałam co sie ze mną dzieje, gębę miałam pełną tego paskudztwa, a on... Mike... Tak po prostu sobie tu był... Nie, ja musiałam po prostu oszaleć...
Krzyczał, żebym to wypluła... ale ja nie chciałam. Nie chciałam już nic czuć. Moi rodzice patrzyli na to wszystko przerażeni. Ja też byłam przerażona. Oddychałam cięzko zbierając się w sobie, żeby to wszystko w końcu połknąć, ale wtedy... ktoś zdrowo przywalił mi w plecy. Janet...
Odruchowo wszystko co miałam w buzi wylądowało na podłodze. Przetarłam usta drącą ręką wycofując się do konta. Im bliżej on się znajdował tym ja bardziej się wycofywałam. W końcu porwał mnie za ręce i zaczał coś szeptać. Poczułam jego zapach. Aż ugieły się pode mną nogi... Wtuliłam nos w jego szyję wdychając ten zapach głęboko, przymknęłam oczy czując jak wypełnia mnie całą. Powoli, jakoś niezgrabnie uchwyciłam się jego ramion. Był tu... On naprawdę tu był... Z krwi i kości, cały i zdrowy! Ale jak?! Przeciez tamten nam powiedział...
- Dona, skarbie, ja żyje. Słyszysz? Żyję... - powiedział zmuszając mnie bym na niego spojrzała. Chyba był przerażony tym w jakim stanie mnie zastał. Przytulił mnie znów mocno, tak mocno jak jeszcze chyba nigdy. Opadłam w jego ramiona, musiał mnie utrzymać sam bo inaczej padła bym na kolana. Objęłam go ciasno, wczepiłam się w niego po prostu jak jakiś rzep... Wciąż i wciąż go do siebie przyciskałam, mocniej i mocniej, nie mogłam uwierzyć...
Wieć jak... To była pomyłka? Nie wiedziałam co myśleć... Przez cały tydzień byłam przekonana, że on nie żyje... Że zmarł w tym szpitalu po tym zasranym koncercie. A teraz... okazuje się, że co? Ale dlaczego nikt nie powiedział... nie dał znać... Przecież... o mało nie umarłam!
Rozpłakałam się. To nie był zwykły płacz ani szloch, to był spazm. Wyłam po prostu. Wyłam jak zranione zwierze chwytając się go spazmatycznie, drapiąc, ściskając, ciągnąc za włosy. Ale nie odsuwał się. Tulił mnie mocno tak długo, az wykończona całkiem obwisłam w jego ramionach, dopiero wtedy wziął mnie na ręce i położył z powrotem do łózka. Oczy wciąż zalewały mi łzy chociaż już nie wydawałam z siebie żadnego dźwięku. Nie wiedziałam co czuję... Powinnam odczuwać ulge, ale... Byłam kompletnie wykończona. Bałam się, że to tylko sen. Że jego tak naprawdę tu nie ma, że kiedy się obudzę zobaczę, że wciąz jestem sama. Nie zniose tego.





Michael


Byłem wściekły. Przeleżałem w tym zasranym polskim szpitalu okrągły tydzień, a z nią żadnego kontaktu. Telefon głuchy. Janet przyleciała dwa dni później i zdziwiona zapytała gdzie jest Dona. Odpowiedziałem jej tyle co sam wiedziałem.
- Nie wiem.
Popatrzyła na mnie wielkimi oczami.
- Jak to nie wiesz??
- Nie wiem. Nie ma jej tu. Nie przyszła. - westchnąłem przecierając twarz dłońmi. - Jest tam gdzieś jakiś lekarz? - zapytałem po chwili. Zareagowała co najmniej jakby ktoś jej podłożył petardę pod tyłek.
- A co?! Co się dzieje?! Źle się czujesz?! Zaraz zawołam...!
- NIE, JANET. - musiałem ją przekrzyczeć. - Chcę się wypisać. - wycedziłem.
- Jak wypisać?
- Normalnie. Na żądanie, chcę wyjść z tego szpitala i zobaczyć się z Doną. Coś się musiało stać, przecież... - westchnąłem. - Nie zostawiłaby mnie tu samego.
- Nie przyszła ani razu?
- Nie było jej. Od czasu kiedy się obudziłem nie było tu nikogo poza pielęgniarkami i lekarzem, teraz jesteś ty. - coś ściskało mnie w dołku. Wściekła się? Jest zła, że to wszystko zlałem... swoje zdrowie to jak się czułem... Ale całkiem miałaby mnie teraz w dupie? - Pewnie jest na mnie wściekła.
- Nie, Mike, na pewno nie jest tak, że strzeliła sobie fochem i nie przyjdzie cię odwiedzić. - mruknęłam z paluchami przy buzi. - Pójdę tam. Podaj mi tylko adres jakoś... - podałem.
Od tamtej pory Janet dobijała im się do drzwi co najmniej trzy razy na dzień codziennie. Nikt nie otwierał. Rolety pozasuwane w oknach, drzwi zamknięte, światła pogaszone... Tak jakby nikogo tam nie było. Musieli być do cholery!
Żeby było gorzej jeszcze, lekarz za cholerę nie chciał mnie wcześniej wypisać. Powiedział, że musze tam przeleżeć co najmniej tydzień, wtedy ze spokojnym sumieniem będzie mógł dać mi wypis. O mało się tam naprawdę nie przekręciłem. W ogóle to byłem ciekaw co mi się stało. Lekarz mi wyjaśnił.
- Niech mi pan powie taką prosta rzecz, panie Jackson. - nawet dobrze mówił po angielsku. Usiadł na krzesełku obok mojego łóżka i popatrzył na mnie. - Ma pan jakiegoś lekarza?
- Tak, mam, osobistego...
- Chyba tylko z nazwy. Proszę mi powiedzieć, czy zapisał panu ostatnio jakies leki, cokolwiek co brał pan regularnie? - popatrzyłem na niego. Nic takiego nie brałem.
- Potas. - odpowiedziałem tylko zwyczajnym tonem. - Przecież to nie trucizna. - parsknął śmiechem.
- Dosłownie ma pan luźne podejście do życia. Wydaje się panu, że jest pan nieśmiertelny? Uświadomię więc teraz pana. Niech pan słucha uszami. - patrzyłem na niego lekko zdezorientowany. - Norma stężenia potasu we krwi zdrowego człowieka wynosi 3,5 do 5,1 milimoli na litr. Pan miał w swojej krwi stężenie 7,2. Z takim stężeniem powinien pan nie żyć, bo serce rzadko kiedy znosi coś takiego. To po pierwsze. Po drugie. Potasu nie bierze się jak witaminy. Kiedy ten doktorek przepisał to panu?
- Jakieś pół roku temu.
- Chciał bym wiedzieć na jakiej podstawie. Proszę to definitywnie odstawić. Udało się to panu unormować unikając przy tym uszkodzenia nerek, czy pan wie co pan powinien teraz zrobić po wyjściu ze szpitala? - spojrzał na mnie jak na przedszkolaka. - Siedzieć na dupie i dosłownie nic nie robić. Rozumie pan? Co najmniej kilka dobrych miesięcy wakacji od robienia czegokolwiek co pan robi zawodowo. Jeśli chce pan zyć. - westchnąłem przecierając twarz dłonią.
- Dobrze, niech mi pan powie... Była tu może jakaś dziewczyna...?
- Była. - powiedział. Jego uśmieszek mówił, że coś się stało. - Ale potem sobie poszła. Razem z rodzicami.
- Jak to... poszła sobie?
- No tak. Chce pan dobrej rady? - pokiwałem głową bezwiednie patrząc na niego. - Proszę ją poinformować, że jednak pan zyje.
- CO?!
- Zaszła pomyłka. Jeden z moich stażystów poinformował pańską dziewczynę o pana zgonie. - chyba naprawdę go to bawiło. Ja natomiast poczułem się, jakbym dostał obuchem w głowie. No to już wiem, czemu nie odbiera telefonów, a Janet nie może dobić się do środka.
- Chryste Panie, JAK?! - podniosłem głos zdenerwowany.
- Proszę się uspokoić. - mruknął. - Nie zdążyłem jej poinformować o pomyłce a i dodzwonić się nie możemy.
- Jezu...
Od tamtej pory przez następne cztery dni bezskutecznie razem z Janet próbowałem jakoś skontaktować się  z Doną, która pewnie już składała na wieniec. Takie rzeczy chyba naprawdę tylko w Polsce! Przecież w USA coś takiego jest nie do pomyślenia! Żeby STAŻYSTA stwierdzał coś takiego?!
- Uspokój się, Mike, proszę cię. - Janet też bawiła ta sytuacja. - No, to czas zmartwychwstać, bracie!
- To nie jest śmieszne, Jan. - warknąłem pakując te kilka rzeczy, które tam miałem ze sobą. - A co z jej rodzicami? Dlaczego nie otworzyli ci tych zajebanych drzwi?! Boże!
- Mike, odlecisz zaraz! - śmiała się wciąż. - Przyznaj, że to jednak jest w pewien sposób zabawne.
- Przestań. - warknąłem znów i opuściliśmy w końcu ten szpital.
Kiedy zajechaliśmy pod ich dom wyparowałem z tego samochodu jak strzała i zacząłem dosłownie walić w drzwi.
- Mike, opanuj się! - doskoczyła do mnie z wielkimi oczami chwytając za rękaw.
- Co się opanuj, ja zaraz wyjdę z siebie! - kiedy się wkurzyłem potrafiłem być naprawdę... nieobliczalny.
Drzwi otworzył jej ojciec krzycząc coś pod nosem oburzonym tonem. Kiedy zobaczył mnie w wejściu oniemiał. No tak... Nie pytając o nic wszedłem do środka. Chyba nie spodziewał się po mnie takiej brawury bo spojrzał na mnie znów zły.
- Gdzie jest Dona? Chce się z nia zobaczyć.
- Wypadałoby zapytać czy można wejść!
- Tak? Super. Pytał się będę jak zobaczę Donę! - ryknąłem wnet. - Gdzie ona jest do cholery?! I dlaczego do kurwy nędzy nikt w tym zafajdanym domu nie odbiera telefonów ani nie otwiera drzwi?! Jestem bardzo ciekawy! Od siedmiu dni jak leżałem w tym zasranym szpitalu próbowałem na przemian z siostrą dobić się do waszej łaskawości! - stuknąłem go paluchem w pierś. Patrzył na mnie wielkimi oczami. Janet stała za mną chyba bojąc się odezwać.
Przeszedłem dalej do salonu gdzie zobaczyłem jej matkę.
- Gdzie ona jest, do cholery, bo mnie naprawdę szlag trafi zaraz!!! - ryknąłem znów. Jej matka pokazała tylko na schody na górę. Zanim jednak zdążyłem po nich wbiec, jej ojciec znów zaczął się ciskać. I tak zaczęliśmy się kłócić, żreć jak dwa psy po prostu. Nie zamierzałem być miły, uprzejmy ani uległy. Mówiłem, a raczej wrzeszczałem co mi tylko na myśl przyszło. Dosłownie.
- Dona! - wrzasnęła Janet w którymś momencie na co okręciłem się w miejscu i zobaczyłem jak moja siostra biegnie w stronę dziewczyny bladej jak śmierć. Uciekła na górę...
Nie oglądając się już na nic po prostu pobiegłem za nią chcąc ją złapać, ale to co zobaczyłem...
Myślałem, że pęknie mi serce. Tak załamanej kobiety jeszcze nie widziałem. Wyglądała jakby dostała obłędu. Bałem się, że naprawdę się załamała i nawet moja obecność tu nie pomoże. Dlaczego nikt nie raczył się odezwać, do chuja ja się pytam?!
W końcu udało mi się ją dorwać i przytulić. Zacząłem jej szeptać do ucha co tylko przychodziło mi do głowy, mówiłem, że jestem z nią, tutaj, że nigdzie się nie wybieram, że zawsze z nią będę. Kiedy po kilku minutach zaczęła jakoś nieskoordynowanie mnie obłapiać miałem nadzieję, że nie będzie jednak tak źle.
Zaczęła płakać. Wyć. To nie był zwykły płacz. Zanosiła się płaczem, wczepiła się we mnie tak jak tylko mogła. Drapała, robiła wszystko by poczuć, że naprawdę tu jestem. O mało się tam nad nią nie popłakałem.
W pewnej chwili jej ciało całe zwiotczało i zawisła w moich ramionach bezsilnie wciąż cicho szlochając. Wziąłem ją na ręce i położyłem na łózko siadając od razu obok i chwytając jej twarz w dłonie pocałowałem ją czule.
- Jestem tutaj, słyszysz? - szepnąłem patrząc jej w oczy. Patrzyła na mnie jakiś czas, po czym skinęła głowa na znak, że rozumie. Przymknęła oczy wzdychając... Była wykończona.
- Państwo wybaczą...
- Idziemy. - jej matka wyciągnęła swojego męża bezceremonialnie z pokoju, została tylko Jan, która podeszła powoli...
- Potrzebujesz czegoś? - zapytała cicho. Pokręciłem głową.
- Nie... chyba nie, dzięki. Zostanę tu z nią.
- Ok. - kiwnęła głowa i już jej nie było. Zamknęła za sobą cicho drzwi.
Dona leżała na boku wtulona w poduszkę od czasu do czasu pociągając nosem i wyglądała dosłownie jak czarna rozpacz. Nie wiedziałem co zrobić ani co powiedzieć i czy w ogóle powinienem coś mówic. Cokolwiek. Siedziałem przy niej przez jakiś czas głaszcząc ją co chwilę po głowie, włosach, po policzku a ona chyba w końcu zaczynała się stopniowo uspokajać. Martwiłem się o nią. Mogła się naprawdę otruć tymi tabletkami... Całe szczęście... że nie zdążyła połknąć tego paskudztwa...
Położyłem się obok niej w łózku obserwując ją uważnie i wciąż głaszcząc, tak by bez przerwy czuła mój dotyk. Po jakimś czasie przymknęła oczy i zasnęła. Poznałem to po jej spokojnym oddechu. Teraz już chyba będzie w porządku...
- Mike? - usłyszałem za sobą głos Janet i ciche skrzypnięcie drzwi. Spojrzałem za siebie. - Rozmawiałam z jej mamą.
- I co? - szepnąłem tak samo cicho jak ona. Miała nie ciekawą minę.
- Powiedziała, że załamała się całkowicie. Od momentu jak w szpitalu usłyszała o twojej 'śmierci' - pokazała cudzysłowy w powietrzu palcami. - Nie wychodzi z pokoju. Nie je , nie pije, nic... Łyka tylko bez przerwy tabletki nasenne. Bez przerwy śpi. - westchnąłem. Popatrzyłem na swoją ukochaną.
- I co? Nie mogli jej zabrać tych piguł? - byłem zły, zwłaszcza na jej ojca. Gdyby choć raz raczył otworzyć mojej siostrze, wszystko byłoby w porządku. Dona nie musiałaby się przez cały tydzień utwierdzać w przekonaniu, że zginąłem marnie.
- Mieli się z nią szarpać? Związać ja? Nie słuchała ich kompletnie, zamykała się w pokoju...
- Mogli ją związać, choćby i to! - warknąłem. Dona poruszyła się niespokojnie przez sen. Natychmiast przysunąłem się bliżej niej na co złapała mnie za koszulę i westchnęła lekko.
- Jak się obudzi będzie wszystko dobrze. Wszystko jej wyjaśnisz.
- Zostanę z nią, a ty... - spojrzałem na siostrę.
- Będziesz tu siedział?
- Tak, i niech tylko kto spróbuje mnie stąd wyrzucić. - warknąłem znów cicho. Uśmiechnęła się.
- Dobrze, to ja w takim razie uciekam do hotelu. Z tobą jest bezpieczna. - i poszła.
Boże... I co ja miałem z nią zrobić? Wyglądała strasznie. Włosy w nieładzie, blada, chyba nawet zdążyła schudnąć przez ten tydzień. Ręce drżące nawet przez sen. Chwyciłem ją za dłoń i przystawiłem sobie do ust całując ją lekko. Przyciągnałem ją do siebie i jeszcze mocniej przytuliłem.
Miałem nadzieję, że kiedy się obudzi naprawdę wszystko będzie dobrze. Że nie będzie sobie wmawiać, że ma zwidy bo chyba bym tego nie zniósł. Ale w gruncie rzeczy nie byłoby to nic dziwnego. Coś mi jednak mówiło, że Dona jest wystarczająco silna, by już to jakoś przeżyć, tym bardziej, że ja jestem już obok niej.




Przymknąłem o czy... i kiedy po chwili je otworzyłem, było już całkiem jasno. Wzdrygnąłem się lekko nie wiedząc gdzie jestem i co się dzieje. Po chwili wszystko sobie przypomniałem i zobaczyłem wciąż śpiącą u mego boku Donę zwiniętą w kłębek wtuloną w mój bok. Objąłem ją z cichym westchnieniem i pocałowałem w czubek głowy.
- O, obudził się już pan... - usłyszałem za sobą ciche słowa. Odwróciłem tylko głowe i zobaczyłem jej matkę w lekko uchylonych drzwiach. - Zrobiłam śniadanie, jeśli pan chce...
- Nie, dziękuję... nie jestem głodny, naprawdę. Żołądek mam ściśnięty, nic nie przełknę. Ale dziękuję pani bardzo. - uśmiechnąłem się lekko. Kobieta popatrzyła na nas jeszcze, po czym weszła cicho zamykając za soba drzwi. Podeszła do łózka patrząc na swoją córkę.
- Cały czas śpi... Mam nadzieję, że nie zdążyła połknąć tego co miała w buzi... - widać było gołym okiem, że się boi. Sam po patrzyłem na dziewczynę.
- Nie, nic nie połknęła. Niech się pani nie martwi. - zamilkłem na moment.
- Bardzo cierpiała. Myśmy naprawdę myśleli...
- Rozumiem, że pani mężowi byłoby to wybitnie na rękę, ale jednak nie umarłem. - nie zdołałem ugryźć sie w język. Ale o dziwo kobieta uśmiechnęła się.
- Mój mąż po tej całej nocnej awanturze stwierdził, że, cytuję, "ten facet jednak ma jaja". - zaśmiała się. Sam się uśmiechnąłem słysząc to.
- Naprawdę?
- Tak. - wciąż chichotała, ale po chwili westchnęła. - Mam nadzieję, że teraz szybko wróci do siebie.
- Nic jej nie będzie, może być pani spokojna. - powiedziałem chcąc uspokoić troche kobietę. Uśmiechnęła się i po cichu wyszła z pokoju.
Spojrzałem z powrotem na dziewczynę śpiącą obok. Poruszyła się nieznacznie, westchnęła... Ale za chwilę zobaczyłem jej piękne niebieskie oczka wpatrzone we mnie jak w obrazek. Uśmiechnąłem się lekko.
- Cześć, księżniczko. - szepnąłem i powodowany jakąś wewnętrzną potrzebą przycisnąłem ją do siebie najmocniej jak tylko mogłem. Oplotła mnie sama nogami i rękami wzdychajac cięzko. Schowała twarz w mojej szyi. - Jestem przy tobie.
- Wiem. - szepnęła i pociągnęła noskiem. Odwróciłem się na bok przodem do niej, a ona natychmiast niemal schowała się cała we mnie. - Nigdy więcej mnie tak nie strasz. - usłyszałem znów i poczułem jak lekko szarpie moją koszulę.
- Nie będę, obiecuję. - wyszeptałem całując ją w głowę. - Chodź do mnie, kochanie... - była już chyba maksymalnie blisko, ale pragnąłem ją mieć jeszcze bliżej. Zacząłem gładzić jej plecy. Miała na sobie koszulkę nocną, która podrolowała jej się aż ponad biodra. Mogłem więc podziwiać jej zgrabne nogi. Moja ręka natychmiast znalazła się na jej pośladku zakrytym jedynie w 1/3 bielizną. Po chwili kiedy nieco się od niej odsunąłem chcąc na nią popatrzeć, już miałem rozpiętą koszulę...
- Nicpoń... - mruknąłem z uśmiechem. Zerkneła na mnie lekko zaróżowiona.
- No co. - burknęła po czym przylgnęła policzkiem do mojej nagiej skóry.
- Nic, nic. - odpowiedziałem i przeczesałem jej włosy palcami... Na to zerwała się... - Co się stało? - zapytałem widząc jak się zakrywa i wyłazi z łóżka.
- Wyglądam strasznie... - jęknęła. Zaśmiałem się tylko. Wstałem za nią i chwyciłem ją w ramiona tuląc do siebie.
- Martwiłem się, myślisz, że obchodzi mnie to, że masz na głowie gniazdo? - spojrzała na mnie oburzona.
- Gniazdo?!
- Tak, gniazdo. - zaśmiałem się znów. Patrzyliśmy sobie przez chwilę w oczy po czym z westchnieniem przywarłem do jej ust. Wyczułem jakby ostatnie resztki napiecia momentalnie z niej zeszły.
Po chwili zaczęła oddawać pocałunek bardziej zapamiętale. Przyciągała mnie do siebie mocno ściskając za ramiona. Wplatała palce we włosy...
- Spokojnie, maleńka...
- Ty byłbyś spokojny na moim miejscu? - wydyszała patrząc mi w oczy.
- Chyba nie. - przyznałem po czym znów przyciągnęła mnie do siebie i wtopiła w moje usta.
- Chodź ze mną. - pociągnęła mnie do swojej łazienki, potem bezceremonialnie rozebrała, przy okazji z siebie zrzucając te ciuszki i wepchnęła pod prysznic. Nie oponowałem specjalnie.
Kiedy nasze ciała były już całe mokre i rozgrzane pod płynącą wodą przytuliła się do mojej piersi i przymknęła oczy.
- Myslałam, że tam umrę razem z toba. - szepneła.
- Ciii... Nikt przeciez nie umarł. Zapomnij o tym.
- To nie jest takie proste. Zapomnij. Wyobrażasz sobie w ogóle co ja poczułam, kiedy ten debil powiedział mi, że... - urwała. Poczułem ukłucie w sercu. Westchnąłem obejmując ją mocniej.
- Nie umarłem. To chyba najważniejsze. Gdybyś odebrała ode mnie telefon, albo gdyby twoi rodzice otworzyli drzwi kiedy Janet się tu dobijała...
- Nie chciałam nikogo widzieć. Miałam wrażenie, że zwariowałam... Chyba naprawdę by się tak stało, gdybyś tu teraz nie przyszedł... a raczej, wtedy w nocy. - uśmiechnąłem się.
- Wyłaziłem ze skóry w tym szpitalnym łózku. Jeden telefon, Dona. I byłabyś spokojna. A tak musiałem witać się z twoją pocztą głosową. Byłem wkurwiony bo nie miałem telefonu do nikogo z twojej rodziny...
- Podam ci na wszelki wypadek na przyszłość. - szepnęła spoglądajac mi w oczy. Cały czas się uśmiechałem. Teraz kiedy była ze mną, kiedy trzymałem ją w ramionach wszystko przestało być ważne,
- Twoja mama była tu niedawno. Mówiła cos o śniadaniu.
- Nie jestem głodna. Mimo wszystko wciąż jestem rozdygotana w środku... Nic nie przełknę. To naprawdę mną wstrząsnęło.
- Rozumiem. Ale musisz zacząć jeść. Twój brzuszek nie zacznie znowu normalnie funkcjonować, jeśli nie zaczniesz dostarczać mu jedzenia. - stwierdziłem spoglądając jej w oczy. Uśmiechnęła się. W końcu! - Uśmiechasz się. - sam sie wyszczerzyłem jak debil.
- Jesteś tu, zaczynam się powoli odprężać... - wyszeptała znów przyklejając się do mojego ciała. Natychmiast oplotłem ją ramionami i przycisnąłem do siebie mocniej.
- No dobrze. Ale dosyć juz tego moczenia się, bo za chwilę się rozpuścimy. - powiedziałem i odwróciłem ją przodem do wyjścia z kabiny klepiąc lekko w goły tyłeczek by wyszła. Spojrzała na mnie przez ramię lekko marszcząc nosek, ale po chwili się uśmiechnęła. Wyszedłem za nią.
Zacząłem zbierać swoje ciuchy, które ze mnie wręcz zdarła, ale zabrała mi je i wrzuciła gdzieś w kont, gdy weszła do pokoju. Obserwowałem ją uważnie idąc za nią do łózka. Położyłem się obok niej nie zakrywając się nawet. Ona natomiast nasunela na siebie nieco materiału tak, że zakrywał to i owo. Ale i tak więcej odkrywał.
Leżeliśmy po prostu obok siebie z początku nic kompletnie nie mówiąc. Patrzyłem tylko na nią, a ona na mnie, w kompletnej ciszy. Kiedy położyłem dłoń na jej brzuchu natychmiast objęła ją swoimi dłońmi. Ta cała sytuacja naprawdę miała na nią duży i negatywny wpływ. Momentami zachowywała się tak, jakby się bała, że za chwilę zniknę. Ale ja się nigdzie nie wybierałem.
Cudownie było widzieć ją nagą, dotykać jej ciała. Widziałem jak przechodziły ją dreszcze. Przymknęła oczy i pozwoliła badać mi palcami jej skóre na ramionach, udach, brzuchu i dekolcie. Nie chciałem się rozkręcać, ale... Powiedzmy sobie szczerze, to nie wiele dało. Samo to, że byłem tak blisko niej i że oboje byliśmy nadzy działało na zmysły. Leżała taka spokojna oddychając miarowo... Pozwalała się dotykać. To działa zawsze i wszędzie.
W pewnej chwili sama zaczęła błądzić opuszkami palców po mojej skórze i to już nie mogło przejść u mnie bez echa. Kochałem ją strasznie. A z tego wywodziło sie pożądanie. Musiałem się hamować, byliśmy przecież u niej w domu. Ale to nie przeszkadzało by moje ciało nie zaczeło reagować...
- Widzę, że masz mały problem... - szepnęła w pewnym momencie patrząc na dolne partie mojego ciała. Zagryzłem lekko wargę.
- To twoja robota. - uśmiechnęła się patrząc mi teraz w oczy i musneła mnie lekko palcami... Przeszedł mnie prąd, przez całe moje ciało. Po chwili znów to zrobiła... aż w końcu... po prostu chwyciła... - Dona... - szepnąłem czując na sobie jej ciepłą dłoń. Popatrzyła na mnie przez chwilę po czym powoli zaczęła nią przesuwać wzdłuż całości... - Jesteśmy w twoim domu...
- I co z tego? - szepnęła przewracając się na bok przodem do mnie i zajmując sie dalej tą konkretną częścią ciała.
Patrzyła mi przy tym w oczy. Zacząłem płytko oddychać, co jakiś czas przymykałem oczy. Mówiłem jej, że powinna przestać...
- Zaraz ktoś tu wejdzie...
- No to co? - odpowiedziała znów. Przymknąłem oczy. Czułem... To były złożone doznania.
- Powinnaś go zostawić...
- Twojego małego przyjaciela? Co ty... Ktoś musi się nim przecież zaopiekować... Nie sądzisz?
- Tak, ale... - jęknąłem cicho. - Ale nie TUTAJ...
- Czemu nie? Jesteśmy sami... - szepnęła i skubnęła lekko moją brodę.
Poddałem się. Co miałem zrobić? Zresztą, sam tego chciałem. Chciałem czuć na sobie jej dotyk, jej ciepło. Ją.
Nie spieszyła się z niczym. Robiła to powoli, co jakiś czas przerywała zostawiając mnie zupełnie w spokoju. A potem znów zaczynała gdy trochę ochłonąłem. To było wspaniałe...
W pewnym momencie jakoś tak sami na wzajem odnaleźliśmy swoje usta i zaczęliśmy namiętnie się całować. Czułem, że ona autentycznie potrzebuje tego zbliżenia, by ostatecznie dogłębnie mnie poczuć, że naprawdę żyję i jestem tu z nią. To potrzeba bardziej na poziomie psychicznym... Potrzebowała tego, potrzebowała takiego symbolicznego podpisu na swoim ciele i nawet to rozumiałem. Dlaczego tylko domaga się tego kilka metrów od swojego ojca?
W pewnej chwili zdrowy  rozsądek przestał być w ogóle dopuszczany do głosu, a stery przejęło ciało. Usadowiłem się wygodnie między jej rozchylonymi udami i zacząłem czule calować skórę na jej szyi. Pachniała cudownie, po prostu sobą. Nakryłem jej pierś swoją dłonią wyczuwając sjak drży, spina się lekko. Oddech uwiązł jej w gardle, reagowała na każdy bodziec. Przypadkowe otarcia sprawiały, że dreszcze niemal przez cały czas biegały nam po plecach. Zwłaszcza kiedy wplotła palce w moje włosy...
- Dona...? Jak sie czujesz...? UAAAAAA!!! - usłyszałem i jak jeden mąz i ja i Dona skoczylismy w tym łózku jak dwa zające. Popatrzyłem na drzwi. Stała w nich jej przyjaciółka i wlepiała w nas oczy wielkie jak gały z rękami na policzkach i rozdziawioną gębą. W pierwszej chwili nie wiedziała gdzie podziać te oczy, była przerażona. Ale po chwili jej oczy znalazły sobie miejsce by się na nim zawiesić. Moje przyrodzenie.
Jej mina automatycznie się zmieniła, wyrażając teraz lekką konsternację zaistniałą sytuacją, ale i zainteresowanie. No tak... Nie wiedziałem czy się śmiać czy płakać. Zanim zdązyłem przyciągnąć do siebie skopaną na podłogę pościel zdązyła sobie troche popatrzeć. Natomiast Dona...
Tak jak ja szukałą czegoś do zakrycia się, ale w tym samym czasie krzyczała coś do koleżanki. Ta jednak wciąż patrzyła na mnie w lekkim szoku. Teraz ja nie wiedziałem gdzie podziać oczy.
- IWA, WYNOCHA, MÓWIĘ! - rzuciła poduszką w dziewczynę. Ta jakby się ockneła i spojrzała na Donę, po czym na jej twarz wpełzł szeroki uśmiech podczas którego można było zobaczyć jej wszystkie zęby.
Dona wyskoczyła z łóżka owijając się prześcieradłem i zaczęła wypychać ją z pokoju. Ruda zaczęła chichotać i szeptać jej coś do ucha zerkając na mnie...
- Niezłe gabaryty, dobrze wybrałaś!
- IDŹ STĄD!
- Ale opowiesz mi potem?
- IDŹ!
- Ale opowiesz mi potem, zadzwonie do ciebie.
- SPADAJ!
- Dobra, już idę, ale zadzwonię potem! - i poleciała.
Dona zatrzasnęła drzwi i odwróciłą się do mnie zakrywając twarz dłońmi. Cienkie prześcieradło opadło na podłogę...
Wstałem z tego łóżka i podszedłem do niej. Spojrzała na mnie.
- Jezu, przepraszam cię... - zaczęła, ale przyłożyłem jej palec do ust. Sięgnąłem do drzwi i przekręciłem w nich zamek, tak by już nikt tu nie wszedł... dopóki nie skończymy. Tak, miałem zamiar skończyć to co zacząłem.
Chwyciłem ją za rekę i poprowadziłem do łózka. Tam, kiedy już ułożyła się na jego środku, znów ułożyłem się pomiędzy jej nóżkami i zacząłem mocno kochać wypełniając ją całą. Patrzyła mi w oczy przez cały czas trzymając się moich ramion. Nic więcej się nie działo. Tylko ten wzrok, jej dłonie uczepione moich rąk i nie poruszające się ani o milimetr, ruchy moich bioder przy których moje ciało rytmicznie się nad nią poruszało, cichy szelest pościeli i jej westchnięcia... Ciche jęki... I moje imię, które wyszeptała w pewnej chwili.
Nie trwalo to zbyt długo, może około godziny zanim doszła i ja też skończyłem. Całowałem ją potem długo stapiając nasze usta razem i chyba nawet nie potrzebowaliśmy oddychać. Kiedy potem na nią spojrzałem uśmiechała się, a w jej pięknych oczach znów dostrzegłem znajome błyski. Była szczęśliwa. W końcu wszystko wróciło do normy.

wtorek, 9 sierpnia 2016

39.

Witam. :D Oto kolejny, zapraszam. :D Następny w piątek. :)



Donata


Iwa przyleciała do mnie jak tylko do niej zadzwoniłam. Nie trzeba było jej dwa razy powtarzać. Przywlokła ze sobą torbę smakołyków na widowisko, które mieliśmy oglądać w tv. Oczywiście, był to koncert Michaela. Uparła sie by go oglądać, chociaż mu to obiecałam, powiedzmy sobie szczerze, że troche mi to już obrzydło. Wątpiłam by przywiązywał do tego wagę, ale skoro już obiecałam... Z Iwą będzie pełno smiechu i paplaniny, więc jakoś przeżyję. A potem w końcu koniec tego wszystkiego i powrót do LA. Pewnie jeszcze zostanę tu parę dni, a potem będziemy lecieć.
Już teraz wiedziałam, że rodzice i Iwa nie będą tym zachwyceni. Mimo wszystko pewnie chcieliby żebym została na miejscu. Ale to było nie wykonalne. On mieszkał w Stanach, więc ja też chciałam tam być. Razem z nim. I nic nie było od tego ważniejsze. Nic.
Koncert miał się zaczynać dopiero o dwudziestej, więc miałyśmy jeszcze sporo czasu tylko dla siebie. Oczywiście nie obyło się bez wypadku do miasta, pojechałyśmy do Warszawy na małe zakupy. Kupiłam sobie pare ładnych ciuszków... Mike pewnie będzie zadowolony z tej kolekcji bielizny... Każda na każdy dzień tygodnia. Iwa poszturchiwała mnie z szerokim uśmiechem kiedy oglądałam inne. Powiedziała, że sama mi coś wybierze. Mogłam się spodziewać, że wygrzebie z tego wszystkiego coś co mi się kompletnie nie podoba. Zawsze tak było. Ale tym razem, mimo pierwszej konsternacji, to co mi pokazała przypadło mi do gustu.
Był to komplecik majteczek z gorsetem. Nie pasował mi tylko kolor. Krwisto czerwony...
- Nie, daj spokój, gdyby mnie w czymś takim zobaczył dostałby zawału! - mruknęłam wypychając ją, żeby odniosła to na miejsce.
- Są jeszcze dwa inne kolory.
- Jakie? - zapytałam ciekawa. Pokazała mi komplet w kolorze czarnym i granatowym. - No, to już wygląda trochę lepiej... - wymruczałam z zadowoleniem oglądając. Wziełam czarny mimo zawstydzenia.
- No nie krępuj się tak! Jestem pewna, że będzie zachwycony.
- Tak myślisz? - czułam się nieco... stłamszona.
- No pewnie! Masz 22 lata, piękna, zgrabna, masz co pokazywać. Będzie zadowolony.
No cóż, dałam się namówić i kupiłam jeszcze parę rzeczy. Ale to już były zwyczajne drobiazgi.
Kiedy wróciłyśmy do domu była godzina 12. Akurat zdążyłyśmy przed obiadem. Mama kazała nam się szykować, natomiast Iwa jak zawsze nie chcąc się narzucać powiedziała, że poczeka u mnie na górze. Sama własnoręcznie posadziłam ją do stołu i podałam jej talerz. Zawsze się tak zachowywała, ale potem dziękowała. Moi rodzice ją lubili.
- Pewnie już nie możesz się doczekać, aż wrócicie do Stanów, co? - zapytała niby się uśmiechając, ale tak jak myślałam, zauważyłam, że jej to nie leży. Siedziałyśmy już same w moim pokoju z włączonym telewizorem. Do koncertu było jeszcze trochę, ale już czatowałyśmy. Uśmiechnęłam się patrząc na nią.
- Iwa. Będe tu przyjeżdżać. Może nawet zjawię się tu na dłużej szybciej niż myślisz. - powiedziałam czując ucisk w żołądku.
- Dlaczego?
- Tydzień przed wyjazdem w trasę złożyłam wszystkie potrzebne dokumenty... Odpowiedź o legalizacji pobytu szybko nie nadejdzie, ale na pewno przed upływem sześciu miesięcy, od momentu kiedy się tam pojawiłam.
- Myślisz, że ci tego nie zrobią?
- Nie wiem. - wzruszyłam ramionami. - Mike jest święcie przekonany, że się uda. Że nie mają powodu, żeby mi tego nie zalegalizować. Mam mimo wszystko umowę o pracę z NIM. - zaśmiałyśmy się obie. - Ale i tak się boję. Co potem? Jak będziemy się widywać? Jak to wtedy będzie wyglądać? Rozmowy telefoniczne? Z czasem pewnie coraz rzadsze, a potem...
- Ej! - fuknęła na mnie. - Myślisz, że on z ciebie tak łatwo zrezygnuje? Jestem takiego zdania, że w takich okolicznościach stanąłby na głowie, na rzęsach ale i tak by cię tam z powrotem ściągnął!
- Mam nadzieję, że nie będzie musiał stawać ani na głowie ani na rzęsach. - odpowiedziałam z uśmiechem.
Autentycznie czułam strach przed tym, że będę musiałą tu wrócic na stałe. Ponownie wyjechać do Stanów i znów się o to starać w takim wypadku będę mogła dopiero po roku czasu. I nie bałam się już samego powrotu do Polski. Tylko rozłąki z nim. Miałam dziwne przeświadczenie, że to zniszczyłoby wszystko co jest między nami. Związki na odległość nie funkcjonują dobrze. Miałam nadzieję, że słowa mojej przyjaciółki naprawdę są prorocze.


Michael



Miałem nadzieję, że w dniu koncertu jeszcze zobaczę się z Doną, ale nie dałem rady. Najpierw ostatnia papierkowa robota, potem długa próba i wreszcie przyszedł czas na koncert. Musiałem zadowolić się wyłącznie kilkuminutową rozmową telefoniczną.
- Przepraszam, obiecałem ci, a teraz... - powiedziałem nie chcąc by miała do mnie jakoś żal.
- Przestan, o czym ty mówisz w ogóle. - zaśmiała się. Sam się uśmiechnąłem ciesząc się, że nie ma żadnych pretensji. - Zobaczę cię w telewizji.
- To nie to samo. - burknąłem. - Ty mnie może zobaczysz, ale ja ciebie nie.
- Och Mike... - zachichotała. - Zobaczymy się przecież niedługo. A jak się czujesz? Wszystko w porządku? - zmieniła nagle temat.
- Tak, wszystko w jak najlepszym porządku. Czemu pytasz?
- Nie, tak tylko. - powiedziała cicho.
- Dona... Znowu te twoje leki? Naprawdę nic mi nie jest. - zapewniłem ją gorliwie. Bardziej poczułem niż usłyszałem jak się uśmiecha.
- No dobrze, dobrze. Po prostu... Ostatnio jak się widzieliśmy byłeś taki jakby blady... O ile ty w ogóle możesz być...
- To było niemiłe.- wtrąciłem.
- Daj spokój. - zaśmiała się i tak. - Mówię, po prostu, że widać gołym okiem, że jesteś wykończony. Ty możesz sobie mówić co tylko chcesz, Mike, ale ja wiem, że ty coś masz z tym sercem. I żadem twój konował mnie nie przekona, że jest inaczej. Wiem, że zasłabłeś po pierwszym koncercie w Nowym Jorku. - zatkało mnie. Jak... Niby SKĄD ona o tym wie?!
- Ale.. jak... kiedy ty...
- Całkiem niedawno. Powinnam cię za to rozedrzeć, że mi nic nie powiedziałeś. Ale odpuściłam, bo i tak widziałam, że masz już tego dosyć. Nie chcialam ci jeszcze dokładać swoim zrzędzeniem. Ale nie martw się, nadrobię to jak już wrócimy. - uśmiechnąłem się niepewnie pod nosem.
- Ale... kto ci powiedział... Nie chciałem byś wiedziała, nie chciałem, byś się nie potrzebnie martwiła...
- Nie potrzebnie? Mike, czy ty słyszysz co ty mówisz? Mówili o zawale... A ty kazałeś się pocałować w dupę. Poza tym... Jak najbardziej mam prawo się martwić. Janet jest tego samego zdania co ja. Powinieneś wtedy wyjechać stamtąd na sygnale...
- A więc Janet ci powiedziała! - wtrąciłem się. - Co ja menda! Już ja jej...!
- Już ty nic jej, bo wiesz, że mam rację! Bardzo dobrze, że mi powiedziała! Wcale nie musiałam jej ciągnąc za język. Powiedziała, że czekała aż do niej zadzwonię, żeby mi na ciebie nakablować. Sama by nie doniosła, ale skoro zadzowniłam... to już co innego. - westchnąłem.
- Przepraszam, kochanie. - zacząłem pokornie skruszonym głosem. - Wiesz, że nie chcę fundować ci zmartwień. - znów westchnąłem. - Znów mam wrażenie, że nie jesteś z odpowiednim mężczyzną.
- Niby dlaczego?! - odpowiedziała od razu zła na te słowa.
- Dzieli nas zbyt spora różnica wieku. Ja już zaczynam nawalać mechanicznie, a co dopiero będzie...
- Ty nawalasz mechanicznie? - doszukałem się w jej słowach podtekstu. - Nie zauważyłam. Sprawujesz się wzorowo.
- Dona... - burknąłem, ale i tak się zasmiałem. - Cieszę się, że jestem jeszcze w stanie sprostować twoim wymaganiom.
- Oczywiście, że jesteś. Więc przestań pleść takie bzdury.
- To nie są bzdury, kochanie, wbrew wszelkim pozorom. Kocham cię strasznie... Znów zaczynam myślec, że jestem dla ciebie po prostu za stary. Naprawdę powinnać się zastanowić... - zaczałem mówić szeptem. - Pomyśleć czy...
- Ty chyba lubisz cierpieć. - wybuchnęła niespodziewanie. - Posłuchaj mnie, do tej pory użalałeś się nad sobą, bo byłeś sam, ze wszystkim byłeś sam, nie miałeś nikogo kto pomógłby ci to wszystko podźwignąć, a gdy taki ktoś się pojawił, wymyślasz niestworzone rzeczy! Kochasz cierpieć, Mike! A skoro tak bardzo lubisz jak cie boli, to ja cie zaraz tak kopne w dupe, że będzie cie boleć przez tydzień! Masz się w tej chwili uspokoić, rozumiesz?! - słyszałem jak oddycha cięzko. Moje oczy wyglądały teraz dosłownie jak cebule. I to nie byle jakie.
- Dobrze, skarbie. - powiedziałem tylko.
- No. To już się lepiej słyszy. - westchnęła. - Po tym wszystkim chcę cię widzieć u siebie. Już ja ci wybiję do końca te brednie z głowy, zobaczysz. - uśmiechnąłem sie lekko.
- Oczywiście, kochanie.
Niedługo potem zostałem zagnany do garderoby. Do występu została tylko godzina. Czułem jak wali mi serce dziwnym nieregularnym rytmem. Ale ignorowałem to. Pomyślałem, że to wina tremy. Ile by w tym nie siedzieć, zawsze jest ona obecna. Ale kiedy już wyjdę na scenę, szybko o niej zapomnę. Będzie tylko muzyka... i moja Dona siedząca w domu przed telewizorem pod Warszawą.



Donata


- Zaczyna się! - usłyszałam krzyk Iwy z pokoju. Akurat byłam w toalecie, więc po chwili wyleciałam z niej i wskoczyłam na łóżko obok przyjaciółki i wpatrzyłam się w telewizor. Jednak nie miałam racji. Oglądanie go nigdy mi się nie znudzi. Wyszedł na scenę tak jak zawsze witany gromkimi krzykami publiczności. - Że tez on nie ma tego dosyć. - powiedziała z niesmakiem. - Oglądałas każdy koncert do teraz? - zwróciła do się do mnie.
- Mniej więcej. - zaśmiałam się. - Jeśli były późno zazwyczaj potem zasypiałam, ale kiedy wracał od razu się budziłam. - roześmiała się głośno. Jednym uchem słuchałam tego co działo się na ekranie telewizora. Słuchałam jego śpiewu, który wydawał się mnie wewnętrznie uspokajac.
- Mogę się tylko domyślac, PO CO się budziłaś. - zarechotała patrząc na mnie jednoznacznie. Szturchnęłam ją aż obaliła sie na łóżko wciąz się śmiejąc. - No co?!
- Nic. Tylko jedno ci we łbie. Głodnemu chleb na myśli, wiesz o tym?
- Co ty! - udała oburzoną. - Taki wykończony miał jeszcze siłę? - zachichotała znów.
- IWA! No przestań...! - mimo wszystko też się zaśmiałam wpychając sobie ciastko do ust.
- A tak a propos... - zaczęła innym zupełnie tonem. - Dlaczego tak na niego wrzeszczałaś przez telefon? - westchnęłam.
- Czasami po prostu mu odwala. - mruknęłam cicho przyglądając się swojemu ciastku.
- Jak odwala? - spojrzała na mnie marszcząc czoło.
- Jakiś czas był spokój. Po prostu czasami potrafi sobie ubzdurać pewne głupie i niedorzeczne rzeczy. Na przykład teraz  znowu wyjechał mi z tekstem, że jest dla mnie za stary, że powinnam się dobrze zastanowić czy mam z nim w dalszym ciągu być. - westchnęłam znów. Natomiast Iwa wybuchnęła śmiechem. Popatrzyłam na nią wielkimi oczami. - To takie śmieszne?
- Nawet bardzo. - parsknęła śmiechem. - Istny kryzys wieku średniego. On ci jeszcze pewnie nie raz tak zawali. - prychnęłam.
- Nie chcę, żeby tak mówił, bo ja nie mam się nad czym zastanawiać.
- No dobrze. Ale Widocznie on ma jakiś kompleks na tym punkcie. - mruknęła z gębą pełną słodyczy.
- Co? - zapytałam patrząc na nią z krzywą miną.
- Normalnie. Kiedy on się urodził ciebie jeszcze na świecie nie było. Pewnie zaczyna się zastanawiać czy aby na pewno daje ci radę we wszystkim. - łypnęła na mnie z uśmiechem. - W łózku też. - walnęła. Zaśmiałam się.
- Daje radę, daje. I to nie byle jak. - wyszczerzyłyśmy się obie równocześnie patrząc na siebie. - Jeśli chodzi o te rzeczy to jest po prostu niesamowicie. - powiedziałam lekko się czerwieniąc i wbijając oczy w swoje ręce.
- No opowiadaj! - wycedziła poszturchując mnie. W tle zaczęła lecieć piosenka, która dla mnie napisał. Idealnie.
- To skomponował dla mnie. - rzuciłam chcąc nieco odejśc od tematu. Wsłuchała się na chwilę...
- Dobra, super, zajebiście, a teraz opowiadaj. - zakryłam twarz dłońmi.
- Ale co ja mam ci opowiedzieć, ze szczegółami?!
- No nie! - parsknęłam śmiechem. - W porównaniu z Darkiem. Chyba zauważyłas jakieś różnice? - prychnęłam.
- Tutaj nie ma czego porównywać. - wywaliła na mnie oczy.
- Aż tak? Ale że co?
- No co co? - uśmiechnęłam się pod nosem. - Posiadanie starszego faceta, dużo starszego faceta to duża satysfakcja. - zaczęła rechotać jak głupia, ja tez w końcu. Krępowało mnie trochę gadanie o tym, ale z kim miałam o tym rozmawiać jak nie z nią właśnie?
- A konkretnie co masz na myśli?
- To, że... Darek przy nim to miętka dętka. - znów się zasmiałyśmy. Wyśmiewałam się z walorów seksualnych swojego byłego, super. I sprawiało mi to przyjemność. - Nie wiem czemu to jest aż tak... niesamowite. Mike w gruncie rzeczy chyba nie robi nic  nie z tej ziemi. Oczywiście, że ma więcej doświadczenia... Boże... - zakryłam znów twarz.
- No nie krępuj się! Sami swoi. - i znów wpakowała sobie ciastko do buzi.
- No po prostu zna kilka dobrych sposób na to, żebym zapomniała jak się nazywam, o! I wystarczy.
- Jakie sposoby?
- Daj już z tym spokój!
- No co?! To źle że chcę wiedzieć? Wszystko trzeba z ciebie siłą wyciągać.
- Wystarczy ci! Mam tylko nadzieję, że już po tym wszystkim nie rzuci się znowu na jakiś nowy krążek. Ledwo chodzi, zobacz. - wskazałam brodą na telewizor.
- Jak ledwo, normalnie. - powiedziała patrząc tak samo jak ja. Ale ja już go dośc dobrze poznałam by wiedzieć. Pokręciłam głową.
- Nie. Normalnie, to on by tam fruwał. I jeszcze ten jego doktorek od siedmiu boleści. - prychnęłam.
- Co z tym doktorkiem?
- Mike już kilka razy zasłabł. Wyglądał kropka w kropkę jak moja mama, kiedy ojciec ją składał do kupy, a ten konował mi mówi, że to CHWILOWE. Wyobrażasz sobie? CHWILOWE! I że JUŻ SIĘ NIE POWINNO WIĘCEJ POWTÓRZYĆ. Tyle, że powtórzyło się już dwa razy od tamtego czasu. - westchnęłam czując ucisk w sercu. - Jak tak teraz na niego patrze...
- To co?
- To zaczynam dostrzegać pewne symptomy.
- Jakie znowu symptomy? Dona, nie wmawiaj sobie niczego na zapas! - popatrzyłam na nią.
- Niczego sobie nie wmawiam, Iwa, on jest wykończony. Niech już ten koncert się skończy co odetchnę trochę z ulgą. - pokręciłam głową.
- Nakręcasz się. Nie umrze od razu, powinnaś się rozluźnić.
- Gadasz teraz dokładnie tak samo jak on! - zdenerwowałam sie trochę. - Martwię się. - spuściłam głowe.
- Na zapas. - powtórzyła. - Nie wywołuj wilka z lasu, proszę cię, Dona. Licho nigdy nie śpi. - pogroziła mi palcem.
Popatrzyłam na ekran jak Mike starał się utrzymać fason. Ludzie pewnie nie zwracali na to większej uwagi, byli wniebowzięci, że ich idol zjawił się w Polsce. Że moga go zobaczyć i posłuchać. Ale doskonale widziałam, że on już jedzie na ostatnich oparach. I im dłużej na niego patrzyłam tym bardziej czułam ucisk w piersi.
- Która to godzina w ogóle? - spojrzałam na zegarek w telefonie. - Jeszcze godzina, ja pierdole...
- Zleci nawet się nie obejrzysz. - starała się mnie pocieszyć. Przyglądała mi się z lekko zmarszczonymi brwiami.
- Mam nadzieję. - odpowiedziałam cicho i ugryzłam ciastko.
Czułam jak mi skóra cierpnie na karku. Nie wiedziałam czemu nagle odczułam taką reakcję. Nic się niby nie działo. Mike jakoś dawał radę, ale... widziałam wyraźnie, że najchętniej to zszedłby już ze sceny. Nie mógł jednak tego zrobić. Z westchnieniem starałam się uspokoić, wbić sobie do głowy, że za jakieś pięćdziesiąt minut będzie w końcu po wszystkim.
Spuściłam znów głowe i zaczęłam obracać w palcach swoje nadgryzione ciasteczko. Iwa wiedziała co kupić, uwielbiałam kruche z cukrem, ewentualnie jeszcze takie z kawałkami czekolady. Oprócz tego przyniosła jeszcze galaretki w czekoladzie, wiśniowe i pomarańczowe. Malinowe sama po drodze wszamała, przyznała mi się od razu. Nie mogła się powstrzymać. Łasuch jakich mało...
- Dona... - powiedziała tylko wskazując na telewizor. Przeniosłam wzrok z niej na ekran i... cała zawartość żołądka podjechała mi do gardła.
Muzyka grała dalej, ale nie było słychać jego głosu, urwał dosłownie w pół słowa. Widziałam jak podnosi rękę do twarzy jakby nagle dostał jakichś zawrotów... Pewnie dostał... Za chwilę przykucnął na scenie łapiąc się za pierś... A potem...
- Chryste, LEŻY! - wydarła się Iwa, a zaraz po niej cała widownia zaczęła krzyczeć coś nie zrozumiale. Dwóch facetów wleciało na scenę, podbiegli do niego, chyba starali się go ocucić... Ale nie kontaktował. W ogóle... się nie poruszał...



Michael


Kiedy wyszedłem na scenę publiczność wrzeszczała jak szalona, co było nieodłącznym elementem tego wszystkiego. Byłem już do tego przyzwyczajony... Choć i tak w dalszym ciągu przyprawiało mnie o ciężkie zakłopotanie, kiedy jakąs pannę trzeba było wyciągać z tłumu, bo zemdlała. Nie rozumiałem co takiego powoduję to w tych ludziach...
Miałem jednak coś ważniejszego na głowie niz rozmyślanie o tym co czują inni ludzie. A mianowicie to jak sam się teraz czułem. Jeszcze pół godziny temu wszystko było w najlepszym porządku, z resztą tak jak mówiłem Donie przez telefon. Nagle ni z tego ni z owego poczułem się po prostu strasznie.
Ktoś podszedł do mnie z pytaniem co się dzieje. Co miałem mu powiedzieć? Nie miałem pojęcia co się stało. Po prostu nagle jakby ktoś zacisnął mi dłoń na sercu w pięść. Nie bolało. Był to raczej jakiś rodzaj prądu, który aż porażał. Każde uderzenie serca było takim kopnięciem jak przez prąd.
Starałem się zachowywać spokój, oddychać głęboko i miarowo. Nawet pomogło, poczułem, że dziwne i niespodziewane uczucie zaczyna mijac i wszystko wraca do normy. Ucieszyłem się, bo napędziło mi to lekkiego stracha. Czułem się wytrącony z równowagi, nigdy wcześniej nie przydarzyło mi się coś podobnego. To było coś nowego...
Postanowiłem sie tym nie przejmowac. Jak zawsze. Powiedziałem, żeby nikt się mną nie martwił, że to za pewne nerwy i za chwile mi wszystko przejdzie. Posłuchali. Ostatnie minuty przed rozpoczęciem koncertu wydawały się zapowiadać, że wszystko będzie dobrze. I było tak mniej więcej do połowy występu. Wtedy znów poczułem, że dzieje się coś dziwnego. Niedobrego. Poczułem mdłości. Serce waliło mi w piersi, obijało się wprost o żebra, miałem wrażenie, że za chwilę po prostu je wypluję. To nie było nic przyjemnego, a do tego musiałem jeszcze śpiewać. Nie nadążałem łapać oddechu. Czułem się jakbym przebiegł maraton, a tak naprawdę nic wielkiego nie zrobiłem. Brakło mi tchu, jakby ktoś odessał zewsząd powietrze.
Starałem się mimo wszystko jakoś się utrzymać i śpiewałem dalej. Starałem się zrobić wszystko by tylko nikt nie zauwazył, że coś jest ze mną nie tak. Powtarzałem sobie w myślach, że jeszcze trochę i zejdę z tej zasranej sceny, nie będzie żadnych bisów, ni niczego, po prostu... zejdę stąd i w końcu odpocznę.
Te myśli jednak nie pomagały. Czułem, że tracę siły, chociaż to co robiłem to był nikły wysiłek. Nie było tańców choreograficznych. Nie musiałem skakać z tyłkiem, biegać, a mimo to czułem się jakbym miał osiemdziesiąt lat i właśnie wszedł po trzech stopniach w górę. Podświadomie czułem, że dzieje się coś niedobrego, bardzo niedobrego, ale wciąż starałem się przekonać, że za chwilę to minie i będzie dobrze. Zdenerwowanie jakie mi towarzyszyło chyba jeszcze to wszystko pogarszało, krew krążyła mocno w żyłach a serce starało się ją nieudolnymi próbami jakoś okiełznać.
Odczuwałem jednocześnie wiele rzeczy. Począwszy od uderzeń zimna i gorąca, przez prąd w całym ciele, po coś co wydawało mi się jakby... jakby ktoś podłączył moje serce do prądu ze zbyt wielkim natężeniem. Ono już nie biło. Ono się po prostu szarpało w mojej piersi tak jakby chciało się z niej wyrwać za wszelką cenę. Stawało się to wręcz bolesne.
Do tego dołączyło uczucie drętwienia w prawej ręce. Tak jak wtedy w Nowym Jorku, ale wtedy nie czułem się aż tak tragicznie. Nabierałem powietrza do płuc, ale czułem się tak jakby go w ogóle nie było. Jakby krew w ogóle go nie pobierała. Albo tak jakby płuca się w sobie zapadły uniemożliwiając cokolwiek...
Zawroty głowy, które również się pojawiły dodatkowo wywołały mdłości. Żołądek jakby zwariował. Miałem wrażenie, że zaraz się porzygam tak jak stoję i nie zdziwiłbym sie gdyby to sie stało. Ale to nie były tego rodzaju mdłości... To było czyste uczucie jakby ktoś wysysał ze mnie życie, dosłownie. Starając się jakoś uspokoić pomyślałem o wampirach energetycznych, czytałem kiedyś te brednie... Ale ten żarcik jednak mi nie pomógł. Czułem się jakbym nosił w piersi bombę zegarową.
Czułem, że ta bomba zaraz wybuchnie, nie wiedziałem tylko jak, w jaki sposób. Pomyślałem już nawet o tym, żeby po prostu przerwać śpiew i powiedzieć po prostu do mikrofonu, że czuję się fatalnie i muszę przerwać występ. Już nawet miałem to zrobić, kiedy kolejny zawrót sprawił, że omal się nie przewróciłem...
Co najmniej jakby ktoś wsadził mnie do jakiegoś kotła i zakręcił nim porządnie. Miałem wrażenie, jakby ziemia sama osuwała mi sie spod nóg. Przestałem śpiewać podnosząc dłoń do twarzy, ale ciało nie chciało mnie słuchać. Jest źle, pomyślałem... Nie potrafiłem dobrze skoordynować ruchów ciała, cała prawa strona zdrętwiała mi do tego stopnia, że prawie jej nie czułem. Nie czułem już nawet mrówek. W następnej chwili pojawił się ból.


Chyba wręcz upadłem na kolana chwytając się za pierś która rozdzierał taki ból jakiego do tej chwili jeszcze chyba nie czułem. To było połączenie skurczu z rozrywaniem na strzępy. Do tego czułem jak serce łomocze o żebra, o mostek starając się jakoś utrzymać rytm, ale...
Mikrofon wypadł mi z ręki, nie widziałem gdzie się potoczył. Zresztą już nic nie widziałem, ani nie słyszałem. Jedyne czego byłem jeszcze świadomy to uczucia kompletnej niemocy w cały ciele. Mogłem się tylko domyślać, że padłem na scenę jak długi sądząc po tępym ledwo wyczuwalnym uderzeniu. W pierwszej chwili wydawało mi się, że słyszę huk, wrzask... ale wszystko cichło, zamazywało się, zlewało w jedną bezkształtną masę bodźców starających przepchać się do mózgu. Ale coś im nie pozwalało. Starałem się nabrać powietrza, ale nie mogłem. Płuca, klatka piersiowa... nic nie chciało mnie słuchać. Przeraziłem się. Nie wiedziałem czy widać cokolwiek na mojej twarzy, jakies emocje, ale byłem autentycznie przerażony. Zdałem sobie sprawę, że wszyscy dookoła mieli rację. Powinienem był... od razu coś z tym zrobić...
Resztkami świadomości przywołałem w głowie obraz mojej ukochanej...




Donata


Wpadliśmy do szpitala jak huragan, mama, tata, Iwa i ja. Cała się trzęsłam. Nie wiem co się ze mną działo tak naprawdę, nie rejestrowałam sobie niczego z otoczenia, żadnych ludzi, odgłosów, zapachów, nic, tylko ta myśl, dostać się tam jak najszybciej i dowiedzieć się co z nim. Czy nic mu nie jest, czy wszystko z nim w porządku.
Izba przyjęc była pełna jakichś ludzi. Nie wiedziałam kim oni są, nie interesowało mnie to. Nie interesowała mnie kolejka do informacji, po prostu dopadła do baby siedzącej za ladą i zaczełam zasypywać ją pytaniami. Ludzie oburzeni zaczęli pytać mnie za kogoś się mam, ale wtedy do akcji wkroczył mój ojciec. Kazał im na mnie spojrzeć. Trzęsłam sie jak osika, wręcz dygotałam, nie umiałam nawet dobrze się wysłowić. Więc uznali chyba, że stało się coś o wiele poważniejszego niż ich badania okresowe czy szczepienia.
Pielęgniarka w końcu udzieliła nam jakichś informacji. Powiedziała gdzie go zawieźli, gdzie mamy się udać i kogo pytać o cokolwiek. Akurat znałam tego lekarza. To on wykrył chorobę serca mamy i między innymi on składał mi rękę, kiedy wpadłam pod samochód sąsiada, kiedy miałam dziesięć lat. Pognałam tam prawie że biegiem.
Oczywiście na korytarzu było pełno ludu, ochroniarze, którzy pilnowali sceny podczas występu, jacyś operatorzy i kilku innych. Kiedy mnie zobaczyli od razu ucichli. Dopadłam do pierwszego lepszego.
- Co z nim? Mówili coś, co się dzieje?! - zaczęłam szarpać jednego za ramię. Nie wiedzieli co mi powiedzieć, albo jak. - No mówże! Zawsze ci się gęba nie zamyka, a teraz co!!!
- Dona, uspokój się, córeczko... - tata próbował mnie uspokoić, ale kazałam mu spadać.
- Co uspokój się, co uspokój!! Może tobie by było na rękę gdyby się teraz przekręcił, ale ja wyobraź sobie tego nie przeżyję...!!! - mama podeszła do mnie i przytuliła mnie, a ojciec stał patrząc na mnie wielkimi oczami. Może przesadziłam. Ale szalałam z niepokoju i niewiedzy a on kazał mi się uspokoić?!
Iwa stała kawałek ode mnie i chyba też nie wiedziała co zrobić, czy w ogóle się odzywać. Ja nie chciałam niczego. NICZEGO, oprócz tego by dowiedzieć sie w końcu co się stało! Chciałam go zobaczyć...
W pewnym momencie z jednej z sal wyszedł ten własnie doktor o którym mówiła pielęgniarka. Kiedy nas zobaczył zmylił nieco krok, ale kiedy go zatrzymałam nie uciekał.
- Na razie nic jeszcze nie wiem. Nic na sto procent. Serce jest nieregularne, zatrzymuje się i rusza, kiedy je trochę popędzimy... - złapałam się za głowę. - Czy on już miał kiedyś takie problemy z sercem? - zapytał.
- Dwa miesiące temu, może troche wcześniej to się zaczęło... Przed trasą. Zasłabł kilka razy. Ostatni raz po pierwszym koncercie, był tam jakiś lekarz podobno mówił o zawale. - wyszeptałam nawet na niego nie patrząc. Myślałam, że zwariuję.
- Opowiadał o jakichś dolegliwościach? Konkretnych symptomach?
- Jego siostra coś mi mówiła, o uderzeniach goraca, dusznościach... ale nie wiem nic konkretnie bo on to całkowicie bagatelizował, kompletnie to zlał... - byłam przerażona i zrozpaczona. Lekarz zamyślił się na chwilę.
- Podejrzewam zaburzenia przewodnictwa. Ale on nie jest jeszcze taki stary, żeby potrzebowac rozrusznika. - myślał głosno. - To może być spowodowane jakimiś substancjami. - popatrzył na mnie. - Bierze jakieś leki? - pokręciłam głowa na nie. - Suplementy diety, witaminy, cokolwiek? Nieodpowiednio dobrane lub mieszane mogą spustoszyć organizm.
- Nie wiem czy coś brał takiego. Wiem, że wcześniej bral nasenne i pobudzające, bo nie wyrabiał się nagrywaniem tego wszystkiego. Nie spał, był do niczego, więc brał na pobudzenie. Ale przestał, po tym jak się o to pokłóciliśmy.
- Dobra. - zatrzymał pilęgniarkę, która wychodziła z tej samej sali. - Badania krwi, morfologia i co tylko, raz! - pognał ją, natychmiast wróciła się do sali, a po kilku minutach wyszła z kilkoma fiolkami pełnymi za pewne jego krwi.
Usiadłam na ławce obok mając wrażenie, że zaraz się przewrócę. Nic nie brał, przynajmniej ja nie widziałam...
- Prosze nie martwić się na zapas. Jeszcze nie umarł, ja tu bez biletu aniołów śmierci nie wpuszczam, proszę być dobrej myśli. - jak zwykle żarty się go trzymały.
Siedzieliśmy tak ze trzy godziny i nic. Nikt nam nic nie mówił, myślałam, że oszaleję. Co jakich czas ktoś biegał z sali i do, ale oczywiście nikt nie raczył nam nic powiedzieć. Tak bardzo się bałam, zaczęłam się zastanawiać, analizować... Nic przy mnie nie brał. Nie słyszałam też, żeby ktoś mówił, że coś bierze. Nie wiedziałam, żeby ktoś mu coś podawał... ale... zaraz...
Doktor znów pojawił się na horyzoncie...
- I co? - podniosłam się od razu z krzesła.
- Mam już wyniki. - powiedział. - Jest pani pewna, że NIC nie brał?
- Nigdy nie widziałam...
- Ma we krwi podwyższone stężenie potasu. Bierze potas na stałe? Takiego poziomu dawno nie widziałem! - wywaliłam na niego oczy.
- Nic nie wiem o żadnym potasie.
- No cóż. Musiał go sporo przyjąc przed ostatnim występem. Dlatego taka reakcja. Podajemy leki... ale zanim to spadnie minie trochę czasu. Jest gorąco, chcę, żebyście to wiedzieli.
- Może umrzeć? - zrobiło mi się słabo.
- Tak, może. - zawsze był bezpośredni. - Utrzymujemy go, ale... No starym dziadkiem nie jest, ale pierwszej młodości też już nie. Ale stawiałbym raczej na happy end, więc proszę spróbować się opanować.
Usiadłam z powrotem na ławce podpierając głowę na rękach.
- Więc musiał go przyjmować od jakiegoś czasu? - usłyszałam głos mojego ojca.
- Tak myślę. W coraz większych dawkach. Nie wiem jaki konował mu to zalecił, ale o mało go nie wykończył. Musze teraz państwa przeprosić. - i poszedł. Natychmiast pomyślałam o tym kretynie Murreyu. On widać pojęcia zielonego nie miał o medycynie!
- Wszystko będzie dobrze, kochanie. - mama usiadła obok mnie i przytuliła mocno. Objęłam ją, czując, że tego potrzebuję. Chciałam wejść do niego, ale mi nie pozwolili. Chyba umrę ze strachu zaraz, pomyślałam.
Nagle z sali w której leżał rozległo się ostre pikanie, a potem pisk... Nie miałam pojęcia o co chodzi, ale natychmiastowo zlecieli się tam lekarze, w tym ten z którym rozmawialiśmy. Byli tam też stażyści. Jakieś chaotyczne głosy, polecenia... Nic z tego nie rozumiałam. Drzwi się zamknęły i całkiem nie było nic słychać.
- Co się tam dzieje... - szepnęłam cała spięta, zaczynał mnie boleć żołądek.
Nastała kilkunastominutowa cisza, niczym nie zmącona, po czym z sali, w której go położyli wyszedł jakiś młody, chyba stażysta... Był blady jak śmierć. To chyba były jego pierwsze dni.
- No co jest? - zapytał go mój ojciec, kiedy tak stał patrząc na nas i nic nie mówił. Widziałam jak cięzko przełyka ślinę. Ręce zaczeły mi drżeć... Dlaczego do cholery nic nie mówi?!
Otwierał kilka razy usta i zamykał je, po czym w końcu wychrypiał...
- Przykro mi, ale...
- No wysłów się w końcu! - znów mój ojciec.
- Chyba już po wszystkim. - powiedział w końcu skacząc po nas oczami.
Poczułam jak serce mi staje...
- Jego serce nie dało rady i... - i to było ostatnie co usłyszałam, zanim nie runęłam na ziemię.

sobota, 6 sierpnia 2016

38.

Dzień dobry. :) Zapraszam na kolejny odcinek, następny we wtorek. :)




Donata


- Dlaczego on się na mnie tak głupkowato patrzy? - Iwa szepnęła mi do ucha kiedy wciąż jeszcze staliśmy w miejscu a ja nie mogłam uwierzyć, że naprawdę tu przyszedł. Szeroki uśmiech nie schodził mi z twarzy. On też się uśmiechał, chociaż trochę nieśmiało pod ciągłą obserwacją mojego ojca. Parsknęłam śmiechem spoglądając na przyjaciółkę.
- Dlaczego się tak patrzy? Boi się, żebyś go tu przypadkiem żywcem nie zjadła. - zaśmiałam się widząc jej krzywą minę. Mike patrzył na nas oczywiście nie rozumiejąc ani słowa.
- Wątpię by był jadalny. Ewentualnie jest ciężkostrawny. Wolę nie ryzykować. Powiedz mu to. - roześmiałam się podchodząc do mojego kochanego i szeptem przekazałam mu całą wiadomość. Uśmiechnął się lekko pod nosem.
- Dzięki. - mruknął po swojemu patrząc na nią.
- Nie ma za co. Ja spadam, zadzwoń do mnie to się spotkamy jak on pójdzie do pracy. Na razie. - i już jej nie było. Michael popatrzył za nią zdziwionym wzrokiem.
- No co? Spodziewałeś się, że się na ciebie rzuci? - parsknął śmiechem.
- Zawsze muszę być przygotowany na wszystko.
- Tutaj nie musisz. Ona nienawidzi twojego skrzeczącego głosu. - powiedziałam bez owijania w bawełnę. - Ale pod pewnym względem jest podobna do mnie. Na pewno nie będzie ci włazić w dupe, nie martw się.
- No to jestem pocieszony. - zaśmiał się choć chyba był lekko zdziwiony, że ktoś tak wyraża się o jego repertuarze głosowym.
- Chodź... - złapałam go za rękę chcąc zaprowadzić go do siebie na górę, ale...
- DOKĄD?! Zaraz będzie obiad, siadać mi tu! - tak, to mój tata. Musiałam się uśmiechnąć. Michael patrzył na niego większymi oczami. Chyba za wszelką cenę chciał uniknac jakiegokolwiek starcia z moim ojcem, bo powiedział spokojnie...
- Nie zjem pańskiej córki...
- Jest tak samo niejadalna jak ty, matka siedziała przy garach od rana...
- Tata. - zaśmiałam się. Podeszłam do niego i przytuliłam się. Nie chciał dać się urobić, ale i tak wygrałam.
- Tylko się zabezpiecz! - syknął za mną na co popędziłam na górę ciągnąc faceta za sobą.
- Co powiedział? - zapytał, kiedy już zamknęły się za nami drzwi.
- Nic takiego. - bąknęłam czując, że rumieniec i tak mówi swoje.
- No co? - zaśmiał się.
- Nic! - przyciągnął mnie do siebie i pocałował namiętnie.
- Tęskniłem za tobą. - automatycznie uśmiechnęłam się zadowolona.
- Taak? A ta panna? Skutecznie pewnie potem odciągała ode mnie twoje myśli, co? - zachichotałam pod nosem.
- Daj spokój. - prychnął, ale i tak się uśmiechnął. - Nic to dla mnie nie znaczy. Śniłaś mi się w nocy... - mruknął na co spojrzałam na niego z zaciekawieniem.
- Naprawdę? - uśmiechnęłam się zalotnie. Odpowiedział mi takim samym uśmieszkiem. - Co takiego ci się śniło?
- Hm... moge ci konkretnie pokazać co mi się śniło... jeśli chcesz... - wymruczał mi do ucha i przygryzł lekko płatek na co przeszły mnie ciarki. Zamruczałam cichutko przymykając oczy.
- Tylko tyle? - powiedziałam spoglądając na niego spod rzęs. Zagryzł lekko wargę. Uwielbiałam kiedy tak robił, wyglądał wtedy naprawdę pociągająco...
Przycisnął mnie do siebie nagle kładąc mi rękę na tyłku. Ściśle przylegałam teraz do jego krocza. Przeszedł mnie prąd i jakies takie ciepło... Jakby przechodzące od niego do mnie. To było przyjemne uczucie.
- Sumiennie sie mną opiekowałaś w tym śnie... - szepnął znów muskając przy tym moje usta. Sama teraz zagryzłam wargę.
- A jak się opiekowałam...?
- Bardzo... całuśnie. - powiedział uśmiechając się w jednoznaczny sposób. Przejechałam powoli językiem po swoich wargach nie odrywając od niego wzroku. Uśmiechnęłam się zadowolona, widząc jak przymyka oczy na ten widok.
- Chyba już się domyślam... JAK się toba opiekowałam... - wymruczałam mu na ucho i całkiem niepostrzeżenie wsunęłam rękę pomiędzy nas i zaczęłam drażnić go przez materiał spodni. Wciągnął głęboko powietrze do płuc.
- Skarbie... opanuj się, bo... - jęknął, kiedy zacisnąłem na nim palce. Uwielbiałam się tak nad nim znęcać.
- Booo? Cooo? - wyszczerzyłam się szeroko pieszcząc go. Długo nie trwało, kiedy poczułam w końcu zawartość jego majtek w całej okazałości. Zachichotałam cała zadowolona z siebie.
- No i widzisz co zrobiłaś? - mruknął niby obrażonym tonem, ale zagryzł wargę i znów przycisnął mnie do swoich bioder. Czułam go bardzo wyraźnie. Otarł się o mnie sugestywnie. - Ciekawe co z tym teraz zrobisz.
- Ja? - zrobiłam niewinną minkę. - Ale ja nic nie zrobiłam...
- Nie? Jesteś pewna? - szepnął chwytając mnie za podbródek i całując mocno pojedynczo. Mruknęłam cicho, ale zaraz się ode mnie odsunął. Podszedł do mojego łóżka i położył się na nim patrząc na mnie wyczekująco.
Spojrzałam na drzwi zagryzając wargę. To chyba nie był najlepszy pomysł... ale co tam. W podskokach podbiegłam do drzwi i przekręciłam w nich zamek, tak na wszelki wypadek. Potem odwróciłam się do niego i spojrzałam po nim całym. Leżał wyciągnięty z rękami pod głową i obserwował z uwagą każdy mój ruch. Wciąż skubiąc zębami usta podeszłam do niego powoli i weszłam na łóżko siadając na nim okrakiem w okolicy jego kolan. Wstrzymał oddech.
- Przyszedłes tu świntuszyć...? - zapytałam pochylając się nad nim. Uśmiechnął się lekko.
- To twoja wina, nie moja. - powiedziała cwanie. Zmrużyłam oczy.
- Taak...? - mruknęłam muskając lekko jego wargi językiem. Przymknął oczy.
- Tak. - odpowiedział podniecony patrząc jak powoli zaczynam odpinać jego pasek u spodni.
Zamruczałam z podziwem, kiedy uwolniłam ich zawartość. Nie czekając więcej, po prostu pochyliłam się i zaczęłam pieścić go jak najlepiej umiałam.
Od razu dało się słyszeć jego ciche westchnienie. Starał się nie wydobywać z siebie zbyt głośnych i charakterystycznych odgłosów, byliśmy w końcu u mnie w domu. Na dole byli rodzice. Nawet kiedy robiłam to mocniej zaciskał zęby i nie pozwalał wymknąć mu się ani jednemu głośniejszemu dźwiękowi. Ostrzegł mnie tuż przed samym końcem i resztę sprawy dokończyłam za pomocą swojej ręki. Wygiął się pięknie w tym samym momencie, kiedy ja poczułam ciepło oblewające moje palce... Obserwowanie jego twarzy w tym momencie było naprawdę ekscytujące, widzieć czyjąc rozkosz wymalowaną na twarzy, nie dało sie tego z niczym pomylić. Wbił palce w moje uda i tak dysząc ciężko powoli się uspokajał. Miałam nadzieję, że rodzice nic nie usłyszeli.
W pewnym momencie otworzył w końcu oczy i popatrzył na mnie uśmiechając się.
- No... teraz jesteś grzeczną dziewczynką. - mruknął na co popatrzyłam na niego unosząc brew do góry. Podniósł się i pocałował mnie namiętnie, długo. Pozwoliłam mu się zdominować w tym pocałunku, zapominając się całkowicie i nawet nie wiedziałam kiedy, w którym momencie jego ciepła dłoń zaczęła pieścić mnie. Po prostu w pewnym momencie ogarnęła mnie potężna fala przyjemności i opadłam miękko w jego ramiona oddychając głęboko. Było mi mało, ale nie miałam odwagi na nic więcej. On chyba też.
- Jeśli pojedziesz ze mną na noc do hotelu, będziemy to robić godzinami... tak jak lubisz... na ostro. - wyszeptał mi do ucha i zagryzł je lekko znów wywołując u mnie w ten sposób cudowne dreszcze. Poczułam znów tamten prąd w podbrzuszu. I już wiedziałam co zrobię.
- Nie moge się doczekać wieczora. - szepnęłam patrząc mu w oczy. Uśmiechnął się zadowolony.
- Ja też. - poruszył zabawnie brewkami mówiąc to. Trzepnęłam go poduszką śmiejąc się.
- Kocham cię. - powiedziałam chwytając jego twarz w swoje dłonie. Uśmiechnął się. - Zapinaj rozporek, idziemy na dół. Bo mój ojciec jeszcze gotów wysiadywać pod moimi drzwiami. - zaśmiał się, ja zresztą też.
- Ty go rozpięłaś, więc ty go teraz zapnij. - stwierdził podpierając się na rękach i patrząc na mnie zadowolony. Parsknęłam smiechem.
- Może nie, bo jeszcze ci COŚ przytrzasnę i co wtedy? - otworzył szerzej oczy i naprawdę zrobił sam. Ze śmiechem poprowadziłam go z powrotem na dół, gdzie mama już stawiała wszystko na stole. Pachniało pysznie, jak zawsze. Będzie miał okazję zobaczyć, jak moja mama cudownie sprawuje się w kuchni.



Michael


Kiedy zeszliśmy na dół natychmiast wyczułem na sobie wzrok jej ojca. Jakby się czegoś doszukiwał. Miał czego, powstrzymałem się by się nie uśmiechnąć. Nie chciałem się kłócić, miałem nadzieję, że całkiem się do mnie w końcu przekona. Bardzo kochałem Donę, zależało mi na niej i chciałem by jej ojciec naprawdę w końcu w to uwierzył.
Salonik połączony z kuchnią wypełniał już miły zapach jedzenia. Wnioskowałem po tym, że jej matka jest naprawdę dobrą kucharką w swoim domu. Zresztą Dona też co nieco potrafi. Co w rodzinie to nie zginie. Z uśmiechem popatrzyłem po wszystkim, starałem się nie rzucać w oczy. Ale nie byłem pewny czy mi to wychodzi.
Kiedy już wszystko było gotowe zostałem posadzony po jednej stronie stołu razem z Doną a jej rodzice naprzeciw nas. Na ścianie wisiał telewizor dość spory, jej ojciec włączył go. Oczywiście pierwsze co zobaczyłem to swoją własną gębę. Westchnąłem cicho. Pod stołem poczułem jak moja ukochana zaciska lekko dłoń na moim udzie. Uśmiechnąłem się w końcu.
- Gdyby ludzie wiedzieli kogo my tu teraz gościmy, ten dom zostałby zrównany z ziemią. - powiedział jej ojciec kąśliwym głosem. Naprawdę chciałbym, żeby... ech.
- Nie przejmuj się. - usłyszałem cichy szept dziewczyny. - On tak zawsze ma. Po prostu musi zrzędzić nie potrafi się powstrzymać. Ale nie martw się. - znów się uśmiechnąłem. I pocałowałem ją lekko po czym spostrzegłem na sobie wzrok jej ojca. Po chwili z kamienną twarzą wrócił do telewizora.
Jedynaczka. Pewnie dlatego tak histeryzował. Ale biorąc pod uwagę tamtego szczyla ta nadopiekuńczość nie była niczym niezwykłym.


W czasie obiadu cały czas program nadawał rewelacje o mnie. Momentami rzygać mi się chciało. Przynajmniej tyle w tym dobrego było, że gadali o koncercie, nie o bzdurach i to, że obok mnie siedziała Dona. To już było najlepsze w tym wszystkim. Błyskawicznie wróciłem myślami do tego co się działo w jej pokoju. Był mały ale przytulnie urządzony. Miękka pościel na łóżku i jej usta...
Zamrugałem, by nieco odegnać od siebie te obrazy, miałem wrażenie, że jej ojciec wwierca mi się do mózgu. Gdyby tylko wiedział... Ale nie do końca byłem w stanie uwolnić się o tych miłych wspomnień.
Po jakimś czasie w końcu w telewizji pokazało się coś innego. I tak nie rozumiałem z tego co mówili ani słowa, ale można było się domyśleć tego i owego. Niestety spokój nie trwał długo. Po jakimś czasie znów zaczęły się wyświetlać fragmenty koncertów i nie tylko z trasy 'Bad', ale i wcześniejszych. Ktoś coś komentował, oczywiście, ja nie wiedziałem co, pokazywano moje występy. W pewnym momencie dostrzegłem lekki uśmiech na twarzy ojca Dony.
- Tak właśnie wygląda człowiek, który wpadł w mrowisko. - powiedział po polsku, czego nie zrozumiałem, więc gapiłem się tylko na niego, a on na mnie uśmiechając się wciąż złośliwie. Dona zakryła twarz dłońmi i już wiedziałem, że pije do mnie.
Co miałem powiedzieć? "Panie, przetłumacz mi to pan, bo nie zrozumiałem?' Ale Dona po chwili przyszła mi z pomocą. Rzeczywiście...
Po obiedzie pani Leszczyńska zajęła się sprzątaniem tego wszystkiego. Zaoferowałem sie, że pomoge, ale wygnała mnie z kuchni. Pan Leszczyński za to poszedł gdzieś by przynieść jakieś desery. Powiedziałem, że nie trzeba przecież takich rzeczy, ale odpowiedział, że mimo wszystko chce być kulturalny ze względu na swoją córkę i mam siedzieć cicho. No cóz...
- Nie przeżywaj tego tak, Mike. Przecież mama cię lubi. Zresztą podejrzewam, że polubiłaby cię nawet wtedy gdybyś miał trzecie oko. - zaśmiałem się cicho pod nosem, ale mimo wszystko nie było mi zbyt latwo.
- Wolałbym mieć przychylność obojga twoich rodziców.
- Najważniejsze jest moje zdanie, a  nie żadnego z moich rodziców. - powiedziała poważnym tonem patrząc na mnie.
Staliśmy w małym korytarzyku tuż przy drzwiach wejściowych, blisko siebie obejmując się. Patrzyłem jej w oczy. Gładziła lekko palcami mój kark czym wywoływała lekkie dreszcze na moich plecach. Przymknąłem lekko oczy uśmiechając się. Przywarła do mnie swoimi ustami na co westchnąłem. Uwielbiałem jej subtelne pocałunki, takie jak ten. Pogłębiłem go i przycisnąłem ją mocniej do siebie by się przypadkiem ode mnie nie oddaliła. Była słodka...
Kiedy nadszedł wieczór mimo wszystko odetchnąłem z ulgą. Mogłem w końcu zabrać ją do siebie, znaczy do pokoju w hotelu, i spędzić czas tylko i wyłącznie z nią nie czując przy okazji palącego wzroku jej ojca na swoich plecach. Jechaliśmy w absolutnej ciszy chyba oboje dobrze wiedząc, jak ta noc będzie wyglądać. Ta i następna przed koncertem. Byłem spragniony co najmniej jakbym nie miał jej sto lat. Miałem szczerą nadzieję, że ona czuje się tak samo.
- Oo... - mruknęła kiedy wpuściłem ją pierwszą do mojego apartamentu w hotelu. - No, dali ci całkiem przyjemne lokum. Nie wybijesz tu sobie o nic zębów. Chyba. - zaśmiałem się.
- Aż tak źle w innych hotelach? - zapytałem podchodząc do niej i obejmując od tyłu. Parsknęła śmiechem.
- Tutaj wygląda całkiem dobrze. Ale daję sobie głowę uciąć, że gdybyś wylądował w jakimś mniejszym hotelu, nie tak renomowanym jak ten, w pokoju zamiast chodzić musiałbyś fruwać, żeby ocalić swoje ząbki. - znów się roześmiałem.
- To chyba nie jest aż tak ważne, co? - szepnąłem owiewając jej szyję ciepłym oddechem. Wyraźnie poczułem jak zadrżała. - Ważne, żeby było wygodne łóżko... - mruknąłem znów popychając ją w stronę własnie takiego. Uśmiechnęła się lekko zerkając na mnie przez ramię.
Odgarnąłem jej włosy z szyi i zacząłem ją czule całować, lekko kąsać, na co westchnęła dźwięcznie. Kochałem ją słuchać w takich chwilach. Myśl, że to ja jestem powodem tych cichych westchnień i jęków była niesłychanie pobudzająca. Wręcz oszałamiająca.
Powoli odwróciłem ją przodem do siebie widząc jednocześnie, że lekko się zarumieniła. Zagryzłem lekko wargę. Wyglądała z tym tak niewinnie... A wcale taka niewinna nie była. Potrafiła pokazać jakie ma pazurki. Momentami bardzo ostre. Imponowała mi tym, sprawiała, że chciałem tego coraz wiecej, nie każda kobieta preferuje dzikość... Chociaż my nie posuwaliśmy się do nie wiadomo czego, to z własnego doświadczenia wiem, że większość kobiet i to bez względu na wiek, preferuje raczej czułe i delikatne posunięcia niż... Niż to co preferuje Dona, w wyniku czego łóżko uderza o ścianę czasami odłupując z niej farbę. Ale nie narzekałem, wręcz przeciwnie. Byłem jak najbardziej za.
Spoglądała na mnie spod rzęs uśmiechając się nieśmiało. Pozornie nieśmiało, bo ja już dobrze wiedziałem do czego jest zdolna, i wątpiłem by było jej z tego powodu wstyd. Czasami lubiła być nawet nieco wyuzdana... Uwodzić mnie, doprowadzać do szewskiej pasji... Nikt tak nie potrafił doprowadzić mnie w łóżku do wrzenia jak ona. Potrafiła prezentować mi całe swoje ciało jednocześnie kategorycznie zakazując mi się dotykać w jakikolwiek nawet najmniejszy sposób. Który facet zniósł by to na dłuższą metę? W końcu musiałem przy każdej takiej okazji po prostu przyszpilić ją do łóżka i pokazać, że czasami siła jej wdzięków może obrócić się przeciwko niej.
Nawiasem mówiąc, kary jakie dostawała za takie poczynania bardzo przypadły jej do gustu...
Usiadła na łóżku, zsunęła buciki ze swoich stópek i przemieściła się na sam środek łózka. Ja zrobiłem to samo, po czym ulokowałem się nad nią, okrakiem, przeczesałem jej włosy palcami. Dużo uwagi pochłaniała jej szyja. Całowałem ją czule, długo, przeciągałem powoli językiem wzdłuż całości aż do ucha. Nie wytrzymała i objęła mnie w pasie przyciskając do siebie. Spodobało mi się to. Wiedziałem, że zaczyna się już powoli rozgrzewać... A nic tak nie podnosi temperatury, przynajmniej w moim przypadku, jak... Powolne rozpinanie bluzeczki, guziczek po guziczku...
- Lubię, kiedy nosisz takie ciuszki... - szepnąłem dobierając się do pierwszego guziczka jej koszulki. Zachichotała cicho patrząc jak powoli rozpiąłem pierwszy guzik...
- Tak? A dlaczego? - zapytała przyciągając mnie do siebie i tym samym muskając lekko moje wargi swoimi... Przymknąłem oczy.
- Bo wtedy mogę powoli i stopniowo odkrywać twoje piękne ciałko... - wyszeptałem znów tuż przy jej uchu i zagryzłem lekko płatek. Odpinałem powoli kolejne guziczki przyglądając się jak powoli ukazuje mi się jej sylwetka. Najpierw dekolt a potem piersi, jeszcze w staniku. Westchnąłem kręcąc głową.
- Co...? - zapytała widząc to. Uśmiechnąłem się spoglądając jej w oczy.
- Nie podoba mi się to... - stwierdziłem udając, że cięzko nad czymś myślę.
- Co?? - zapytała podnosząc się na łokciach i patrząc po sobie. Zagryzłem wargę by się nie roześmiać na widok jej miny. Ale... przynajmniej miałem teraz dostęp...
- Te... - szepnąłem jej sprośne słówko na ucho. Otworzyła szerzej oczy -... nie powinny się przede mną chować... - dokończyłem sięgając za jej plecki i rozpinając stanik. - No... - mruknąłem zadowolony ściągając go i podziwiając ją w całej okazałości. Patrzyła mi prosto w oczy.
- Mike.
- Tak?
- Mówił ci już ktoś, że jesteś zboczuchem?? - zaśmiałem się kręcać głową. - No to teraz ja ci to mówię. Mike, jesteś zboczuchem! I to największym na świecie! - oboje się zaśmialiśmy.
- Ale kochasz mnie. - szepnąłem w jej usta zaczynając drażnić jej piersi. Zawsze wyraźnie na to reagowała. Teraz nie było inaczej. Wciągnęła powietrze gwałtownie do płuc i pokiwała głową wlepiając oczy w moje palce, które się nią zajmowały. Po chwili zastąpiłem je ustami.
Z cichym jękiem odchyliła do tyłu głowę, położyła się płasko i wplotła palce dłoni w moje włosy. Bardzo to lubiła... Musiała to lubić, skoro prosiła bym nie przestawał, że czuje się cudownie... Ani myślałem przerywać. Mnie też się to podobało. Tak, jestem świnia.
Powoli, stopniowo zaczynałem robić to bardziej intensywnie, a ona wiła się pode mną pięknie, jej dłonie błądziły po moim ciele i pościeli. Starając sie za wiele nie odsuwać, powoli zdjąłem z niej resztę garderoby odrzucając rzeczy gdzieś na bok nawet na to  nie patrząc. Oczy wciąż miałem przyklejone do niej.
- Mmm... - zamruczałem, kiedy już mogłem zobaczyć ją całą. Uśmiechała się do mnie zalotnie patrząc mi w oczy. Próbowała mi uciec, kiedy zaczałem się do niej na poważnie dobierać, ale nie pozwoliłem jej. - Nie ma... Skarbeńku, nie ma ucieczek... Jesteś moja... I zaraz dogłębnie to poczujesz... - wymruczałem jej do ucha na co zagryzła wargę patrząc na mnie z napięciem w oczekiwaniu.
Pozbyłem się sam wszystkich swoich ubrań, szczególnie wolno zdejmując z siebie bieliznę. Patrzyła na to z zapartym tchem zagryzajac wargę i zaciskając uda... Była podniecona... Widziałem to wyraźnie, kiedy podniosła na mnie oczy.
Zaopiekowałem sie troskliwie jej kobiecością, co zaowocowało potokiem słodkich jęków i westchnień. Czułem jej rozkosz dosłownie na języku, kiedy doszła. Ale nie zamierzałem na tym poprzestawać. Błyskawicznie wbiłem się w nia wypełniając calutką na co wydała z siebie zaskoczony i pełen seksu okrzyk. Przywarłem do niej ustami odbierając jej na moment dech, ale po chwili odnalazła ze mną wspólny rytm. Następne kilka godzin było wspaniałym przeżyciem...
- Strasznie za tobą tęskniłam. - szepnęla spoglądając na mnie i gładząc palcem jedną z plam na mojej klatce piersiowej. Uśmiechnąłem się zadowolony.
- Jeszcze trochę i będę tylko twój przez cały czas. Jak wrócimy do Stanów przez miesiąc nie będziemy wychodzić z łózka. - roześmiała się ładnie. Sam się szeroko wyszczerzyłem. Wyglądała teraz tak pięknie. Pozostawiłem jej na piersi kilka ładnych malinek...
- Naprawdę? - podpytała patrząc na mnie spod rzęs zagryzając warge. Wyglądała wtedy naprawdę uwodzicielsko i szczególnie podobały mi się wtedy jej usta.
- Naprawdę - potwierdziłem tuż przy jej twarzy patrząc jej w oczy.
Wkrótce pokój wypełniły jej chichoty, kiedy zaczałem znów się do niej śmiało dobierać, a ona próbowała mi uciec. Ostatecznie oczywiście nie dała rady mi uciec.


Rano następnego dnia odwiozłem ją do domu jej rodziców. Nie dałem się zaciągnąc do środka, nie chciałem nadużywac niczyjej cierpliwości. Powiedziałem, że mam jeszcze wiele ważnych rzeczy do pozałatwiania związanych ze zbliżającym się koncertem. Nie kłamałem. Wolałem, żeby spędziła ten czas w domu z rodziną lub z przyjaciółką niż siedziała sama, bo ja i tak będę zajęty. Czy mi się to podobało czy się. Ale i tak byłem w wyśmienitym nastroju po minionej nocy.
Pocałowałem ją namiętnie jeszcze zanim wysiadła. Patrzyłem jak wysiada z wozu i idzie do drzwi a potem za nimi znika. Dopiero wtedy odjechałem spokojnie. Obiecała mi, że jak zawsze będzie mnie oglądać w telewizji. Tym razem pewnie z koleżanką, która zaoferowała się jej potowarzyszyć. Śmiałem się, bo pamiętałem tą dziewczynę jak mierzyła mnie wzrokiem. Nie należała do moich fanek. Zdecydowanie. I to chyba nawet dobrze. Za pewne w okolicy jest dość takich, które zemdlałby na mój widok, dobrze jest wiedzieć, że jest choć ktoś kto dosłownie ma mnie w dupie. To pokrzepiające biorąc pod uwagę to w czym żyję od lat.
Zajechałem na miejsce i nie wiedzieć czemu byłem lekko zdyszany. Przecież nie robiłem nic, kompletnie nic przez co mógłbym się czuć zmęczony. Ale tak było przez moment miałem taką zadyszkę, jakbym przebiegł kilometr. Jeden z operatorów świateł chyba to zauważył, bo podszedł do drugiego i za chwilę zjawił się jakiś inny i zapytał czy aby na pewno dobrze się czuję.
- Tak, tak... nic mi nie jest. - odpowiedziałem.
- Na pewno? Nie potrzebuje pan czegoś? Nie chcemy, żeby nam pan tu padł. Biegał pan, co pan robił?
- Nie, nie biegałem... Przyjechałem samochodem... gdybym mógł prosić o wodę... - powiedziałem w końcu. Przyniesiono mi buteleczkę mineralnej. Wypiłem od razu połowę i wtedy poczułem się trochę lepiej. Nie miałem pojęcia od czego to. Ale ważne, że przeszło, szybko o tym zapomniałem. Zostałem oprowadzony po całości. Próbę przewidywałem tylko jedną, tuż przed koncertem, a więc jutro, chciałem jeszcze zobaczyć się z Doną wieczorem.
Arena była całkiem duża, ale i tak o wiele mniejsza niż ta choćby w Nowym Jorku. Tu wszystko było mniejsze. Może z racji tego, że w ogóle kraj taki malutki? Takiej wielkości jak cała Polska są u nas miasta. No może trochę przesadziłem, ale prawie. Mimo wszystko, nawet tego co mówiła mi Dona i tak mi się tu podobało. Nie podchodziłem jednak też już do tego aż tak... euforycznie. Jednak zdołała nieco otworzyć mi oczy.
Jedyne czego pragnąłem to końca tej trasy i powrotu do Stanów razem z ukochaną dziewczyną. Byłem pewny, że zalegalizują jej ten pobyt. Wtedy już nie będzie żadnych problemów. Gdyby tego nie zrobili, zbankrutowałbym chyba na dojazdach do niej. Chyba bym tu zamieszkał... Raczej na pewno. Nie zdobyłbym się na rozłąkę. Nie potrafię wytrzymać bez niej kilku dni a co dopiero gdyby miała wrócić na drugi koniec świata.

środa, 3 sierpnia 2016

37.

Witam serdecznie. :D Oto kolejny odcinek, następny będzie w sobotę. :) Zapraszam do czytania. I komentowania oczywiście. :)



Donata

Rozłąka, choć tak krótka, dawała mi się we znaki. A myślałam, że jakoś to zniosę, moze nawet nie zauważę, że go nie ma. Nie było nawet takiej opcji. Pierwszej nocy w moim pokoju, leżąc sama w łózku podświadomie chyba go w nim szukałam. Nie mogłam spać. Przyzwyczaiłam się, że był zawsze blisko, że czułam wokół siebie jego zapach. Zamykał mnie w swoich ramionach co też bardzo lubiłam.
Nie mogąc zasnąć wstałam i poszłam do kuchni. Zeszłam na dół po schodach i od razu skierowałam się do lodówki. Jak zawsze był tam mój ulubiony sok pomarańczowy. Nigdy nie kupowałam z innej firmy, chociaż to niby żadna różnica, ale dla mnie była w jakiś sposób kolosalna. Każdy ma jakieś swoje udziwnienia. Tata potrafi się zapomnieć i ni z tego ni z owego zacząc gadać do nas po angielsku, dobrze, że mama też nim włada. Ona sama lubi czasem z chochelką obejść za czymś innym cały dom i chociaż jej ona przeszkadza w poszukiwaniu to jej w kuchni nie zostawi. Ja kupuję zawsze jeden i ten sam sok, a Mike w swoim prywatnym zoo biega jak głupi za małpami. Cóż. LUDZIE.
Siedziałam w tej kuchni nad tym sokiem jakiś czas, a pewne obrazy same nasuwały mi sie przed oczy. Zwłaszcza z nocy. Przetarłam twarz dłońmi uśmiechając się lekko zawstydzona, że rozpamiętuję takie rzeczy. Ale to chyba normalne. Przynajmniej tak mi się wydawało. To nic dziwnego, kiedy nie ma obok najbliższej osoby przywoływać w pamięci tych wszystkich momentów, kiedy była tak blisko jak to tylko możliwe.
Była pierwsza w nocy. Miałam też taki zwyczaj noszenia ze sobą dosłownie wszędzie swojego telefonu, więc zabrałam go też teraz do kuchni. I chyba dobrze, bo nagle zawibrował wściekle na stole. Spojrzałam na ekran i od razu się uśmiechnęłam.
- No hej. - mruknęłam odbierając.
- No cześć. - usłyszałam w odpowiedzi a potem rozległo się potężne ziewnięcie.
Iwa musiała znów koczować po nocy żeby do mnie zadzwonić. Roześmiałam się głośno.
- No proszę, jaka wesolutka. - wyczułam w jej głosie uśmiech. Szczerzyłam się sama jak głupia. Wiedziałam, że będzie gotowa przylecieć tu nawet zaraz jak się dowie, że jestem na miejscu.
- No, może troche.
- A ten twój pan i władca? Co u niego? - jak zwykle podteksty...
- Mój pan i władca jest aktualnie w Moskwie o ile już doleciał. - wyjaśniłam.
- Jak to doleciał? Przecież jesteś z nim.
- Ja zostałam w Polsce. Jestem w domu u rodziców. - cisza.
- NO TO DLACZEGO OD RAZU NIC NIE MÓWISZ?! - tak jak się spodziewałąm.
- Spokojnie. - zaśmiałam się. - Tylko nie wparuj tu zaraz, jest pierwsza w nocy. - zawarczała do telefonu.
- Kiedy się zjawiłaś? Za pewne jeszcze w dzień! Dlaczego nie zadzwoniłaś?!
- Chciałam ci zrobić niespodziankę. - mruknęłam wciąż śmiejąc się pod nosem.
- Wiesz co?! - burknęła znów, ale po chwili się zaśmiała. - Pewnie nie możesz sobie teraz znaleźc miejsca.
- Żebyś wiedziała. - westchnęłam. - Nie myślałam, że aż tak będę odczuwać jego brak.
- A co, myślałaś, że to tak spłynie sobie? - zarechotała znów.
- No mniej więcej. - parsknęłam śmiechem. - Gdyby to miało trwać dłużej... Gdyby mnie nie zabrał w tą trasę to nie wiem co bym zrobiła. Chyba bym uschnęła. Tak jak siedziałam. - Iwa znów zaczeła się śmiać.
- To jak zobaczymy się jutro? - w jej głosie wyczułam przemożną potrzebę własnie tego.
- No jasne. Myślisz, że byłam bym w stanie cię ominąć, kiedy tu jestem?
- No ja nie wiem! Skoro nawet nie zadzwoniłaś...
- No przepraszam, no. - potrafiła zrzędzić, ale wiedziałam, że żartuje.
- A ten twój król odwiedzi cię tam zanim znowu wskoczy na scenę?
- Chyba raczej nie. - odpowiedziałam uśmiechając się na samą myśl o tym.
- Dlaczego?
- Chyba boi się spotkania z moim ojcem twarzą w twarz. - zaczęła śmiac się w głos, mimo że była późna godzina w nocy. - No i z czego się śmiejesz?
- Z was obojga. - zachichotała. - Powinien raczej w tyłku mieć co powie twój tata. To o twój tyłek chodzi a nie o jego. - teraz to ja się zaśmiałam.
- Czy ty myślisz, że my nic innego nie robimy, tylko się seksimy?
- A nie?? - znów się zaśmiałam. Była niemożliwa. Siedziałam już prawie z głową opartą na stolę, potrafiła mnie momentalnie rozbroić.
- Nie, Iwa, nie.
- No to co wy tam robicie?! Ile bym razy nie zadzwoniła, to wciąz byłaś zajęta, to co mogłam sobie pomyślec?
- Mogłaś pomyśleć, że po prostu pracuję. Przecież wiesz...
- Tak wiem, masz rację. Pracujesz u niego. Albo raczej na nim. - stwierdziła głosem nabrzmiałym uciechą.
- IWA! Zboku...! - nie wiedziałam już nawet co powiedzieć, a ta śmiała się w najlepsze.
- No przyznaj się.
- No dobra. I co z tego?
- Tylko w ciążę nie zajdź. - zamrugałam.
- No tutaj to bym akurat... - zaczęłam.
- JESTEŚ W CIĄŻY?! - znów zakwiczała jeszcze zanim cokolwiek powiedziałam. Parsknęłam śmiechem.
- Nie, nie jestem. Jeszcze.
- Jeszcze?
- No... - zaczęłam znów. - Mike pragnie mieć dziecko bardziej niż cokolwiek w życiu, więc... I tak przecież się kochamy i jesteśmy razem. Więc się zgodziłam.
- Po kilku miesiącach?!
- No i co z tego?
- No ja nie wiem. A twoi rodzice wiedzą, że się zaczęliście starać?
- Nie, jeszcze im nie powiedziałam. Ale powiem. Mama pewnie będzie się cieszyć, ale tata pewnie znowu będzie panikował.
- Nie no, na wnuka będzie panikował? Raczej myślę, że też będzie się cieszył.
- Normalnie pewnie by się cieszył, ale że jakoś to MIKE to mam wrażenie, że będzie... no. Wiesz co.
- No domyślam się. - zarechotała znów, sama też się uśmiechnęłam. - Ale może jednak nie będzie tak źle. W końcu nie masz piętnastu lat, facet ma kase i też jest dorosły. Czego chcieć więcej?
- No niczego właśnie. Ale powiedz to mojemu tacie. - zaśmiałyśmy się znów obie równocześnie.Po chwili westchnęłam. - Jedyne czego teraz pragnę, o czym marzę wręcz, to to, żeby ta zasrana trasa już się skończyła.
- Pewnie jesteś już zmęczona tym ciągłym przemieszczaniem się.
- To też, ale w gruncie rzeczy chodzi o coś zupełnie innego. Ja mam bardzo dobry wzrok i widzę, że Mike nie czuję się ostatnio... najlepiej. Nie jest w szczytowej formie, że tak powiem.
- Ale że co?
- Jego lekarz twierdzi, że nic się nie dzieje. Ilekroć Mike zasłabnie i mówi, że boli go w piersi to ten idiota wstrzyknie mu tylko to albo tamto i mówi, że wszystko jest w porządku, że nie ma się czym niepokoić. A miesięcznie sobie kasuje nie wiadomo ile. - westchnęłam znów. - Jak już odbębni ten koncert tutaj to w końcu odpocznie. Obiecał, że nie będzie się podejmował niczego nowego dopóki nie poczuje, że naprawdę jest w stanie. Nie potrzebnie dołączył sobie ten koncert tutaj.
- No jego decyzja. Jeśli chciał...
- Chciał. Zrobił to ze względu na mnie, żebym mogła pobyć z rodzicami. Mam wrażenie, że to próba urobienia do końca mojego ojca. - znów zaśmiałyśmy się obie w tym samym momencie.
- Kocha cię, co zrobisz. - powiedziała wesoło.
- No właśnie nic. A słyszałam, że ta kurwa pracuje w markecie tu nie daleko. - po słowie 'kurwa' od razu było wiadomo o kogo chodzi. Mimo, że Darek mnie nie obchodził to tej pindy nie mogłam zdzierżyć. Roześmiała się znów.
- Tak, tak. Podjęła się pracy na kasie. Czasami rozkłada towar, albo coś tam na magazynie. Dama ubrudziła sobie rączki, hahaha!
- Rodzice już jej nie utrzymują?
- To nie rodzice ją utrzymywali tylko jej fagas. Jak się dowiedział, że bzykała się z twoim od razu kopnął ją w dupę. - parsknęłam śmiechem. - Jak wyjechałaś, próbowała obrobić znowu Darka na swoją stronę, pracuje przecież, ale się nie dał. Kazał jej spierdalać. Biedna. Dlatego ci mówiłam, żebyś uważała na tego swojego Jacksona. - uśmiechnęłam się.
- Spokojnie, nic się nie stanie. Mówię ci, że on tu nawet nie zawita.
- No, żebyś się nie zdziwiła.
- No może się zdziwię. Ale ona go nawet nie dotknie. Już moja w tym głowa w razie czego. Zresztą Mike wie czym grozi oglądanie się za innymi babami.
- Tak? - znów się śmiała.
- Tak. W takim wypadku zostanie etatowym eunuchem. - powiedziałam żołnierskim tonem, na co ona aż zawyła ze śmiechu.
- Co?
- To aż nie do pomyślenia takie teksty w związku z nim.
- To tylko człowiek, Iwa, kimkolwiek by nie był.
Rozmawiałyśmy jeszcze przez jakiś czas po czym rozłączyłyśmy się w końcu i obie poszłyśmy spać. Choć u mnie to pojęcie względne. Poszłam do swojego pokoju, wslizgnęłam się do łóżka, ale tak samo jak przedtem nie mogłam zasnąć. Wciąż mi go brakowało. Z westchnieniem pomyślałam, że może rzeczywiście jednak tu zajrzy. Może tęsknota i jemu da się we znaki?


Michael








Jak mocno można pragnąć bliskości pewnej osoby, tej szczególnej, która chce być przy tobie, nawet jeśli ty sam tego nie chcesz? Jeśli wrzeszczysz, by odeszła, ale tak naprawdę błagasz ją by została. Najgorsze są skrajności. Serce i mózg, uczucia i rozsądek, tych dwóch nigdy nie da się ze sobą połączyć. Nigdy nie będą w stanie stać się nie rozerwalną całością, by móc współpracować ze sobą i wspierać się nawzajem.
A niemożliwe jest to dla tego, że miłość nie jest czymś co umysł może tak łatwo pojąć na swoich żelaznych zasadach. To nie łamigłówka, na rozwiązanie której potrzeba, w zależności od tego kto do niej podchodzi, kilku lub kilkunastu minut. To nie utarte równanie matematyczne, w którym wystarczy tylko podstawić odpowiednio niewiadome i dalej wszystko samo się robi. Jak matematyka jest królową nauk, tak miłość jest królowa wszystkiego co ludzkie. Uczy dawać, nie tylko brać, uczy czerpania przyjemności z podarowywania komuś innemu choćby jakiegoś pozornie nic nie znaczącego drobiazgu. Włada wszystkim emocjom, od strachu, przez ból po nienawiść.
Mówi się, że od miłości do nienawiści jest tylko jeden krok. Że to dwie różne rzeczy, jak życie i śmierć. Dzień i noc... Ale to nieprawda. Miłość się początkiem, z którego wszystko się wywodzi, każde następne uczucie, biorą one w niej swój początek. Miłośc popycha do troski, do odwagi, do strachu, do chęci cierpienia za tego drugiego, do współczucia i empatii, a w skrajnych przypadkach także do nienawiści. To z miłości bierze się nienawiść. Jest jej córką, pochodną i płytkim produktem wydarzeń.
Bo tak naprawdę jeśli wywodzi się ona z miłości do drugiej osoby to tak naprawdę tą nienawiścią nie jest. Można naprawdę nienawidzić, owszem. Za wyrządzone krzywdy, np w rodzinie. Można nienawidzić za wyrządzone zło. Ale nigdy nie można znienawidzić osoby, która kochamy ponad życie. To się nigdy nie uda. A uczucie, które nazywamy tą nienawiścią jest niczym innym jak miłością samą w sobie, jeszcze zwielokrotnioną, w najczystszej postaci, bo gdy cierpimy przez kogoś kogo tak bardzo kochamy, ta miłość w nas żyjąca własnie wtedy daje nam swój prawdziwy obraz. Jeśli cierpimy, znaczy, że prawdziwie kochamy. Jeśli myślimy, że nienawidzimy, to znaczy, że prawdziwie kochamy. Jeśli nie czujemy nic prócz tak zwanego focha... Nigdy nie było w nas miłości.
Miłość popycha też do tęsknoty. To uczucie jak pasożyt, który wyjada człowieka od środka. Każe mu rozmyślać, przywoływać w głowie piękne chwile i człowiek ma szczęście, jeśli wie, że za moment, już za chwilę ta osoba znów będzie blisko nas. Natomiast jeśli nie... Pozostaje mu tylko pielęgnowanie tego uczucia, próba obłaskawienia go by nie zostać przez nie zniszczonym. To się tylko tak mówi, potęsknisz i przestaniesz. Rodzajów tęsknot jest wiele. Ale tylko jeden jest w stanie zabić w człowieku serce. Ja byłem tym szczęsliwcem, który wiedział, że już niedługo znów zobaczy swoją ukochaną.
Właśnie... Koncert w Moskwie przebiegał bez przeszkód aż do momentu kiedy nie wiadomo jak i skąd na scenę wpadła jakaś zwariowana fanka. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem. Nie rzuciła się na mnie z krzykiem, nie płakała, nie padała na kolana. Była nawet ładna... Długie ciemne lokowane włosy, zgrabna figura i nogi, wysokie szpilki i ciemna sukienka opinająca ciało. Można było pocieszyć oko.
Mimo wszystko za każdym razem kiedy trafiała się taka okazja czułem się niezręcznie. Nigdy tak naprawdę nie wiadomo było co taka dziewczyna ma w głowie. Bo jeszcze się nie zdarzyło, żeby na scene wskoczył jakiś chłopak. To już chyba jest wpisane w ten świat, że baby zawsze będą dziwniejsze niż faceci. Przynajmniej pod tym względem.
Ochroniarze dobrze spisywali się przez całą trasę. Nikt jak do tej pory nie wtargną na scenę. A na pewno próbowali. Teraz chyba jednak ta im umknęła. Śpiewałem akurat 'The Way You Make Me Feel', kiedy się pojawiła. Nie zachowywała się jakoś... nadpobudliwie. Mając nadzieję, że to ta z tych bardziej ułożonych zacząłem okręcać ją w tańcu tak jak na to pozwalała mi wolna ręką, gdyż w drugiej trzymałem mikrofon. Mimo wszystko wolałbym tego uniknąc.
Po paru minutach, kiedy utwór już się kończył cieszyłem się, że sobie pójdzie. A jak nie będzie chciała sama, to jej pomogą. Ona jednak uśmiechnęła sie tylko patrząc na mnie i nie pozwoliła nawet zareagować. Przyciągnęła mnie do siebie za koszulę i pocałowała. Już to przerabiałem. Odsunąłem się od niej jak tylko sama się oderwała, a tylko mnie cmoknęła. Jeden z ochroniarzy już kroczył w naszym kierunku.






Uciekłem niemal by nie miała okazji mnie przy sobie jeszcze zatrzymać. Śmiałem się pod nosem, bo co innego mogłem zrobić? Przeciez jej za to nie zabiję. Ciekaw tylko byłem czy Dona to widziała w telewizji... I natychmiast przestałem się uśmiechać.
Koncert dobiegał końca, nie mogłem się doczekać momentu w którym w końcu zejdę ze sceny. Byłem już wykończony. Kiedy pomyślałem sobie, że został jeszcze jeden koncert, którego nie byłoby już gdybym go sobie sam nie dowalił... Nie chciałem jednak narzekać. Cieszyłem się, że Dona może spędzić trochę czasu z rodzicami zanim wrócimy do LA. Kumple grający za mną podśmiechiwali się pod nosem, wiedziałem dobrze dlaczego. No ale cóż. Pozostało tylko machnąć na to wszystko ręką i lecieć dalej.
W końcu kiedy znalazłem się już w swoim pokoju hotelowym rozłożyłem się na nim jak długi i nie mal natychmiast zasnąłem. Brak Dony obok mnie zrekompensował mi natomiast bardzo realistyczny sen z nia w roli głównej. Więc... nie narzekałem, kiedy obudziłem się w pewnym momencie. Było jeszcze ciemno więc musiałem przespać raptem kilka godzin. Ona pewnie też spała.
Niekiedy umysł ludzki może zdziałać prawdziwe cuda. Potrafi nawet czasami całkowicie zatrzeć uczucie tęsknoty choćby wypruwałoby się sobie wcześniej wszystkie flaki. Właśnie przez ten sen poczułem się jakby była przy mnie na wyciągnięcie ręki. Zamknąłem oczy przytulając się do poduszki i przywołałem w pamięci obrazy, które dopiero co mi się ukazywały. Czułem się spełniony, spokojny i nie bałem się o nic. Jutro wylatuję do Polski. Za trzy dni koncert. Będę miał mnóstwo czasu by z nią być... W każdym tego słowa znaczeniu.



Donata

Jakoś w końcu zasnęłam. Kiedy wstałam z łóżka słońce było już dość wysoko, więc musiało byc późno. Poleciałam do łazienki w podskokach i już wkrótce ogarnięta zbiegłam na dół do kuchni, z której już dochodziły pyszne zapachy. Mama zaczynała gotować obiad zawsze około godziny dziesiątej. Potrafiła wyczarować naprawdę niezwykłe wspaniałości, a stawiała wszystko na stół zawsze o godzinie 13. Kiedy chodziłam do szkoły to oczywiście później, ale normalnie tak jak teraz zawsze było wcześniej.
Zastanawiałam się czy nie zaprosić Iwy na obiadek... Też uwielbiała kuchnię mojej mamy. Zresztą uwielbiali ją wszyscy, którzy jej posmakowali.
- O jesteś już. - powiedziała z uśmiechem mieszając w garnku.
- Dlaczego mnie nie obudziłaś, pomogłabym ci...
- Daj spokój, przyleciałaś dopiero co, na tyłku nawet dobrze nie usiadłaś, dam sobie radę, nie martw się. - zaśmiałyśmy się obie. - A poza tym jestem pod wielkim wrażeniem, że ten twój Michael tak prężnie przebrnął przez to wszystko. I ty też razem z nim.
- No ja nie miałam zbyt wiele do roboty. To on latał na próby. Mnie jedyne co mogło zmęczyć to to wiecznie przemieszczanie się z miasta do miasta. - westchnęłam. - Ale i tak się cieszę. Stęskniłam się za wami. - uśmiechnęłam się. Mama też się uśmiechnęła spoglądając na mnie.
- Cieszę się, że znów jesteś szczęśliwa. Martwiłam sie cały czas od kiedy tam wyjechałaś. Znów się uśmiechasz, naprawdę kamień spadł mi z serca.
- Mama. - zaśmiałam się. - Mam wszelkie powody do tego, żeby być szczęśliwą. Mam faceta najlepszego na świecie. I może nawet niedługo zostaniecie dziadkami. - dodałam trochę niepewnie patrząc na matkę.
Spojrzała na mnie wielkimi oczami.
- Jesteś w ciąży?? - parsknęłam śmiechem. Jakie to typowe... Chyba każdy natychmiast zadaje takie pytanie. - No mów, jesteś?
- Nie, jeszcze nie. - odpowiedziałam w końcu. Mama usiadła na krześle naprzeciw mnie. - Ale Mike bardzo chce.
- A ty chcesz? Jesteś jeszcze młoda, masz dopiero 22 lata, kochanie.
- No to co? - wzruszyłam ramionami. - Najlepszy wiek na rodzenie dzieci. Poza tym chcę być z nim i dać mu wszystko czego pragnie. - stwierdziłam przypominając sobie teksty o in vitro. - W sumie to od samego początku stwarzamy sobie do tego najlepsze warunki. - uśmiechnęłam się. Mama fuknęła nagle ale uśmiechnęła się i poczochrała mnie po włosach.
- Młodzi. - westchnęła i wróciła do gotowania.
Zaprosiłam w końcu Iwę na obiad, nie trzeba jej było powtarzać. Zjawiła się u mnie w ciągu godziny i tak jak przypuszczałam, natychmiast przypuściła na mnie atak jeszcze nawet nie zdążyła dobrze wejść do środka. Cieszyłam się strasznie, że także z nią spędze trochę czasu. Mimo wszystko jej też mi bardzo brakowało. Byłam też zadowolona z jej towarzystwa z nieco innego powodu. Przy niej na pewno nie będę wiecznie myślała o Michaelu i o tym, kiedy się w końcu zobaczymy.
Mama pognała nas do mojego pokoju byśmy mogły spokojnie porozmawiać. Oczywiście, nie omieszkała najpierw troche poburczeć, że tak ją zostawiłam, ale w końcu przestała i domagała się opowieści ze szczegółami jak doszło do tego, że ja i Michael Jackson jesteśmy razem. Aż mi było głupio.
Jej towarzystwo rzeczywiście mi pomogło. Nie myślałam już tylko o tym moim księciu, skutecznie zajęła mnie czymś innym. Ale jak się potem okazało, nie tylko ona zadbała o ty bym miała co robić.
- Dziewczynki - mama zapukała i weszła do środka. - Idziemy z tatą do miasta, nie długo wrócimy. W lodówce macie przekąski.
- Dzięki. - zdążyłam tylko powiedzieć kiedy mama zniknęła.
- Co ty tak wciąż zerkasz na ten telefon? - zapytała mnie Iwa lekko szturchając w ramię. - Przestań wreszcie o nim myśleć! Jeszcze będziesz miała go dosyć. - zaśmiałam się.
- No nie wiem.
- Ale ja wiem. Dawaj ten telefon.- zabrała mi go i zakopała w pościeli na łóżku, na którym siedziałyśmy.
- Jesteś niemożliwa. - zarechotałam znów. Rozległ się dzwonek do drzwi.
- A to kto? - zapytała Iwa ładując sobie do ust kolejne ciastko, z tych które sama przyniosła.
- Nie wiem zaraz zobaczę. - po chwili dało się słyszeć łomotanie. - Idę! - krzyknęłam.
Wiedziałąm, że to ani nie rodzice ani nie Mike, ponieważ ten chyba nawet jeszcze nie doleciał do Polski. A propo Michaela... Tamta panna mi się ani trochę nie spodobała. Kiedy otworzyłam drzwi oczy od razu wyszły mi na wierzch.
- A co ty tu robisz?? - zapytałam patrząc na swojego byłego, który przywlókł się tu nie wiadomo po co.
- Chcę pogadać. Możemy? - zapytał.
- Nie. - odpowiedziałam automatycznie patrząc na niego jak na debila.
- Dona, proszę cię, chociaż pięć minut.
- Nie mam dla ciebie nawet pięciu minut. - mówiłam do niego z automatu naprawdę zastanawiając się po co on się tu pojawił. Był aż tak naiwny, żeby myślec, że ta wizyta cokolwiek da?
- Dona... - westchnął. - Proszę cię, nie dałaś mi nawet nic wytłumaczyć...
- A co ty chciałeś mi tłumaczyć? Bo nie rozumiem. - to w jaki chłodny sposób się do niego odnosiłam chyba mu się nie spodobało.
- Cholera no... Zgłupiałem, ale to nie znaczy wcale, że cię nie kocham, że mi na tobie nie zależy...
- Skończ już bo się zaraz porzygam od tych twoich słodkości. - przerwałam mu brutalnie mierząc go spojrzeniem z góry na dół i z powrotem.
- Nie wierze, cymbale, że tu jesteś! - obok mnie pojawiła się Iwa.
- Ty się nie wtrącaj. - odpowiedział jej. No tak wesolutko to tu nie będzie.
- Iwa jest u mnie w domu i może mówić co jej się żywnie podoba. Ty natomiast jesteś robakiem, który na siłę mi się chce tu znowu wcisnąć. Wynocha.
- Dona...
- Powiedziałam raz! WON! - chciałam zamknąc drzwi ale nie pozwolił. Władował się do środka i koniec.
- Proszę cię, porozmawiaj ze mną, sam na sam!
- Wynocha, bo po policję zadzwonię! A w ogóle to spieprzaj bo jak mój ojciec wróci to cię przetrąci!
- Nie boję się twoje ojca, ani tej twojej fałszywej gwiazdeczki! Jackson. Ile takich młodych panienek miał przed tobą? Myślisz, że on taki wspaniały?! Pewnie nie jedna taką pukał jeszcze nie dawno!
- Nawet jeśli, to ty wcale nie jesteś od niego lepszy! - wrzasnęłam i zdzieliłam go po ryju aż było słychać trzask. - Wynocha z mojego domu! - warknęłam i odwróciłam się odchodząc, ale poszedł za mną do kuchni niedaleko.
- Dona, wiem, że cię skrzywdziłem, ale on ci chyba naobiecywał jakichś gruszek na wierzbie! Wierzysz w garbate aniołki?! - spojrzałam na niego mając ochotę go rozedrzeć.
- Zaraz ty będziesz garbaty jak rozwalę na tobie te wszystkie sześć krzeseł! - ale chyba się tym nie przejął.
- Daj mi szansę. Zgłupiałem, dałem się omotać jakiejś pindzie, przysięgam, że...
- Choćbyś mi przysięgę z samym Bogiem u boku składał, NIE! Rozumiesz, NIE!!! Nie dorastasz do pięt tej gwiazdeczce jak sam stwierdziłeś! - prychnął.
- To jest stary pryk, za chwilę rozleci ci się w rękach! Ile on ma lat?! Myślisz w ogóle?!
- Myślę, owszem, i to w dodatku GŁOWĄ, MÓZGIEM a nie FIUTEM, tak jak ty. - skrzywił się.
- Dona, proszę cię, uwierz mi...
- WYNOCHA! - wydarłam się pokazując mu gdzie są drzwi. Nie chciał dać za wygraną.
Wrzeszczałam tak na niego jeszcze jakiś czas razem z Iwą, kiedy usłyszałyśmy otwierające się drzwi i głosy moich rodziców głośno zastanawiajacych się co tu tak głośno. Kiedy mój ojciec go zobaczył... Byłam pewna, że dostanie zaraz apopleksji.
- Co tu robisz, gówniarzu?! Masz dziesięc sekund na opuszczenie tego mieszkania, inaczej zabierzesz drzwi! - tak jak myślałam. Jednak Darek nie miał zamiaru chyba odpuszczać. Mama nie wiedziała chyba też co zrobić, tak jak ja. Nie miałam już zielonego pojęcia jak się tego czubka stąd pozbyć.
- Niech pan może pozwoli nam się dogadać...
- Dona ma już kogoś do gadania, nie potrzebuje oglądać twojej kosmatej gęby, zaraz pomoge ci stąd wyjsć!
- Dona! - zwrócił się znów do mnie. Ta sytuacja robiła się coraz bardziej chora. - Prosze cię, ja nie wierzę, że ty naprawdę z tym starym dziadem...
- Stary, ale jary! - wrzasnęłam znów. Prychnął. - Ty w porównaniu z nim jesteś obrazem nędzy i rozpaczy!
- A niby w czym on jest taki lepszy ode mnie? Stary grzyb...! - mój ojciec chyba naprawdę miał zamiar wyrzucić go przez okno bo już brał go za kołnierz. Ale ten mu się nie dał.
- Starszy, mądrzejszy i o wiele lepszy w łózku. - powiedziałam. Iwa dostała potężnego ataku śmiechu po moich słowach widząc na dodatek minę Darka. Patrzył na mnie wielkimi gałami, chyba nie spodziewał się, że mogę mu tak dowalić. Dla mnie już nawet nie miało znaczenia co powiem, byle on się stąd wyniósł i żebym nie musiała go więcej oglądać. Z drugiej strony, przecież to było oczywiste, że on się tu przywlecze. Burak jeden.
- Dona... opamiętaj się... - powiedział lekko trzęsącym sie głosem.
- Słuchaj, smarku, moja cierpliwość naprawdę się już kończy... - warknął znów mój ojciec. Ale ten idiota go nie słuchał. Podszedł do mnie i złapał mnie za ręce. Chyba był naprawdę zdesperowany.
- Proszę  cię, błagam cię, żebyś się oprzytomniała! Przecież możemy spróbować jeszcze raz...! Ile byliśmy razem, daj mi szanse... - nie dokończył swej myśli, ponieważ niespodziewanie ktoś siłą zabrał go sprzed mojego nosa. Nawet nie zauważyłam kto. Kontem oka dostrzegłam tylko pukle czarnych loków, a potem wszyscy usłyszeliśmy otwierane z hukiem drzwi i mój były dosłownie został wyrzucony na zbity pysk.
Serce waliło mi jak oszalałe obijając sie o żebra...


Michael

Kiedy tylko wylądowaliśmy niezmiernie spieszyło mi się, żeby się z nią zobaczyć. Zadzwoniłem nawet do niej, ale nie odebrała. Pomyślałem, że pewnie siedzi z rodzicami... ale zawsze odbierała cokolwiek robiła. Mogła przeciez wtedy powiedzieć, że jest z mamą i tatą, nie robiłbym jej przecież z tego faktu jakichś wyrzutów.
Ponowiłem próbę dwa razy, ale na próżno. Zdenerwowałem się trochę. Mówiłem, że wyślę z nią kogoś, żeby ją zawiózł pod sam dom! Uparła się jak zwykle! Musiałem się dowiedzieć czy z nia wszystko w porządku.
Nawet już się nie zastanawiałem nad możliwością obecności jej ojca. Zresztą, nie zje mnie tak czy owak. Może najwyżej rzucić pare kąśliwych uwag, o tym byłem przekonany, że nie omieszka. Chciałem tylko znów porwać się w swoje ramiona, utulić i mieć pewność, że nic jej nie jest.
Niby panikowałem, ale mimo wszystko martwiłem się. Chyba pękłoby mi serce gdyby coś jej się stało. Uparłem się, że pojadę sam. W aucie z przyciemnianymi szybami byłem bezpieczny. Nie potrzebowałem bodyguardów. Wpisałem w nawigację adres i już po chwili prowadziła mnie przez coś co brzmiało jak Mokotów... czy jakoś tak, aż wyjechałem z miasta. Nie miałem jakiegoś specjalnego rozeznania, ale miałem wrażenie, że prowadzi mnie okrężną drogą... Polska...
W końcu automatyczny głos oznajmił, że dojechałem do celu. Domek, który zobaczyłem był uroczy. Nie za wielki ale z ogromnym ogrodem. Zawsze uwielbiałem kwiecisty ogród i rzeczywiście, tak jak kiedyś powiedziała mi Dona, jej mama naprawdę trzymała tu parę roślin, które ja sam miałem u siebie. Musiała miec naprawdę dobrą rękę do kwiatów.
Zanim wysiadłem dobrze się rozejrzałem, ale w pobliżu nikogo nie było. Wysiadłem więc i szybkim krokiem przeszedłem pod drzwi wejściowe jak mi się wydawało. Już podnosiłem rękę, by zapukac, ale właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że w domu panuje jakaś awantura. Krzyczała Dona i chyba jej ojciec... Znowu kłócą sie o mnie? Westchnąłem... ale po chwili usłyszałem trzeci głos, jakiegoś chłopaka... Chyba chcieli się go pozbyć, ale on nie był do tego skory.
Krzyki wcale nie cichły, wręcz przeciwnie, stawały się coraz głośniejsze. To pewnie przez tą awanturę Dona nie mogłam odebrać ode mnie telefonu, pomyślałem. Nie wiele myśląc po prostu wszedłem do środka i po przejściu zaledwie dwóch może trzech kroków moim oczom ukazał się ten widok.
Jakiś szczyl przykładał ręce do MOJEJ Dony. MOJEJ. A to co moje jest nietykalne. A już zwłaszcza ONA.


Z jego paplaniny nie zrozumiałem absolutnie nic. Ale i wcale tego nie potrzebowałem. Nie pozwolę, by ktokolwiek sie do niej zbliżał, zwłaszcza jeśli ona sobie tego wyraźnie nie życzy. Domyślałem się co to za dzieciak. Tym bardziej nie starałem się być delikatny.
W trzech krokach dotarłem do niego nawet nie zwracając uwagi na pozostałych i za szmaty wytaszczyłem z domu. Tam, na dworze, zaliczył bliskie spotkanie z ziemią. Aż nakrył sie nogami. Pozbierał się nieco wpatrując się we mnie wielkimi jak cebule oczami. Przykucnąłem przy nim na moment rzucając cicho...
- Mamusia nie nauczyła cię, że nie dotyka się cudzych rzeczy? - mówiłem po angielsku i gówno mnie obchodziło czy mnie zrozumie. Możliwe, że nie. Ale widać, on w ogóle nie posiadał mózgu. - Nie powiedziała ci, że nie wolno przykładać rączek do czegoś co nie jest twoją własnością? Każdy człowiek ma w życiu to co kocha najbardziej, w moim przypadku tą konkretną rzeczą jest właśnie Dona, więc jeśli jeszcze raz twoje brudne łapska znajdą się przy niej w odległości mniejszej niż pięćdziesiąt metrów, będziesz miał je połamane. - wstałem i wróciłem do środka nawet sie na niego nie oglądając.
Sam nie wiedziałem czemu aż tak się wkurzyłem. Byłem wściekły. Ten przydupas śmiał ją dotknąć. Miał szczęście, że nie zdobył się na odwagę, żeby zrobić coś jeszcze, bo wtedy... zginąłby marnie.
Czasami zachowywałem sie nie współmiernie do zaistniałej sytuacji. Ktoś mi kiedyś powiedział, że nigdy nie dorosłem i chyba już się to nie stanie, przez to jakiego rodzaju dzieciństwo zgotował mi ojciec... Być może to prawda. Być może rzeczywiście byłem dzieckiem w skórze dorosłego faceta, ale sam uważałem, że to nie do końca prawda. Byłem jednak dorosłym mężczyzną i mimo wszystko to o czymś świadczyło.
Ale podejrzewałem, że naprawdę czasami to daje mi się we znaki, tak jak teraz. Facet tylko trzymał ją za ręce, a ja miałem ochote go zabić. Ale nieważne. Tak czy owak, nie miał prawa jej dotykać, koniec kropka.
Wszedłem do kuchni powolnym krokiem teraz już rejestrując sobie wszystkich obecnych. Oczywiście, Donę, która wpatrywała się we mnie wielkimi oczami. Obok niej stała jakaś dziewczyna. Siostra? Nic nie mówiła. No i pewnie rodzice...
- Witam. Prosze wybaczyć, że poznajemy się w takich okolicznościach... - zacząłem podchodząc do jej ojca jak mi się wydawało. Popatrzył na mnie przez moment oceniając po czym łaskawie uścisnął mi dłon. No, chyba nie jest tak źle. Jej matka cały czas wbijała swój wzrok w męża jakby telepatycznie chciała mu przekazać, żeby się zachował. Uśmiechnąłem się lekko zwracając się w jej stronę. Kurde, nie miałem żadnych kwiatów, nic... - Pani jest mamą... - urwałem nie wiedząc, czy w ogóle liznęła angielskiego...
- Tak, jasne jasne. - odpowiedziała na co uśmiechnąłem się szeroko. No proszę, cała rodzinka. Już wiedziałam dlaczego Dona tak dobrze zna ten język. Witając się  z kobietą ucałowałem lekko jej dłoń na co dosłyszałem głośne chrząknięcie jej męża.
- Co ty tu robisz?? - usłyszałem słodki głosik mojej ukochanej chyba autentycznie zdziwionej.
- Też się cieszę, że cię widzę. - mruknąłem na co wpadła mi migiem w ramiona. Westchnąłem cicho czując znów jej bliskość i zapach wypełniający moje płuca. Nareszcie... Pocałowałem ją kilka razy pojedynczo po czym znów przytuliłem.
Momentalnie poczułem się lekki jak piórko. Mógłbym już tak zostać i trzymać ją w ramionach do samej śmierci. Miłość jest najpiękniejszą, ale i najtrudniejszą rzeczą w życiu. Jeśli się już ją spotka trzeba bardzo o nią dbać, by nagle nie odeszła.