Hello! Dzisiaj tak pół na pół. Troche dobrego i troche złego. :p Zapraszam. Kolejny odcinek w sobotę. :)
Donata
Nawet nie wiem JAK to się stało... Po prostu. Chyba ani ja ani on nie wypowiedzieliśmy przez ten cały czas ani jednego maleńkiego słówka. Tak zwyczajnie... Po prostu to się stało. Bez niczyjej ingerencji z zewnątrz zrobiliśmy to bez mrugnięcia okiem...
Jego dłonie na moim ciele... to było takie elektryzujące... Te dreszcze, które i mnie i jemu latały po plecach... Widziałam gęsią skórkę na jego ramionach, kiedy drapałam go lekko paznokciami lub przeciągałam językiem wzdłuż całej szyi. Drżał momentami lekko oplatając mnie ramionami tak bym mu przypadkiem nie uciekła.
Seks był wspaniały... jak zawsze z NIM... Był czuły i delikatny... Przez to jak wolno się we mnie poruszał, jak delikatnie muskał moją skórę, moje usta, wszystkie doznania były jeszcze wyraźniejsze i silniejsze. Nie musiałam otwierać oczu. Widziałam go we własnej wyobraźni, jego twarz tak piękną z lekko zagryzioną wargą i wymalowaną rozkoszą. To było całkowicie niespodziewane... Nie planowałam tego... ale on... z pewnością tak.
Zgodziłam się tam zostać sama nie wiedziałam czemu. Odpowiedź w sprawie legalizacji przyślą pewnie do niego, ale przecież mogłam sobie zażyczyć, żeby przesłał mi ją dalej do hotelu, w którym będę się znajdować. Nie zrobiłam tego. Za to znów zamieszkałam w jednej z jego sypialni. To była chora moim zdaniem sytuacja i to bardzo. To wszystko było już tak cholernie pokręcone, zagmatwane, że... nie widziałam już najmniejszej możliwości by to jakoś odkręcić, a... A nie widziałam też już żadnego sensu by zaczynać z nim cokolwiek po tym całym cyrku. Byłam zmęczona. Pragnęłam się stamtąd wyrwać, a jednocześnie... chciałam zostać. Żeby móc na niego chociaż popatrzeć, bo w moim mniemaniu nic innego mi już nie zostało.
Mówił, że mnie kocha, że zrobi wszystko byśmy do siebie wrócili, ale jednocześnie dalej trwał w związku z Madonną. Dla mnie nie było żadnych złudzeń. Nie zamierzałam w nic więcej się pakować. Ani z nim ani z nikim innym. Najbezpieczniej jest zawsze być samemu. Wtedy nikt cię nie zrani. Ja zraniłam jego, on mnie. I tak na przemian... Powinnam stamtąd zniknąć, ale trzymałam się tego wszystkiego za pretekst mając ten urzędowy papier, który miał nadejść.
Wciąż czułam się źle. Nocami już nie płakałam, ale nie mogłam spać. Budziłąm się, zasypiając na co najwyżej dwie godziny, trzy w ciągu doby. Można się było wykończyć psychicznie i nerwowo... Czułam, że dużo mi do tego już nie brakuje. Musiałam się w końcu raz a dobrze zdecydować. Czy chcę tu siedzieć w tym bagnie, czy uwolnić się od niego. Mike nie zerwał z tą... nie powiem już może z kim... więc... na co miałam czekać? Widocznie tak mu było dobrze... Dopiero potem ktoś mnie uświadomił, że on nie ma nawet czasu wyjść do kibla.
- On się tam wykończy. Nie wiem po jaką cholerę wytwórnia zmieniała szefostwo... zarypią go na śmierć. - usłyszałam któregoś razu z salonu. Widać wszyscy inni wiedzieli trochę więcej ode mnie. No ale skoro ja unikałam tematu Mike'a...
- Co się stało? - zapytałam podchodząc do Alana, który stał i przytrzymywał drabinę jednej pani, która myła okna. Od razu przypomniało mi się jak ja to robiłam, dawno temu jeszcze zanim cokolwiek się zaczęło... Zamrugałam oczami odganiając od siebie te wspomnienia. Alan popatrzył na mnie z lekko krzywą miną.
- Nie wiesz? Narzucili mu niemożliwy do zrealizowania program. Ma wydać płytę w trzy miesiące, rozumiesz? A to jest "Dangerous", on tam ma czternaście utworów, co najmniej! Może należałoby powiedzieć, że NA SZCZĘŚCIE kilka innych, które miał zamiar tam dorzucić zostały nie zaakceptowane i nie znajdą się na płycie. Ale to i tak nie wielka pociecha. - wymruczał na koniec. Popatrzyłam na niego wielkimi oczami.
- Tyle pracy w zaledwie trzy miesiące? Powariowali?! - zapytałam nie dowierzając. Zrobił kwaśną minę. - Nie może im powiedzieć, nie wiem, pocałujcie mnie w dupę chociażby?!
- Za starych rządów mógł. Mógł zrobić co tylko chciał, miał naprawdę wielki komfort kiedy nagrywał płytę 'BAD". Teraz to jest jakaś masakra. "BAD' powstawała cały rok. Oni chcą tą całą pracę chyba zmieścić w tak zwanej pigułce. Obawiam się, że on nie da rady. - zaniepokoiłam się.
- Co się z nim dzieje?
- Jest przemęczony. Od rana do nocy siedzi w studiu i pracuje, żeby się wyrobić. Ale i tak ma już małe tyły. Ile może pracować? Już nie raz zdarzyło mu się zasnąć po prostu we fotelu tak jak siedział i nie wrócić na noc do domu. Albo siedział do drugiej, trzeciej nad ranem próbując skończyć to co miał zaplanowane na dany dzień... albo raczej to co ONI mu zaplanowali, ale to jest po prostu nie wykonalne.
- Powinien z nimi porozmawiać, chyba nie są ślepi i będa widzieć, że to jest nierealne! - uśmiechnąłem się smutno.
- Rozmawiał i to nie raz, myślisz, że nie? Wiesz co mu powiedzieli?
- Co? - aż się bałam usłyszec odpowiedź...
- "Trzeba na siebie pracować, panie Jackson". Tak mu powiedzieli. Jeśli nie wywiąże się z narzuconych obowiązków spadnie na dno. Płyta nie ruszy do sprzedaży, trasa się nie odbędzie, teledyski zostaną opatrzone zakazem publikacji gdziekolwiek, nic na tym nie zyska, a bardzo wiele straci. - popatrzył na mnie. Miałam oczy wielkie jak cebule.
- Chyba powariowali! - wściekłam się. - To raczej on tam jest szefem, gdyby nie on, nie mieliby nawet co do gęby wsadzić, to on raczej ma pełne prawo dyktować warunki IM, a nie na odwrót! Wcześniej było jakoś wszystko dobrze, a teraz raptem wynaleźli cuda niewidy! Ale jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze! - Alan patrzył na mnie lekko strapiony, a potem przeniósł wzrok za mnie.
- Nie przejmuj się, kochanie... - usłyszałam za sobą, na co obróciłam się na pięcie, i zobaczyłam go... Stał raptem kilka centymetrów ode mnie. Poczułam ucisk w żołądku... - Dam radę jak zawsze. - podniósł powoli swoją dłoń i pogładził mnie lekko po policzku. Przeszły mnie ciarki. Spuścił wzrok na podłogę. Nie miałam okazji mu się ostatnio przyjrzeć, wiec teraz z przerażeniem stwierdziłam, że jest wykończony. A wszyscy jakoś nagle znikli... Zostaliśmy sami.
- Wyglądasz okropnie. - powiedziałam patrząc wciąz na niego, na co uśmiechnął się lekko i spojrzał znów na mnie.
- Mówię, nie przejmuj się, kochanie.
- Nie mów tak do mnie. - mruknęłam cicho odsuwając się od niego, ale złapał mnie za rękę.
- Będe tak mówił. Nie mam nawet czasu załatwić pewnych... ważnych spraw... - powiedział patrząc mi w oczy. - Ale teraz mam chwilę czasu....
- Na co? - zapytałam czując jak serce zaczyna ostro przyspieszać w mojej piersi... Patrzyłam mu w oczy... Jak powoli się do mnie przysuwa.
- Na to. - szepnął cicho po czym przyłożył lekko dłoń do mojego policzka, po czym poczułam jego wargi... na swoich.
To było cudowne... Od momentu jak tu wróciłam, próbował mnie tak podejśc już kilka razy, ale za każdym razem z wrzaskiem go atakowałam i uciekałam. Teraz jednak... nie wiedziałam dlaczego... może dlatego, że byłam wytrącona z równowagi przez rewelacje Alana... Poddałam mu się i pozwoliłam czule całować przez kilka chwil, pragnąc by się nigdy nie odsuwał.
Był niesamowity. Kiedy poczułam jak mnie obejmuje sama wyciągnęłam nieco ręce ale zawahałam się. Sam zarzucił je sobie na szyję po czym przycisnął mnie do siebie lekko. Pozwoliłam mu się zdominować w tym pocałunku, ale nie był zbyt nachalny ani porywczy. Po prostu... całował mnie namiętnie gładząc po plecach i głowie, raz po raz zahaczając o tyłek. Tak bardzo mi go brakowało... Gdyby tylko ktoś mógł zatrzymać czas w tym momencie...
Wplotłam palce w jego loki i zaczęłam się nimi nieśmiało bawić. Na to przycisnął mnie do siebie za biodra wcale sie niczym nie krępując, tak jak ja. Zamruczałam cicho... Nagle momentalnie o wszystkim zapomniałam. Liczył się tylko on i ten pocałunek. Zaczęłam go śmielej odwzajemniać, przyciągnęłam go do siebie mocniej, o ile było to jeszcze możliwe i objęłam go zaborczo wspinając się aż na czubki palców, byle tylko być jak najbliżej niego. Wyczułam jak się uśmiecha w moje usta... Pociągnełam go mocniej za włosy... Mruknął cicho.
- Chodź ze mną... - wymruczał łapiąc mnie za dłonie i ciągnąc gdzieś za sobą. W pierwszej chwili nawet nie zrozumiałam co powiedział. Byłam oszołomiona tym co działo się jeszcze chwilę temu, wiec bezwiednie poszłam za nim robiąc kilka kroków. Ale wtedy oprzytomniałam. Czułam wciąż jego pocałunek na swoich ustach, ale spojrzałam na niego...
- Gdzie mnie prowadzisz? - zapytałam cicho. Spojrzał na mnie nadal lekko ciągnąc mnie za rękę. Nic przez chwile nie mówił tylko patrzył na mnie.
- Do mojej sypialni. - odpowiedział w końcu bardzo cicho, szepcząc i patrząc mi w oczy.
- Do sypialni... - powtórzyłam wciąż będąc lekko oszołomiona i szłam za nim dalej... Lecz długo to nie trwało. Otworzyłam szeroko oczy. - DO SYPIALNI???
- Tak. Mojej. - powtórzył przyglądając mi się uważnie.
- Po co?! - to pytanie było raczej głupie, ale... Wyrwałam swoją rękę z jego uścisku. Serce waliło mi jak młot. Z jednej strony chciałam z nim iść. Chciałam by mnie tam zabrał i... zamknął drzwi na klucz... i zrobił ze mną wszystko na co tylko będzie miał ochotę. Ale z drugiej strony... włączył mi się chyba wrodzony system alarmowy. Który tak naprawdę przecież był nie na miejscu za każdym razem gdy się włączał...
- A jak myślisz? Chcę być teraz z tobą... - powiedział całkiem szczerze podchodząc do mnie blisko i kładąc ręce na mojej talii. Nie potrafiłam sie ruszyć, kiedy stał tak blisko... kiedy czułam jego zapach i... oddech na szyi. - Chodź... - szepnął znów. I znów oszołomiona poszłam za nim kilka kroków. Ale znów się zatrzymałam.
- Michael, nie. - powiedziałam choć chciałam krzyczeć, żeby zatkał mi buzie i wcale nie zwracał uwagi na to co mówię. Ale on tego nie zrobił. Popatrzył na mnie smutno. Nie mogłam na to patrzeć, ale nie umiałam oderwać wzroku od jego twarzy.
- Jak długo jeszcze mam na ciebie czekać? - zapytał patrząc mi w oczy. Coś zatykało mi gardło.
- Nie czekaj.
- Co? - nie wiedział o co mi chodzi.
- Nie czekaj na mnie bo nic z tego nie będzie. - powiedziałam drżącym głosem w końcu odrywając od niego swoje oczy.
- Nie wierzę, że naprawdę tego nie chcesz. Dona... - szepnął czule moje imię. Aż ciarki mnie przeszły. Przyciągnął mnie znów do siebie... Próbowałam się wyrwać, ale nie wiele to dało. - Powiedz, że mnie kochasz. - wyszeptał cicho tuż przy moim uchu. Jakby ktoś podał mi eliksir prawdy. Nie umiałam powiedzieć nic innego jak...
- Kocham cię, Mike. - uśmiechnął się lekko.
- Te słowa to balsam na moją duszę. Powiedz to jeszcze raz. - poprosił znów.
- Kocham cię. - powtórzyłam teraz już łamiącym się głosem. - Kocham cię strasznie... - przytulił mnie mocno chowając twarz w moich włosach, a ja próbowałam sie jakoś uspokoić. - Ale puśc mnie już. - powiedziałam po chwili ciszy. Popatrzył na mnie. - Puść mnie, Mike.
- Dlaczego nie chcesz... - zaczął znów.
- Nie chcę się w to znowu ładować! - przerwałam mu nie patrząc na niego. - To nie ma już sensu, ja już nie widzę w tym najmniejszego sensu, mam dość! Nie chcę już nic ani nikogo, rozumiesz?
- Jak to nie ma sensu... co ty w ogóle mówisz?
- Taka jest prawda! Nie chcę się w to drugi raz pakowac, bo znów coś sama własnoręcznie spieprzę tak jak wtedy! - powiedziałam drżącym znów głosem i odwróciłam się odchodząc. Złapał mnie za rękę, ale wyrwałam ją i uciekłam... To nie miało sensu. Kradzione kilka słodkich chwil, a potem...
Chciałam powiedzieć 'a potem cała noc pełna żalu', ale bardzo się wtedy pomyliłam...
W tej nocy nie było ani grama żalu. Była przepełniona rozkoszą... A stało się to przez zwyczajny przypadek... bądź nie. Co jest bardziej możliwe.
Mike później pojechał znów do studia... Martwiłam się. Jakże bym nie mogła? Mimo wszystkiego co się stało i działo się nadal, nawet w tej chwili, był mi najdroższą rzeczą na świecie. Już raz o mało coś mu się nie stało poważnego. Nie chciałam znów przechodzić przez coś takiego... Nawet jeśli nie jesteśmy razem. Ale to tak naprawdę niczego nie zmienia.
- Nie martw się o mnie, myszko. - mruknął zanim jeszcze wyszedł.
- Mówiłam, żebyś do mnie nie zwracał się w ten sposób. - mruknęłam nie patrząc na niego.
- A jak mam do ciebie mówić?
- Po prostu Dona. - odpowiedziałam.
- Dobrze, niech będzie więc Dona. Kochanie. - dodał na końcu uśmiechając się cwanie, kiedy spojrzałam na niego zła.
- Chcesz mnie wkurzyć.
- Nie. - odrzekł spuszczając wzrok na ziemię. - Chcę... - zająknął się. - Chcę byś mnie teraz przytuliła. - popatrzyliśmy na siebie przez moment. Nawet chciałam to zrobić, ale...
- Mike, przestań już, proszę cię!
- Co mam przestać? Mam przestać cię kochać? Żądasz niemożliwego.
- Tak ci się tylko wydaje. - burknęłam i uciekłam do swojego pokoju. Jak zwykle ostatnimi czasy.
Byłam pewna, że znów będzie tam siedział przez pół nocy zanim wróci, o ile w ogóle. Zastanawiałam się jak on chce podołać temu zadaniu. Ktoś podobno powiedział mu nawet że powinien pomyślec o zakończeniu kariery. Michael zareagował co najmniej tak jakby ten ktoś dopuścił się zdrady wobec niego. Powiedział, że w życiu tego nie zrobi dopóki nie skończy PRZYNAJMNIEJ pięćdziesięciu lat. Przynajmniej? Nie wiem jak inni, ale... ja sama uważałam, że to nie byłby nawet taki zły pomysł. Mógłby przecież dawać koncerty. Nie wyjeżdżałby już w trasy, nie musiałby myślec o wytwórni, a śpiewałby dalej. Ale Mike to Mike. Nie zgodził sie na takie 'pójście po najmniejszej linii oporu'.
Tak więc bardzo się zdziwiłam, kiedy wieczorem około godziny dziewiątej idąc przez salon zobaczyłam jego kurtkę przewieszoną przez oparcie fotela. Było zbyt wczesnie jak na jego powrót z pracy. Ja bym tego pracą już nie nazwała, raczej obozem pracy, ale... lepiej nic nie mówić. Podeszłam bliżej chcąc się upewnić, że to na pewno jego ciuch. I się nie myliłam, to była jego kurtka. Jeszcze wiedziałam mniej więcej przynajmniej jakie rzeczy nosi. To na pewno należało do niego. Wzięłam ją do reki i przystawiłam sobie do twarzy. Teraz już miałam stuprocentowy dowód na to ,że Mike jest w domu. Pachniała nim. I tylko nim. Nic nie zakłócało zapachu jego ciała, który jeszcze dobrze pamiętałam.
- O panienka Dona! - usłyszałam za sobą i szybko odrzuciłam od siebie materiał. Odwróciłam się i zobaczyłam jedną z tych miłych pań, z którymi pracowałam. Uśmiechała sie do mnie jak zawsze.
- Słucham? - zapytałam nieco nerwowym tonem.
- Właśnie. Pan Michael nie dawno wrócił do domu... - zaczęła.
- A więc jednak? - wpadłam jej nie chcący w słowo.
- Tak! Sama jestem zdziwiona ale nie o to chodzi. - popatrzyłam na nią. - Szukałam ciebie.
- Mnie? - zdziwiłam się nieco. - Dlaczego, co się stało?
- Nic. - uśmiechnęła się. - Chyba. Ale nie wydaje mi się. Po prostu pan Michael chce cię widzieć. - teraz to już miałam naprawdę wielkie oczy.
- Mnie? Teraz? A dlaczego?
- Tak teraz, wrócił jakąś godzinę temu, powiedział, że jak tylko cię gdzies zobaczę mam cie do niego odesłać. Nie mówił o co chodzi, a ja się nie dopytywałam.
- Szkoda, że się nie do pytałaś. - mruknęłam po cichu pod nosem. Kobieta znów się do mnie uśmiechnęła. - To przy okazji zabiore mu tą kurtkę. - dodałam chyba tylko po to by miec jak się ruszyć.
Czego on znów chce, zastanawiałam się idąc powoli w stronę jego sypialni. Bo nigdzie indziej nie było go widać. W sumie to gdzie mógł być o tej godzinie? Pewnie ma mi coś do powiedzenia i zaraz wraca do studia... Może przyszła odpowiedź dla mnie? Od razu poczułam ucisk w żołądku... ale szybko się okazało, że nic do mnie nie przyszło... Za to ja poszłam prosto do niego...
- Mike? Co się dzieje, chciałeś mnie widzieć... - zaczełam ale urwałam po chwili wchodząc do pokoju, który... był całkiem ciemny. Nigdy nie było w nim tak ciemno. Drzwi same się za mną zamknęły pogrążając mnie w totalnym mroku. Nie bałam się ale wydało mi się to dziwne. Widocznie go tu nie było... ale po chwili gdy moje oczy przyzwyczaiły się do panującej ciemności zauważyłam, że okno było szczelnie zasunięte. Do wnetrza nie przedzierał się ani jeden promyczek światła znikąd.
To było naprawdę dziwne... Nie wiedziałam co myśleć. Postanowiłam wyjść i poszukać go gdzieś indziej, ale wtedy... poczułam go tuż za sobą. Zapach jego perfum, który tak lubiłam... jego gorący oddech na szyi. Musiał tu być od samego początku... tylko nie zauważyłam go w tym mroku. Teraz zbliżył się do mnie...
Jego kurtka wypadła mi z rak i cicho opadła na podłogę. Usłyszałam tylko jej cichy szelest. Dłonie lekko mi drżały... Kolana miałam jak z waty, uginały się pode mną. Czułam jak jego ciepłe dłonie powoli wsuwają się pod moja bluzkę... Zrobił to celowo, pomyślałam nagle... Po prostu mnie tu zwabił. I to jak prosto mu to poszło... przyszłam do niego jak słodka muszka do pajączka.
W następnej chwili całkowicie mnie sparaliżował. Nie potrafiłam się ruszyć ani tym bardziej go odepchnąć... Zresztą nie chciałam. Na pewno nie chciałam go odpychać... Całował moją szyję odgarniając z niej włosy. Czułam jak składa delikatne pojedyncze pocałunki a potem przeciąga po niej językiem sprawiając że cała zadrżałam. Objął mnie ciasno od tyłu przyciskając mocno do siebie. Czułam jego ciało... ciasno przylegające do mojego ciała... Wyraźnie czułam jego podniecenie. Był cały rozgrzany, jego przyrodzenie wbijało mi się w pośladki przez materiał spodni. Znów zadrżałam, kiedy to sobie uświadomiłam. A kiedy poczułam jego dłoń na swojej piersi... całkiem skapitulowałam. Nie umiałam już się bronić. I nie chciałam.
- Teraz jesteś moja. - szepnął mi do ucha na co spojrzałam na niego przez ramię. Pożądanie miał wypisane w oczach. Oddychał ciężko i płytko. Powstrzymywał się przed gwałtowniejszymi ruchami względem mnie. - Będziesz tu ze mną przez całą noc... tylko dla mnie... tylko moja. - wyszeptał znów cicho. Muskał przy tym końcami palców moją twarz, policzki... szyję. Zaczął rozpinać bluzkę... - Uwielbiam kiedy masz na sobie taką bluzeczkę... rozpinaną z przodu. - powiedział kiedy już mnie jej pozbawił, a ta sfrunęła lekko na podłoge obok jego kurtki którą tu przyniosłam.
- Mike, nie... - próbowałam się jeszcze obronić, ale już nie umiałam... Przyłożył mi palec do ust.
- Ciii... - owionął ciepłym oddechem moje ucho. - Pragnę cię. Wiem, że ty mnie też. I co byś nie powiedziała, czego nie zrobiła... teraz jesteś ze mną. Moja. Będziemy to robić całą noc... Zrobię wszystko o co mnie tylko po prosisz... tak jak kiedyś. - mówił w tym samym czasie popychając mnie lekko w stronę swojego łózka. Szłam posłusznie razem z nim. - Zobaczysz... przypomnisz sobie jak było nam dobrze... - dodał jeszcze...
- Ja wcale nie zapomniałam... - powiedziałam tylko i to bylo ostatnie co tej nocy zdołałam wypowiedzieć. Reszta... to były wyłącznie dźwięki rozkoszy jaką mi sprawiał.
Michael
Nie planowałem tego w sumie, ale... kiedy wróciłem wieczorem do domu... poczułem, że nie wytrzymam juz dłużej w tej próżni. Musiałem coś zrobić. Ona musiała być znowu moja, choć przez chwilę. Musiała być znów ze mną... choć tej jednej nocy.
Nie miałem na to jakiegoś gotowego planu. Po prostu powiedziałem wszystkim, że jeśli ją gdzieś zobaczą, mają ją natychmiast do mnie odesłać. I tak się stało. Przyszła do mnie z moją kurtką, która zostawiłem w salonie... W tych ciemnościach wyglądała tak seksownie. Nie miała na sobie nic nadzwyczajnego, ale... i tak była dla mnie najpiękniejsza. Pragnąłem znów ją przytulić, tak jak kiedyś...
Próbowała się opierać, ale nie na wiele jej się to zdało. Kiedy już znalazła się pode mną na moim łóżku, cała sytuacja była już przesądzona. Nie dałaby rady mi uciec. I chyba nawet nie chciała. Objęła mnie i przyciągnęła do siebie całując namiętnie... Tak, tego mi brakowało...
Serce waliło mi mocno w piersi, czułem się jakby to wszystko działo się po raz pierwszy. Byłem tak podekscytowany... Ręce mi drżały, cały w środku drżałem dotykając powoli jej ciała, pozbawiając ją po kolei każdej części garderoby jaką na sobie miała...
Żadne z nas przez cały ten czas, kiedy byliśmy razem w tym łózku nie wypowiedziało ani słowa. Nie były potrzebne. I ja i ona dobrze wiedzieliśmy czego chcemy. Było znów tak jak dawniej. Popchnęła mnie na poduszki i rozebrała, sama była już naga... Patrzyłem na jej ciało, jak się porusza... Była naprawdę niesamowicie seksowna.
Kiedy już pozbawiła mnie dosłownie wszystkiego zabrała sie do pracy... Przymknąłem oczy czując jak moje przyrodzenie powoli zatapia się w jej ustach... Jęknąłem cicho zaciskając palce na pościeli, staram się nad sobą panować, ale nie było to łatwe. Nie miałem jej tyle czasu... a teraz była ze mną i robiła TO... Ciężko było mi się opanować, by nie zrobić czegoś gwałtownego. Wplotłem palce jednej ręki w jej włosy i starałem się odprężyć, ale pożądanie które wypełniało całe moje ciało sprawiało, że niemal się gotowałem. Widziała to doskonale...
Zastąpiła swoje usta dłonią i zaczęła mnie mocno pieścić... Największe napiecie znalazło w końcu dla siebie ujście. Z krzykiem doszedłem, na co uśmiechnęła się patrząc mi w oczy. Usiadła na mnie okrakiem i wpiła się w moje usta... Zaczęła poruszać biodrami ocierając się o mnie... Myślałem, że oszaleję...
Długo nie trwało jak znowu byłem gotowy. To wszystko co się działo, nasze rozstanie, te wszystkie labirynty w jakich zaczęliśmy krążyć, to sprawiło, że teraz kiedy była blisko czułem się jakbym był pijany. Jakbym śnił, łapałem się jej gdzie tylko mogłem jakbym chciał sprawdzić czy na pewno tu ze mną jest. Była, naprawdę ze mną była. Całowała mnie zapalczywie. Wiedziałem, że ona też za mną tęskniła... Miałem nadzieję, że teraz wszystko będzie dobrze... tak jak przedtem.
Przeliczyłem się.
Noc była wspaniała. Miałem ją tylko znów dla siebie, ale rano obudziłem się sam w pustym łóżku. Chyba nawet nie byłem już zdziwiony. Wokół unosił się jej zapach,zapach jej skóry i perfum.. A może mam już jakieś majaki... Na swojej piersi zauważyłem kilka sporych malinek. Uśmiechnąłem się mimo wszystko. Pamiętałem, że ją też takimi obdarowałem... tu i ówdzie...
Zauważyłem ją jak tylko opuściłem swoją sypialnię. Była w kuchni, piła kawę stojąc przy oknie. Nie wiele myśląc podszedłem do niej i wtuliłem się w nią od tyłu, aż podskoczyła...
- Chryste, Mike... Przestraszyłeś mnie. - powiedziała odstawiając kubek, ale ja się od niej nie odsuwałem. Wtuliłem twarz w jej szyję i tak stałem.
- Dlaczego wyszłaś bez słowa? - zapytałem cichym szeptem spoglądając w końcu na nią. Jej mina mi się nie podobała.
- Wyszłam bo... - zająknęła się.
- Dona... tylko mi nie mów znowu... czegoś w swoim stylu, proszę cię. - szepnąłem biorąc jej twarz w swoje dłonie. Stała teraz przodem do mnie.
Patrzyła mi przez chwilę w oczy. Potem spuściła wzrok na swoje stópki. Położyła dłon na moim torsie drapiąc mnie lekko przez koszulę.
- Byłeś wspaniały... - wyszeptała tak cicho, że ledwo ją usłyszałem. Przytuliłem ją do siebie mocno kołysząc lekko w ramionach... - Ale to nie powinno mieć miejsca. - dodała drżącym głosem.
- Co? - spojrzałem jej w twarz trzymając za ramiona.
- Ja cię przepraszam, Mike, naprawdę... - zaczęła. Wstrzymałem oddech dosłownie. - To... się nie powinno zdarzyć.
- Dona... - westchnąłem ciężko puszczając ją całkowicie. Nie miałem już siły, naprawdę. - Spędziłaś ze mną cudowną noc, dałaś mi nadzieję, że...
- Przepraszam, nie chciałam cię znów skrzywdzić ani narobić nadziei... - zaczęła dygoczącym głosem. Sama zaczęła się trząść.
- Nie przepraszaj mnie! Po prostu przestań odwalać tą szopkę! - byłem naprawdę zły. Spojrzała na mnie oczami pełnymi łez. - Przepraszam, nie chciałem na ciebie krzyczeć... - powiedziałem po chwili. Spuściła wzrok i zobaczyłem jak po jej policzkach spływają pojedyncze krople. - Dona, zadajesz cierpienie sobie i mnie. Nie potrzebnie.
- Ja już nie chcę...
- Czego nie chcesz?
- Nie chcę cierpieć.
- Nie musisz, przecież...
- Nie, nie, nie. - pokręciła gwałtownie głową. - Nie widzisz jak to wszystko jest już zagmatwane? Nie widać nas już w tym wszystkim. Ja nie chce się już w nic ładować, Mike. Nie wiem, może ja jestem jakaś wyklęta, ale zawsze jak kogoś sobie znajdę to zaraz coś się pieprzy, albo z jego albo z mojej winy. Mam już tego dosyć. - przygarnąłem ją do siebie całując w czubek głowy.
- Dona, to tylko tak strasznie wygląda, naprawdę. Wystarczy, że powiesz jedno słowo...
- Nie. - pokręciła znów głową ocierając policzki. - Mam już dosyć. Nie chcę. Nie chcę się już z nikim wiązać. Za dużo tego dla mnie w tak krótkim czasie. I nie ważne kto zawinił, ty czy ja. Proszę cię, żebyś uszanował to co mówię i nie próbował niczego więcej. - powiedziała po czym wyminęła mnie i wyszła z kuchni...
Nie miałem pojęcia co zrobić. Najgorsza jest ta chwila, kiedy człowiek ma na coś wielką nadzieję, a potem ta nadzieja brutalnie zostaje mu odebrana. Tak jak mnie teraz. Ja nie chciałem wierzyć, że to może się tak skończyć. Ale zacząłem się naprawdę bać. Ona się zamknęła na wszystko, nic do niej nie docierało, żadne słowa, ani moje ani Janet, nikogo. Jak miałem ją odzyskać w takiej sytuacji?
Jeszcze ktoś sobie wymyślił jakiś wywiad dla zasranej telewizji. Nie było mowy o tym bym się od tego jakoś wywinął. Dlatego pozwolono mi wczoraj wrócić wcześniej. Bym mógł się do niego jakoś przygotować. Przygotowałem się jak cholera.
Wkurzało mnie to. Nie miałem teraz głowy do takich rzeczy. Nie pozostało mi jednak nic innego jak iść się ogarnąc i jechać już na miejsce, gdzie byłem umówiony. Wywiad miał być emitowany na żywo, każdy będzie mógł go sobie obejrzeć. Nie zastanawiałem się nawet o co będą mnie pytać, bo domyślałem sie tego. Na pewno o dwie rzeczy. O płytę. I o Madonnę. Tego drugiego bałem się najbardziej. Ale pomyślałem, że w końcu jestem facetem i jakoś dam sobie z tym radę.
Kiedy zajechałem na miejsce już na mnie czekali. Nie zajęło dużo czasu, kiedy w końcu zostałem zaproszony. Minę musiałem mieć nie tęga... zresztą chyba miałem ku temu powody. Ale tez mało mnie to obchodziło co sobie kto teraz pomyśli.
Miałem rozmawiać z jakąś kobietą. Kiedy ją zobaczyłem, zauważyłem, że jest czarnoskóra, trochę przy kości i z przyklejonym uśmiechem do twarzy. Wydawał się nawet szczery, ale... to telewizja. Usiadłem więc obok niej. Nie było nawet foteli. Siedziała na jakichś schodkach, tak więc podszedłem do niej i zająłem miejsce obok.
- Oto i Król Popu! - zaczęła, a zaraz potem rozbrzmiały oklaski. - A gdzie twoja Królowa? Spodziewałam się, że przyprowadzisz ją ze sobą? - jasne, pomyślałem. Nie zdązyłem ugryźc się w język i powiedziałem bezwiednie to co przyszło mi na myśl...
- Moja królowa właśnie dała mi kosza... - dopiero po chwili zorientowałem się, że powiedziałem to na głos.
- Co takiego?! - podchwyciła. - Żartujesz sobie? - uśmiechnąłem się lekko skonsternowany.
- Chciałbym. - postanowiłem to jakoś wykorzystać.
- Czyżby Madonna szukała znów nowych atrakcji?
- Nie chodzi o Mad. - powiedziałem czym wywołałem lekkie poruszenie. Uśmiechnąłem się widząc dezorientacje na twarzy prowadzącej.
- Obawiam się, że nie rozumiem o czym mówisz. - powiedziała i zaśmiała się.
- Powszechnie wiadomo, że Mad nie stroni od znajomości... - wiedziałem, że jeśli ona to zobaczy będzie awantura, ale nie obchodziło mnie to.
- Sugerujesz coś?
- Nie, w żadnym wypadku. Mówię tylko, że jestem świadom rzeczywistości.
- Więc o jakiej królowej mówisz? Wszyscy raczej odnoszą wrażenie, że Królowa jest tylko jedna.
- Tak, w rzeczy samej, jest tylko jedna. - potwierdziłem z uśmiechem. - Dla mnie tylko jedna.
- A twoja kobieta? Jesteście z Madonną w związku od... ilu?
- Od kilku tygodni.
- Dlaczego w ogóle rozstałeś się z tamtą dziewczyną? - uczepiła się tego... - Tak nagle zamieniłeś sobie ją na kogoś innego?
- To nie tak. - uśmiechnąłem się lekko. - Czasami zdarzają się różne rzeczy na które nie mamy wpływu... Sprawy potoczyły się tak a nie inaczej... Nic na to nie poradzę.
- Czy spotykałeś się z Królową jeszcze za nim rozstałeś z tą dziewczyną?
- Nie, absolutnie. Masz tu chyba na myśli te artykuły z gazet. To nie była prawda. Mad pod tym względem jest dość specyficzna i nie zawraca sobie głowy tym co brukowce wkładają jej w usta. Zaczęliśmy się spotykać dopiero po tym jak... rozstałem się z Doną.
Kobieta uczepiła się tego tematu jak rzep psiego ogona. Jednak w końcu dała temu spokój. Chyba widziała, że kompletnie nie leży mi ten temat i zacząłem się już trochę denerwować wałkowaniem non stop tego samego. Zaczęła wypytywać o nową płytę.
Tak jak w przypadku 'Bad' nie mogłem za wiele powiedziec, ale coś tam powiedziałem. Sam jeszcze nie wiedziałem jak to będzie wyglądac i czy w ogóle... Byłem wykończony. Spałem tylko po kilka godzin i to jeszcze nie koniecznie we własnym łóżku. Czasami zdarzało mi się zasnąć w studiu tak jak siedziałem. Ale co mogłem na to poradzić. Nic.
W końcu zapytała czy na do widzenia coś dla nich zaśpiewam. Na sali w publiczności było sporo moich fanów, sądząc po aplauzie który się rozległ bez najmniejszego ostrzeżenia. Aż się zdziwiłem. Co miałem zaśpiewać... "Thriller" był już ze wszystkich stron oklepany jak to tylko możliwe... 'Bad' też już nie była pierwszej świeżości... Nowych utworów nie mogłem tak po prostu ujawnić przeznaczonych na 'Dangerous'. Napisałem kilka innych... ale nie miałem do nich melodii. Nagle jednak coś zaświtało mi w głowie...
Najlepszym natchnieniem jest to co akurat dzieje się w życiu człowieka. Czasami jest to jakieś radosne wydarzenie, jak to które pomogło mi dokończyć ostatni krążek. Związek z Doną. Najlepsze co mnie do tej pory spotkało. A teraz... teraz tym natchnieniem chyba był ten ból, który wciąż odczuwałem, a który starałem się jakoś w sobie zdusić. Zacząlem więc śpiewać. Z marszu wyrzucając z siebie słowa, a melodia sama się układała, nie musiałem nawet myśleć. To rzadko się zdarza... ale mnie ostatnio dość często...
Feels like a fire that burns in my heart,
Every single moment that we spend apart...
I need you around for every day to start,
I haven’t left you alone.
There’s something about you, I stare in your eyes,
And everything I’m looking for I seem to find.
All this time away is killing me inside,
I need your love in my life...
I wanna spend time till it ends,
I wanna fall with you again.
Like we did when we first met,
I wanna fall with you again...
We fought in a battle, nobody won.
And left ourselves a mountain to be overcome...
You can’t run away, the past is said and done,
I need us to carry on...
I wanna spend time till it ends,
I wanna fall with you again.
Like we did when we first met,
I wanna fall with you again...
Kobieta patrzyła na mnie z dziwnym wyrazem twarzy. Może ją to poruszyło. Ja sam czułem się jakiś... wytrącony z równowagi. Chyba to nic dziwnego. Na moment nastała cisza, ale potem rozbrzmiały oklaski. Uśmiechnąłem się lekko skinąwszy głową. Oczywiście musiało paść pytanie...
- Czy to jeden z utworów na...
- Nie. - odpowiedziałem jeszcze zanim dokończyła swoją myśl. - Wymyśliłem to teraz, z marszu...
- Naprawdę?!
- Sam jestem nieco zaszokowany... - przyznałem.
Spotkanie w końcu się skończyło. Byłem pewny, że wywoła to jakieś przynajmniej małe zamieszanie. Ale największą nadzieję miałem na to, że Dona to słyszała. Słowa płynęły prosto z serca. Niczego nie musiałem wyciągać na siłę.
Chciałem tylko jednego. Jej.
Wielka gwiazda POPu i młoda anonimowa w świecie dziewczyna. Czy ktokolwiek by pomyślał, że w ogóle się spotkają? Na pewno nie ona. Spotkanie z nieznanym, wypierane uczucia i skrywane namiętności. I śmierć. Czy możemy tak naprawdę pogodzić się z odejściem ukochanej osoby? A co z teoriami spiskowymi? Czyżby miały one w sobie coś z prawdy?
Michael Jackson
czwartek, 8 września 2016
wtorek, 6 września 2016
51.
Hej! :) Dzisiaj trochę krócej jak mi się wydaje, ale to nic. Mam wrażenie, że końcówka tu niektórych pewnie pocieszy. ;D Zapraszam do czytania, ale i komentowania również oczywiście. :)
Kolejny odcinek w czwartek.
Donata
Mijało już około pięciu dni jak wciąż siedziałam u Lisy. Musiałam w końcu się od niej wynieść, nie mogłam jej wiecznie siedzieć na głowie, i tak wystarczająco długo udzieliła mi schronienia. Nadszedł najwyższy czas by wrócić do tego kotła i... zmierzyć się twarzą w twarz z Michaelem, któy od pięciu dni odchodzi od zmysłów.
Lisa nie powiedziała mu, że jestem u niej choć on wydzwaniał do niej po kilka razy dziennie. Za każdym razem po zakończonej rozmowie powtarzała mi, że powinnam dać mu jakoś znać o sobie bo to zaczyna przypominać po prostu zaginięcie. Trochę śmiesznie to brzmiało, ale z jego perspektywy... pewnie tak myśli. W końcu stwierdziłam, że... Po prostu tam wrócę i już.
- Masz tak po prostu zamiar tam wejść i... już? - zapytała kiedy już się zbierałam do wyjścia. Popatrzyłam na nią przez moment.
- Tak.
- Przeciez on cię chyba... nie wiem co ci zrobi! Mówiłam ci, żebyś dała mu znać, że nic ci nie jest, tylko tyle!
- Ja mu się nie muszę tłumaczyć z tego gdzie wychodzę i na ile. - zdenerwowałam się. - Akurat go najbardziej obchodzi gdzie jestem...
- Jesteś głupia?! - krzyknęła w końcu. - Wydzwania do mnie co kilka godzin, wciąz pyta o to samo, odchodzi o zmysłów, martwi się! Szuka cię po mieście, jeździ...! A ty co?! Uciekłaś, ja to rozumiem! Pewnie na twoim miejscu zachowałabym sie tak samo, ale na miłość Boską, Dona, robisz mu krzywdę! - westchnełam.
- Ja mu robię krzywdę tak?
- Tak.
- A on? Obściskuje się z tą lafiryndą na moich oczach. Mnie nie krzywdzi?
- Sama jesteś sobie winna, po co wmówiłaś mu te wszystkie pierdoły?! Ja wcale nie popieram tego co zrobił, ale nie powinnaś być zdziwiona.
- Nieważne zresztą. - mruknełam w koncu. - Jadę tam tylko po to, żeby się spakować. Przenoszę się do hotelu. Ja tam oszaleję prędzej niż on teraz. Naprawdę.
Usiadła na łózku z którego ja przed chwilą wstałam. Westchnęła przymykając oczy. Ktoś zapukał cicho do drzwi. Okazało sie że to jedna z pokojówek.
- Przepraszam panie, ale... - zaczęła patrząc na nas. - Przyszedł pan Michael. Jest cały roztrzęsiony... co mam z nim zrobić? - zapytała patrząc na nas niepwenie.
Poczułam jak cała zawartość żołądka podjeżdża mi do gardła. Spojrzałam na Lise przerażona, na co ona tylko westchnęła.
- Powiedz mu, że zaraz do niego przyjdę. Posadź go w salonie.
- Dobrze. - powiedziała po czym wyszła. Kobieta spojrzała na mnie.
- Nie patrz tak na mnie. - mruknełam. - Wyjdę stąd choćby oknem byleby go nie spotkać.
- Będziesz go teraz unikać? Dona, to się robi naprawdę niepoważne. Ja naprawdę wszystko rozumiem, rozumiem co czujesz. Ale to jest najlepsza pora by to wszystko skończyć. Ja nawet nie chcę się zastanawiać jak on wygląda.
Miała rację, ale jak to ja, za wszelką cenę chciałam uniknąć spotkania z nim. Nie wiedziałam czemu... uciekłam raz i chyba już nie chciałam wracać. Spotkanie z nim oznaczało tylko kolejne cierpienie... A od tego właśnie chciałam uciec. Najlepiej to od razu wylecieć do Stanów... tak żeby nawet nie wiedział.
Wiedziałam, że gdybym coś takiego zrobiła, zraniłabym go dogłębnie. Ale z drugiej strony skoro tak mu dobrze z Madonną, skoro posuwa ją co drugi dzień, bo przecież co drugi dzień nie wraca na noc, ale wraca późno to na co mu ja? Wciąz u niego mieszkałam i była to naprawdę chora sytuacja. Powinnam się od razu wynieść... Powinnam tam nie wracać.
Ale co się stało to się nie odstanie i trzeba było coś zrobić. Musiałam wziąć się w garść.
Lisa wstała i wyszła do salonu, gdzie kazano mu na nią poczekać, zostałam sama w pokoju. Usiadłam na łózku i ukryłam twarz w dłoniach. To się robi coraz bardziej skomplikowane... A istnieje tyle prostych sposobów na rozwiązanie tego wszystkiego. Każdy jednak wbrew pozorom jest zbyt trudny, mimo, że istotnie łatwy.
Siedziałam tam przez jakąś chwilę. Podeszłam nawet do drzwi, chciałam może coś usłyszeć... Dowiedzieć się co mówią. Nic nie było słychać. No tak, salon jest zbyt daleko... Uchyliłam więc ostrożnie drzwi, ale i to nie wiele dało. Wszystko jakby przeciwko mnie, jakby chciało, żebym wyszła po prostu z tego pokoju.
Westchnęłam. Może właśnie to powinnam zrobić. Ale już widziałam w swojej wyobraźni co zrobi jak mnie tu zobaczy. Co zrobi mnie i Lisie, kiedy dowie się, że przez cały czas tu byłam, a ona kłamała mu w żywe oczy. Może i będzie miał rację, ale to nie zmienia faktu, że nie jestem od niego w żaden sposób uzalezniona i moge robić co mi się żywnie podoba. Nie musze mu się tłumaczyć.
Zamknęłam za sobą drzwi i powoli po cichu zrobiłam kilka kroków czując jak serce wali mi w piersi. Rozedrze mnie na strzępy, pomyślałam, ale nie można już było dłużej sie ukrywać jak jakiś zbieg z zakładu dla obłąkanych. Przystanęłam na moment tak by pozostać jeszcze niewidoczną. Słyszałam jak rozmawiali... a raczej jak Mike cicho coś mówił. Bo Lisa tylko stała, patrzyła na niego i nie odzywała się. Co miała mu powiedzieć...
Wzięłam w końcu głęboki wdech i wyszłam zza tej ściany. Od razu poczułam jakby kilkadziesiąt ostrych sztyletów wbijało się w moje ciało. Tak nieprzyjemny i parzący był jego wzrok. Wiedziałam, że się wścieknie. I nie myliłam się.
Michael
Wariowałem. Gdzie bym nie poszedł, nie zapytał, tam nigdzie jej nie było. Byłem już chyba na skraju załamania nerwowego. Ile można wytrzymać... Najpierw mnie zostawiła po kilku cudownych miesiacach bycia razem, po tych wszystkich szczęśliwych wspólnie spędzonych chwilach, tak po prostu... Potem wmówiła mnie i sobie chyba też przy okazji, że nic już do mnie nie czuje. Ból jaki wtedy czułem był nie porównywalny z niczym co czułem do tej pory. Nikt mnie tak nie zranił, nie skrzywdził po prostu przez całe moje życie. Mówiła, że mnie nie kocha, ale jej zachowanie mówiło zupełnie co innego. Mętlik, który miałem w głowie, chaos po prostu, spowodował, że wszystko cholernie się zagmatwało, a przecież... Wystarczyłoby tylko kilka prostych słów z jej strony... Była jednak uparta. Teraz ode mnie uciekła. Nie wiedziałem już gdzie jej szukać. Bałem się, zaccząłem już tworzyć sobie różne czarne scenariusze tego co mogło się z nią stać. Widziałem ją gdzieś zamkniętą, bitą, nie wiem, wszystko co najgorsze, włącznie z tym, że ktoś ją gdzieś przypadkowo bądź nie zabił.
Żołądek miałem zaciśnięty, nie mogłem jeść, spać... Nic. I tak od pięciu dni. Chodziłem tylko od jednego do drugiego, sam już nie wiedziałem, chyba w nadziei, że za którymś razem u kogoś będzie. Janet sama już się denerwowała i łaziła tak razem ze mną. Zaczynałem już naprawdę histeryzować...
- Boże, co ja mam jeszcze zrobić... - wyszeptałem ostatniego wieczoru. Janet siedziała obok mnie z wielkimi oczami. Trzymała w ręce kubek z kawą, ale ta już dawno ostygła. Nie upiła ani łyka. Pewnie tak samo jak ja miała zaciśnięte gardło. Nic mi nie odpowiedziała. - Mogę nawet zaprzedać duszę samemu diabłu, byleby tylko się odnalazła. - szepnąłem znów z ciężkim westchnieniem podpierając głowię na rękach.
Byłem zmęczony. Po prostu zmęczony tym co się działo, jej milczeniem, nie wiedziała, że umieram ze strachu? Nie domyślała się tego? Celowo to robiła...? Naprawdę chciała bym tak cierpiał? Zadała mi już tyle bólu... i nie dość?
Mimo tego całego cierpienia, nadal ją kochałem. Nadal wciąż śniła mi się w nocy, nadal czułem jej zapach wokół siebie, nadal tęskniłem, a teraz... Teraz umierałem z niepokoju i niewiedzy co się z nią dzieje. Każdego kolejnego dnia to uczucie, ta miłość potęgowała się, a wraz z nią cierpienie. To chyba zawsze idzie w parze... Choćby nie wiadomo jak człowiek chciał, nigdy tego od siebie nie oddzieli, nigdy się od tego nie uwolni.
Przyjechałem do Lisy znów z nadzieją, że to coś da. Dało. Ale...
Wpatrywałem się w dziewczynę, o której szczęśliwy powrót modliłem się od prawie tygodnia i czułem jak coś ciężkiego i zimnego opada mi na dno żołądka. Lisa natomiast lekko pobladła, kiedy zdała sobie sprawę, że Dona mi się pokazała. Byłem skołowany... Tyle razy z nią rozmawiałem i mówiła, że nic absolutnie nie wie...
- Nic mi nie jest. Możesz się uspokoić. - powiedziała cicho i spojrzała na swoje stopki... Otworzyłem szeroko oczy wbijając je w nią.
- Możesz się uspokoić...? - powtórzyłem po niej głuchy na cokolwiek innego i ślepy na cokolwiek innego niż ona. - Tylko tyle masz mi do powiedzenia? - czułem jak serce łomocze mi w piersi... Co to miało znaczyć...?
- A co więcej mam ci powiedzieć? Chyba widzisz, że wszystko ze mną w porządku. - powiedziała znów unikając patrzenia na mnie. Ja natomiast wpatrywałem się w nią jak w obraz. Nie wierzyłem... Przeniosłem wzrok na Lisę, która chyba nie wiedziała co ze sobą zrobić... I wszystko stało się jasne.
- Byłaś tu przez cały czas? - zapytałem znów przenosząc swój wzrok na Donę. Przełknęła ślinę.
- Wiem, że się martwiłeś...
- Pytam, byłaś tu przez cały czas?! - podniosłem głos czując jak wszystkie nerwy w ciele zaczynają mnie szarpać. Dudniło mi w uszach.
- Tak. - odpowiedziała cicho.
- Od momentu jak wyszłaś z domu przez całe pięć dni?? - dopytałem znów wciąż wwiercając w nią swoje spojrzenie. Chwila ciszy...
- Tak. - odpowiedziała znów.
Patrzyłem na nią oniemiały wręcz... A Lisa? Dlaczego mi nie powiedziała, przecież wydzwaniałem do niej jak głupi, błagałem, prawie płakałem jej do telefonu a ona?! Miała ją cały czas pod nosem i nie pisneła nawet słówka! Jeśli Dona nie chciała mnie widzieć, mogła kazać jej to po prostu powiedzieć, że jest u niej i tyle... Ale po co... Po co miałbym wiedzieć, lepiej żebym odchodził od zmysłów.
Miałem ochotę po prostu dolecieć do niej i nie wiem co z nią zrobić... Ale najbardziej chciałem... po prostu... przytulić. Byłem jednak zbyt wściekły, by tak po prostu wziąć ją w ramiona.
- Powiedz mi... Dona. - wycedziłem jej imię, aż się wzdrygnęła i popatrzyła na mnie z pewną obawą. - Długo masz jeszcze zamiar sprawdzać ile jestem w stanie wytrzymać? - o dziwo mówiłem całkiem spokojnie. Ale musiałem wyglądać na naprawdę wkurwionego... i byłem. Popatrzyła na mnie większymi oczami.
- Ja niczego nie sprawdzam... - nie zdążyła dokończyć swojej myśli. Zerwałem się z miejsca.
- Nie? A co to twoim zdaniem jest? Nie będę... nie chcę tego znosić, rozumiesz?! Bawiłaś się chociaż dobrze moim kosztem, wiedząc, że jeszcze chwila i zwariuję? - zmrużyła oczy. O... będzie odwet...
- Ja się bawiłam twoim kosztem? - warknęła. - Masz chyba co robić. Nudziło ci sie, że się tak 'zamartwiałeś' o mnie?
- Akurat nie miałem nic lepszego do roboty.
- Aha, no to powinieneś raczej porozmawiać o tym z Madonną, w końcu to ona jest od zapewniania ci rozrywek, prawda? - usłyszeliśmy czyjeś westchnięcie. To Lisa ukryła twarz w dłoniach i wyszła. Zostaliśmy sami.
- Temat Madonny zostaw w spokoju. - warknąłem. Miałem wrażenie, że zaraz się zapalę. Do tego właśnie ta Madonna ostatnio jeszcze bardziej uprzykrzała mi życie...
- O przepraszam. Szanownej królowej nie wolno tykać. - uśmiechnęła się ironicznie. Przymknąłem oczy starając się jakoś nad sobą zapanować. - Ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego tak to przeżywasz. Powinieneś się raczej cieszyć. - znów otworzyłem szeroko oczy.
- Co?
- No tak. Masz mnie cały czas na głowie, śmiechu warte, naprawdę. Powinieneś się raczej starać mnie pozbyć z własnego domu, ale nie wychodzić ze skóry kiedy sama wpadłam na ten genialny pomysł, by się ewakuować. Na pare dni ale jednak...
- Przestań... gadać głupoty!
- To nie są głupoty, Mike. Popatrz na to sam. Miałam i tak zamiar dzisiaj wrócić, jestem już nawet spakowana. Za wiele tu ze sobą nie miałam zresztą... reszta jest u ciebie. Ale nie martw się to też zabiorę. - coś mnie ukuło...
- O czym ty mówisz...?
- O tym, że przenoszę się do hotelu, jeszcze dzisiaj.
Nastała cisza. Nie czułem już żołądka. Nie zdziwiłbym się gdyby skurczył się do niezidentyfikowanych rozmiarów. Gdyby dosłownie zniknał. Chciała się ode mnie wynieść...? Tak na dobre? W życiu.
- Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziałem po chwili na co podniosła na mnie swój wzrok.
- Co takiego?
- Nigdzie nie będziesz się przenosić. - teraz patrzyła na mnie wielkimi oczami.
- Będziesz mnie u siebie więził?!
- Tak, jeśli będę musiał, to będę cię trzymał nawet związaną i zakneblowaną w szafie!
- Jesteś chory!
- Jestem zakochany!!! - ryknąłem w końcu. Nic nie powiedziała, tylko patrzyła na mnie oczami wielkimi jak spodki. Oddychałem ciężko. Powiedziałem to... i co z tego? Wątpiłem by to coś dało... - Jestem za ciebie odpowiedzialny. - dodałem już spokojniej. Jej brewki powędrowały wysoko w górę.
- Słucham? Odpowiedzialny? Za mnie? A z jakiej racji?!
- Z takiej, że gdy wyjeżdżaliśmy od ciebie z domu z powrotem do Stanów obiecałem twojemu ojcu, że nic ci się nie stanie! Z takiej racji! - powiedziałem znów czując jak wszystko się we mnie gotuje.
- To było wtedy! - wycedziła zakładając ręce na piersi i garbiąc sie lekko, nie patrzyła na mnie.
- Nie ważne KIEDY!
- Nie będziesz mnie do niczego zmuszał! Jestem dorosła osobą i mogę decydować o sobie jak mi się podoba, a ty nie będziesz mi mówił co mam robić, pozwalał na coś bądź nie! Powiedziałam, że się od ciebie wynoszę i to zrobię, koniec kropka! A spróbuj mnie tylko zatrzymać!
- To co wtedy?
- Zostaw mnie w spokoju po prostu! - skuliła się prawie i złapała za głowę. - Daj mi żyć w spokoju, ja tego dłużej nie zniose... - usłyszałem jak cicho szepcze drżąc na całym ciele. Wiedziałem... wiedziałem, że cierpi przez to wszystko tak samo jak ja... - Masz tą swoją Madonnę to się jej trzymaj, a mi daj w końcu spokój! - usłyszałem znów. - Nie każ mi na to dłużej patrzeć.
Patrzyłem na nią i czułem jak coś rozrywa mi serce. Przecież doskonale wiedziałem, że gdyby nie mój głupi pomysł z Mad pewnie teraz bylibyśmy znów razem. Ja zamiast od razu to skończyć, kazałem jej to wszystko oglądać... Dzień w dzień, widziałem jak się wykańcza. I ja mówiłem, że ją kocham? Nie powinienem być zdziwiony, że uciekła i nie chciała by ktokolwiek w świecie wiedział gdzie jest.
Zrobiłem jeden niepewny krok w jej kierunku, a potem następny i kolejny. Spojrzała na mnie oczami mokrymi od łez, które spływały jej już po policzkach. Nigdy nie chciałem by cierpiała.... Nie przeze mnie. Tak jak teraz. Nie ważne kto to wszystko zaczął. Oboje się teraz na wzajem raniliśmy.
Podniosłem powoli rękę chcąc dotknąć jej policzka. Powoli otarłem jej łzę.
- Jedno twoje słowo, Dona i... nie będziesz musiała już na to patrzeć. - powiedziałem mając nadzieję, że może... Ale efekt był zupełnie inny.
- Nie! - krzyknęła odpychając mnie od siebie. - Nie chcę już nic, rozumiesz?! Jedyne czego pragnę to uwolnić się od ciebie raz na zawsze! Zostaw mnie! Po prostu daj mi żyć w spokoju! Wykończę się...! - zdążyłem ją złapać zanim nie upadła na podłogę. Zaczęła mnie odpychać ale jakby nagle wszystkie siły ją opuściły. - Odejdź... - zapłakała cicho odsuwając się ode mnie, ale przycisnąłem ją do siebie mocno.
Dlaczego to wszystko jest takie trudne, skomplikowane... Dlaczego nie możemy być po prostu znów razem tak jak wcześniej... Przecież oboje się kochamy, a to chyba najważniejsze. Widać to chyba jednak nie wystarczyło, bo ona wciąż nie chciała mojej bliskości.
Po jakimś jednak czasie poczułem jak obejmuje mnie w pasie i tuli się mocno płacząc, chowając twarz w mojej klatce piersiowej. Dosłownie wszystko bolało mnie w środku. Przycisnąłem ją do siebie mocniej gładząc po włosach i policzku i słuchając jej cichego szlochu. Nie mogłem pozwolić jej odejść. Wtedy stracę ją całkowicie. Ledwo dawałem sobie radę teraz, a jak nie będzie jej w ogóle... Co ja wtedy zrobię? Potrzebowałem jej wciąż do zycia... Dlaczego nie chciała tego zrozumieć...
- Zawiozę cię do Neverland, położysz się... - szepnąłem na co zareagowałą tak jak się spodziewałem. Zaczęła mnie znów odpychać.
- Nie pojade do żadnego Neverland! Pojadę do hotelu! I sama zamówie sobie taksówkę! Zostaw mnie!
- Nie, nie zostawię. - szepnąłem na co rozpłakała się znów.
Zaczęła coś mówić, ale nie byłem w stanie tego zrozumieć. Naprawdę moja obecność tak ja bolała? Nie powinienem być zdziwiony. Ale nie mogłem jej na to pozwolić. Jeśli chciałem ją odzyskać, nie mogłem znów pozwolić jej odejść. Pierwsze co musiałem zrobić to pozbyć się Madonny, ale czułęm że to nie będzie zbyt proste. Ale nie zamierzałem się nią przejmować. Pragnąłem być znowu z Doną. I byłem pewny, że poruszę nawet Słońce, by tak się stało.
- Powiedziałam, że nie chcę, żebyś wiózł mnie do siebie! Chociaż nie, dobrze! Zabiorę rzeczy i wynoszę cię. - wyskoczyła z auta, kiedy zajechaliśmy pod dom, ale zdążyłem ją zatrzymać.
- Dona. Proszę cię, nie rób mi tego. - popatrzyła mi w oczy. Musiała wyczytać coś w moich bo jej wzrok nagle nieco złagodniał... - Przecież kochamy się. Co stoi na przeszkodzie, powiedz mi...
- Nie jestem ci do niczego potrzebna. - powiedziała w końcu odwracając się.
- Proszę cię, nie rób tego. - powiedziałem znów zatrzymując ją kawałek dalej.
- Mike, przestań! To jest chore, żebym wciąz tu siedziała!
- A gdzie pójdziesz, powiedz mi? Proszę cię. - spojrzałem jej prosto w oczy. Pokręciła głową.
- Nie.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też kocham, Mike... - powiedziała w końcu, w końcu to powiedziała! Ale zaraz dodała... - Ale z tego już nic nie będzie. Ja już nie chcę w to dalej brnąć. Pozwól mi się w spokoju spakować...
- Nie pozwolę ci. Nie licz na to.
- Musisz, nie możesz mnie tu trzymać na siłę!
- Mogę! I będę! Dona, proszę cię. - chwyciłem jej twarz w swoje dłonie i pocałowałem czule. Szarpnęła się, ale nie miała w sobie zbyt wiele siły. Po chwili przytuliła sie do mnie, a ja zagarnąłem ją z cichym westchnieniem wplatając palce w jej włosy. - Jesteś zmęczona. Będziesz się teraz tłukła po zatłoczonym mieście?
- Będziesz próbował wszystkiego byleby mnie zatrzymać, prawda? - usłyszałem jej szept.
- Tak. Będę próbował wszystkiego. - spojrzeliśmy na siebie w tym samym momencie. - Kochasz mnie. - stwierdziłem.
- Kocham. - potwierdziła kiwając głową i spuszczając głowę.
- Więc dlaczego powiedziałaś mi...
- Nie chcę o tym wszystkim rozmawiać, Mike. - pokręciła głową zaciskając oczy. - To już było, nie wróci. Zostanę kilka dni, aż nie dostanę odpowiedzi w swojej sprawie. Na pewno przyślą to na ten adres, więc... Ale potem się wyprowadzam. - spojrzała mi w oczy. - I nie zatrzymuj mnie proszę. - to mówiąc odwróciła się i weszła do środka zostawiając mnie na dworze samego... Patrzyłem w jej plecy dopóki nie znikła.
Nie. Nie wypuszczę cię stąd...
Kolejny odcinek w czwartek.
Donata
Mijało już około pięciu dni jak wciąż siedziałam u Lisy. Musiałam w końcu się od niej wynieść, nie mogłam jej wiecznie siedzieć na głowie, i tak wystarczająco długo udzieliła mi schronienia. Nadszedł najwyższy czas by wrócić do tego kotła i... zmierzyć się twarzą w twarz z Michaelem, któy od pięciu dni odchodzi od zmysłów.
Lisa nie powiedziała mu, że jestem u niej choć on wydzwaniał do niej po kilka razy dziennie. Za każdym razem po zakończonej rozmowie powtarzała mi, że powinnam dać mu jakoś znać o sobie bo to zaczyna przypominać po prostu zaginięcie. Trochę śmiesznie to brzmiało, ale z jego perspektywy... pewnie tak myśli. W końcu stwierdziłam, że... Po prostu tam wrócę i już.
- Masz tak po prostu zamiar tam wejść i... już? - zapytała kiedy już się zbierałam do wyjścia. Popatrzyłam na nią przez moment.
- Tak.
- Przeciez on cię chyba... nie wiem co ci zrobi! Mówiłam ci, żebyś dała mu znać, że nic ci nie jest, tylko tyle!
- Ja mu się nie muszę tłumaczyć z tego gdzie wychodzę i na ile. - zdenerwowałam się. - Akurat go najbardziej obchodzi gdzie jestem...
- Jesteś głupia?! - krzyknęła w końcu. - Wydzwania do mnie co kilka godzin, wciąz pyta o to samo, odchodzi o zmysłów, martwi się! Szuka cię po mieście, jeździ...! A ty co?! Uciekłaś, ja to rozumiem! Pewnie na twoim miejscu zachowałabym sie tak samo, ale na miłość Boską, Dona, robisz mu krzywdę! - westchnełam.
- Ja mu robię krzywdę tak?
- Tak.
- A on? Obściskuje się z tą lafiryndą na moich oczach. Mnie nie krzywdzi?
- Sama jesteś sobie winna, po co wmówiłaś mu te wszystkie pierdoły?! Ja wcale nie popieram tego co zrobił, ale nie powinnaś być zdziwiona.
- Nieważne zresztą. - mruknełam w koncu. - Jadę tam tylko po to, żeby się spakować. Przenoszę się do hotelu. Ja tam oszaleję prędzej niż on teraz. Naprawdę.
Usiadła na łózku z którego ja przed chwilą wstałam. Westchnęła przymykając oczy. Ktoś zapukał cicho do drzwi. Okazało sie że to jedna z pokojówek.
- Przepraszam panie, ale... - zaczęła patrząc na nas. - Przyszedł pan Michael. Jest cały roztrzęsiony... co mam z nim zrobić? - zapytała patrząc na nas niepwenie.
Poczułam jak cała zawartość żołądka podjeżdża mi do gardła. Spojrzałam na Lise przerażona, na co ona tylko westchnęła.
- Powiedz mu, że zaraz do niego przyjdę. Posadź go w salonie.
- Dobrze. - powiedziała po czym wyszła. Kobieta spojrzała na mnie.
- Nie patrz tak na mnie. - mruknełam. - Wyjdę stąd choćby oknem byleby go nie spotkać.
- Będziesz go teraz unikać? Dona, to się robi naprawdę niepoważne. Ja naprawdę wszystko rozumiem, rozumiem co czujesz. Ale to jest najlepsza pora by to wszystko skończyć. Ja nawet nie chcę się zastanawiać jak on wygląda.
Miała rację, ale jak to ja, za wszelką cenę chciałam uniknąć spotkania z nim. Nie wiedziałam czemu... uciekłam raz i chyba już nie chciałam wracać. Spotkanie z nim oznaczało tylko kolejne cierpienie... A od tego właśnie chciałam uciec. Najlepiej to od razu wylecieć do Stanów... tak żeby nawet nie wiedział.
Wiedziałam, że gdybym coś takiego zrobiła, zraniłabym go dogłębnie. Ale z drugiej strony skoro tak mu dobrze z Madonną, skoro posuwa ją co drugi dzień, bo przecież co drugi dzień nie wraca na noc, ale wraca późno to na co mu ja? Wciąz u niego mieszkałam i była to naprawdę chora sytuacja. Powinnam się od razu wynieść... Powinnam tam nie wracać.
Ale co się stało to się nie odstanie i trzeba było coś zrobić. Musiałam wziąć się w garść.
Lisa wstała i wyszła do salonu, gdzie kazano mu na nią poczekać, zostałam sama w pokoju. Usiadłam na łózku i ukryłam twarz w dłoniach. To się robi coraz bardziej skomplikowane... A istnieje tyle prostych sposobów na rozwiązanie tego wszystkiego. Każdy jednak wbrew pozorom jest zbyt trudny, mimo, że istotnie łatwy.
Siedziałam tam przez jakąś chwilę. Podeszłam nawet do drzwi, chciałam może coś usłyszeć... Dowiedzieć się co mówią. Nic nie było słychać. No tak, salon jest zbyt daleko... Uchyliłam więc ostrożnie drzwi, ale i to nie wiele dało. Wszystko jakby przeciwko mnie, jakby chciało, żebym wyszła po prostu z tego pokoju.
Westchnęłam. Może właśnie to powinnam zrobić. Ale już widziałam w swojej wyobraźni co zrobi jak mnie tu zobaczy. Co zrobi mnie i Lisie, kiedy dowie się, że przez cały czas tu byłam, a ona kłamała mu w żywe oczy. Może i będzie miał rację, ale to nie zmienia faktu, że nie jestem od niego w żaden sposób uzalezniona i moge robić co mi się żywnie podoba. Nie musze mu się tłumaczyć.
Zamknęłam za sobą drzwi i powoli po cichu zrobiłam kilka kroków czując jak serce wali mi w piersi. Rozedrze mnie na strzępy, pomyślałam, ale nie można już było dłużej sie ukrywać jak jakiś zbieg z zakładu dla obłąkanych. Przystanęłam na moment tak by pozostać jeszcze niewidoczną. Słyszałam jak rozmawiali... a raczej jak Mike cicho coś mówił. Bo Lisa tylko stała, patrzyła na niego i nie odzywała się. Co miała mu powiedzieć...
Wzięłam w końcu głęboki wdech i wyszłam zza tej ściany. Od razu poczułam jakby kilkadziesiąt ostrych sztyletów wbijało się w moje ciało. Tak nieprzyjemny i parzący był jego wzrok. Wiedziałam, że się wścieknie. I nie myliłam się.
Michael
Wariowałem. Gdzie bym nie poszedł, nie zapytał, tam nigdzie jej nie było. Byłem już chyba na skraju załamania nerwowego. Ile można wytrzymać... Najpierw mnie zostawiła po kilku cudownych miesiacach bycia razem, po tych wszystkich szczęśliwych wspólnie spędzonych chwilach, tak po prostu... Potem wmówiła mnie i sobie chyba też przy okazji, że nic już do mnie nie czuje. Ból jaki wtedy czułem był nie porównywalny z niczym co czułem do tej pory. Nikt mnie tak nie zranił, nie skrzywdził po prostu przez całe moje życie. Mówiła, że mnie nie kocha, ale jej zachowanie mówiło zupełnie co innego. Mętlik, który miałem w głowie, chaos po prostu, spowodował, że wszystko cholernie się zagmatwało, a przecież... Wystarczyłoby tylko kilka prostych słów z jej strony... Była jednak uparta. Teraz ode mnie uciekła. Nie wiedziałem już gdzie jej szukać. Bałem się, zaccząłem już tworzyć sobie różne czarne scenariusze tego co mogło się z nią stać. Widziałem ją gdzieś zamkniętą, bitą, nie wiem, wszystko co najgorsze, włącznie z tym, że ktoś ją gdzieś przypadkowo bądź nie zabił.
Żołądek miałem zaciśnięty, nie mogłem jeść, spać... Nic. I tak od pięciu dni. Chodziłem tylko od jednego do drugiego, sam już nie wiedziałem, chyba w nadziei, że za którymś razem u kogoś będzie. Janet sama już się denerwowała i łaziła tak razem ze mną. Zaczynałem już naprawdę histeryzować...
- Boże, co ja mam jeszcze zrobić... - wyszeptałem ostatniego wieczoru. Janet siedziała obok mnie z wielkimi oczami. Trzymała w ręce kubek z kawą, ale ta już dawno ostygła. Nie upiła ani łyka. Pewnie tak samo jak ja miała zaciśnięte gardło. Nic mi nie odpowiedziała. - Mogę nawet zaprzedać duszę samemu diabłu, byleby tylko się odnalazła. - szepnąłem znów z ciężkim westchnieniem podpierając głowię na rękach.
Byłem zmęczony. Po prostu zmęczony tym co się działo, jej milczeniem, nie wiedziała, że umieram ze strachu? Nie domyślała się tego? Celowo to robiła...? Naprawdę chciała bym tak cierpiał? Zadała mi już tyle bólu... i nie dość?
Mimo tego całego cierpienia, nadal ją kochałem. Nadal wciąż śniła mi się w nocy, nadal czułem jej zapach wokół siebie, nadal tęskniłem, a teraz... Teraz umierałem z niepokoju i niewiedzy co się z nią dzieje. Każdego kolejnego dnia to uczucie, ta miłość potęgowała się, a wraz z nią cierpienie. To chyba zawsze idzie w parze... Choćby nie wiadomo jak człowiek chciał, nigdy tego od siebie nie oddzieli, nigdy się od tego nie uwolni.
Przyjechałem do Lisy znów z nadzieją, że to coś da. Dało. Ale...
Wpatrywałem się w dziewczynę, o której szczęśliwy powrót modliłem się od prawie tygodnia i czułem jak coś ciężkiego i zimnego opada mi na dno żołądka. Lisa natomiast lekko pobladła, kiedy zdała sobie sprawę, że Dona mi się pokazała. Byłem skołowany... Tyle razy z nią rozmawiałem i mówiła, że nic absolutnie nie wie...
- Nic mi nie jest. Możesz się uspokoić. - powiedziała cicho i spojrzała na swoje stopki... Otworzyłem szeroko oczy wbijając je w nią.
- Możesz się uspokoić...? - powtórzyłem po niej głuchy na cokolwiek innego i ślepy na cokolwiek innego niż ona. - Tylko tyle masz mi do powiedzenia? - czułem jak serce łomocze mi w piersi... Co to miało znaczyć...?
- A co więcej mam ci powiedzieć? Chyba widzisz, że wszystko ze mną w porządku. - powiedziała znów unikając patrzenia na mnie. Ja natomiast wpatrywałem się w nią jak w obraz. Nie wierzyłem... Przeniosłem wzrok na Lisę, która chyba nie wiedziała co ze sobą zrobić... I wszystko stało się jasne.
- Byłaś tu przez cały czas? - zapytałem znów przenosząc swój wzrok na Donę. Przełknęła ślinę.
- Wiem, że się martwiłeś...
- Pytam, byłaś tu przez cały czas?! - podniosłem głos czując jak wszystkie nerwy w ciele zaczynają mnie szarpać. Dudniło mi w uszach.
- Tak. - odpowiedziała cicho.
- Od momentu jak wyszłaś z domu przez całe pięć dni?? - dopytałem znów wciąż wwiercając w nią swoje spojrzenie. Chwila ciszy...
- Tak. - odpowiedziała znów.
Patrzyłem na nią oniemiały wręcz... A Lisa? Dlaczego mi nie powiedziała, przecież wydzwaniałem do niej jak głupi, błagałem, prawie płakałem jej do telefonu a ona?! Miała ją cały czas pod nosem i nie pisneła nawet słówka! Jeśli Dona nie chciała mnie widzieć, mogła kazać jej to po prostu powiedzieć, że jest u niej i tyle... Ale po co... Po co miałbym wiedzieć, lepiej żebym odchodził od zmysłów.
Miałem ochotę po prostu dolecieć do niej i nie wiem co z nią zrobić... Ale najbardziej chciałem... po prostu... przytulić. Byłem jednak zbyt wściekły, by tak po prostu wziąć ją w ramiona.
- Powiedz mi... Dona. - wycedziłem jej imię, aż się wzdrygnęła i popatrzyła na mnie z pewną obawą. - Długo masz jeszcze zamiar sprawdzać ile jestem w stanie wytrzymać? - o dziwo mówiłem całkiem spokojnie. Ale musiałem wyglądać na naprawdę wkurwionego... i byłem. Popatrzyła na mnie większymi oczami.
- Ja niczego nie sprawdzam... - nie zdążyła dokończyć swojej myśli. Zerwałem się z miejsca.
- Nie? A co to twoim zdaniem jest? Nie będę... nie chcę tego znosić, rozumiesz?! Bawiłaś się chociaż dobrze moim kosztem, wiedząc, że jeszcze chwila i zwariuję? - zmrużyła oczy. O... będzie odwet...
- Ja się bawiłam twoim kosztem? - warknęła. - Masz chyba co robić. Nudziło ci sie, że się tak 'zamartwiałeś' o mnie?
- Akurat nie miałem nic lepszego do roboty.
- Aha, no to powinieneś raczej porozmawiać o tym z Madonną, w końcu to ona jest od zapewniania ci rozrywek, prawda? - usłyszeliśmy czyjeś westchnięcie. To Lisa ukryła twarz w dłoniach i wyszła. Zostaliśmy sami.
- Temat Madonny zostaw w spokoju. - warknąłem. Miałem wrażenie, że zaraz się zapalę. Do tego właśnie ta Madonna ostatnio jeszcze bardziej uprzykrzała mi życie...
- O przepraszam. Szanownej królowej nie wolno tykać. - uśmiechnęła się ironicznie. Przymknąłem oczy starając się jakoś nad sobą zapanować. - Ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego tak to przeżywasz. Powinieneś się raczej cieszyć. - znów otworzyłem szeroko oczy.
- Co?
- No tak. Masz mnie cały czas na głowie, śmiechu warte, naprawdę. Powinieneś się raczej starać mnie pozbyć z własnego domu, ale nie wychodzić ze skóry kiedy sama wpadłam na ten genialny pomysł, by się ewakuować. Na pare dni ale jednak...
- Przestań... gadać głupoty!
- To nie są głupoty, Mike. Popatrz na to sam. Miałam i tak zamiar dzisiaj wrócić, jestem już nawet spakowana. Za wiele tu ze sobą nie miałam zresztą... reszta jest u ciebie. Ale nie martw się to też zabiorę. - coś mnie ukuło...
- O czym ty mówisz...?
- O tym, że przenoszę się do hotelu, jeszcze dzisiaj.
Nastała cisza. Nie czułem już żołądka. Nie zdziwiłbym się gdyby skurczył się do niezidentyfikowanych rozmiarów. Gdyby dosłownie zniknał. Chciała się ode mnie wynieść...? Tak na dobre? W życiu.
- Nigdzie nie pójdziesz. - powiedziałem po chwili na co podniosła na mnie swój wzrok.
- Co takiego?
- Nigdzie nie będziesz się przenosić. - teraz patrzyła na mnie wielkimi oczami.
- Będziesz mnie u siebie więził?!
- Tak, jeśli będę musiał, to będę cię trzymał nawet związaną i zakneblowaną w szafie!
- Jesteś chory!
- Jestem zakochany!!! - ryknąłem w końcu. Nic nie powiedziała, tylko patrzyła na mnie oczami wielkimi jak spodki. Oddychałem ciężko. Powiedziałem to... i co z tego? Wątpiłem by to coś dało... - Jestem za ciebie odpowiedzialny. - dodałem już spokojniej. Jej brewki powędrowały wysoko w górę.
- Słucham? Odpowiedzialny? Za mnie? A z jakiej racji?!
- Z takiej, że gdy wyjeżdżaliśmy od ciebie z domu z powrotem do Stanów obiecałem twojemu ojcu, że nic ci się nie stanie! Z takiej racji! - powiedziałem znów czując jak wszystko się we mnie gotuje.
- To było wtedy! - wycedziła zakładając ręce na piersi i garbiąc sie lekko, nie patrzyła na mnie.
- Nie ważne KIEDY!
- Nie będziesz mnie do niczego zmuszał! Jestem dorosła osobą i mogę decydować o sobie jak mi się podoba, a ty nie będziesz mi mówił co mam robić, pozwalał na coś bądź nie! Powiedziałam, że się od ciebie wynoszę i to zrobię, koniec kropka! A spróbuj mnie tylko zatrzymać!
- To co wtedy?
- Zostaw mnie w spokoju po prostu! - skuliła się prawie i złapała za głowę. - Daj mi żyć w spokoju, ja tego dłużej nie zniose... - usłyszałem jak cicho szepcze drżąc na całym ciele. Wiedziałem... wiedziałem, że cierpi przez to wszystko tak samo jak ja... - Masz tą swoją Madonnę to się jej trzymaj, a mi daj w końcu spokój! - usłyszałem znów. - Nie każ mi na to dłużej patrzeć.
Patrzyłem na nią i czułem jak coś rozrywa mi serce. Przecież doskonale wiedziałem, że gdyby nie mój głupi pomysł z Mad pewnie teraz bylibyśmy znów razem. Ja zamiast od razu to skończyć, kazałem jej to wszystko oglądać... Dzień w dzień, widziałem jak się wykańcza. I ja mówiłem, że ją kocham? Nie powinienem być zdziwiony, że uciekła i nie chciała by ktokolwiek w świecie wiedział gdzie jest.
Zrobiłem jeden niepewny krok w jej kierunku, a potem następny i kolejny. Spojrzała na mnie oczami mokrymi od łez, które spływały jej już po policzkach. Nigdy nie chciałem by cierpiała.... Nie przeze mnie. Tak jak teraz. Nie ważne kto to wszystko zaczął. Oboje się teraz na wzajem raniliśmy.
Podniosłem powoli rękę chcąc dotknąć jej policzka. Powoli otarłem jej łzę.
- Jedno twoje słowo, Dona i... nie będziesz musiała już na to patrzeć. - powiedziałem mając nadzieję, że może... Ale efekt był zupełnie inny.
- Nie! - krzyknęła odpychając mnie od siebie. - Nie chcę już nic, rozumiesz?! Jedyne czego pragnę to uwolnić się od ciebie raz na zawsze! Zostaw mnie! Po prostu daj mi żyć w spokoju! Wykończę się...! - zdążyłem ją złapać zanim nie upadła na podłogę. Zaczęła mnie odpychać ale jakby nagle wszystkie siły ją opuściły. - Odejdź... - zapłakała cicho odsuwając się ode mnie, ale przycisnąłem ją do siebie mocno.
Dlaczego to wszystko jest takie trudne, skomplikowane... Dlaczego nie możemy być po prostu znów razem tak jak wcześniej... Przecież oboje się kochamy, a to chyba najważniejsze. Widać to chyba jednak nie wystarczyło, bo ona wciąż nie chciała mojej bliskości.
Po jakimś jednak czasie poczułem jak obejmuje mnie w pasie i tuli się mocno płacząc, chowając twarz w mojej klatce piersiowej. Dosłownie wszystko bolało mnie w środku. Przycisnąłem ją do siebie mocniej gładząc po włosach i policzku i słuchając jej cichego szlochu. Nie mogłem pozwolić jej odejść. Wtedy stracę ją całkowicie. Ledwo dawałem sobie radę teraz, a jak nie będzie jej w ogóle... Co ja wtedy zrobię? Potrzebowałem jej wciąż do zycia... Dlaczego nie chciała tego zrozumieć...
- Zawiozę cię do Neverland, położysz się... - szepnąłem na co zareagowałą tak jak się spodziewałem. Zaczęła mnie znów odpychać.
- Nie pojade do żadnego Neverland! Pojadę do hotelu! I sama zamówie sobie taksówkę! Zostaw mnie!
- Nie, nie zostawię. - szepnąłem na co rozpłakała się znów.
Zaczęła coś mówić, ale nie byłem w stanie tego zrozumieć. Naprawdę moja obecność tak ja bolała? Nie powinienem być zdziwiony. Ale nie mogłem jej na to pozwolić. Jeśli chciałem ją odzyskać, nie mogłem znów pozwolić jej odejść. Pierwsze co musiałem zrobić to pozbyć się Madonny, ale czułęm że to nie będzie zbyt proste. Ale nie zamierzałem się nią przejmować. Pragnąłem być znowu z Doną. I byłem pewny, że poruszę nawet Słońce, by tak się stało.
- Powiedziałam, że nie chcę, żebyś wiózł mnie do siebie! Chociaż nie, dobrze! Zabiorę rzeczy i wynoszę cię. - wyskoczyła z auta, kiedy zajechaliśmy pod dom, ale zdążyłem ją zatrzymać.
- Dona. Proszę cię, nie rób mi tego. - popatrzyła mi w oczy. Musiała wyczytać coś w moich bo jej wzrok nagle nieco złagodniał... - Przecież kochamy się. Co stoi na przeszkodzie, powiedz mi...
- Nie jestem ci do niczego potrzebna. - powiedziała w końcu odwracając się.
- Proszę cię, nie rób tego. - powiedziałem znów zatrzymując ją kawałek dalej.
- Mike, przestań! To jest chore, żebym wciąz tu siedziała!
- A gdzie pójdziesz, powiedz mi? Proszę cię. - spojrzałem jej prosto w oczy. Pokręciła głową.
- Nie.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też kocham, Mike... - powiedziała w końcu, w końcu to powiedziała! Ale zaraz dodała... - Ale z tego już nic nie będzie. Ja już nie chcę w to dalej brnąć. Pozwól mi się w spokoju spakować...
- Nie pozwolę ci. Nie licz na to.
- Musisz, nie możesz mnie tu trzymać na siłę!
- Mogę! I będę! Dona, proszę cię. - chwyciłem jej twarz w swoje dłonie i pocałowałem czule. Szarpnęła się, ale nie miała w sobie zbyt wiele siły. Po chwili przytuliła sie do mnie, a ja zagarnąłem ją z cichym westchnieniem wplatając palce w jej włosy. - Jesteś zmęczona. Będziesz się teraz tłukła po zatłoczonym mieście?
- Będziesz próbował wszystkiego byleby mnie zatrzymać, prawda? - usłyszałem jej szept.
- Tak. Będę próbował wszystkiego. - spojrzeliśmy na siebie w tym samym momencie. - Kochasz mnie. - stwierdziłem.
- Kocham. - potwierdziła kiwając głową i spuszczając głowę.
- Więc dlaczego powiedziałaś mi...
- Nie chcę o tym wszystkim rozmawiać, Mike. - pokręciła głową zaciskając oczy. - To już było, nie wróci. Zostanę kilka dni, aż nie dostanę odpowiedzi w swojej sprawie. Na pewno przyślą to na ten adres, więc... Ale potem się wyprowadzam. - spojrzała mi w oczy. - I nie zatrzymuj mnie proszę. - to mówiąc odwróciła się i weszła do środka zostawiając mnie na dworze samego... Patrzyłem w jej plecy dopóki nie znikła.
Nie. Nie wypuszczę cię stąd...
niedziela, 4 września 2016
50.
Dzień dobry! :) Kolejny odcinek pojawi się we wtorek, tak myślę. :) Zapraszam.
Donata
Ile człowiek może naprawdę znieść, wie tylko ten kto właśnie osiągnął już swój limit. Ja własnie docierałam chyba do tego momentu... Czułam, że jeszcze trochę i pęknę. Dosłownie i w przenośni. Nie wiem jak w ogóle udało mi sie wytrzymać w tym tyle czasu. Może czułabym sie inaczej gdybym nie musiała co dzień mijać go na korytarzach, widywać jak sie z nią spotyka. Zaczęła wpadać do Neverland coraz częściej. I chyba nawet zaczynało go to męczyć... A może sobie to wmawiałam.
Jedynym pocieszeniem było to, że mogłam wyjsć z tego domu by spotkać się z Janet. Siedziałyśmy wtedy u niej cały dzień gadając i wtedy czułam się dobrze. Nie czułam wszechogarniającego mnie napiecia, nie musiałam się oglądać, że on albo ona nagle wyjdą zza zakrętu. Tak bardzo chciałam go przytulić... Tak po prostu, podejść i objąć, zagarnąc go całego tylko dla siebie. Ale miał już kogoś od przytulania.
Podobno zaczął prace nad płytą. Dwa miesiące po zakończeniu trasy to chyba rekord. Nie wtrącałam się. To jego sprawa. Nie wyglądał żeby się jakoś męczył. To pewnie dla tego, że nie brał już tego potasu... Kiedy przypomniała mi sie tam ta sytuacja ze szpitalem, poczułam jak skóra zaczyna mi cierpnąć. Wciąz miałam to w pamięcie. Ale teraz to nie miało już znaczenia.
Janet wciąz się do niego nie odzywała. Ile razy jej mówiłam, żeby dała spokój bo jesteśmy dorośli i widocznie tak mu dobrze, patrzyła na mnie jak na idiotkę. Którą z resztą byłam, wiedziałam o tym doskonale. Ale czasu już nie cofnę, a i nie da się tego w żaden sposób odkręcić. Marzyłam żeby to pismo w końcu do mnie dotarło. Wtedy będe mogła stamtąd uciec raz na zawsze.
Wiedziałam, że będę za nim tęsknić, że będę cierpieć. Wiedziałam, że będę śledzić wszystkie wiadomości o nim, oglądać jego wywiady, czytać gazety byleby tylko się czegoś dowiedzieć. Przez jakiś czas będę to robić. Ale potem mi to przejdzie. Na pewno. Był to jednak jedyny sposób by nie oszaleć. Po prostu wyjechać... i zapomnieć.
Oszukiwałam samą siebie myśląc, że uda mi się o nim zapomnieć, ale... Musiało mi sie udać, inaczej oszaleję. Znajdę sobie porządnego faceta... Może nawet się pobierzemy. Będą dzieci... i będę szczęśliwa.
Ta, jasne.
Jedyne czego potrzebowałam do szczęścia i jedyne co mogło mi je dać był Michael. Sam w sobie. Nic innego nie mogło sprawić, że będę naprawdę szczęśliwa. Wciąż przywoływałam tą chwilę, kiedy położył mnie do swojego łóżka z bolącą głową. Kiedy mnie całował... Ten pocałunek był przesłodki po tak długim czasie... Poczułam przyjemny ucisk w żołądku, ale za chwilę zamienił się w coś mało przyjemnego. Pocałował mnie, ale wciąz z nią siedział. Nie rozumiałam tego i nawet nie chciałam rozumieć.
Miotałam się we własnych odczuciach i tym co się dzieje. Poczucie straty było ogromne. Jak mogłoby nie być, skoro sama go sobie odebrałam. I nie pomagało już nawet mówienie sobie, że się pocieszył. Bo to nie miało znaczenia. Miał prawo. Ile miał za mną łazić... do śmierci? Każdy jest tylko człowiekiem i ma swoje uczucia. I tak długo pozwalał się ranić.
Ale w tamtym pocałunku czułam tyle miłości... A może w ogóle nie było żadnego pocałunku? Może tylko mi się to śniło? Byc może właśnie tak było. Uświadomiłam sobie to ze łzami w oczach.
Znów płakałam całe noce. Nie potrafiłam tego znieść. Czas najwyższy był by uświadomić sobie winę, że to ja wszystko zepsułam. A on się przecież starał. Miłość tu nie wystarczy. Nawet jesli mnie kocha... tego się nie da naprawić. Zaczęłam już nawet odnosić się do niego z wrogością. To było odruchowe, nie umiałam tego opanować. Żałowałam tego bo widziałam, że go to boli. Ale nie panowałam nad sobą już w ogóle. Wieczorami trzęsłam się w łóżku, bolała mnie głowa i żołądek. To już chyba był kres mojej wytrzymałości.
A jeszcze LaToya urządziła im przyjęcie u Michaela w domu. W jego włąsnym domu, porządziłą się jakby była u siebie. Zaprosiła oczywiśćie całą rodzinkę. Lisę też, oczywiście, jako przyjaciółkę, ale z tego co się dowiedziałam i ona i Janet odmówiły pojawienia się w ten dzien i każdy inny, w którym to miałoby się odbyć. Przyszli więc rodzice i pozostałe rodzenstwo.
A co było powodem tego spotkania? Oczywiśćie związek Michaela z Madonną. Jak stwierdziła, trzeba to uczcić. Są już TYLE razem ,a jeszcze nie było żadnego rodzinnego obiadku. Pomyślałam... Nie. Tego ja nie zniosę. Nie będę siedzieć w pokoju i słuchać ich śmiechów i durnych żartów. Musiałam się wydostać z tego domu. Tylko gdzie?
Janet struchlała, bo jak sama stwierdziła nawet o mnie nie pomyślała i miała w ten czas umówione jakies ważne spotkanie więc nie mogła sie ze mną spotkać. Przepraszała mnie, ale powiedziałam, że nie ma się mną przejmować, że jakoś sobie poradzę. Pójdę do jakiegoś sklepu czy coś... I jakoś to będzie.
Ale znając życie ta imprezka będzie trwać do późnej nocy. Więc musiała bym chyba nocować w tym sklepie. Nie wiedziałam co robić, a nie chciałam zostawac w domu. Pozostawałam w kropce bo oprócz Janet z nikim tu nie trzymałam...
Lisa. Nagle ona przyszła mi na myśl. Też się nie zgodziła. Ale... Co ja u niej mam szukać? Pare razy rozmawiałyśmy to wszystko. Nie mam nawet do niej telefonu, nie wiem gdzie mieszka. Chciało mi się ryczeć. W końcu powiedziałam sobie, że choćbym miała nocować gdzieś pod drzewem to i tak wychodze z tego domu. I pewnie tak by się stało, potrafię być naprawdę uparta. W ten czas też nie chciałam by ktoś zawracał mi głowe, więc swój telefon zostawiłam w pokoju. Zabrałam tylko małą torbę i portwel z pieniędzmi i dokumentami. Nic więcej.
- Panienka wychodzi? - usłyszałam za soba miły głos. To Susan szła z czymś do kuchni i mijała moją sypialnię. Usmiechnełam się. Choć chyba nie dała się nabrać.
- Tak... Idę do miasta... Wrócę raczej późno. - wymamrotałam. Westchnęła.
- Chodź tylko ze mną. - powiedziała. Poszłam więc za nią do kuchni. Tam odstawiła garnek do lodówki. - Ten Jackson jak dziecko we mgle. - rzuciła kręcąc głową.
- Co?
- Mówię, że pan Michael nie umie się odnaleźć we własnym życiu. Zaplątał się w to wszystko i chyba nie ma pomysłu na to jak z tego wyjsć... - spuściłam głowę. - Może ty powinnaś mu pomóc? - spojrzałam znów na nią zaskoczona.
- Ja? A niby jak i w czym?
- Kochacie się, to widać na kilometr. - powiedziała patrząc na mnie uważnie. Nic nie powiedziałam. - I gdzie ty chcesz isć?
- Nie chce być świadkiem tej szopki. - mruknęłam patrząc na swoje ręce. - Janet nie może mnie zakitrać na noc... Nie wiem. Jakoś sobie poradzę.
- Chcesz się włóczyć sama po nocy?
- Nie ma tu nikogo innego... kto mógłby mi jakoś pomóc. Pomyślałam o Lisie, ale nie mam do niej żadnego kontaktu. - powiedziałam znów cicho.
- Zaraz ci podam. - spojrzałam na nią zaskoczona. - Mamy tu notesik z kontaktami, proszę. - odszukała szybko i podała mi numer.
- Dziękuję... - mruknełam zaskoczona całym tym przedsięwzięciem.
- Nie ma za co. Zadzwoń. To jest dobra kobieta, na pewno ci pomoże.
- Tak pani myśli?
- Oczywiście. Dzwoń. - uśmiechnęła się do mnie. Odwzajemniłam jej ten uśmiech.
Kiedy wyszłąm już na dwór wykręciłam numer. Dopiero wtedy, nie chciałam by ktoś słyszał moją rozmowę. Odebrała po trzecim sygnale. Nie znała mojego numeru, więc pewnie się zdziwiła.
- Cześć. - powiedziałam. - To ja, Dona.
- Dona? Co się stało?
- Nic... wielkiego. Po prostu... nie mam co ze sobą zrobić. - chwila ciszy.
- Chodzi o to spotkanie które zorganizowała głupia LaToya? - uśmiechnęłam się pod nosem.
- Taa. Nie chcę ci się narzucać, po prostu nie mam z kim... pogadać? Janet załatwiła sobie na ten czas 'alibi'...
- Nie ma sprawy. Podam ci swój adres. Przyjedź. Pogadamy. - odetchnęłam lekko z ulgą.
- Dzięki...
Dojechać do niej nie było trudno. Po około godzinie byłam już na miejscu. Zadzwoniłam. Otworzyła mi osobiście... zresztą nie wiem czy miała od tego ludzi. Chata była spora i ładnie urządzona. Miała gust.
- Wejdź. - zaprosiła mnie i poprowadziła do salonu. Jakaś starsza pani natychmiast zjawiła się przy nas witając mnie serdecznie i pytając czego sobie życzę. Nie chciałam robić kłopotu...
- Po herbacie, prosimy. I jakieś słodycze. - powiedziała z uśmiechem u spojrzała na mnie. Odwzajemniłam lekko ten uśmiech, ale czułam się nieswojo. - Siadaj. Porozmawiamy.
Usiadłam więc i nawet już otwierałam usta, żeby coś powiedzieć... ale nie wiedziałam co. Nie umiałam zacząć, kotłowało się we mnie tyle emocji, że nie wiedziałam która zaczepić pierwszą. Gardło mi się zacisnęło i poczułam jak moje oczy robia się gorace, a po chwili wypełniając je łzy.
- Nie daje już sobie rady. - mruknęłam i po chwili skrzywiłam się nie mogąc się już powstrzymać.
Mówi się, że człowiek gdy się wypłacze czuje się lepiej, ale mnie to nie dawało żadnego ukojenia. Było jeszcze gorzej gdy już do tego doszło.
- Spodziewałam się, że będziesz chciała uciec stamtąd. - powiedziała w pewnym momencie gdy juz trochę nabrałam tchu. Patrzyła na mnie ze współczuciem...
- Czekam na pewien dokument. - mruknęłam ocierając twarz. - Potem wracam do Polski. - tymi słowami chyba ją zaskoczyłam. Nikomu tutaj nie mówiłam o swoich planach. Janet też nic nie wiedziała. Nikt nic nie wiedział.
- Jak to... wracasz do Polski?
- Normalnie. - pociągnęłam nosem. - Tutaj zostać nie mogę bo wyląduję w wariatkowie. I to jest najlepszy z możliwych scenariuszy.
- A Michael? Co z nim?
- A co ma z nim być? - zapytałam patrząc na nią zapuchniętymi oczami. Nie wiedziała co powiedzieć. - Potrzebna mu jestem do czegoś? Nie zauważyłam.
- Dona, przecież mówiłyśmy ci wtedy z Janet...
- Ja nie chcę rozmawiać o tym. - przerwałam jej.
- Powiedziałam mu o wszystkim wtedy, gdy ta... baba sobie poszła. - mrukneła patrząc na mnie.
- O czym?
- O tym, że w końcu przejrzałas na oczy i chciałaś go przeprosic. - parsknełam śmiechem. Sama nawet nie wiedziałam czemu. Nic nie powiedziałam. - Dona...
- Co mam ci na to powiedzieć? Mam się cieszyć? - spojrzałam jej w oczy. - Tym bardziej się teraz utwierdziłam w swoim przekonaniu.
- Jakim znowu przekonaniu?
- Siedzi z nią wciąż mimo wszystko, więc chyba mu z nią dobrze. A ja mu tylko zawadzam. Mieć wiecznie na głowie w domu swoją była, dobre! - zaśmiałam się gorzko.
- Ty chyba nie wiesz co mówisz...
- Jak to nie wiem? Dobrze wiem. Co, może mi powiesz, że to nieprawda? Nie jestem naiwna. Aż tak. Pewnie nawet gdyby to wszystko się nie stało i tak by mnie w końcu sam zostawił...
- Nie gadaj głupot!
- To nie są głupoty.
- Są! To są największe bzdury jakie w życiu słyszałam. Chciał wtedy za tobą biec. Ale go powstrzymałam.
- I dobrze. - mruknęłam cicho patrząc na swoje palce. Pojedyncza łza spadła na moją dłoń.
- Ja widzę, że z toba jest gorzej niż ktokolwiek by pomyślał... - powiedziała w końcu po kilku minutowej ciszy. Zerknęłam na nią. Oczy mnie szczypały, przetarłam je dłonią.
- Wesolutko nie jest. - szepnełam cicho. - Chcę się stąd wyrwać, wrócic do domu i odpoczać... Wykańczam się tutaj coraz bardziej. Już samo patrzenie na niego sprawia, że jest mi słabo.
- Słabo?
- Tak. W nocy nie śpię, tylko płaczę. Jak tylko się położę aż do godziny trzeciej, czwartej rano. Potem przez kilka godzin jeszcze lezę nie ruchomo i patrzę się gdzies w kont. Boli mnie głowa prawie bez przerwy... Ostatnio dostałam takiej migreny, że nie mogłam sie ruszyć, a jak już się podniosłam, prawie zwymiotowałam to czego nie zjadłam. Całymi dniami zbieram sobie to wszystko, a potem w nocy się zamykam i wyję.
Lisa patrzyła na mnie tak jakbym ją naprawdę przeraziła. Nie byłam zdziwiona. Byłam wykończona nerwowo, na własne życzenie, i ta myśl jeszcze dodawała mi stresu, którego i tak już miałam dość. Potrzebowałam sie gdzieś schować, odciąć się od tego wszystkiego, zapomnieć. Najlepiej wyjechać.
- Co to za dokument, na który czekasz?
- Decyzja o legalizacji pobytu tutaj. Troche się to przedłuża. Ale pewnie nie długo dostanę.
- No a jak ci zalegalizują?
- Zalegalizują czy nie i tak wyjeżdżam. - nie zamierzałam tu dłużej siedzieć. Teraz każde miejsce było o niebo lepsze niż to gdzie się znajdowałam teraz. Kolejne łzy pociekły mi po policzkach.
Kiedy starsza pani przyniosła nam tacę z herbatą i ciastkami i zobaczyła mnie taką wymizerowaną popatrzyła na mnie smutno... Tacy ludzie mają już sporo za sobą i pewnie wiedza jak sobie radzić. A ja? Ja nie miałam o niczym pojęcia. Nie wiedziałam co mam zrobić by nie zwariować.
- Możesz zostać u mnie przez kilka dni jeśli chcesz. Odpoczniesz trochę. Tutaj nie będziesz musiała się niczym przejmować. - popatrzyłam na nią.
- Ale ja tu nic ze sobą nie mam. Poza tym, ja nie chcę ci robić kłopotu. Nie zawracałabym ci głowy wcale gdyby nie to, że Janet nie mogła się spotkać.
- Ale daj spokój. Przyda ci się odskoczna. A jeśli chodzi o jakieś rzeczy, ubrania to tyle się coś znajdzie, nie martw się. - uśmiechnęła się lekko. Westchnełam.
- Dziękuję ci. - posłałam jej w miarę szczery uśmiech. Tylko na tyle było mnie teraz stać.
Powiem szczerze, że... odetchnęłam trochę z ulga. Myśl, że nie będę musiała wracać tam przez kilka dni była pokrzepiająca.
- Liczę tak dwa tygodnie na to że przyjdzie w końcu to pismo. Jak nie nie będę dłużej czekać tylko się pakuję i wyjeżdżam. - powiedziałam na co tylko westchneła.
- Może powinnaś spróbować z nim...
- Niczego nie będę z nim próbować. - powiedziałam od razu. Znów westchneła. - Nie będe też ci tu siedzieć długo na głowie, potem pojadę do niego do domu, spakuję się i wyniosę do hotelu. - patrzyła na mnie w milczeniu.
- On ci nie pozwoli tak łatwo wyjechać.
- Gówno ma do gadania. Wydostanę się stąd, chocbym miała przepłynąc cały ocean wpław. - warknęłam. Uśmiechnęła się.
- Zadzwoń tam do kogoś, żeby wiedzieli gdzie jesteś. - powiedziała w końcu.
- Nie wziełam ze sobą telefonu. - mruknełam spuszczając głowę.
- To ja zadzwonię, spokojnie...
- Nie! - złapałam ją za rękę. Spojrzała na mnie zaskoczona. - Nie chce żeby wiedział, gdzie jestem. - dodałam.
- Ale musi wiedzieć, gdzie jesteś...
- Nie musi, nie mam pięciu lat. Jestem dorosła i moge robić co chcę. A on nie może mnie kontrolować. - powiedziałam denerwując się trochę.
- Ale jak znikniesz na kilka dni to on tam na głowę dostanie!
- Wątpię by w ogóle zauważył, że mnie nie ma.
- No to zobaczymy. - powiedziała odkładając swój telefon. - Zrobimy jak chcesz, ale zobaczysz, że on tu wpadnie najpóźniej jutro rano. - prychnęłam.
- Zobaczymy. - powiedziałam biorąc jedno ciastko.
Michael
Byłem zmęczony udawaniem, że jestem zadowolony z tego co się dzieje. Zaczynałem mieć tego naprawdę serdecznie dość. Mad klejącej się do mnie, fochów Janet, która się ode mnie odwróciła... LaToyi gratulującej mi, jakbym wygrał w totka. A do tego jeszcze Dona... Wyszła gdzieś, nawet nie wiedziałem gdzie. Ale nie martwiłem się zbytnio. Przynajmniej do pierwszej w nocy, kiedy zorientowałem się, że jeszcze nie wróciła.
Przeprosiłem towarzystwo i wyszedłem pod pretekstem wzięcia czegoś z kuchni i wykręciłem do niej numer. Był sygnał, ale nikt tego telefonu nie podejmował. Pomyślałem, że nie będzie chętnie odbierać ode mnie połączeń, więc zadzwoniłem drugi raz, a potem trzeci czwarty i piąty. W końcu nagrałem jej się na sekretarkę, by do mnie oddzwoniła. Wróciłem do wszystkich.
O trzeciej zacząłem się już martwić na poważnie. Wciąz jej nie ma. Nigdy nie robiła czegoś takiego, żeby nie wracała na noc. Poczułem skurcz w zołądku. Uciekła mi z domu. Od razu się domyśliłem dlaczego. LaToya jest głupia jak but, pewnie zrobiła to wszystko celowo, a Dona nie miała ochoty na to wszystko patrzeć. Ja też nie miałem ochoty w tym uczestniczyć, ale... wciąz nie wiedziałem jak się z tego wyplątać.
Do tego jeszcze ojciec wziął mnie na stronę.
Byłem zdziwiony, że ciągnie mnie gdzieś w jakieś ustronne miejsce. Mimo wszystko, spiąłem się cały, po nim można było sie spodziewać wszystkiego. Znaleźliśmy się tuż pod drzwiami z tyłu domu, wychodzącymi na sad owocowy.
- O co ci chodzi? - zapytałem kiedy zapalił papierosa. Jeszcze nie widziałem, żeby palił, co też mnie zdziwiło. - Od kiedy palisz?
- Od jakiegoś czasu. Powiedz mi coś chłopcze. - zaczął wymachując lekko fajką przez co dym rozniósł się szybciej w powietrzu i zaczął mnie gryźc w gardle.
- Co znowu?!
- Nie unoś się! - zagrzmiał od razu. - Może ja nie jestem najlepszym ojcem na świecie. Ba, z całą pewnością nie jestem najlepszym ojcem na świecie, ale wytłumacz mi, dziecko, dlaczego zamieniłeś sobie diament na takie GÓWNO w papierku po cukierku?
Patrzyłem na niego przez dłuższą chwilę lekko zszokowany. OJCIEC i TAKI wywód?
- Co masz na myśli?
- To, że twoja siostra najchętniej urwałaby ci oba łby. Twoja matka też nie jest zadowolona, ale nic nie mówi. Twoi bracia milczą, ale nawet Jermaine nie dotknąłby tej kurwy nawet kijem. A to już powinno dać ci do myślenia. - powiedział na co skrzywiłem się lekko. - Miałeś takiego cukierka pod nosem, zaraz ci tego cukierka ktoś zeżre, zobaczysz. - westchnąłem przymykając oczy.
- Już dawno się w tym zgubiłem.
- Mam ci postawić drogowskaz przed nosem?! - zagrzmiał znów, na co automatycznie już chyba odruchowo znów się spiąłem. Popatrzyłem na niego zły.
- Co niby mam zrobić twoim zdaniem?!
- Kopnąć tą hollywoodzka kurwe w dupe! - był bezpośredni aż bolało. I nie wahał sie nazywać jej 'po imieniu'.
- Łatwo ci mówić.
- Wiem, że posuwa się ją fajnie, ale miałeś fajniejsza, jak zdązyłem zauważyć!
- Nie sypiam z nią! - syknąłem przez zaciśnięte zęby.
- A co niby z nią robisz?
- Nic. Unikam jak mogę. Zresztą, to wcale nie trudne, teraz, kiedy mam tyle pracy w studiu. - roześmiał się dość nieprzyjemnie.
- Chowasz się przed nią w robocie. Dupa z ciebie nie facet.
- A ty taki mądry jesteś?! To załątw to wszystko za mnie!
- Powiedziałem ci, nie unoś się! - podniósł głos. - Twojego szamba sprzątał nie będę. Gdzie ta dziewczyna w ogóle jest?!
- Nie wiem. I zaczynam się poważnie martwić... Wyszła i do tej pory jej nie ma...
- Pięknie, synek, pięknie! To idź tylko sprawdź czy przypadkiem czegoś ze sobą nie zabrała!
- Czego?! - jeśli posądza ją, że mogłaby mnie okraść...
- Swojej szafy! - warknął. - Pewnie spakowała się, wyniosła i nawet o tym nie wiesz. Brawo. - aż mnie ścisnęło.
- Nie, nie mogła tego zrobić.. - powiedziałem i pognałem do jej sypialni.
Droga nie była długa, ale i tak wydawała mi się rozciągać w nieskończonosć. Kiedy w końcu tam wpadłem, natychmiast odetchnąłem z ulgą. Wszystko było na miejscu. I jej telefon na szafce... Nie zabrała go.
- Kurwa mać! - zakląłem pod nosem. Usiadłem na jej łózku zastanawiając się co robić. Pierwsze co to wykręciłem numer do Janet.
Za pierwszym razem nie odebrała. Zakląłem znów cicho pod nosem i ponowiłem próbę. Odebrała po trzecim sygnale.
- Mike... pogięło cię? Jest czwarta rano! - fuknęła na mnie lekko zachrypniętym głosem i ziewnęła potężnie. Nawet nie zwróciłem uwagi na jej słowa.
- Jest u ciebie Dona?? - zapytałem. Zdziwiłem sie lekko słysząc swój głos. Drżał mi i był przepełniony najprzeróżniejszymi emocjami. Chwila ciszy...
- Nie. A dlaczego?
- Bo nie ma jej. Nie wróciła na noc.
- Jak to nie wróciła?! - zdenerwowała się.
- Nie wiem, po prostu! Wyszła wczoraj wieczorem.. i nie ma jej... Janet, błagam cię, powiedz mi, że wiesz gdzie ona jest.
- Nie wiem, Mike. Naprawdę.
- Na prawdę nie ma jej u ciebie? - serce waliło mi jak młot.
- Nie, Mike, nie ma jej u mnie! Chciała się spotkać, ale ja miałam spotkanie... W sumie to źle zrobiłam, bo mogłam je przełożyć... A ty jesteś tak głupi i oczywiscie nie wiesz DLACZEGO mogła nie chcieć wrócić na noc, prawda?
- Wiem, dlaczego mogła nie chcieć wrócić na noc. - powiedziałem cichym drżącym głosem. - Gdzie ona może być... Janet, błagam cię...
- O co ty mnie błagasz, żebym posprzątała ten burdel, którego sam sobie narobiłes?!
- Nie! Nie wiem... - zaczynałem panikować. - Powiedz mi, gdzie ona może być...
- Nie mam pojęcia, Mike. Obdzwoń wszystkich, sprawdź hotele... Na pewno nie spi na dworze.
- A... a jak coś jej się stało... - coś ścineło mnie boleśnie w brzuchu. - Nigdy sobie nie wybaczę...
- Mike, przestan panikować! Tak jej nie znajdziesz jeśli będziesz tylko siedział i lamentował.
- Boję się o nią. Telefon zostawiła u siebie w pokoju, ja nie wiem co mam robić.
- Zrób to co ci powiedziałam, dzwoń do kogo tylko masz numer.
Tak więc zrobiłem. Zastanawiałem sie do kogo mogłaby pójść. Pierwszy na myśl przyszedł mi Alan. Dobrze się z nim dogadywała. Może spotkała sie z nim?
- Halo? Tak, szefie? - mruknął kiedy odebrał. Też spał.
- Jest u ciebie Dona?? - znów to pytanie. Mruknął cos nie zrozumiale.
- Coo???
- Czy jest u ciebie Dona. - powtórzyłem.
- Nie ma... Czemu miałaby być? - jęknąłem boleśnie. - Co się stało?
- Nie ma jej! Nie wróciła na noc do domu, ja zaraz zwariuje, rozumiesz, zwariuje! - zacząłem krzyczeć. Całe przyjęcie już się skończyło, wszyscy się rozeszli. Oczywiście, oprócz Mad.
- Kochanie...? - weszła do jej sypialni patrząc na mnie. Tylko jej mi teraz brakowało. - Coś się stało?
- Nie. - warknąłem. Spojrzała na mnie wiekszymi oczami.
- No przecież widze, że jesteś wzburzony.
- Mało cie to obchodzi! - warknałem znów. - Alan... - powiedziałem znów do telefonu.
- Nie mam pojęcia gdzie może być. Ale moge przyjechać zaraz do ciebie...
- Nie, nie... Nie fatyguj sie... Będę dzwonił dalej... dzięki. - powiedziałem już niemal dysząc ze zdenerwowania. Mad cały czas mi się przyglądała mrużąc oczy. Nie zwracałem na nią uwagi.
Następną osoba która przyszła mi na myśl był ten ogrodnik, który się do niej wdzięczył. Ale poszłaby do niego? Rzygac mi sie chciało na samą myśl o tym, ale i tak zadzwoniłem. Musiałęm się dowiedzieć gdzie jest.
- Halo. - burknął za pewno z nosem w poduszce, bo jego głos był nieco przytłumiony.
- Jest u ciebie Dona?! - warknąłem. Nie umiałem się opanować. I wciąz jedno i to samo pytanie. Ożywił sie nieco.
- Nie, czemu pytasz?
- Bo jej nie ma!
- Zaraz... Jest czwarta rano, jak to jej NIE MA?
- Właśnie próbuję się tego dowiedzieć!
- No... ja ci jej nie uprowadziłem.
Prychnąłem. Miałem ochotę cos rozwalić. Oczywiście nie wiedział, gdzie mogła się udać. To gdzie ona do cholery jest! Boze! Oszaleję...
- Szukasz swojej byłej? - usłyszałem kiedy wykręcałem kolejny numer. Spojrzałem na nią.
- Tak.
- A do czego ci ona potrzebna?
- Do niczego, kurwa! Nie wróciła na noc, do cholery!
- I co z tego? - teraz spojrzałem na nią oczami wielkimi jak spodki.
- CO Z TEGO?!
- Tak, co z tego! Ja w ogóle się zastanawiam po co ty ją tu wciąż trzymasz! Powinieneś już dawno ją stąd wyeksmitować! - powiedziała wkurzona otwierając pierwszą lepszą szafę i wyrzucając jakiś jej sweterek na podłogę.
- Nie jesteś u siebie! - zwróciłem jej uwagę. - Podnieś to i wsadź z powrotem do szafy. - parsknęła śmiechem.
- Chyba oszalałeś! Właśnie ci powiedziałam, że masz się pozbyć stąd tej dziewuchy! Nie chce jej tu widzieć!
To już było przegięcie...
- Coś ci się chyba pomyliło, Mad. - powiedziałem starając się panować nad złością.
- Nic mi sie nie pomyliło, Mike! Ona powinna zniknąc stąd albo w dniu waszego rozstania, albo wtedy kiedy JA sie tu pojawiłam po raz pierwszy! Nie rozumiem po co ją tu trzymasz! Posuwasz ją po kryjomu czy co?! - nie wytrzymałem.
- Tak! Pieprze ją w każdej wolnej chwili! Zadowolona?! - zapowietrzyła się lekko. - Jesteś bezczelna! To jest mój dom i ja będe decydował kto będzie w nim mieszkał, a kto nie! I w tej chwili proszę cię, żebyś wyniosła się z tego domu!
- Chyba żartujesz! Jestem twoją kobietą, do cholery! Tą małą zdzirę tutaj hodujesz, a mnie będziesz wyrzucał?!
- Zważaj na słowa!
- A kto to jest?! To tylko zwykła mała dziwka z Polski! A ty jesteś skończonym idiotą, Michael, byłeś i jesteś, spotykając sie z nią! Tacy ludzie jak my powinni się obracać w towarzystwie sobie równych, a nie takiego... - nie wiedziała jak się wyrazić. - Od ziemi nie odrosła, słoma jej z butów wystaje, a ty co? Rozumiem, że pieprzyło ci się ją dobrze, ale do niczego innego się nie nadaje!
Patrzyłem na nią mając wrażenie, że zaraz się zagotuje... Odezwałem się w miare spokojnie...
- Wiesz... to co mówisz powoduje u mnie pewne skojarzenia.
- Jakie znowu skojarzenia!
- Z tobą! - ryknąłem i podszedłem do drzwi wskazując jej na nie, były otwarte. - Wynocha! Mam ważniejsze sprawy na głowie niż twoje fochy!
- Będziesz tego żałował. - warknęła i wyszła.
- Nie bardziej niż tego, że cię zaliczyłem, wydro! - warknąłem pod nosem i zatrzasnąłem drzwi.
Co to w ogóle miało być... Usiadłem z powrotem na łozku i ukryłem twarz w dłoniach. Gdzie ona jest? Przecież jak ona w tej chwili sie nie znajdzie to ja dostanę na głowę! To jest coś nie do wyobrażenia.
Już widziałem przed oczami jak leży gdzieś w jakimś rowie przy drodze, nie wiem... Zgwałcona, zabita... Wyobraźnia zaczęła buzować. Dłonie trzęsły mi sie jak jakiemuś alkoholikowi. Gdzie jeszcze mógłbym zadzwonić... Do kogo mogła isć...
Momentalnie podskoczyłem i wykręciłem kolejny numer. Błagałem Boga by tam była. Jeśli tam jej nie będzie, wsiadam w samochód i jadę jej szukać.
Czekałem dosłownie dwa sygnały, kiedy odebrała. Nie czekałem nawet na jakieś halo czy coś, po prostu natychmiast zacząłem...
- Jest u ciebie?! Błagam cię, powiedz, że Dona jest u ciebie, bo oszaleje! - powiedziałem dygoczącym wręcz głosem. Przez chwilę nie było żadnej odpowiedzi. - Lisa!
- Nie ma jej. - padłem na kolana tak jak stałem łapiąc się za głowę.
- Nie... - jęknąłem. - To gdzie ona jest do cholery...! Ona musi być u ciebie, Lisa, powiedz że ona jest u ciebie, proszę! - zacząłem cedzić przez zaciśnięte zęby. Czułem bębnienie w uszach. Znów przez chwilę nic nie mówiła.
- Nie ma jej u mnie, Mike, naprawdę. - mówiła, ale coś mi nie pasowało... Nie wiedziałem co. Pewnie wciąż ma do mnie pretensje.
Podźwignąłem się z ciężkim westchnieniem i usiadłem znów na łózku.
- To gdzie ja mam jej szukać...? - wyszeptałem podpierając głowe na ręce. Nic nie powiedziała. - Lisa?
- Mike... ja naprawde nie wiem jak ci pomóc. Nie znam jej... Nie wiem, gdzie mogła pójść. Poszukaj w jakichś małych hotelach.
- Janet już mi to mówiła, ale myślisz, że mi coś powiedzą? - jęczałem. Miałem ochotę się po prostu rozpłakać. - Boże... zaraz dostane na łeb... - dodałem pół szeptem.
- Nie pomoge ci. Przykro mi. - powiedziała i po chwili się rozłączyła. Miałem ochotę roztrzaskac ten telefon o ścianę. Co miałem robić?
Wystrzeliłem z tego pokoju, porwałem jakąś pierwszą lepszą kurtkę i wyleciałem na dwór. Na dworze robiło się już jasno. Wsiadłem do samochodu i popędziłem... sam nie wiedziałem gdzie. Wyjechałem ze swojej posesji i ruszyłem w miasto. Przejeżdżałem kilka razy te same ulice w nadziei że zobaczę ją gdzieś idącą. Raz nawet wydawało mi sie, że to ona, ale po chwili okazywało się, że nie... Ze ściśniętym gardłem jechałem dalej nie zważając na ograniczenia prędkości. W pewnej chwili mijałem park...
Wdepnąłem hamulec aż zapiszczało. Tam ją spotkałem po raz pierwszy... Może tu będzie? Z nadzieją wypisaną w oczach zaparkowałem gdzies i nie patrząc na nic, ludzi nie było wiele, pobiegłem do parku. Paru spojrzało na mnie zdziwionych. No tak, kto to widział Michaela Jacksona biegającego po parku o szóstej rano? Ale nigdzie jej nie było. W końcu dobiegłem do tej ławki, na której ją wtedy zobaczyłem. Była pusta. Nikogo nie było w pobliżu.
Patrzyłem na nią czując jak coś wwierca mi sie w serce boleśnie. Nie wiedziałem gdzie jest dziewczyna, którą kocham. Nie wiedziałem czy wszystko z nią w porządku, czy jest cała i zdrowa, czy nie dzieje jej się jakaś krzywda, czy nie potrzebuje pomocy... Usiadłem na tej ławce i z cięzkim westchnieniem podparłem głowę na rekach. Co jeszcze mogłem zrobić, żeby ją znaleźć? Musiałem ją znaleźć. Przeciez nie mogła się od tak rozpłynąć w powietrzu... Musiała gdzies być. Na pewno nigdzie nie wyjechała, jej wszystkie rzeczy były na miejscu. Chryste... powiedz mi, gdzie ona jest... bo oszaleję...
Donata
Ile człowiek może naprawdę znieść, wie tylko ten kto właśnie osiągnął już swój limit. Ja własnie docierałam chyba do tego momentu... Czułam, że jeszcze trochę i pęknę. Dosłownie i w przenośni. Nie wiem jak w ogóle udało mi sie wytrzymać w tym tyle czasu. Może czułabym sie inaczej gdybym nie musiała co dzień mijać go na korytarzach, widywać jak sie z nią spotyka. Zaczęła wpadać do Neverland coraz częściej. I chyba nawet zaczynało go to męczyć... A może sobie to wmawiałam.
Jedynym pocieszeniem było to, że mogłam wyjsć z tego domu by spotkać się z Janet. Siedziałyśmy wtedy u niej cały dzień gadając i wtedy czułam się dobrze. Nie czułam wszechogarniającego mnie napiecia, nie musiałam się oglądać, że on albo ona nagle wyjdą zza zakrętu. Tak bardzo chciałam go przytulić... Tak po prostu, podejść i objąć, zagarnąc go całego tylko dla siebie. Ale miał już kogoś od przytulania.
Podobno zaczął prace nad płytą. Dwa miesiące po zakończeniu trasy to chyba rekord. Nie wtrącałam się. To jego sprawa. Nie wyglądał żeby się jakoś męczył. To pewnie dla tego, że nie brał już tego potasu... Kiedy przypomniała mi sie tam ta sytuacja ze szpitalem, poczułam jak skóra zaczyna mi cierpnąć. Wciąz miałam to w pamięcie. Ale teraz to nie miało już znaczenia.
Janet wciąz się do niego nie odzywała. Ile razy jej mówiłam, żeby dała spokój bo jesteśmy dorośli i widocznie tak mu dobrze, patrzyła na mnie jak na idiotkę. Którą z resztą byłam, wiedziałam o tym doskonale. Ale czasu już nie cofnę, a i nie da się tego w żaden sposób odkręcić. Marzyłam żeby to pismo w końcu do mnie dotarło. Wtedy będe mogła stamtąd uciec raz na zawsze.
Wiedziałam, że będę za nim tęsknić, że będę cierpieć. Wiedziałam, że będę śledzić wszystkie wiadomości o nim, oglądać jego wywiady, czytać gazety byleby tylko się czegoś dowiedzieć. Przez jakiś czas będę to robić. Ale potem mi to przejdzie. Na pewno. Był to jednak jedyny sposób by nie oszaleć. Po prostu wyjechać... i zapomnieć.
Oszukiwałam samą siebie myśląc, że uda mi się o nim zapomnieć, ale... Musiało mi sie udać, inaczej oszaleję. Znajdę sobie porządnego faceta... Może nawet się pobierzemy. Będą dzieci... i będę szczęśliwa.
Ta, jasne.
Jedyne czego potrzebowałam do szczęścia i jedyne co mogło mi je dać był Michael. Sam w sobie. Nic innego nie mogło sprawić, że będę naprawdę szczęśliwa. Wciąż przywoływałam tą chwilę, kiedy położył mnie do swojego łóżka z bolącą głową. Kiedy mnie całował... Ten pocałunek był przesłodki po tak długim czasie... Poczułam przyjemny ucisk w żołądku, ale za chwilę zamienił się w coś mało przyjemnego. Pocałował mnie, ale wciąz z nią siedział. Nie rozumiałam tego i nawet nie chciałam rozumieć.
Miotałam się we własnych odczuciach i tym co się dzieje. Poczucie straty było ogromne. Jak mogłoby nie być, skoro sama go sobie odebrałam. I nie pomagało już nawet mówienie sobie, że się pocieszył. Bo to nie miało znaczenia. Miał prawo. Ile miał za mną łazić... do śmierci? Każdy jest tylko człowiekiem i ma swoje uczucia. I tak długo pozwalał się ranić.
Ale w tamtym pocałunku czułam tyle miłości... A może w ogóle nie było żadnego pocałunku? Może tylko mi się to śniło? Byc może właśnie tak było. Uświadomiłam sobie to ze łzami w oczach.
Znów płakałam całe noce. Nie potrafiłam tego znieść. Czas najwyższy był by uświadomić sobie winę, że to ja wszystko zepsułam. A on się przecież starał. Miłość tu nie wystarczy. Nawet jesli mnie kocha... tego się nie da naprawić. Zaczęłam już nawet odnosić się do niego z wrogością. To było odruchowe, nie umiałam tego opanować. Żałowałam tego bo widziałam, że go to boli. Ale nie panowałam nad sobą już w ogóle. Wieczorami trzęsłam się w łóżku, bolała mnie głowa i żołądek. To już chyba był kres mojej wytrzymałości.
A jeszcze LaToya urządziła im przyjęcie u Michaela w domu. W jego włąsnym domu, porządziłą się jakby była u siebie. Zaprosiła oczywiśćie całą rodzinkę. Lisę też, oczywiście, jako przyjaciółkę, ale z tego co się dowiedziałam i ona i Janet odmówiły pojawienia się w ten dzien i każdy inny, w którym to miałoby się odbyć. Przyszli więc rodzice i pozostałe rodzenstwo.
A co było powodem tego spotkania? Oczywiśćie związek Michaela z Madonną. Jak stwierdziła, trzeba to uczcić. Są już TYLE razem ,a jeszcze nie było żadnego rodzinnego obiadku. Pomyślałam... Nie. Tego ja nie zniosę. Nie będę siedzieć w pokoju i słuchać ich śmiechów i durnych żartów. Musiałam się wydostać z tego domu. Tylko gdzie?
Janet struchlała, bo jak sama stwierdziła nawet o mnie nie pomyślała i miała w ten czas umówione jakies ważne spotkanie więc nie mogła sie ze mną spotkać. Przepraszała mnie, ale powiedziałam, że nie ma się mną przejmować, że jakoś sobie poradzę. Pójdę do jakiegoś sklepu czy coś... I jakoś to będzie.
Ale znając życie ta imprezka będzie trwać do późnej nocy. Więc musiała bym chyba nocować w tym sklepie. Nie wiedziałam co robić, a nie chciałam zostawac w domu. Pozostawałam w kropce bo oprócz Janet z nikim tu nie trzymałam...
Lisa. Nagle ona przyszła mi na myśl. Też się nie zgodziła. Ale... Co ja u niej mam szukać? Pare razy rozmawiałyśmy to wszystko. Nie mam nawet do niej telefonu, nie wiem gdzie mieszka. Chciało mi się ryczeć. W końcu powiedziałam sobie, że choćbym miała nocować gdzieś pod drzewem to i tak wychodze z tego domu. I pewnie tak by się stało, potrafię być naprawdę uparta. W ten czas też nie chciałam by ktoś zawracał mi głowe, więc swój telefon zostawiłam w pokoju. Zabrałam tylko małą torbę i portwel z pieniędzmi i dokumentami. Nic więcej.
- Panienka wychodzi? - usłyszałam za soba miły głos. To Susan szła z czymś do kuchni i mijała moją sypialnię. Usmiechnełam się. Choć chyba nie dała się nabrać.
- Tak... Idę do miasta... Wrócę raczej późno. - wymamrotałam. Westchnęła.
- Chodź tylko ze mną. - powiedziała. Poszłam więc za nią do kuchni. Tam odstawiła garnek do lodówki. - Ten Jackson jak dziecko we mgle. - rzuciła kręcąc głową.
- Co?
- Mówię, że pan Michael nie umie się odnaleźć we własnym życiu. Zaplątał się w to wszystko i chyba nie ma pomysłu na to jak z tego wyjsć... - spuściłam głowę. - Może ty powinnaś mu pomóc? - spojrzałam znów na nią zaskoczona.
- Ja? A niby jak i w czym?
- Kochacie się, to widać na kilometr. - powiedziała patrząc na mnie uważnie. Nic nie powiedziałam. - I gdzie ty chcesz isć?
- Nie chce być świadkiem tej szopki. - mruknęłam patrząc na swoje ręce. - Janet nie może mnie zakitrać na noc... Nie wiem. Jakoś sobie poradzę.
- Chcesz się włóczyć sama po nocy?
- Nie ma tu nikogo innego... kto mógłby mi jakoś pomóc. Pomyślałam o Lisie, ale nie mam do niej żadnego kontaktu. - powiedziałam znów cicho.
- Zaraz ci podam. - spojrzałam na nią zaskoczona. - Mamy tu notesik z kontaktami, proszę. - odszukała szybko i podała mi numer.
- Dziękuję... - mruknełam zaskoczona całym tym przedsięwzięciem.
- Nie ma za co. Zadzwoń. To jest dobra kobieta, na pewno ci pomoże.
- Tak pani myśli?
- Oczywiście. Dzwoń. - uśmiechnęła się do mnie. Odwzajemniłam jej ten uśmiech.
Kiedy wyszłąm już na dwór wykręciłam numer. Dopiero wtedy, nie chciałam by ktoś słyszał moją rozmowę. Odebrała po trzecim sygnale. Nie znała mojego numeru, więc pewnie się zdziwiła.
- Cześć. - powiedziałam. - To ja, Dona.
- Dona? Co się stało?
- Nic... wielkiego. Po prostu... nie mam co ze sobą zrobić. - chwila ciszy.
- Chodzi o to spotkanie które zorganizowała głupia LaToya? - uśmiechnęłam się pod nosem.
- Taa. Nie chcę ci się narzucać, po prostu nie mam z kim... pogadać? Janet załatwiła sobie na ten czas 'alibi'...
- Nie ma sprawy. Podam ci swój adres. Przyjedź. Pogadamy. - odetchnęłam lekko z ulgą.
- Dzięki...
Dojechać do niej nie było trudno. Po około godzinie byłam już na miejscu. Zadzwoniłam. Otworzyła mi osobiście... zresztą nie wiem czy miała od tego ludzi. Chata była spora i ładnie urządzona. Miała gust.
- Wejdź. - zaprosiła mnie i poprowadziła do salonu. Jakaś starsza pani natychmiast zjawiła się przy nas witając mnie serdecznie i pytając czego sobie życzę. Nie chciałam robić kłopotu...
- Po herbacie, prosimy. I jakieś słodycze. - powiedziała z uśmiechem u spojrzała na mnie. Odwzajemniłam lekko ten uśmiech, ale czułam się nieswojo. - Siadaj. Porozmawiamy.
Usiadłam więc i nawet już otwierałam usta, żeby coś powiedzieć... ale nie wiedziałam co. Nie umiałam zacząć, kotłowało się we mnie tyle emocji, że nie wiedziałam która zaczepić pierwszą. Gardło mi się zacisnęło i poczułam jak moje oczy robia się gorace, a po chwili wypełniając je łzy.
- Nie daje już sobie rady. - mruknęłam i po chwili skrzywiłam się nie mogąc się już powstrzymać.
Mówi się, że człowiek gdy się wypłacze czuje się lepiej, ale mnie to nie dawało żadnego ukojenia. Było jeszcze gorzej gdy już do tego doszło.
- Spodziewałam się, że będziesz chciała uciec stamtąd. - powiedziała w pewnym momencie gdy juz trochę nabrałam tchu. Patrzyła na mnie ze współczuciem...
- Czekam na pewien dokument. - mruknęłam ocierając twarz. - Potem wracam do Polski. - tymi słowami chyba ją zaskoczyłam. Nikomu tutaj nie mówiłam o swoich planach. Janet też nic nie wiedziała. Nikt nic nie wiedział.
- Jak to... wracasz do Polski?
- Normalnie. - pociągnęłam nosem. - Tutaj zostać nie mogę bo wyląduję w wariatkowie. I to jest najlepszy z możliwych scenariuszy.
- A Michael? Co z nim?
- A co ma z nim być? - zapytałam patrząc na nią zapuchniętymi oczami. Nie wiedziała co powiedzieć. - Potrzebna mu jestem do czegoś? Nie zauważyłam.
- Dona, przecież mówiłyśmy ci wtedy z Janet...
- Ja nie chcę rozmawiać o tym. - przerwałam jej.
- Powiedziałam mu o wszystkim wtedy, gdy ta... baba sobie poszła. - mrukneła patrząc na mnie.
- O czym?
- O tym, że w końcu przejrzałas na oczy i chciałaś go przeprosic. - parsknełam śmiechem. Sama nawet nie wiedziałam czemu. Nic nie powiedziałam. - Dona...
- Co mam ci na to powiedzieć? Mam się cieszyć? - spojrzałam jej w oczy. - Tym bardziej się teraz utwierdziłam w swoim przekonaniu.
- Jakim znowu przekonaniu?
- Siedzi z nią wciąż mimo wszystko, więc chyba mu z nią dobrze. A ja mu tylko zawadzam. Mieć wiecznie na głowie w domu swoją była, dobre! - zaśmiałam się gorzko.
- Ty chyba nie wiesz co mówisz...
- Jak to nie wiem? Dobrze wiem. Co, może mi powiesz, że to nieprawda? Nie jestem naiwna. Aż tak. Pewnie nawet gdyby to wszystko się nie stało i tak by mnie w końcu sam zostawił...
- Nie gadaj głupot!
- To nie są głupoty.
- Są! To są największe bzdury jakie w życiu słyszałam. Chciał wtedy za tobą biec. Ale go powstrzymałam.
- I dobrze. - mruknęłam cicho patrząc na swoje palce. Pojedyncza łza spadła na moją dłoń.
- Ja widzę, że z toba jest gorzej niż ktokolwiek by pomyślał... - powiedziała w końcu po kilku minutowej ciszy. Zerknęłam na nią. Oczy mnie szczypały, przetarłam je dłonią.
- Wesolutko nie jest. - szepnełam cicho. - Chcę się stąd wyrwać, wrócic do domu i odpoczać... Wykańczam się tutaj coraz bardziej. Już samo patrzenie na niego sprawia, że jest mi słabo.
- Słabo?
- Tak. W nocy nie śpię, tylko płaczę. Jak tylko się położę aż do godziny trzeciej, czwartej rano. Potem przez kilka godzin jeszcze lezę nie ruchomo i patrzę się gdzies w kont. Boli mnie głowa prawie bez przerwy... Ostatnio dostałam takiej migreny, że nie mogłam sie ruszyć, a jak już się podniosłam, prawie zwymiotowałam to czego nie zjadłam. Całymi dniami zbieram sobie to wszystko, a potem w nocy się zamykam i wyję.
Lisa patrzyła na mnie tak jakbym ją naprawdę przeraziła. Nie byłam zdziwiona. Byłam wykończona nerwowo, na własne życzenie, i ta myśl jeszcze dodawała mi stresu, którego i tak już miałam dość. Potrzebowałam sie gdzieś schować, odciąć się od tego wszystkiego, zapomnieć. Najlepiej wyjechać.
- Co to za dokument, na który czekasz?
- Decyzja o legalizacji pobytu tutaj. Troche się to przedłuża. Ale pewnie nie długo dostanę.
- No a jak ci zalegalizują?
- Zalegalizują czy nie i tak wyjeżdżam. - nie zamierzałam tu dłużej siedzieć. Teraz każde miejsce było o niebo lepsze niż to gdzie się znajdowałam teraz. Kolejne łzy pociekły mi po policzkach.
Kiedy starsza pani przyniosła nam tacę z herbatą i ciastkami i zobaczyła mnie taką wymizerowaną popatrzyła na mnie smutno... Tacy ludzie mają już sporo za sobą i pewnie wiedza jak sobie radzić. A ja? Ja nie miałam o niczym pojęcia. Nie wiedziałam co mam zrobić by nie zwariować.
- Możesz zostać u mnie przez kilka dni jeśli chcesz. Odpoczniesz trochę. Tutaj nie będziesz musiała się niczym przejmować. - popatrzyłam na nią.
- Ale ja tu nic ze sobą nie mam. Poza tym, ja nie chcę ci robić kłopotu. Nie zawracałabym ci głowy wcale gdyby nie to, że Janet nie mogła się spotkać.
- Ale daj spokój. Przyda ci się odskoczna. A jeśli chodzi o jakieś rzeczy, ubrania to tyle się coś znajdzie, nie martw się. - uśmiechnęła się lekko. Westchnełam.
- Dziękuję ci. - posłałam jej w miarę szczery uśmiech. Tylko na tyle było mnie teraz stać.
Powiem szczerze, że... odetchnęłam trochę z ulga. Myśl, że nie będę musiała wracać tam przez kilka dni była pokrzepiająca.
- Liczę tak dwa tygodnie na to że przyjdzie w końcu to pismo. Jak nie nie będę dłużej czekać tylko się pakuję i wyjeżdżam. - powiedziałam na co tylko westchneła.
- Może powinnaś spróbować z nim...
- Niczego nie będę z nim próbować. - powiedziałam od razu. Znów westchneła. - Nie będe też ci tu siedzieć długo na głowie, potem pojadę do niego do domu, spakuję się i wyniosę do hotelu. - patrzyła na mnie w milczeniu.
- On ci nie pozwoli tak łatwo wyjechać.
- Gówno ma do gadania. Wydostanę się stąd, chocbym miała przepłynąc cały ocean wpław. - warknęłam. Uśmiechnęła się.
- Zadzwoń tam do kogoś, żeby wiedzieli gdzie jesteś. - powiedziała w końcu.
- Nie wziełam ze sobą telefonu. - mruknełam spuszczając głowę.
- To ja zadzwonię, spokojnie...
- Nie! - złapałam ją za rękę. Spojrzała na mnie zaskoczona. - Nie chce żeby wiedział, gdzie jestem. - dodałam.
- Ale musi wiedzieć, gdzie jesteś...
- Nie musi, nie mam pięciu lat. Jestem dorosła i moge robić co chcę. A on nie może mnie kontrolować. - powiedziałam denerwując się trochę.
- Ale jak znikniesz na kilka dni to on tam na głowę dostanie!
- Wątpię by w ogóle zauważył, że mnie nie ma.
- No to zobaczymy. - powiedziała odkładając swój telefon. - Zrobimy jak chcesz, ale zobaczysz, że on tu wpadnie najpóźniej jutro rano. - prychnęłam.
- Zobaczymy. - powiedziałam biorąc jedno ciastko.
Michael
Byłem zmęczony udawaniem, że jestem zadowolony z tego co się dzieje. Zaczynałem mieć tego naprawdę serdecznie dość. Mad klejącej się do mnie, fochów Janet, która się ode mnie odwróciła... LaToyi gratulującej mi, jakbym wygrał w totka. A do tego jeszcze Dona... Wyszła gdzieś, nawet nie wiedziałem gdzie. Ale nie martwiłem się zbytnio. Przynajmniej do pierwszej w nocy, kiedy zorientowałem się, że jeszcze nie wróciła.
Przeprosiłem towarzystwo i wyszedłem pod pretekstem wzięcia czegoś z kuchni i wykręciłem do niej numer. Był sygnał, ale nikt tego telefonu nie podejmował. Pomyślałem, że nie będzie chętnie odbierać ode mnie połączeń, więc zadzwoniłem drugi raz, a potem trzeci czwarty i piąty. W końcu nagrałem jej się na sekretarkę, by do mnie oddzwoniła. Wróciłem do wszystkich.
O trzeciej zacząłem się już martwić na poważnie. Wciąz jej nie ma. Nigdy nie robiła czegoś takiego, żeby nie wracała na noc. Poczułem skurcz w zołądku. Uciekła mi z domu. Od razu się domyśliłem dlaczego. LaToya jest głupia jak but, pewnie zrobiła to wszystko celowo, a Dona nie miała ochoty na to wszystko patrzeć. Ja też nie miałem ochoty w tym uczestniczyć, ale... wciąz nie wiedziałem jak się z tego wyplątać.
Do tego jeszcze ojciec wziął mnie na stronę.
Byłem zdziwiony, że ciągnie mnie gdzieś w jakieś ustronne miejsce. Mimo wszystko, spiąłem się cały, po nim można było sie spodziewać wszystkiego. Znaleźliśmy się tuż pod drzwiami z tyłu domu, wychodzącymi na sad owocowy.
- O co ci chodzi? - zapytałem kiedy zapalił papierosa. Jeszcze nie widziałem, żeby palił, co też mnie zdziwiło. - Od kiedy palisz?
- Od jakiegoś czasu. Powiedz mi coś chłopcze. - zaczął wymachując lekko fajką przez co dym rozniósł się szybciej w powietrzu i zaczął mnie gryźc w gardle.
- Co znowu?!
- Nie unoś się! - zagrzmiał od razu. - Może ja nie jestem najlepszym ojcem na świecie. Ba, z całą pewnością nie jestem najlepszym ojcem na świecie, ale wytłumacz mi, dziecko, dlaczego zamieniłeś sobie diament na takie GÓWNO w papierku po cukierku?
Patrzyłem na niego przez dłuższą chwilę lekko zszokowany. OJCIEC i TAKI wywód?
- Co masz na myśli?
- To, że twoja siostra najchętniej urwałaby ci oba łby. Twoja matka też nie jest zadowolona, ale nic nie mówi. Twoi bracia milczą, ale nawet Jermaine nie dotknąłby tej kurwy nawet kijem. A to już powinno dać ci do myślenia. - powiedział na co skrzywiłem się lekko. - Miałeś takiego cukierka pod nosem, zaraz ci tego cukierka ktoś zeżre, zobaczysz. - westchnąłem przymykając oczy.
- Już dawno się w tym zgubiłem.
- Mam ci postawić drogowskaz przed nosem?! - zagrzmiał znów, na co automatycznie już chyba odruchowo znów się spiąłem. Popatrzyłem na niego zły.
- Co niby mam zrobić twoim zdaniem?!
- Kopnąć tą hollywoodzka kurwe w dupe! - był bezpośredni aż bolało. I nie wahał sie nazywać jej 'po imieniu'.
- Łatwo ci mówić.
- Wiem, że posuwa się ją fajnie, ale miałeś fajniejsza, jak zdązyłem zauważyć!
- Nie sypiam z nią! - syknąłem przez zaciśnięte zęby.
- A co niby z nią robisz?
- Nic. Unikam jak mogę. Zresztą, to wcale nie trudne, teraz, kiedy mam tyle pracy w studiu. - roześmiał się dość nieprzyjemnie.
- Chowasz się przed nią w robocie. Dupa z ciebie nie facet.
- A ty taki mądry jesteś?! To załątw to wszystko za mnie!
- Powiedziałem ci, nie unoś się! - podniósł głos. - Twojego szamba sprzątał nie będę. Gdzie ta dziewczyna w ogóle jest?!
- Nie wiem. I zaczynam się poważnie martwić... Wyszła i do tej pory jej nie ma...
- Pięknie, synek, pięknie! To idź tylko sprawdź czy przypadkiem czegoś ze sobą nie zabrała!
- Czego?! - jeśli posądza ją, że mogłaby mnie okraść...
- Swojej szafy! - warknął. - Pewnie spakowała się, wyniosła i nawet o tym nie wiesz. Brawo. - aż mnie ścisnęło.
- Nie, nie mogła tego zrobić.. - powiedziałem i pognałem do jej sypialni.
Droga nie była długa, ale i tak wydawała mi się rozciągać w nieskończonosć. Kiedy w końcu tam wpadłem, natychmiast odetchnąłem z ulgą. Wszystko było na miejscu. I jej telefon na szafce... Nie zabrała go.
- Kurwa mać! - zakląłem pod nosem. Usiadłem na jej łózku zastanawiając się co robić. Pierwsze co to wykręciłem numer do Janet.
Za pierwszym razem nie odebrała. Zakląłem znów cicho pod nosem i ponowiłem próbę. Odebrała po trzecim sygnale.
- Mike... pogięło cię? Jest czwarta rano! - fuknęła na mnie lekko zachrypniętym głosem i ziewnęła potężnie. Nawet nie zwróciłem uwagi na jej słowa.
- Jest u ciebie Dona?? - zapytałem. Zdziwiłem sie lekko słysząc swój głos. Drżał mi i był przepełniony najprzeróżniejszymi emocjami. Chwila ciszy...
- Nie. A dlaczego?
- Bo nie ma jej. Nie wróciła na noc.
- Jak to nie wróciła?! - zdenerwowała się.
- Nie wiem, po prostu! Wyszła wczoraj wieczorem.. i nie ma jej... Janet, błagam cię, powiedz mi, że wiesz gdzie ona jest.
- Nie wiem, Mike. Naprawdę.
- Na prawdę nie ma jej u ciebie? - serce waliło mi jak młot.
- Nie, Mike, nie ma jej u mnie! Chciała się spotkać, ale ja miałam spotkanie... W sumie to źle zrobiłam, bo mogłam je przełożyć... A ty jesteś tak głupi i oczywiscie nie wiesz DLACZEGO mogła nie chcieć wrócić na noc, prawda?
- Wiem, dlaczego mogła nie chcieć wrócić na noc. - powiedziałem cichym drżącym głosem. - Gdzie ona może być... Janet, błagam cię...
- O co ty mnie błagasz, żebym posprzątała ten burdel, którego sam sobie narobiłes?!
- Nie! Nie wiem... - zaczynałem panikować. - Powiedz mi, gdzie ona może być...
- Nie mam pojęcia, Mike. Obdzwoń wszystkich, sprawdź hotele... Na pewno nie spi na dworze.
- A... a jak coś jej się stało... - coś ścineło mnie boleśnie w brzuchu. - Nigdy sobie nie wybaczę...
- Mike, przestan panikować! Tak jej nie znajdziesz jeśli będziesz tylko siedział i lamentował.
- Boję się o nią. Telefon zostawiła u siebie w pokoju, ja nie wiem co mam robić.
- Zrób to co ci powiedziałam, dzwoń do kogo tylko masz numer.
Tak więc zrobiłem. Zastanawiałem sie do kogo mogłaby pójść. Pierwszy na myśl przyszedł mi Alan. Dobrze się z nim dogadywała. Może spotkała sie z nim?
- Halo? Tak, szefie? - mruknął kiedy odebrał. Też spał.
- Jest u ciebie Dona?? - znów to pytanie. Mruknął cos nie zrozumiale.
- Coo???
- Czy jest u ciebie Dona. - powtórzyłem.
- Nie ma... Czemu miałaby być? - jęknąłem boleśnie. - Co się stało?
- Nie ma jej! Nie wróciła na noc do domu, ja zaraz zwariuje, rozumiesz, zwariuje! - zacząłem krzyczeć. Całe przyjęcie już się skończyło, wszyscy się rozeszli. Oczywiście, oprócz Mad.
- Kochanie...? - weszła do jej sypialni patrząc na mnie. Tylko jej mi teraz brakowało. - Coś się stało?
- Nie. - warknąłem. Spojrzała na mnie wiekszymi oczami.
- No przecież widze, że jesteś wzburzony.
- Mało cie to obchodzi! - warknałem znów. - Alan... - powiedziałem znów do telefonu.
- Nie mam pojęcia gdzie może być. Ale moge przyjechać zaraz do ciebie...
- Nie, nie... Nie fatyguj sie... Będę dzwonił dalej... dzięki. - powiedziałem już niemal dysząc ze zdenerwowania. Mad cały czas mi się przyglądała mrużąc oczy. Nie zwracałem na nią uwagi.
Następną osoba która przyszła mi na myśl był ten ogrodnik, który się do niej wdzięczył. Ale poszłaby do niego? Rzygac mi sie chciało na samą myśl o tym, ale i tak zadzwoniłem. Musiałęm się dowiedzieć gdzie jest.
- Halo. - burknął za pewno z nosem w poduszce, bo jego głos był nieco przytłumiony.
- Jest u ciebie Dona?! - warknąłem. Nie umiałem się opanować. I wciąz jedno i to samo pytanie. Ożywił sie nieco.
- Nie, czemu pytasz?
- Bo jej nie ma!
- Zaraz... Jest czwarta rano, jak to jej NIE MA?
- Właśnie próbuję się tego dowiedzieć!
- No... ja ci jej nie uprowadziłem.
Prychnąłem. Miałem ochotę cos rozwalić. Oczywiście nie wiedział, gdzie mogła się udać. To gdzie ona do cholery jest! Boze! Oszaleję...
- Szukasz swojej byłej? - usłyszałem kiedy wykręcałem kolejny numer. Spojrzałem na nią.
- Tak.
- A do czego ci ona potrzebna?
- Do niczego, kurwa! Nie wróciła na noc, do cholery!
- I co z tego? - teraz spojrzałem na nią oczami wielkimi jak spodki.
- CO Z TEGO?!
- Tak, co z tego! Ja w ogóle się zastanawiam po co ty ją tu wciąż trzymasz! Powinieneś już dawno ją stąd wyeksmitować! - powiedziała wkurzona otwierając pierwszą lepszą szafę i wyrzucając jakiś jej sweterek na podłogę.
- Nie jesteś u siebie! - zwróciłem jej uwagę. - Podnieś to i wsadź z powrotem do szafy. - parsknęła śmiechem.
- Chyba oszalałeś! Właśnie ci powiedziałam, że masz się pozbyć stąd tej dziewuchy! Nie chce jej tu widzieć!
To już było przegięcie...
- Coś ci się chyba pomyliło, Mad. - powiedziałem starając się panować nad złością.
- Nic mi sie nie pomyliło, Mike! Ona powinna zniknąc stąd albo w dniu waszego rozstania, albo wtedy kiedy JA sie tu pojawiłam po raz pierwszy! Nie rozumiem po co ją tu trzymasz! Posuwasz ją po kryjomu czy co?! - nie wytrzymałem.
- Tak! Pieprze ją w każdej wolnej chwili! Zadowolona?! - zapowietrzyła się lekko. - Jesteś bezczelna! To jest mój dom i ja będe decydował kto będzie w nim mieszkał, a kto nie! I w tej chwili proszę cię, żebyś wyniosła się z tego domu!
- Chyba żartujesz! Jestem twoją kobietą, do cholery! Tą małą zdzirę tutaj hodujesz, a mnie będziesz wyrzucał?!
- Zważaj na słowa!
- A kto to jest?! To tylko zwykła mała dziwka z Polski! A ty jesteś skończonym idiotą, Michael, byłeś i jesteś, spotykając sie z nią! Tacy ludzie jak my powinni się obracać w towarzystwie sobie równych, a nie takiego... - nie wiedziała jak się wyrazić. - Od ziemi nie odrosła, słoma jej z butów wystaje, a ty co? Rozumiem, że pieprzyło ci się ją dobrze, ale do niczego innego się nie nadaje!
Patrzyłem na nią mając wrażenie, że zaraz się zagotuje... Odezwałem się w miare spokojnie...
- Wiesz... to co mówisz powoduje u mnie pewne skojarzenia.
- Jakie znowu skojarzenia!
- Z tobą! - ryknąłem i podszedłem do drzwi wskazując jej na nie, były otwarte. - Wynocha! Mam ważniejsze sprawy na głowie niż twoje fochy!
- Będziesz tego żałował. - warknęła i wyszła.
- Nie bardziej niż tego, że cię zaliczyłem, wydro! - warknąłem pod nosem i zatrzasnąłem drzwi.
Co to w ogóle miało być... Usiadłem z powrotem na łozku i ukryłem twarz w dłoniach. Gdzie ona jest? Przecież jak ona w tej chwili sie nie znajdzie to ja dostanę na głowę! To jest coś nie do wyobrażenia.
Już widziałem przed oczami jak leży gdzieś w jakimś rowie przy drodze, nie wiem... Zgwałcona, zabita... Wyobraźnia zaczęła buzować. Dłonie trzęsły mi sie jak jakiemuś alkoholikowi. Gdzie jeszcze mógłbym zadzwonić... Do kogo mogła isć...
Momentalnie podskoczyłem i wykręciłem kolejny numer. Błagałem Boga by tam była. Jeśli tam jej nie będzie, wsiadam w samochód i jadę jej szukać.
Czekałem dosłownie dwa sygnały, kiedy odebrała. Nie czekałem nawet na jakieś halo czy coś, po prostu natychmiast zacząłem...
- Jest u ciebie?! Błagam cię, powiedz, że Dona jest u ciebie, bo oszaleje! - powiedziałem dygoczącym wręcz głosem. Przez chwilę nie było żadnej odpowiedzi. - Lisa!
- Nie ma jej. - padłem na kolana tak jak stałem łapiąc się za głowę.
- Nie... - jęknąłem. - To gdzie ona jest do cholery...! Ona musi być u ciebie, Lisa, powiedz że ona jest u ciebie, proszę! - zacząłem cedzić przez zaciśnięte zęby. Czułem bębnienie w uszach. Znów przez chwilę nic nie mówiła.
- Nie ma jej u mnie, Mike, naprawdę. - mówiła, ale coś mi nie pasowało... Nie wiedziałem co. Pewnie wciąż ma do mnie pretensje.
Podźwignąłem się z ciężkim westchnieniem i usiadłem znów na łózku.
- To gdzie ja mam jej szukać...? - wyszeptałem podpierając głowe na ręce. Nic nie powiedziała. - Lisa?
- Mike... ja naprawde nie wiem jak ci pomóc. Nie znam jej... Nie wiem, gdzie mogła pójść. Poszukaj w jakichś małych hotelach.
- Janet już mi to mówiła, ale myślisz, że mi coś powiedzą? - jęczałem. Miałem ochotę się po prostu rozpłakać. - Boże... zaraz dostane na łeb... - dodałem pół szeptem.
- Nie pomoge ci. Przykro mi. - powiedziała i po chwili się rozłączyła. Miałem ochotę roztrzaskac ten telefon o ścianę. Co miałem robić?
Wystrzeliłem z tego pokoju, porwałem jakąś pierwszą lepszą kurtkę i wyleciałem na dwór. Na dworze robiło się już jasno. Wsiadłem do samochodu i popędziłem... sam nie wiedziałem gdzie. Wyjechałem ze swojej posesji i ruszyłem w miasto. Przejeżdżałem kilka razy te same ulice w nadziei że zobaczę ją gdzieś idącą. Raz nawet wydawało mi sie, że to ona, ale po chwili okazywało się, że nie... Ze ściśniętym gardłem jechałem dalej nie zważając na ograniczenia prędkości. W pewnej chwili mijałem park...
Wdepnąłem hamulec aż zapiszczało. Tam ją spotkałem po raz pierwszy... Może tu będzie? Z nadzieją wypisaną w oczach zaparkowałem gdzies i nie patrząc na nic, ludzi nie było wiele, pobiegłem do parku. Paru spojrzało na mnie zdziwionych. No tak, kto to widział Michaela Jacksona biegającego po parku o szóstej rano? Ale nigdzie jej nie było. W końcu dobiegłem do tej ławki, na której ją wtedy zobaczyłem. Była pusta. Nikogo nie było w pobliżu.
Patrzyłem na nią czując jak coś wwierca mi sie w serce boleśnie. Nie wiedziałem gdzie jest dziewczyna, którą kocham. Nie wiedziałem czy wszystko z nią w porządku, czy jest cała i zdrowa, czy nie dzieje jej się jakaś krzywda, czy nie potrzebuje pomocy... Usiadłem na tej ławce i z cięzkim westchnieniem podparłem głowę na rekach. Co jeszcze mogłem zrobić, żeby ją znaleźć? Musiałem ją znaleźć. Przeciez nie mogła się od tak rozpłynąć w powietrzu... Musiała gdzies być. Na pewno nigdzie nie wyjechała, jej wszystkie rzeczy były na miejscu. Chryste... powiedz mi, gdzie ona jest... bo oszaleję...
piątek, 2 września 2016
49.
Witam. :) Dzisiaj dość wcześnie, bo potem mnie nie ma. Kolejny odcinek ukarze się w niedzielę. Zapraszam. ;)
Donata
Zaczął się chyba najgorszy okres w moim życiu. Wcześniej tak nazywałam czas po rozstaniu z Darkiem, ale to było nic w porównaniu z tym co działo sie teraz. Od tamtej pory jak ją tu przyprowadził po raz pierwszy minęły dwa tygodnie. Nie widziałam jej tu często. Chyba woleli spotykać sie u niej. Zresztą to chyba nic dziwnego, miałby się przejmować, że jego była zaraz gdzieś wyjdzie zza rogu i ich zobaczy? Na jego miejscu chyba też bym tak postępowała.
Próbowałam udawać, że w ogóle mnie to nie obchodzi. Że nie interesuje mnie to, że nie wraca do siebie na noc, że w gazetach co rusz pokazują się ich zdjęcia z jakichś uroczystości, gdzie trzymają się za rękę. Próbowałam ignorować głupie docinki wypisywane dodatkowo na mój temat. W gruncie rzeczy to chyba nawet prasa się podzieliła. Jedni szykanowali ich drudzy uwiesili się na mnie. Na przykład. Dwa dni po tym jak sobie ją przyprowadził ukazał się artykuł w jednej z gazet, ze zdjęciem wielkim prawie na całą stronę jak się całowali. Kiedy zobaczyłam to po raz pierwszy próbowałam udać, że w ogóle mnie to nie dotyczy. Jedna z pań, z którymi pracowałam próbowała jakoś dodac mi otuchy, ale powiedziałam jej, żeby się nie przejmowała bo mnie to wcale nie obchodzi. Ale moje zachowanie musiało dawać innym do myślenia zupełnie co innego, bo choćby Alan, z którym łaskawie sie pogodziłam patrzył na mnie jakby czekał na coś, nie wiem, na wybuch bomby? Może.
Ale to, że to zlewałam wcale nie oznaczało, że rzeczywiscie nie miało to na mnie żadnego wpływu. Czułam sie wykończona. I jeszcze ta świadomosć, że sama sobie to wszystko zafundowałam. Ale jak to miałam w zwyczaju, od razu uruchomiłam odpowiedni mechanizm obronny byleby tylko nie musieć aż tak tego przeżywać. Skoro tak szybko sobie kogoś przygruchał, to widocznie aż tak mu nie zależało. I to jeszcze kogo? Może rzeczywiście wcześniej w tych tekstach było trochę prawdy, może rzeczywiście jakoś się z nią spotykał, a ja głupia... i tak dalej. Za każdym razem kiedy dopadała mnie większa chandra powtarzałam to sobie jak litanie i nawet skutkowało. Najlepiej zwalić coś na kogoś, ale nie obchodziło mnie to wtedy wcale, czy on winny czy ja. Musiałam się jakoś psychicznie obronić, bo inaczej bym zwariowała widząc te wszystkie zdjęcia, ich, jego jak rozmawiał z nią przez telefon.
Zmęczenie psychiczne po pewnym czasie zaczęło przekładać się na fizyczne. Bóle głowy stawały się coraz częstsze, nie jadłam, jedynie piłam, w nocy nie mogłam spać. Czułam mdłości na widok jedzenia, a już gdy poczułam zapach to w ogóle... Ale to chyba nie było nic dziwnego biorąc pod uwagę taki fakt.
W dzień potrafiłam przejść obok niego i nawet zamienić z nim zdanie lub dwa, jeśli akurat nie miałam wyjścia. Normalnie, na neutralnej stopie. Potrafiłam przeczytać taki kolejny artykuł, w zależoności jaki, czy z tych które jadą na niego, że mnie tak szybko kopnął w tyłek i zastąpił Madonną czy te które pisały o mnie jako o pustej dziewczynie, która już wyciągnęła troche kasy i postanowiła spieprzyć. Tylko ani w jednym ani w drugim za wiele nie zgadzało się ze stanem faktycznym. Ale nie o to chodziło. Potrafiłam to przeczytać, obejrzeć te zdjęcia jak się śmieją lub robia co innego, wzruszyć ramionami i isć dalej. Nie powiedzieć nawet słowa. Dalej iść robić swoje, pracować, po drodze może znowu odpowiedzieć na jakies jego durne pytanie, nawiasem mówiąc, zastanawiałam się po chuja on mnie zaczepia, i tak aż do wieczora. A wieczorem... No właśnie.
Wieczorem po kąpieli, kiedy juz nie miałam absolutnie nic do roboty poza położeniem się do łózka przychodziła rozpacz. Zamykałam drzwi i okna by nikt mnie nie słyszał. Przyciskałam poduszkę do twarzy i tak ryczałam jak głupia do wczesnych godzin rannych. Potem i tak nie zasnęłam, tylko leżałam wpatrując się w jeden punkt na ścianie i czując jak mnie to wszystko wykańcza nerwowo. Nigdy jednak nie rozkleiłam się przy kimś. Nawet gdy przyjechała tu do niego i widząc mnie na moich oczach się do niego przyssała. Jak odkurzacz. Przeszłam tylko obok nich jak gdyby nigdy nic wychodząc do ogrodu akurat po to po co szłam. Byc moze nie o to jej chodziło, a raczej na pewno chciała wzbudzić u mnie jakąś reakcję, ale jakoś... Udawało mi się jej nie usatysfakcjonować.
Potem rano, kiedy wstawałam czułam sie jakbym piła przez tydzień. Zataczałam się prawie idąc do łazienki, a ból w skroniach stopniowo zwiększał się każdego dnia. Kiedy weszłam na wagę stwierdziłam, że znów schudłam. I on to chyba też zauważył, bo kiedyś nawet o to zapytał. Znowu. Powiedziałam mu, że nic sie ze mna nie dzieje.
Czułam jednak, że długo to juz nie potrwa. Nie będę w stanie znosić tego wszystkiego w nieskończonosć. Odreagowywałam to na rózne sposoby, płacząc w nocy, organizm radził sobie za pomocą bólów głowy, a nawet zdarzały się już wymioty. Dobrze, że nikt tego nie zauważył. Naprawdę nie miałam pojęcia że to może tak wykończyć człowieka. Czułam się strasznie, po prostu katastrofalnie, to było nie do porównania z tym co sie działo kiedy tu wyjeżdżałam. A jeszcze moi rodzice i Iwa.
Iwa pałała do Michaela czystą nienawiścią. Nigdy go jakoś specjalnie nie lubiła, wyrażała się raczej umiarkowanie, ale od tamtego czasu po prostu... Ja nie wiedziałam, że ona potrafi wymyśleć TAKIE epitety na faceta. Nie powiem bo nawet troche poprawiało mi to humor na początku, ale dawno przestało działać.
- Spakuj się i wracaj do domu! Ja nie wiem po co ty tam jeszcze siedzisz?! Przyłazi z tą ku... - warknęła - Chyba celowo, żebyś na nią patrzyła! A ty co?! Stoisz i nic nie robisz! On cie wykończy!
- Iwa, wrócę do domu, nie martw się, ale najpierw muszę dostać to jebane pismo. Jeszcze nie przyszło.
- Ja zaczynam mieć takie wrażenie, że to jest tylko twoja wymówka, żeby tam wciąz siedzieć! Ile to już tam siedzisz?! Siódmy miesiąc, a niby można tylko sześć! Pakuj się i wracaj, nie czekaj na żaden papier, bo na chuja ci on?! - przetarłam twarz. Była wściekła. Nawet się cieszyłam. Przynajmniej ona umiała sie wściec na niego, ja jakbym utraciła tą możliwość. Nie umiałam już przeżywać chyba żadnych emocji. Zbyt wiele tego wszystkie zdusiłam w sobie. Już nie umiałam nawet tego z siebie wyrzucić. Nie wiedziałam czym to się skończy, może trafię do psychiatryka. Nie zdziwiłabym się.
- Poczekam jeszcze dwa tygodnie. Jak nie przyjdzie to... naprawdę pakuje manele i wyjeżdżam stąd. - westchnełam. - Dłużej tu naprawdę nie wytrzymam.
- W końcu! Tylko żeby za te dwa tygodnie nie było, że powiesz jeszcze dwa tygodnie!
- Nie, nie powiem. Chyba bym tu oszalała. Patrzeć na niego bez przerwy... - westchnęłam. - Gdyby nie ten zakichany papier już by mnie tu nie było.
- Ja na twoim miejscu nie przejmowałabym sie tym papierem! Jakby przyszedł to kazałabym se go przesłac do siebie pocztą i już! A nie siedzieć tam nie wiadomo poco...! A on może jeszcze śmieje się z ciebie razem z nią.
- Możliwe. - powiedziałam kładąc się na łóżku. Jęknęłam cicho.
- Co ci jest?
- Głowa mnie boli.
- No zaczyna się. Teraz cię głowa boli, a co będzie później?
- Nic mi nie będzie. Jakoś dam sobie radę. To tylko dwa tygodnie. Poza tym mogę się wynieść do hotelu. Nie zbankrutuję. I tak wracam, więc... nie siedziałabym tam długo.
- To zrób to najlepiej dzisiaj. Zaraz.
- Teraz to ja nawet nie mogę się z łóżka podnieść. - syknęłam kiedy prąd przeszył mi skronie.
- Ładnie cię urządził. Nie zasługiwał nawet na skrawek twoich gaci! - parsknełam śmiechem, o dziwo.
- Iwa, proszę cię...
- No co, mam rację! Taki zakochany był! Jak prawie wykitował to co potem wyprawiał?! Do chałupy ci się nie mógł dobić, to prawie wyszedł z siebie, aż go normalnie z gołą dupą naszłam! A teraz co?! Zachciało mu się Madonny?! Na zdrowie, kurwa, niech go wydupczy ze wszystkiego.
- Iwa... - westchnęłam.
- Powinna zrobić z niego takiego wała jakich mało. Frajer. - warczała.
I tak za każdym razem kiedy dzwoniła. Ale o wiele dziwniejsza sytuacja była z moim ojcem.
Rozmawiałam z rodzicami bardzo często. Mama wciąż przeżywała. Mike jakoś jej nie interesował, wciaz powtarzała to samo co Iwa, żebym wracała do domu. Ale tata... Spodziewałabym sie raczej kataklizmu z jego strony a on...
- On ma swoje lata, widać wie co robi. - powiedział w końcu. Aż zaniemówiłam. - Ty jesteś młoda. Jeszcze ułożysz sobie życie. I znam cię bardzo dobrze i wiem, że to ty zaczęlaś tą szopkę.
- Będziesz go bronił?? - byłam zdumiona.
- Tylko nie krzycz.
- Nie krzyczę... Jestem w szoku...
- Ja go nie bronię, mówię tylko, że od początku wydało mi sie to wszystko dziwne. Ale widać tak miało być. Jeśli coś się będzie miało zmienic to się zmieni. Na razie staraj się nie myślec.
- Mam zamiar niedługo wrócić do domu. - powiedziałam cicho. - Jeśli mnie chcecie.
- Co ty opowiadasz, pewnie, że cię chcemy! - ucieszył sie wyraźnie. - Może to i dobrze. Rozłąka czasami jest lekarstwem na wiele 'schorzeń'.
- Tutaj nie będzie lekarstwem na nic, tato. Gdyby mu tak zajebiście zależało, to nie wiem... Może to jest moja wina, ale wydaje mi się, że na jego miejscu zrobiłam bym wszystko... A ten od razu... I to jeszcze kto? Zrobił mi to na złość, wie doskonale, że nie znosze tej baby. Zrobił to celowo i z premedytacją. Zresztą tego i tak nie dałoby się już odkręcić.
- Niby czemu?
- Bo za dużo goryczy już w tym wszystkim. - westchnął.
- Jak wrócisz do domu, odpoczniesz.
- Tak. Będzie mi brakowac Janet. Z nią jako jedyną mam dobry kontakt z nich wszystkich. No, i jeszcze Lisa, ale to inna bajka.
- Z jego byłą?
- Przyajźnią bym tego nie nazwała, ale kiedy spotkałam ją w centrum handlowym, pogadałyśmy. Ale to wszystko.
- No dobrze... - westchnał.
Tak, nawet z Lisą potrafiłam się dogadać. A to już było źle, skoro najchętniej uciekłabym z tego domu jak najdalej od niego. Ale cóż. Widocznie tak miało być, jak powiedział mój tata.
Jednak to nie zmieniało faktu, że czułam się coraz gorzej. Bóle głowy się nasiliły i któregoś dnia naprawdę nie mogłam rano podnieść sie z łóżka. Kiedy w końcu udało mi się podźwignąć zobaczyłam mroczki przed oczami. Zawroty... Myślałam, że zemdleje. Podeszłam jakoś do drzwi i w szlafroku dotarłam jakoś do kuchni. Akurat chyba na moje szczęście była tam Susan, pani, która zajmowała się kuchnią. Kiedy mnie zobaczyła ręce jej opadły.
- Dziecko drogie, jak ty wyglądasz? - spojrzała na nią, a raczej zamrugałam w jej strone. Kuchnia pełna była światła, które raziło mnie boleśnie. Syknęłam.
- Ale co...? - nawet nie do końca kontaktowałam.
- Wyglądasz jak siedem nieszczęść! Siadaj! - podeszła do mnie i poprowadziła do krzesła przy stole.
- Niech pani nie krzyczy... - mruknełam. - Głowa mi zaraz peknie...
- Boli cię głowa?
- Tak... - odpowiedziałam. Nie mogłam nia nawet swobodnie poruszyć, bo miałam wrażenie, że mózg obija mi się o czaszkę...
- Zaraz ci coś podam, spokojnie... - popatrzyła na mnie przez chwilę. - Pokaż gdzie cię boli... - wskazałam jej na całe czoło i skronie. - Migrena. Zaraz poczujesz się lepiej, zobaczysz. - starała się mówić cicho. Każdy głośniejszy dźwięk sprawiał, że z bólu żołądek podjeżdżał mi do gardła. A jeszcze to światło...
- Dlaczego pani pali śwaitło w dzien... - zapytałam nie mogąc noramalnie patrzeć.
- Światło? To słońce, kochanie. - no tak. Jeszcze gorzej. Podała mi jakieś dwie tabletki i szklankę wody.
- Dziękuje... - szepnęlam po czym jakoś je połknęłam i popiłam wodą.
- Chcesz posiedzieć tu ze mną czy iść się położyć? - popatrzyła na mnie.
- Nie wiem... nie umiem myśleć, tak boli...
- To zostań tutaj, oprzyj się ładnie o ścianę, o tak... - pomogła mi. - Za pół godziny powinnaś poczuć pierwszą różnicę. Pogadamy, szybciej zleci i poczujesz się lepiej, ok?
- Dobrze... - zgodziłam się. Zgodziłabym sie na wszystko byleby tylko ten ból minął, albo chociaż zelżał... Ale wtedy... Chyba na złość mi...
- Dzien dobry! - lampucera wparowała do kuchni jak do siebie, a za nią Mike. Nawet nie starałam się na nich patrzeć. Dosłownie wszystko sprawiało, że łeb mi pękał... - Ładny szlafroczek. - powiedziała jak dla mnie o wiele za głośno...
- Ciszej prosze, proszę pani. - upomniała ją kucharka. Suka spojrzała na nią jakby rzuciła w nią zgniłym jajem. Ktoś śmiał jej zwrócić uwagę.
- A co się stało?
- Boli ją głowa, ma migrenę. I jeśli panienka nie potrafi obniżyć tonu to prosze mi stąd wyjsć! - wysyczała i... dosłownie wygoniła ją z kuchni! Od razu poczułam się lepiej. Nie widziałam co zrobił Mike... nie powinno mnie to obchodzić... Po chwili dało się słyszeć jakieś szepty na korytarzu, ale nic nie zrozumiałam, natomiast pani Susam naczęła prychać cicho pod nosem.
- Co sie tam dzieje...? - zapytała zerkając jakoś na nią.
- Obraza majestatu! - mruknęła. - Królowa od siedmiu boleści! Skarży mu się teraz na mnie, biedna! Jak ja tak mogłam ją potraktować! - spojrzała na mnie z uśmiechem, sama się uśmiechnęłam.. i jakby ból też trochę zelżał... Nastała chwila ciszy, w której zamknęłam oczy i starałam się rozluźnić... o ile można w jakiś sposób rozluźnić mózg? Bo miałam wrażenie jakby mi się skręcał wewnątrz czaszki...
- Jak się czujesz? - usłyszałam ciche pytanie. Nawet nie spostrzegłam kiedy wrócił do kuchni. Otworzyłam lekko oczy, Susan gdzieś zniknęła... Był tylko on i ja.
- Już lepiej. - skłamałam, bo za dobrze to nie było. Chciałam się go pozbyć.
- Powinnaś się położyć. - szepnął znów.
- Tu mi dobrze.
- W łóżku będzie ci lepiej. Zobaczysz. - to zabrzmiało co najmniej dwuznacznie. Spojrzałam na niego jednym okiem. Przyglądał mi się uważnie.
- Dobra... idę do pokoju. - powiedziałam i powoli się podniosłam. Każda zmiana pozycji owocowała w nowe silniejsze fale bólu. Zamroczyło mnie...
- Dona?! - ktoś coś do mnie mówił, ale nie wiele do mnie docierało, dopiero po chwili dotarło do mnie, że chyba na moment omdlałam z tego wszystkiego. A na dodatek trzymał mnie w ramionach. Momentalnie cała ścierpłam.
- Co się stało? - wymruczałam rozglądając się.
- Prawie mi sie tu przwróciłaś. - poczułam jego palce na policzku. - Zaniosę cię do sypialni...
- Dam sobie radę... - chciałam od razu zaprzeczyć, ale nie wiele to dało.
- Własnie widziałem. - bezceremonialnie wziął mnie pod kolana i starając sie mną za dużo nie bujać podniósł. - Obejmij mnie za szyję. - mruknał cicho. Serce zaczynało walić mi w piersi. Pierwszy raz od długiego czasu był tak blisko...
Objęłam go powoli się poruszając, ból wciąz pulsował mi w głowie. Choć może już troche mniej po tych tabletkach, ale wciąż miałam wrażenie, że wszystko mi się lasuje. Poszedł powoli a ja nawet nie zauważyłam w która stronę. Po kilku minutach poczułam jak kładzie mnie na łóżku. Uchyliłam lekko oczy...
- Gdzie ty mnie zaniosłeś...?
- Do swojej sypialni. - serducho przyspieszyło mi do 170. Leżałam w jego łózku...
- Pomyliłes zakręty czy co?!
- Nie. - zaczął zdejmować ze mnie szlafrok. Wstrzymałam oddech. - Chcę cię mieć po prostu na oku. Mam trochę pracy w biurze, ale przyniosę to sobie tutaj. A ty odpoczywaj... - stwierdził po czym spojrzał na mnie. Chwycił cienką kołdrę i przykrył mnie nią, po czym... pocałował delikatnie w policzek.
Zostałam na chwilę sama. Oczy miałam wielkie jak spodki. Pocałował mnie! Tylko w policzek, ale wywołało to u mnie taką palpitacje, że na chwilę zapomniałam o bólu. Szybko jednak dał o sobie znac i zwinęłam się w kulkę sycząc.
Czułam jego zapach. Marzyłam o tym od dawna by go znów poczuć. Czemu on się chcę mną zajmować? Przecież... Westchnęłam. Ten zapach był lepszym lekiem niż te tabletki, które dała mi Susan. Po jakimś czasie ból rzeczywiście zelżał na tyle, bym mogłam się nieco odpręzyć i zasnelam wykonczona.
Nie spałam chyba długo. Było mi dobrze w jego pościeli przesiąkniętej jego zapachem i żadnym innym. Zwinięta w kłebek rozłożyłam się potem prosto wygodnie na samym środku i dziękowałam Bogu za to, że łeb już mnie tak nie morduje. Myślałam, że nie wiem... ale było to nie do zniesienia.
W pewnym momencie coś poczułam... Byłam lekko otumaniona więc nawet się nie poruszyłam ani w pierwszej chwili nie domyśliłam się co to. Ale czułam wyraźnie... na swoich ustach. Po chwili to do mnie dotarło.
Tego nie dało się z niczym pomylić. To były jego usta. Tak samo słodkie jak przedtem, tak samo miękkie i czułe... Całował mnie przez kilka chwil po czym się odsunął... Nawet nie drgnęłam. Nie pchał się do środka po prostu muskał mnie delikatnie... składał drobne pocałunki... Usłyszałam jak westchnął, po czym chyba wyszedł...
Otworzyłam oczy. Głowa już mnie nie bolała w ogóle. Za to serce... biło mocno obijając się o żebra.
Michael
Władowałem się w niezłe gówno to teraz musiałem sobie jakoś radzić. I gdyby tylko chodziło o sam fakt. Te wszystkie artykuły... Świat show-biznesu oszalał po prostu. Król i królowa Popu razem! Nikt się chyba tego nie spodziewał, choć mówiono o tym nie raz. Że 'pasowalibyśmy do siebie'. Tylko z nazwy.
Madonna była kobietą tak skrajnie odmienną od Dony, że to się w głowie nie mieściło. Wszędzie wlazła. Dosłownie potrafiła się pojawić w moim domu o każdej porze dnia i nocy. Starałem się nie narzekać... choć sam nie wiedziałem po co w tym dalej siedzę.
Starałem się ratować jak mogłem. A ona zaczęła mi zarzucać brak czasu. Że ją olewam, że odwołuje każde spotkanie a ona nie ma zamniaru żyć w celibacie. Nikt jej nie każe, pomyślałem sobie. Uciekałem i chowałem się w studiu. Oficjalnie rozpocząłem już pracę nad kolejnym krażkiem. Nie zdążyłem jeszcze napisac wszystkich utworów, ale się zrobi. Czasu było mnóstwo. Pozornie.
Wytwórnia zmieniła szefostwo. Byli to ludzie tak skrajnie zasadniczy, że nie tolerowali najmniejszego potknięcia. Wszystko musiało chodzić jak w zegarku. Tak więc miałem wymówkę dla Mad gotową.
- Ile jeszcze czasu będziesz mnie ignorował? - zapytała któregoś razu, kiedy wpadła do mnie do domu. Powiem ochronie, żeby nastepnym razem mówili jej ,że mnie nie ma. Westchnąłem.
- Nie ignoruję cię.
- Nie?
- Nie. Mam napięty grafik w pracy. Zresztą ty też pracujesz, powinnaś więc wiedzieć o czym mówię...
- Tak, pracuję, ale nie wytwarzam takich cyrków jak ty! - czasami zachowywała się jak księzniczka, której wszystko się należy.
- Mad... - westchnąłem znów. - Wytwórnia zmieniła szefostwo. Panują zupełnie inne zasady, nie mogę robić tego co robiłem wcześniej, a więc przekładać wszystkiego tak jak mi sie podoba, albo całkiem sie urywać! Możesz to zrozumieć? - dała w końcu za wygraną, ale wiedziałem, że sie jej tak łatwo nie pozbędę.
A przecież istniało proste rozwiązanie. Kazać jej spadać i już. Wszyscy mi to mówili. Począwszy od Lisy. A Janet... Byłem u niej ostatnio. Powiedziała, że nie chce mieć ze mną nic do czynienia dopóki nie pójdę po rozum do głowy. I to była cała rozmowa z nią. Wiedziałem doskonale o co jej chodzi. Uważa mnie za ostatniego chama. Sam podzielałem jej zdanie. Ale chyba jakoś oboje i ja i Dona nie umieliśmy sie już z tego wszystkiego wyplątać.
Tego dnia znów wparowała do środka, ale była uśmiechnięta więc chyba nie będzie ciskać żadnych pretensji... ale powód zawsze się znajdzie.
Nie było mnie od wczesnego rana. Oczywiście, że siedziałem w studiu nad nutami. Pierwsze trzy utwory już zaczęły być zgrywane. Wciąż coś mi nie pasowało w tej melodii i zaczynałem wszystko od nowa. Ale byłem co raz bliżej efektu końcowego, tak czułem. Tylko w pracy umiałem się odprężyć i zapomniec o problemach. Które czekały na mnie w domu. Ale potrafiły też wcisnął się do studia, a jakże! W postaci Madonny.
Dopadła mnie jak wychodziłem ze studia. Zabrała sie więc ze mną i tak znaleźliśmy się w tej kuchni. Wpadła jak do siebie, nawet już tego nie komentowałem. Chyba uważała Neverland za swoją drugą rezydencję.
Pierwsze co zobaczyłem w kuchni to Donę siedzącą pod ścianą w białym szlafroku. Była blada jak ściana. Po oczami miała potężne cienie i w ogóle wyglądała słabo. Zmartwiłem się...
Mad oczywiście musiała wcisnąć swoje trzy grosze. Te jej pretensje jak moja SŁÓŻBA ją traktuje!
- Zrób coś z nimi, tak nie może być! Kto to widział, że kucharka tak się odzywała do twojej kobiety! Do tej panny mogła sobie pozwalać, ale...
- Jakiej panny? - wtrąciłem czując, jak się najeżam.
- Do tej twojej laluni, która notabene cię sama zostawiła! Do niej mogła stosować takie odzywki, ale ja sobie nie pozwolę...!
- A wiesz na co ja sobie nie pozwolę? - spojrzała na mnie. - Nie pozwolę, by w moim własnym domu kogoś obrażano, co właśnie robisz.
- JA KOGOŚ OBRAŻAM?!
- Tak.
- Przed chwilą to ktoś MNIE obraził, a ty mi mówisz, że ja kogoś obraziłam?! I to jeszcze kogo? - prychnęła. - Jakąś dziewuchę nie wiadomo skąd!
- Będzie lepiej jak sobie już pójdziesz. - czułem, że zaraz wyjdę z siebie.
- Wurzucasz mnie?!
- Nie, proszę, żebyś wyszła, bo mam coś do zrobienia...
- No tak, musisz pocieszyć swoją byłą! Chcę cię uświadomić, że ja nie jestem tak pusta jak wszyscy myślą. Ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego PO CO ty się zacząłeś ze mną spotykać.
- O czym mówisz? - zapytałem patrząc na nią w napieciu.
- Powiem ci tylko... żaden środek zastępczy tu nie pomoże. Ani tobie, ani jej. Ja nie mam zamiaru czekać na nic wiecznie, nie jesteś jedynym facetem na świecie. Myślałeś, że jak pokażesz jej jakąś kobietę to coś zmieni. Powiem ci tylko tyle, że oddaliłeś ją od siebie już tak bardzo, że od dawna nie widać jej już na twoim horyzoncie. Więc dobrze się zastanów czy chcesz dalej marnować mój czas. Jutro wieczorem będę w domu. Tak dla twojej wiadomości, gdybyś jednak się zdecydował. - i poszła.
Patrzyłem na nią przez chwilę. Jeśli już nawet ona mi o tym mówi... Westchnąłem głęboko i wróciłem do kuchni. Susan jakby na komendę gdzieś poleciała zostawiając nas samych. Dona wciąż siedziała w tym samym miejscu...
Kiedy potem wziąłem ja na ręce, poczułem zapach jej skóry... Taki delikatny, kiedy mnie objęła. Nie mogłem postąpić inaczej. Chciałem znów mieć ją w swoim łózku... choć przez chwilę. By móc na nią popatrzeć. Droga do sypialni była najprzyjemniejsza z tego wszystkiego. Oparła głowe na moim ramieniu i tak ją trzymałem. Jak mogłem przypuszczać, nie była zadowolona z tego, gdzie ją zaniosłem.
Wiedziałem, że tak będzie, ale chciałem... Chciałem na nią popatrzeć. Pobyć z nią. Chociaż chwilę. Chciałem się nią zaopiekować. I zrobiłem to. Serce biło mi mocno w piersi kiedy zdejmowałem z niej szlafrok. Przypomniały mi się natychmiast wszystkie noce spędzone z nią. Jak zakazany owoc krązyły mi teraz w głowie. Nie zdązyłem się opanowac i pocałowałem lekko jej policzek. Chyba była tym zaskoczona. Ale nic nie powiedziała.
Wyszedłem z pkoju wychodząc do jednego z moich gabinetów. Wziąłem jakiś pusty stary notes, ołówek i wróciłem do sypialni. Kiedy wszedłem leżała zwinięta w kłebek pod moją kołdrą. Siedząc w koncie w fotelu patrzyłem na nią i przypominałem sobie te wszystkie wieczory, kiedy razem leżeliśmy w tym łózku. Czasami całując się namiętnie, pieszcząc, potem kochając mocno, a czasami tylko rozmawiając. Uśmiechała się wtedy promiennie. Pomyślałem, że chciałbym... chciałbym by to wróciło. Oddałbym wszystko za jedną noc z nią. W jej ramionach. By znów poczuć jej gorący oddech na karku... Palce we włosach...
Przymknąłem oczy i po chwili w mojej głowie pojawiły się pierwsze słowa. Zacząłem je spisywać. Wystarczyło, że spojrzałem na nią taką w piżamce leżącą w moim własnym łóżku, by do głowy przychodziły mi gotowe kolejne wersy. rzadko mi się coś takiego zdarzało, bym od razu natychmiast napisał gotową piosenkę lub przynajmniej jakąś jej część co jest jej podwaliną, nie nanosząc potem praktycznie żadnych poprawek. Teraz właśnie to się działo. Była moją prywatną inspiracją w tym momencie, patrzyłem na jej twarz, na dłonie... Na drobną stópkę, która wystawiła spod pościeli... Serce biło mi mocno w piersi. A słowa po kolei pojawiały się na kartce papieru...
Hold my hand, feel the touch of your body cling to mine
You and me, makin’ love all the way through another night
I remember you and I walking though the park at night
Kiss and touch, nothing much, let it blow just touch and go
Love me more, never leave me alone by house of love
People talk, people say what we have is just a game
Oh, I’ll never let you go, come here girl
Just got to make sweet love ‘til the break of dawn
I don’t want the sun to shine I wanna make love
Just this magic in your eyes and in my heart
I don’t know what I’m gonna do I can’t stop lovin’ you
I won’t stop ‘til break of dawn makin’ love
Hold my hand, feel the sweat, yes you’ve got me nervous yet
Let me groove, let me soothe, let me take you on a cruise
There’s imagination I bet you've never been there before
Have you ever wanted to dream about those places you’ve never know ...
Zatrzymałem się w pewnym momencie czując jak pewne uczucie rozsadza mnie prawie od środka. Kochałem ją jak szalony. Odłożyłem ołówek i notes na stolik obok. Podniosłem się powoli. Przewróciła się na plecy śpiąc spkojnie... Ból musiał ją wymęczyć... Wyglądała tak pięknie... Właśnie taka chciałem ją oglądać. Leżącą w mojej pościeli, z włosami rozrzuconymi wokół głowy, ściągnąc z niej tą kołdrę i przyglądać się jak spokojnie oddycha.
Przysiadłem obok niej na skraju łozka. Bałem się by się nie obudziła. Pragnąłem... znów być blisko, chociąz wiedziałem, że do tego już nigdy nie dojdzie. Dała mi wiele. Może nawet więcej niż zasługiwałem. Ale czy na pewno miałem rację, myśląc, że już nigdy nie będziemy razem? Nadzieja na nowo niesmiało zaczęła we mnie kiełkować... Może jednak jest szansa... Niczego tak nie pragnąłem jak tego by znów była ze mną.
Dotknąłem lekko palcem jej ust. Dolnej wargi... Rozchyliła je lekko i mruknęła coś cicho... Chyba...
- Kocham cię... - usłyszałem. Wypowiedziała te dwa słowa tak cicho, że nie byłem nawet pewny czy je naprawdę usłyszałem. Kompletnie nie panujac na tym co robię, pochyliłem się nad nią i złożyłem na jej ustach jeden jedyny pocałunek... a potem kolejny... i znów. Smakowałem jej wargi powoli i ostrożnie. Miałem ochotę wpić się w jej usta, ale powstrzymałem się. Popatrzyłem tylko na nią przez chwilę... Była piękna. Taka moja choć przez tą krótką chwilę.
Donata
Zaczął się chyba najgorszy okres w moim życiu. Wcześniej tak nazywałam czas po rozstaniu z Darkiem, ale to było nic w porównaniu z tym co działo sie teraz. Od tamtej pory jak ją tu przyprowadził po raz pierwszy minęły dwa tygodnie. Nie widziałam jej tu często. Chyba woleli spotykać sie u niej. Zresztą to chyba nic dziwnego, miałby się przejmować, że jego była zaraz gdzieś wyjdzie zza rogu i ich zobaczy? Na jego miejscu chyba też bym tak postępowała.
Próbowałam udawać, że w ogóle mnie to nie obchodzi. Że nie interesuje mnie to, że nie wraca do siebie na noc, że w gazetach co rusz pokazują się ich zdjęcia z jakichś uroczystości, gdzie trzymają się za rękę. Próbowałam ignorować głupie docinki wypisywane dodatkowo na mój temat. W gruncie rzeczy to chyba nawet prasa się podzieliła. Jedni szykanowali ich drudzy uwiesili się na mnie. Na przykład. Dwa dni po tym jak sobie ją przyprowadził ukazał się artykuł w jednej z gazet, ze zdjęciem wielkim prawie na całą stronę jak się całowali. Kiedy zobaczyłam to po raz pierwszy próbowałam udać, że w ogóle mnie to nie dotyczy. Jedna z pań, z którymi pracowałam próbowała jakoś dodac mi otuchy, ale powiedziałam jej, żeby się nie przejmowała bo mnie to wcale nie obchodzi. Ale moje zachowanie musiało dawać innym do myślenia zupełnie co innego, bo choćby Alan, z którym łaskawie sie pogodziłam patrzył na mnie jakby czekał na coś, nie wiem, na wybuch bomby? Może.
Ale to, że to zlewałam wcale nie oznaczało, że rzeczywiscie nie miało to na mnie żadnego wpływu. Czułam sie wykończona. I jeszcze ta świadomosć, że sama sobie to wszystko zafundowałam. Ale jak to miałam w zwyczaju, od razu uruchomiłam odpowiedni mechanizm obronny byleby tylko nie musieć aż tak tego przeżywać. Skoro tak szybko sobie kogoś przygruchał, to widocznie aż tak mu nie zależało. I to jeszcze kogo? Może rzeczywiście wcześniej w tych tekstach było trochę prawdy, może rzeczywiście jakoś się z nią spotykał, a ja głupia... i tak dalej. Za każdym razem kiedy dopadała mnie większa chandra powtarzałam to sobie jak litanie i nawet skutkowało. Najlepiej zwalić coś na kogoś, ale nie obchodziło mnie to wtedy wcale, czy on winny czy ja. Musiałam się jakoś psychicznie obronić, bo inaczej bym zwariowała widząc te wszystkie zdjęcia, ich, jego jak rozmawiał z nią przez telefon.
Zmęczenie psychiczne po pewnym czasie zaczęło przekładać się na fizyczne. Bóle głowy stawały się coraz częstsze, nie jadłam, jedynie piłam, w nocy nie mogłam spać. Czułam mdłości na widok jedzenia, a już gdy poczułam zapach to w ogóle... Ale to chyba nie było nic dziwnego biorąc pod uwagę taki fakt.
W dzień potrafiłam przejść obok niego i nawet zamienić z nim zdanie lub dwa, jeśli akurat nie miałam wyjścia. Normalnie, na neutralnej stopie. Potrafiłam przeczytać taki kolejny artykuł, w zależoności jaki, czy z tych które jadą na niego, że mnie tak szybko kopnął w tyłek i zastąpił Madonną czy te które pisały o mnie jako o pustej dziewczynie, która już wyciągnęła troche kasy i postanowiła spieprzyć. Tylko ani w jednym ani w drugim za wiele nie zgadzało się ze stanem faktycznym. Ale nie o to chodziło. Potrafiłam to przeczytać, obejrzeć te zdjęcia jak się śmieją lub robia co innego, wzruszyć ramionami i isć dalej. Nie powiedzieć nawet słowa. Dalej iść robić swoje, pracować, po drodze może znowu odpowiedzieć na jakies jego durne pytanie, nawiasem mówiąc, zastanawiałam się po chuja on mnie zaczepia, i tak aż do wieczora. A wieczorem... No właśnie.
Wieczorem po kąpieli, kiedy juz nie miałam absolutnie nic do roboty poza położeniem się do łózka przychodziła rozpacz. Zamykałam drzwi i okna by nikt mnie nie słyszał. Przyciskałam poduszkę do twarzy i tak ryczałam jak głupia do wczesnych godzin rannych. Potem i tak nie zasnęłam, tylko leżałam wpatrując się w jeden punkt na ścianie i czując jak mnie to wszystko wykańcza nerwowo. Nigdy jednak nie rozkleiłam się przy kimś. Nawet gdy przyjechała tu do niego i widząc mnie na moich oczach się do niego przyssała. Jak odkurzacz. Przeszłam tylko obok nich jak gdyby nigdy nic wychodząc do ogrodu akurat po to po co szłam. Byc moze nie o to jej chodziło, a raczej na pewno chciała wzbudzić u mnie jakąś reakcję, ale jakoś... Udawało mi się jej nie usatysfakcjonować.
Potem rano, kiedy wstawałam czułam sie jakbym piła przez tydzień. Zataczałam się prawie idąc do łazienki, a ból w skroniach stopniowo zwiększał się każdego dnia. Kiedy weszłam na wagę stwierdziłam, że znów schudłam. I on to chyba też zauważył, bo kiedyś nawet o to zapytał. Znowu. Powiedziałam mu, że nic sie ze mna nie dzieje.
Czułam jednak, że długo to juz nie potrwa. Nie będę w stanie znosić tego wszystkiego w nieskończonosć. Odreagowywałam to na rózne sposoby, płacząc w nocy, organizm radził sobie za pomocą bólów głowy, a nawet zdarzały się już wymioty. Dobrze, że nikt tego nie zauważył. Naprawdę nie miałam pojęcia że to może tak wykończyć człowieka. Czułam się strasznie, po prostu katastrofalnie, to było nie do porównania z tym co sie działo kiedy tu wyjeżdżałam. A jeszcze moi rodzice i Iwa.
Iwa pałała do Michaela czystą nienawiścią. Nigdy go jakoś specjalnie nie lubiła, wyrażała się raczej umiarkowanie, ale od tamtego czasu po prostu... Ja nie wiedziałam, że ona potrafi wymyśleć TAKIE epitety na faceta. Nie powiem bo nawet troche poprawiało mi to humor na początku, ale dawno przestało działać.
- Spakuj się i wracaj do domu! Ja nie wiem po co ty tam jeszcze siedzisz?! Przyłazi z tą ku... - warknęła - Chyba celowo, żebyś na nią patrzyła! A ty co?! Stoisz i nic nie robisz! On cie wykończy!
- Iwa, wrócę do domu, nie martw się, ale najpierw muszę dostać to jebane pismo. Jeszcze nie przyszło.
- Ja zaczynam mieć takie wrażenie, że to jest tylko twoja wymówka, żeby tam wciąz siedzieć! Ile to już tam siedzisz?! Siódmy miesiąc, a niby można tylko sześć! Pakuj się i wracaj, nie czekaj na żaden papier, bo na chuja ci on?! - przetarłam twarz. Była wściekła. Nawet się cieszyłam. Przynajmniej ona umiała sie wściec na niego, ja jakbym utraciła tą możliwość. Nie umiałam już przeżywać chyba żadnych emocji. Zbyt wiele tego wszystkie zdusiłam w sobie. Już nie umiałam nawet tego z siebie wyrzucić. Nie wiedziałam czym to się skończy, może trafię do psychiatryka. Nie zdziwiłabym się.
- Poczekam jeszcze dwa tygodnie. Jak nie przyjdzie to... naprawdę pakuje manele i wyjeżdżam stąd. - westchnełam. - Dłużej tu naprawdę nie wytrzymam.
- W końcu! Tylko żeby za te dwa tygodnie nie było, że powiesz jeszcze dwa tygodnie!
- Nie, nie powiem. Chyba bym tu oszalała. Patrzeć na niego bez przerwy... - westchnęłam. - Gdyby nie ten zakichany papier już by mnie tu nie było.
- Ja na twoim miejscu nie przejmowałabym sie tym papierem! Jakby przyszedł to kazałabym se go przesłac do siebie pocztą i już! A nie siedzieć tam nie wiadomo poco...! A on może jeszcze śmieje się z ciebie razem z nią.
- Możliwe. - powiedziałam kładąc się na łóżku. Jęknęłam cicho.
- Co ci jest?
- Głowa mnie boli.
- No zaczyna się. Teraz cię głowa boli, a co będzie później?
- Nic mi nie będzie. Jakoś dam sobie radę. To tylko dwa tygodnie. Poza tym mogę się wynieść do hotelu. Nie zbankrutuję. I tak wracam, więc... nie siedziałabym tam długo.
- To zrób to najlepiej dzisiaj. Zaraz.
- Teraz to ja nawet nie mogę się z łóżka podnieść. - syknęłam kiedy prąd przeszył mi skronie.
- Ładnie cię urządził. Nie zasługiwał nawet na skrawek twoich gaci! - parsknełam śmiechem, o dziwo.
- Iwa, proszę cię...
- No co, mam rację! Taki zakochany był! Jak prawie wykitował to co potem wyprawiał?! Do chałupy ci się nie mógł dobić, to prawie wyszedł z siebie, aż go normalnie z gołą dupą naszłam! A teraz co?! Zachciało mu się Madonny?! Na zdrowie, kurwa, niech go wydupczy ze wszystkiego.
- Iwa... - westchnęłam.
- Powinna zrobić z niego takiego wała jakich mało. Frajer. - warczała.
I tak za każdym razem kiedy dzwoniła. Ale o wiele dziwniejsza sytuacja była z moim ojcem.
Rozmawiałam z rodzicami bardzo często. Mama wciąż przeżywała. Mike jakoś jej nie interesował, wciaz powtarzała to samo co Iwa, żebym wracała do domu. Ale tata... Spodziewałabym sie raczej kataklizmu z jego strony a on...
- On ma swoje lata, widać wie co robi. - powiedział w końcu. Aż zaniemówiłam. - Ty jesteś młoda. Jeszcze ułożysz sobie życie. I znam cię bardzo dobrze i wiem, że to ty zaczęlaś tą szopkę.
- Będziesz go bronił?? - byłam zdumiona.
- Tylko nie krzycz.
- Nie krzyczę... Jestem w szoku...
- Ja go nie bronię, mówię tylko, że od początku wydało mi sie to wszystko dziwne. Ale widać tak miało być. Jeśli coś się będzie miało zmienic to się zmieni. Na razie staraj się nie myślec.
- Mam zamiar niedługo wrócić do domu. - powiedziałam cicho. - Jeśli mnie chcecie.
- Co ty opowiadasz, pewnie, że cię chcemy! - ucieszył sie wyraźnie. - Może to i dobrze. Rozłąka czasami jest lekarstwem na wiele 'schorzeń'.
- Tutaj nie będzie lekarstwem na nic, tato. Gdyby mu tak zajebiście zależało, to nie wiem... Może to jest moja wina, ale wydaje mi się, że na jego miejscu zrobiłam bym wszystko... A ten od razu... I to jeszcze kto? Zrobił mi to na złość, wie doskonale, że nie znosze tej baby. Zrobił to celowo i z premedytacją. Zresztą tego i tak nie dałoby się już odkręcić.
- Niby czemu?
- Bo za dużo goryczy już w tym wszystkim. - westchnął.
- Jak wrócisz do domu, odpoczniesz.
- Tak. Będzie mi brakowac Janet. Z nią jako jedyną mam dobry kontakt z nich wszystkich. No, i jeszcze Lisa, ale to inna bajka.
- Z jego byłą?
- Przyajźnią bym tego nie nazwała, ale kiedy spotkałam ją w centrum handlowym, pogadałyśmy. Ale to wszystko.
- No dobrze... - westchnał.
Tak, nawet z Lisą potrafiłam się dogadać. A to już było źle, skoro najchętniej uciekłabym z tego domu jak najdalej od niego. Ale cóż. Widocznie tak miało być, jak powiedział mój tata.
Jednak to nie zmieniało faktu, że czułam się coraz gorzej. Bóle głowy się nasiliły i któregoś dnia naprawdę nie mogłam rano podnieść sie z łóżka. Kiedy w końcu udało mi się podźwignąć zobaczyłam mroczki przed oczami. Zawroty... Myślałam, że zemdleje. Podeszłam jakoś do drzwi i w szlafroku dotarłam jakoś do kuchni. Akurat chyba na moje szczęście była tam Susan, pani, która zajmowała się kuchnią. Kiedy mnie zobaczyła ręce jej opadły.
- Dziecko drogie, jak ty wyglądasz? - spojrzała na nią, a raczej zamrugałam w jej strone. Kuchnia pełna była światła, które raziło mnie boleśnie. Syknęłam.
- Ale co...? - nawet nie do końca kontaktowałam.
- Wyglądasz jak siedem nieszczęść! Siadaj! - podeszła do mnie i poprowadziła do krzesła przy stole.
- Niech pani nie krzyczy... - mruknełam. - Głowa mi zaraz peknie...
- Boli cię głowa?
- Tak... - odpowiedziałam. Nie mogłam nia nawet swobodnie poruszyć, bo miałam wrażenie, że mózg obija mi się o czaszkę...
- Zaraz ci coś podam, spokojnie... - popatrzyła na mnie przez chwilę. - Pokaż gdzie cię boli... - wskazałam jej na całe czoło i skronie. - Migrena. Zaraz poczujesz się lepiej, zobaczysz. - starała się mówić cicho. Każdy głośniejszy dźwięk sprawiał, że z bólu żołądek podjeżdżał mi do gardła. A jeszcze to światło...
- Dlaczego pani pali śwaitło w dzien... - zapytałam nie mogąc noramalnie patrzeć.
- Światło? To słońce, kochanie. - no tak. Jeszcze gorzej. Podała mi jakieś dwie tabletki i szklankę wody.
- Dziękuje... - szepnęlam po czym jakoś je połknęłam i popiłam wodą.
- Chcesz posiedzieć tu ze mną czy iść się położyć? - popatrzyła na mnie.
- Nie wiem... nie umiem myśleć, tak boli...
- To zostań tutaj, oprzyj się ładnie o ścianę, o tak... - pomogła mi. - Za pół godziny powinnaś poczuć pierwszą różnicę. Pogadamy, szybciej zleci i poczujesz się lepiej, ok?
- Dobrze... - zgodziłam się. Zgodziłabym sie na wszystko byleby tylko ten ból minął, albo chociaż zelżał... Ale wtedy... Chyba na złość mi...
- Dzien dobry! - lampucera wparowała do kuchni jak do siebie, a za nią Mike. Nawet nie starałam się na nich patrzeć. Dosłownie wszystko sprawiało, że łeb mi pękał... - Ładny szlafroczek. - powiedziała jak dla mnie o wiele za głośno...
- Ciszej prosze, proszę pani. - upomniała ją kucharka. Suka spojrzała na nią jakby rzuciła w nią zgniłym jajem. Ktoś śmiał jej zwrócić uwagę.
- A co się stało?
- Boli ją głowa, ma migrenę. I jeśli panienka nie potrafi obniżyć tonu to prosze mi stąd wyjsć! - wysyczała i... dosłownie wygoniła ją z kuchni! Od razu poczułam się lepiej. Nie widziałam co zrobił Mike... nie powinno mnie to obchodzić... Po chwili dało się słyszeć jakieś szepty na korytarzu, ale nic nie zrozumiałam, natomiast pani Susam naczęła prychać cicho pod nosem.
- Co sie tam dzieje...? - zapytała zerkając jakoś na nią.
- Obraza majestatu! - mruknęła. - Królowa od siedmiu boleści! Skarży mu się teraz na mnie, biedna! Jak ja tak mogłam ją potraktować! - spojrzała na mnie z uśmiechem, sama się uśmiechnęłam.. i jakby ból też trochę zelżał... Nastała chwila ciszy, w której zamknęłam oczy i starałam się rozluźnić... o ile można w jakiś sposób rozluźnić mózg? Bo miałam wrażenie jakby mi się skręcał wewnątrz czaszki...
- Jak się czujesz? - usłyszałam ciche pytanie. Nawet nie spostrzegłam kiedy wrócił do kuchni. Otworzyłam lekko oczy, Susan gdzieś zniknęła... Był tylko on i ja.
- Już lepiej. - skłamałam, bo za dobrze to nie było. Chciałam się go pozbyć.
- Powinnaś się położyć. - szepnął znów.
- Tu mi dobrze.
- W łóżku będzie ci lepiej. Zobaczysz. - to zabrzmiało co najmniej dwuznacznie. Spojrzałam na niego jednym okiem. Przyglądał mi się uważnie.
- Dobra... idę do pokoju. - powiedziałam i powoli się podniosłam. Każda zmiana pozycji owocowała w nowe silniejsze fale bólu. Zamroczyło mnie...
- Dona?! - ktoś coś do mnie mówił, ale nie wiele do mnie docierało, dopiero po chwili dotarło do mnie, że chyba na moment omdlałam z tego wszystkiego. A na dodatek trzymał mnie w ramionach. Momentalnie cała ścierpłam.
- Co się stało? - wymruczałam rozglądając się.
- Prawie mi sie tu przwróciłaś. - poczułam jego palce na policzku. - Zaniosę cię do sypialni...
- Dam sobie radę... - chciałam od razu zaprzeczyć, ale nie wiele to dało.
- Własnie widziałem. - bezceremonialnie wziął mnie pod kolana i starając sie mną za dużo nie bujać podniósł. - Obejmij mnie za szyję. - mruknał cicho. Serce zaczynało walić mi w piersi. Pierwszy raz od długiego czasu był tak blisko...
Objęłam go powoli się poruszając, ból wciąz pulsował mi w głowie. Choć może już troche mniej po tych tabletkach, ale wciąż miałam wrażenie, że wszystko mi się lasuje. Poszedł powoli a ja nawet nie zauważyłam w która stronę. Po kilku minutach poczułam jak kładzie mnie na łóżku. Uchyliłam lekko oczy...
- Gdzie ty mnie zaniosłeś...?
- Do swojej sypialni. - serducho przyspieszyło mi do 170. Leżałam w jego łózku...
- Pomyliłes zakręty czy co?!
- Nie. - zaczął zdejmować ze mnie szlafrok. Wstrzymałam oddech. - Chcę cię mieć po prostu na oku. Mam trochę pracy w biurze, ale przyniosę to sobie tutaj. A ty odpoczywaj... - stwierdził po czym spojrzał na mnie. Chwycił cienką kołdrę i przykrył mnie nią, po czym... pocałował delikatnie w policzek.
Zostałam na chwilę sama. Oczy miałam wielkie jak spodki. Pocałował mnie! Tylko w policzek, ale wywołało to u mnie taką palpitacje, że na chwilę zapomniałam o bólu. Szybko jednak dał o sobie znac i zwinęłam się w kulkę sycząc.
Czułam jego zapach. Marzyłam o tym od dawna by go znów poczuć. Czemu on się chcę mną zajmować? Przecież... Westchnęłam. Ten zapach był lepszym lekiem niż te tabletki, które dała mi Susan. Po jakimś czasie ból rzeczywiście zelżał na tyle, bym mogłam się nieco odpręzyć i zasnelam wykonczona.
Nie spałam chyba długo. Było mi dobrze w jego pościeli przesiąkniętej jego zapachem i żadnym innym. Zwinięta w kłebek rozłożyłam się potem prosto wygodnie na samym środku i dziękowałam Bogu za to, że łeb już mnie tak nie morduje. Myślałam, że nie wiem... ale było to nie do zniesienia.
W pewnym momencie coś poczułam... Byłam lekko otumaniona więc nawet się nie poruszyłam ani w pierwszej chwili nie domyśliłam się co to. Ale czułam wyraźnie... na swoich ustach. Po chwili to do mnie dotarło.
Tego nie dało się z niczym pomylić. To były jego usta. Tak samo słodkie jak przedtem, tak samo miękkie i czułe... Całował mnie przez kilka chwil po czym się odsunął... Nawet nie drgnęłam. Nie pchał się do środka po prostu muskał mnie delikatnie... składał drobne pocałunki... Usłyszałam jak westchnął, po czym chyba wyszedł...
Otworzyłam oczy. Głowa już mnie nie bolała w ogóle. Za to serce... biło mocno obijając się o żebra.
Michael
Władowałem się w niezłe gówno to teraz musiałem sobie jakoś radzić. I gdyby tylko chodziło o sam fakt. Te wszystkie artykuły... Świat show-biznesu oszalał po prostu. Król i królowa Popu razem! Nikt się chyba tego nie spodziewał, choć mówiono o tym nie raz. Że 'pasowalibyśmy do siebie'. Tylko z nazwy.
Madonna była kobietą tak skrajnie odmienną od Dony, że to się w głowie nie mieściło. Wszędzie wlazła. Dosłownie potrafiła się pojawić w moim domu o każdej porze dnia i nocy. Starałem się nie narzekać... choć sam nie wiedziałem po co w tym dalej siedzę.
Starałem się ratować jak mogłem. A ona zaczęła mi zarzucać brak czasu. Że ją olewam, że odwołuje każde spotkanie a ona nie ma zamniaru żyć w celibacie. Nikt jej nie każe, pomyślałem sobie. Uciekałem i chowałem się w studiu. Oficjalnie rozpocząłem już pracę nad kolejnym krażkiem. Nie zdążyłem jeszcze napisac wszystkich utworów, ale się zrobi. Czasu było mnóstwo. Pozornie.
Wytwórnia zmieniła szefostwo. Byli to ludzie tak skrajnie zasadniczy, że nie tolerowali najmniejszego potknięcia. Wszystko musiało chodzić jak w zegarku. Tak więc miałem wymówkę dla Mad gotową.
- Ile jeszcze czasu będziesz mnie ignorował? - zapytała któregoś razu, kiedy wpadła do mnie do domu. Powiem ochronie, żeby nastepnym razem mówili jej ,że mnie nie ma. Westchnąłem.
- Nie ignoruję cię.
- Nie?
- Nie. Mam napięty grafik w pracy. Zresztą ty też pracujesz, powinnaś więc wiedzieć o czym mówię...
- Tak, pracuję, ale nie wytwarzam takich cyrków jak ty! - czasami zachowywała się jak księzniczka, której wszystko się należy.
- Mad... - westchnąłem znów. - Wytwórnia zmieniła szefostwo. Panują zupełnie inne zasady, nie mogę robić tego co robiłem wcześniej, a więc przekładać wszystkiego tak jak mi sie podoba, albo całkiem sie urywać! Możesz to zrozumieć? - dała w końcu za wygraną, ale wiedziałem, że sie jej tak łatwo nie pozbędę.
A przecież istniało proste rozwiązanie. Kazać jej spadać i już. Wszyscy mi to mówili. Począwszy od Lisy. A Janet... Byłem u niej ostatnio. Powiedziała, że nie chce mieć ze mną nic do czynienia dopóki nie pójdę po rozum do głowy. I to była cała rozmowa z nią. Wiedziałem doskonale o co jej chodzi. Uważa mnie za ostatniego chama. Sam podzielałem jej zdanie. Ale chyba jakoś oboje i ja i Dona nie umieliśmy sie już z tego wszystkiego wyplątać.
Tego dnia znów wparowała do środka, ale była uśmiechnięta więc chyba nie będzie ciskać żadnych pretensji... ale powód zawsze się znajdzie.
Nie było mnie od wczesnego rana. Oczywiście, że siedziałem w studiu nad nutami. Pierwsze trzy utwory już zaczęły być zgrywane. Wciąż coś mi nie pasowało w tej melodii i zaczynałem wszystko od nowa. Ale byłem co raz bliżej efektu końcowego, tak czułem. Tylko w pracy umiałem się odprężyć i zapomniec o problemach. Które czekały na mnie w domu. Ale potrafiły też wcisnął się do studia, a jakże! W postaci Madonny.
Dopadła mnie jak wychodziłem ze studia. Zabrała sie więc ze mną i tak znaleźliśmy się w tej kuchni. Wpadła jak do siebie, nawet już tego nie komentowałem. Chyba uważała Neverland za swoją drugą rezydencję.
Pierwsze co zobaczyłem w kuchni to Donę siedzącą pod ścianą w białym szlafroku. Była blada jak ściana. Po oczami miała potężne cienie i w ogóle wyglądała słabo. Zmartwiłem się...
Mad oczywiście musiała wcisnąć swoje trzy grosze. Te jej pretensje jak moja SŁÓŻBA ją traktuje!
- Zrób coś z nimi, tak nie może być! Kto to widział, że kucharka tak się odzywała do twojej kobiety! Do tej panny mogła sobie pozwalać, ale...
- Jakiej panny? - wtrąciłem czując, jak się najeżam.
- Do tej twojej laluni, która notabene cię sama zostawiła! Do niej mogła stosować takie odzywki, ale ja sobie nie pozwolę...!
- A wiesz na co ja sobie nie pozwolę? - spojrzała na mnie. - Nie pozwolę, by w moim własnym domu kogoś obrażano, co właśnie robisz.
- JA KOGOŚ OBRAŻAM?!
- Tak.
- Przed chwilą to ktoś MNIE obraził, a ty mi mówisz, że ja kogoś obraziłam?! I to jeszcze kogo? - prychnęła. - Jakąś dziewuchę nie wiadomo skąd!
- Będzie lepiej jak sobie już pójdziesz. - czułem, że zaraz wyjdę z siebie.
- Wurzucasz mnie?!
- Nie, proszę, żebyś wyszła, bo mam coś do zrobienia...
- No tak, musisz pocieszyć swoją byłą! Chcę cię uświadomić, że ja nie jestem tak pusta jak wszyscy myślą. Ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego PO CO ty się zacząłeś ze mną spotykać.
- O czym mówisz? - zapytałem patrząc na nią w napieciu.
- Powiem ci tylko... żaden środek zastępczy tu nie pomoże. Ani tobie, ani jej. Ja nie mam zamiaru czekać na nic wiecznie, nie jesteś jedynym facetem na świecie. Myślałeś, że jak pokażesz jej jakąś kobietę to coś zmieni. Powiem ci tylko tyle, że oddaliłeś ją od siebie już tak bardzo, że od dawna nie widać jej już na twoim horyzoncie. Więc dobrze się zastanów czy chcesz dalej marnować mój czas. Jutro wieczorem będę w domu. Tak dla twojej wiadomości, gdybyś jednak się zdecydował. - i poszła.
Patrzyłem na nią przez chwilę. Jeśli już nawet ona mi o tym mówi... Westchnąłem głęboko i wróciłem do kuchni. Susan jakby na komendę gdzieś poleciała zostawiając nas samych. Dona wciąż siedziała w tym samym miejscu...
Kiedy potem wziąłem ja na ręce, poczułem zapach jej skóry... Taki delikatny, kiedy mnie objęła. Nie mogłem postąpić inaczej. Chciałem znów mieć ją w swoim łózku... choć przez chwilę. By móc na nią popatrzeć. Droga do sypialni była najprzyjemniejsza z tego wszystkiego. Oparła głowe na moim ramieniu i tak ją trzymałem. Jak mogłem przypuszczać, nie była zadowolona z tego, gdzie ją zaniosłem.
Wiedziałem, że tak będzie, ale chciałem... Chciałem na nią popatrzeć. Pobyć z nią. Chociaż chwilę. Chciałem się nią zaopiekować. I zrobiłem to. Serce biło mi mocno w piersi kiedy zdejmowałem z niej szlafrok. Przypomniały mi się natychmiast wszystkie noce spędzone z nią. Jak zakazany owoc krązyły mi teraz w głowie. Nie zdązyłem się opanowac i pocałowałem lekko jej policzek. Chyba była tym zaskoczona. Ale nic nie powiedziała.
Wyszedłem z pkoju wychodząc do jednego z moich gabinetów. Wziąłem jakiś pusty stary notes, ołówek i wróciłem do sypialni. Kiedy wszedłem leżała zwinięta w kłebek pod moją kołdrą. Siedząc w koncie w fotelu patrzyłem na nią i przypominałem sobie te wszystkie wieczory, kiedy razem leżeliśmy w tym łózku. Czasami całując się namiętnie, pieszcząc, potem kochając mocno, a czasami tylko rozmawiając. Uśmiechała się wtedy promiennie. Pomyślałem, że chciałbym... chciałbym by to wróciło. Oddałbym wszystko za jedną noc z nią. W jej ramionach. By znów poczuć jej gorący oddech na karku... Palce we włosach...
Przymknąłem oczy i po chwili w mojej głowie pojawiły się pierwsze słowa. Zacząłem je spisywać. Wystarczyło, że spojrzałem na nią taką w piżamce leżącą w moim własnym łóżku, by do głowy przychodziły mi gotowe kolejne wersy. rzadko mi się coś takiego zdarzało, bym od razu natychmiast napisał gotową piosenkę lub przynajmniej jakąś jej część co jest jej podwaliną, nie nanosząc potem praktycznie żadnych poprawek. Teraz właśnie to się działo. Była moją prywatną inspiracją w tym momencie, patrzyłem na jej twarz, na dłonie... Na drobną stópkę, która wystawiła spod pościeli... Serce biło mi mocno w piersi. A słowa po kolei pojawiały się na kartce papieru...
Hold my hand, feel the touch of your body cling to mine
You and me, makin’ love all the way through another night
I remember you and I walking though the park at night
Kiss and touch, nothing much, let it blow just touch and go
Love me more, never leave me alone by house of love
People talk, people say what we have is just a game
Oh, I’ll never let you go, come here girl
Just got to make sweet love ‘til the break of dawn
I don’t want the sun to shine I wanna make love
Just this magic in your eyes and in my heart
I don’t know what I’m gonna do I can’t stop lovin’ you
I won’t stop ‘til break of dawn makin’ love
Hold my hand, feel the sweat, yes you’ve got me nervous yet
Let me groove, let me soothe, let me take you on a cruise
There’s imagination I bet you've never been there before
Have you ever wanted to dream about those places you’ve never know ...
Zatrzymałem się w pewnym momencie czując jak pewne uczucie rozsadza mnie prawie od środka. Kochałem ją jak szalony. Odłożyłem ołówek i notes na stolik obok. Podniosłem się powoli. Przewróciła się na plecy śpiąc spkojnie... Ból musiał ją wymęczyć... Wyglądała tak pięknie... Właśnie taka chciałem ją oglądać. Leżącą w mojej pościeli, z włosami rozrzuconymi wokół głowy, ściągnąc z niej tą kołdrę i przyglądać się jak spokojnie oddycha.
Przysiadłem obok niej na skraju łozka. Bałem się by się nie obudziła. Pragnąłem... znów być blisko, chociąz wiedziałem, że do tego już nigdy nie dojdzie. Dała mi wiele. Może nawet więcej niż zasługiwałem. Ale czy na pewno miałem rację, myśląc, że już nigdy nie będziemy razem? Nadzieja na nowo niesmiało zaczęła we mnie kiełkować... Może jednak jest szansa... Niczego tak nie pragnąłem jak tego by znów była ze mną.
Dotknąłem lekko palcem jej ust. Dolnej wargi... Rozchyliła je lekko i mruknęła coś cicho... Chyba...
- Kocham cię... - usłyszałem. Wypowiedziała te dwa słowa tak cicho, że nie byłem nawet pewny czy je naprawdę usłyszałem. Kompletnie nie panujac na tym co robię, pochyliłem się nad nią i złożyłem na jej ustach jeden jedyny pocałunek... a potem kolejny... i znów. Smakowałem jej wargi powoli i ostrożnie. Miałem ochotę wpić się w jej usta, ale powstrzymałem się. Popatrzyłem tylko na nią przez chwilę... Była piękna. Taka moja choć przez tą krótką chwilę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






