Witam. :) Oto kolejny, następny w piątek. Zapraszam. :)
Donata
Kolejne dni były całkiem spokojne. Nie działo się nic co mogłoby nas w jakiś sposób niepokoić. Mike także trochę się uspokoił i nawet zaczął się znów uśmiechać. Widywałam go jednak czasami zamyślonego. Pewnie wciąż się zastanawiał, dlaczego znów to wszystko. Ja sama się nad tym głowiłam. Ale tym razem sytuacja była inna niż wcześniej i byłam pewna, że Michael na pewno nie dostanie po dupie. W żadnym wypadku.
Siedziałam na komputerze z włączonym skypem ale nikt nie był aktywny. Ani Iwa, ani rodzice, ani nikt. Zresztą to właśnie z Iwą lub z rodzicami chciałam porozmawiać. Na Iwę nie miałam co liczyć. O tej porze chrapała w najlepsze. Mama pewnie też, a ojciec... pewnie dalej obrażony.
Ale w pewnym momencie, gdy oglądałam jakieś książki na aukcji internetowej rozległ się cichy dźwięk zwiastujący, że ktoś się uaktywnił. Po sprawdzeniu zobaczyłam, że to rzeczywiście tata. Na pewno widział, że też jestem aktywna, ale chyba nie miał odwagi sam się odezwać, zwykle od razu sam dzwonił. Postawiłam pierwsza wyciągnąć rękę na zgodę.
Oczekiwałam chwilę na połączenie, ale w końcu odebrał. Siedziałam w sypialni na podłodze, znów była wysoka temperatura, nie szło wytrzymać nawet siedząc w łóżku. Natomiast Mike chyba zbyt tego nie odczuwał, bo spał sobie właśnie słodko zwinięty w kulkę ubrany w luźną białą koszulę i spodnie.
- No cześć, córcia. Co słychać? - zapytał kulawo. Uśmiechnęłam się. Chętnie bym sie do niego przytuliła, ale był zdecydowanie za daleko.
- Wszystko w porządku. - odpowiedziałam. - Prawie. - spuściłam nieco wzrok.
- Co się stało? Coś zmajstrował?! - no jakże by inaczej mógł zareagować. Zaśmiałam się cicho pod nosem.
- Nie. On jest całkowicie niewinny, tato.
- No to co się stało? - westchnęłam. Zastanawiałem się czy mu o tym powiedzieć, czy to nie stanie się kolejnym gwoździem do trumny. Czy nie będzie chciał tego przekuć w jeszcze jeden argument do tego, żebym go zostawiła. - No mów. Widzę, że to coś poważnego.
- No. Poniekąd to jest coś poważnego. - cały czas mówiłam pół szeptem.
- Czemu tak szepczesz?
- Bo moja druga połowa śpi na łózku. - powiedziałam z uśmiechem. Zerknęłam za siebie widząc jego spokojną twarz. Spał mocno nie przejmując się niczym.
- Pokaż mi tego dziadka twojego. - musiał być złośliwy, po prostu musiał.
Z tej pozycji nie mógł go widzieć, więc uniosłam nieco swój laptop i pokazałam mu go.
- Widzisz? - zapytałam cicho. Przez pierwsze kilka chwil nic nie mówił.
- Powiem szczerze, że aż do tej chwili nie do końca w to wierzyłem. - mruknął w końcu.
- W co?
- Że wy naprawdę razem i w ogóle. Ale kiedy mi go teraz pokazałaś... - westchnał. - Chyba naprawdę musze się pogodzić z tym, że nie jesteś już moją małą córeczką. - podparł brodę na ręce i popatrzył smutno gdzieś w bok. Zaśmiałam się.
- Córeczką będę zawsze. - powiedziałam cicho. - Ale masz rację, już dorosłam. A ten mężczyzna, którego przed chwilą widziałes, jest teraz całym moim życiem. Tatus, Mike naprawdę o mnie dba, kocha mnie... On... - zawahałam się.
- Co?
- Nic nie mówi, ale wiem, że pragnie mieć dziecko. - mój tata popatrzył na mnie wysoko unosząc brwi.
- Że niby z tobą?? - powinnam odpowiedzieć, że nie, z sąsiadką, ale się powstrzymałam.
- Nie wiem... Jak to interpretować, nie mówi o tym, nawet nie wie, że ja wiem. Ma taki plik w swoim komputerze. Teraz pewnie by chciał, żebyśmy razem... ale tam są przykładowe umowy dla kobiet i teksty mówiące o in vitro.
- Czyli szukał sobie baby co urodziłaby mu dziecko, krótko mówiąc. - podsumował.
- No wtedy tak. Ja w ogóle nie wiem czy to jest legalne... ale teraz... - zerknęłam za siebie. Spał dalej nie poruszając się.
- Chciałabyś urodzić mu dziecko? - spojrzałam z powrotem na ojca.
- Nie wiem. On o tym nie mówi. A ja sama co mogę? Może zrezygnował.
- I to jest to o czym mówiłaś, że się dzieje?
- Nie. - pokręciłam głową. - O tym dowiedziałam się przy okazji tego co się dzieje. - tata patrzył na mnie uważnie. Westchnęłam. - Boję się, że znowu na niego wsiądziesz...
- Mów. - miałam nadzieje, że mi pomoże a nie zacznie znowu zmuszać do powrotu.
- Kilka dni temu przyszło do nas dwóch panów. Chcieli odkupić cały ten teren, ale Michael się nie zgodził. Próbowali go przekonać, ale nie dał się, jeden chciał się napić. Pogoda była parna, więc jak to Mike, pokazał mu drogę do kuchni. Dwa dni potem siedziałam w gabinecie, Mike trzyma w nim wszystkie dokumenty i szkice związane ze swoimi płytami. I znalazłam... - zaciełam się. Nawet teraz rzygać mi się chciało.
- Co? - zapytał przyglądając mi się uważnie.
- Zdjęcia z małymi dziećmi. W takiej czarnej teczce, ja myślałam, że to też jakieś papiery, umowy... ale... no. - przetarłam twarz dłonią. - Na kamerach widać, jak ten facet, który chciał iść do kuchni, wlazł do tego gabinetu z dwiema teczkami, białą i czarną, a wyszedł bez tej czarnej. Dwa dni przedtem też siedziałam w tym gabinecie, ale tej teczki tam nie było.
- No więc czarno na białym, że ktoś mu podrzucił zgniłe jajo. - popatrzyłam na ojca.
- Wierzysz, że to nie jego? - ulżyło mi.
- No chyba mówie, nie? Widać jak na dłoni co się stało, w co ja mam tu nie wierzyć?
- Bałam się, że zaczniesz na niego najeżdżać i...
- Daj już spokój. Miałem pare dni żeby się zastanowić i doszedłem do wniosku, że jeśli naprawdę jesteś z nim szczęśliwa to reszta nie ma znaczenia. Co nie znaczy, że nagle zacząłem go uwielbiać. - zaśmiałam się cicho pod nosem, na co tata też się uśmiechnął. - Mam nadzieję tylko, że naprawdę będzie ci tam z nim dobrze.
- Będzie, tatuś, naprawdę. Na pewno. Już jest... - odwróciłam się lekko za siebie słysząc chwaszczenie prześcieradła. Mike przebudził się, teraz przeciągał się lekko mrucząc. Po chwili znieruchomiał i spojrzał na mnie totalnie małymi oczkami. A przecież ma takie piękne duże sarnie oczy.
- Z kim rozmawiasz? - zapytał siadając i prawie od razu zauważył głowę mojego ojca na ekranie mojego komputera. Mój tata patrzył na niego oceniającym spojrzeniem z brodą wciąż podpartą na ręce.
- Z tatą właśnie. - uśmiechnęłam się. Minę miał przekomiczną. Chyba nie spodziewał się, że w taki sposób po raz pierwszy zobaczy mojego tatusia.
Ojciec patrzył na niego spod lekko przymrużonych powiek, powstrzymujac uśmiech. Znałam go bardzo dobrze i wiedziałam, że śmiać mu się chce widząc ogłupiałą minę Michaela. Mnie zresztą też się chciało.
- No, jak się spało, wasza wysokość? - walnął bez ostrzeżenia po angielsku tonem, który wywołał u mnie atak śmiechu. No tak, Król Popu. Mój tata do wszystkiego potrafił się przyczepić.
Mike spojrzał na mnie szukając chyba jakiegoś wsparcia. Uśmiechnęłam się lekko patrząc na niego. Byłam ciekawa co zrobi w tej sytuacji. Zrobił to czego się spodziewałam.
- Która godzina...? - mruknął po czym szybko dodał. - Dzwonił Quincy... chciał ze mną rozmawiać, to bawcie sie dobrze. - powiedział po czym wyfrunął prawie z pokoju.
- No i gdzie spieprzasz już? - krzyknął za nim mój ojciec, chociaz już go nie widział. Parsknęłam śmiechem. - A taki kozak był jak gadał ze mną przez telefon.
- Daj mu spokój. - poprosiłam ze śmiechem. - Nie spodziewał się.
- Ja widzę, że miałem rację. On tylko na tych swoich teledyskach tak fika, bo normalnie to jest istne ciele.
- TATA. - warknęłam.
- No co? Mam rację. - westchnęłam, po czym jednak się uśmiechnęłam.- Ale już wolę, jak się uśmiechasz niż oglądać cię taką jaka byłaś przed wyjazdem tam.
- Pff! Darek to już są czasy przedpotopowe...
Rozmawialiśmy jakąś godzinę i naprawdę poczułam się o niebo lepiej wiedząc, że między mną a moim tatą jest już wszystko w porządku. Mama też musiala być zadowolona. Kazałam ją pozdrowić i Iwę także, gdyby ją kiedyś gdzieś widzieli. Kiedy zakończyliśmy rozmowę westchnęłam. Znowu wróciłam myślami do sprawy tych zdjęć. Nie miałam pojęcia co teraz będzie. Ten cały Quincy czy jak mu tam, rzeczywiśćie wcześniej dzwonił. Może razem z Michaelem coś wymyślą. Ja marzyłam tylko o jednym. Żeby ta sprawa wyjaśniła się jak najszybciej.
Michael
Sytuacja była śmieszna, ale naprawdę musiałem wyjść. To nie dlatego, że jej ojciec mnie zaskoczył. Gdybym miał się z nim normalnie spotkać, to oczywiste, że bym nie uciekł. Zresztą teraz też nie uciekałem. Po prostu, musiałem wyjsć na spotkanie. I po co sam sobie sie tłumaczę?
Z lekkim skonsternowanym uśmiechem wszedłem do biura, które należało do Quincy'ego. Powital mnie tak jak zwykle, z uśmiechem, który zazwyczaj go nie opuszczał. Przeważnie, nawet w cięższych chwilach, kiedy przechodziłem proces, z uśmiechem klepał mnie po ramieniu i mówił, że kłamstwo zawsze ma krótkie nogi i nie długo się okaże. Okazało się, jak już wszyscy wiedzą.
Teraz jednak sprawa powracała. Wciąz i wciąż zadawałem sobie w myślach pytanie, dlaczego wraca, ale jak dotąd nie udało mi się na nie jeszcze odpowiedzieć. Quincy zadzwonił do mnie mówiąc, że ma pewien pomysł. Sam byłem tego ciekawy.
- Co to za mina? - zapytał przyglądając mi się. Co miałem mu powiedzieć?
- Nic. Mów co wymyśliłeś. Jestem bardzo ciekawy. - powiedziałem siadając we fotelu naprzeciw niego.
Potrafił trafnie ocenić sytuację, wykombinować adekwatne do takiej rozwiązania. Miałem dużo szczęścia, że udało nam się nawiązać współpracę. Długoletnią współpracę, znamy się już naprawdę spory kawał czasu. I mogłem powiedzieć, że on też mnie doskonale zna.
- Podstawowa myśl jest taka, że trzeba ruszyć z kopyta z tą sprawą. Nie możesz znowu dać się ujajić, chłopie, bo cię z tego nie wyciągniemy.
- Wiem. - burknąłem wzdychając. - Ale przecież nie pojade tam i nie rozedrę paszczy. Wtedy to chyba był błąd. Chciałem coś wyjaśniać, a tylko się tym pogrązyłem...
- No właśnie i właśnie dlatego tym razem zrobimy to inaczej. - wyciągnął coś ze swojej teczki. - Przeprowadzimy brawurową akcję, Mike. - podsunął mi kartkę pod nos. Tak naprawdę była to wizytówka jakiejś gazety. - Szmatławiec, ale jeszcze zdarza mu się czasami napisać trochę prawdy. - popatrzyłem na niego.
- Co masz na myśli?
- Jeszcze niczego nie uruchamiałem, ale chcę ci powiedzieć, że to jest najlepsze co możemy zrobić. Mam tam znajomego, więc na pewno nas nie oszuka. To dziennikarz tam pracujący na pełen etat. Zajmuje się właśnie wszelkimi sensacjami, pisał kiedyś nawet coś o tobie. Ale nieważne. - dodał szybko, kiedy zobaczył jak otwieram usta chcąc zapytać co pisał. - Umówię się z nim na spotkanie. Pogadam i zobaczę na kiedy by to dało radę zrobić...
- Ale co? - wtrąciłem. - Cały czas do mnie gadasz, ale ja nie wiem o czym. - taki właśnie był Quincy.
- Sorry. - zaśmiał się pod nosem. - Przeprowadzi z toba wywiad. Może ze dwie godziny? Chyba wystarczy, a jak nie to będzie z toba siedział tak długo aż wszystko mu opowiesz. Za jakiś tydzień potem powinien się ukazać. Chodzi o to, żeby ten incydent, informacje o nim wyszły bezpośrednio od ciebie. Żeby nikt nie ugryzł cię znowu w tyłek, a ty zamiast robić z tym porządek musiał się od niego oganiać. Rozumiesz?
- Oczywiście. Jest tylko jeden problem. - podejrzewałem, że istotnie mam rację.
- Jaki?
- Moja dziewczyna znalazła to świnstwo. Pewnie będzie chciała w tym uczestniczyć, a ja nie chcę, żeby się w to mieszała.
- A co to za problem? Chyba nawet lepiej, żeby się zamieszała skoro to sama znalazła? Nie uważasz?
- Będzie musiała przedstawić się jakoś, ja nie chcę...
- Tak, wiem, oglądałem ten cwany wywiad w telewizji. Nie chcesz, żeby wiedzieli kim jest. Ale mnie osobiście się wydaje, że ta decyzja nalezy wyłącznie do niej. Jeśli będzie chciała uczestniczyć w tej akcji, ja jestem za. Dobrze byś miał bliskiego sprzymierzeńca poza rodziną, która jest już tak oklepana jak to tylko możliwe. Każdy powie, no tak, rodzinka, normalny schemat zachowań. A ona, nie dość, że nie jest twoją rodziną, to jeszcze sama to znalazła i ci wierzy. To już zupełnie co innego. Jeśli usiądziecie przed tym facetem razem i każde z was opowie całą sprawę, opinia publiczna zacznie w końcu myśleć. Rozumiesz? MYŚLEĆ, zastanawiać się, a nie głupio łykać sensacje jak gajor kluchy. Nie możesz pozwolić sobie na pobłażliwość. To zrobiłes wtedy i to był błąd. - popatrzył mi w oczy już bez uśmiechu. A najgorsze było to, że miał stuprocentową rację.
Westchnąłem. Dona za pewne nawet nie pomyśli, żeby się od tego wymigać, wręcz będzie się cieszyć, że może mi pomóc. Zło polega na tym, że wszyscy się dowiedzą kim ona jest. Nie chciałem tego. Pozostało mi tylko porozmawiać z nia o całej sprawie. Przeczuwałem jej odpowiedź, ale do samego końca miałem nadzieję, że się nie zgodzi w to wchodzić.
Jak można było się spodziewać... zawiodłem się sam na sobie.
- No oczywiście, że się zgadzam! Jak ty to sobie w ogóle wyobrażałeś?! - tak jak myślałem.
Przymknąłem oczy i ukryłem twarz w dłoniach.
- Nie chcę, żebyś się w to mieszała. Nie chcę, żeby cię obstąpili, obeszli jak mrówki. A to będzie konsekwencja tego wszystkiego. Poradzę sobie sam.
- Nie jesteś SAM, Mike! - podniosła głos już poirytowania moim ględzeniem. - Co mnie obchodzi... I tak w końcu by to wyszło, kim jestem, skąd jestem i jak się nazywam! Myślisz, że dasz rade utrzymać to w tajemnicy? Wystarczy, że któryś twój braciszek niechcący coś gdzies chlapnie, ktoś to usłyszy i po wszystkim! Więc chyba lepiej, że moja tożsamość wyjdzie w taki sposób, niż przez przypadek, i może jeszcze coś będzie nie do końca prawdziwe!
Westchnąłem. Miała rację. Wszyscy mieli rację, ale ja bałem się, że ją to przerośnie.
- Nie dadzą ci spokoju.
- Jakoś przeżyję. - powiedziała patrząc mi w oczy. - Wydaje ci sie, że ja nie wiem, że to nieodłączna część tego wszystkiego? Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Żeby naprawdę uchronić się przed tym wszystkim musiałbym po cichu się spakować i wyjechać bez słowa. Tego chcesz?
- Nie, oczywiście, że nie. - powiedziałem natychmiast patrząc na nią i chwytając ja za rękę by poczuła, że naprawdę mi na niej zależy.
- No więc nie widzę żadnego problemu. - powiedziała w końcu. Po chwili spoglądania na mnie przytuliła się do mojego torsu i poczułem jak gładzi moje plecy.
- Postaram się, żeby aż tak się to na tobie nie odbiło. Może uda się jednak zachować w tajemnicy...
- MICHAEL, NIE KOMBINUJ!! - warknęła z nosem w mojej szyi. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem. Popatrzyłem na nią, po czym pocałowałem lekko.
- Nie chcę cię stracić.
- A kto tu mówi o traceniu czegokolwiek?
No więc stanęło na tym, że do tego wywiadu usiądziemy razem. Nawet potem po kilku dniach wciąz mnie to uwierało i próbowałem z nią rozmawiać, żeby jeszcze raz się nad tym zastanowiła, ale ignorowała mnie wtedy, odwracała się do mnie dupą i jeśli akurat ktoś się znajdował obok to ucinała sobie z nim wesołą pogawędkę mnie mając kompletnie w dupie. Któregoś razu nawet udałem za to focha.
Chyba mi się udał, bo łasiła się do mnie przez pół godziny. Potem znowu dostałem po głowie za te jaja, ale za wszelką cenę chciałem ją odwieźć od jej decyzji. Aż do ostatniej chwili próbowałem z nią rozmawiac, ale nie dała się przekonać. Ostatecznie, kiedy wspomniany przez Quincy'ego facet zjawił się u mnie w domu, zasiedliśmy przed nim oboje. I ja i ona. Mogłem się tylko modlić, by nie wyszła z tego jakaś katastrofa... A to, że jej ojciec mnie zabije miałem jak w banku.
- No witam państwa. - facet położył swoje przybory na stoliku pomiędzy wygodnie ustawionymi fotelami. Z jednej strony jeden dla niego, z drugiej dwa dla nas. Spojrzałem na Donę, ale udała, że tego nie widzi. Westchnąłem. A więc muszę się pogodzić z tym, że jednak będzie w to wplątana. Trudno. Jakoś damy radę. - Quincy ogólnie nakreślił mi już całą sprawę. Przygotowałem sobie kilka pytań pomocniczych więc... myślę, że trzy godzinki będą wystarczyły. - otworzyłem szerzej oczy. Miałem tu z nim ślęczeć trzy godziny??
- Jasne, nie ma sprawy. - powiedziałem w końcu.
- Ta młoda dama to...?
- Dona. Moja... dziewczyna? W moim wieku cięzko to nazwać, ale jesteśmy razem. - uśmiechnąłem się.
- Ok, wieć możemy siadać i zaczynać. - mruknął i rozsiadł się w swoim fotelu. Wyciągnął mały dyktafon i nastawił go. - Będę wszystko nagrywał dla większej jakości materiału. Nie wszystko jestem w stanie zapamiętać ani zapisać, nie chciałbym, żeby jakaś ważna informacja nam umknęła. - wyjaśnił. Kiwnąłem tylko głową na zgodę. Dona chyba też nie miała nic przeciw temu.
- No więc... na początek może jakoś się rozluźnimy, nie przechodźmy od razu do sedna sprawy bo widze, że jest pan spięty. - zamrugałem. No moim zdaniem nie było to takie dziwne.
- Niech pan pyta.
- O płytę pytać już nie będę, bo po ostatnim pana publicznym wystąpieniu wszyscy chyba już wszystko wiedzą. - stwierdził rzeczowo. - Wydaje się być pan w o wiele lepszej formie niż po procesie. wielu ludzi stwierdziło wtedy zgodnie, że może się pan po tym już nie podnieść, po tych wszystkich oskarżeniach. - Boże... Westchnąłem cicho.
- Sam też tak myślałem. Mało tego, nawet nie chciałem próbować się podnosić z ziemi, w którą zostałem wdeptany. Brakowało mi sił na zwyczajne codzienne czynności, nie wyobrażałem sobie tak jak wcześniej iść do studia i tworzyć coś pełen werwy. Wydawało mi się to czymś niewykonalnym.
- A jak jest teraz?
- Teraz jest zupełnie inaczej. - spojrzałem z uśmiechem na Donę i złapałem ją lekko za rekę. - Po jakimś czasie jakoś ustabilizowałem się emocjonalnie, nie było to jednak to co przedtem. Tak naprawdę to chyba było coś na zasadzie odgrodzenia się od własnych uczuć, zamknąłem je gdzieś w małej szufladce na dnie mózgu i udawałem, że ich nie ma. To było niebezpieczne zagranie, tak nie powinno się postępować. Wszyscy zawsze powtarzali mi, że z problemami trzeba walczyć, próbowałem, ale nie miałem sił. To był sposób na pozbycie się nieprzyjemnych uczuć, tylko doraźny jednak. Gdyby nie Donata - użyłem jej pełnego imienia chyba po raz pierwszy. - nie wiem co byłoby później. Za pewne czułbym się co raz gorzej.
- A Donata to ta piękna dama siedząca obok, rozumiem? - tak, durniu i przestań się na nią gapić, pomyślałem. Zerkał na nią ciekawskim wzrokiem od samego początku.
- Tak. - powiedziałem twardo, może trochę za bardzo, ale by dać mu podprogowy sygnał do spierdalania, chwyciłem Donę za rękę i splotłem razem nasze palce. Powstrzymała uśmiech. - Kiedy się pojawiła tkwiłem własnie w tej próżni, owinięty w kokon, do którego nie pozwalałem nikomu się zbliżyć, nawet najbliższej rodzinie. Jej udało się wygryźć w nim dziurę. - kiwnął głową na znak, że rozumie.
- Odpowiadał pan na wiele dręczących pytań. Niektóre były aż niestosowne... Co pan o tym myśli z perspektywy czasu?
- Myślę, że to są zasady panujące w dzisiejszym świecie. Co nie zmienia faktu, że czułem się tym wszystkim po prostu upokorzony. Pytania o seks z moja własną żoną, w moim mniemaniu coś takiego nie miało prawa się nigdy pojawić. Z drugiej strony rozumiem naturę ludzką. Oskarżenia dotyczyły molestowania małych dzieci, dziennikarze i wszyscy inni byli więc ciekawi, myśli typu 'skoro lubi małe dzieci, małych chłopców, to ciekawe co z jego żoną, czy nią też sie jakoś zajmuje'... To było naprawdę podłe, ingerowanie głęboko w strefy, które powinny być nienaruszalne dla obcych osób.
- Też tak sądzę. - mruknął, chyba bardziej do siebie. - Można więc powiedzieć, że na siłę został pan cały odsłonięty przed resztą świata.
- Tak, dokładnie. Ludzie pchali swoje nosy dosłownie wszędzie. Nie tylko do mojej pracy, co akurat nie było niczym dziwnym, ale też do mojego życia prywatnego. Zaglądali mi nawet do łóżka, niemal dosłownie. - zagestykulowałem nieco rękoma nie wiedząc jak początkowo ubrać swoją myśl w słowa. - Zostałem odsłonięty i to nie tylko w przeności, ale wręcz dosłownie. Musiałem się poddawać najprzeróżniejszym jakimś oględzinom, by śledczy mogli zweryfikować słowa moje i tego dzieciaka, który mnie oskarżył. Niektóre z tych procederów były naprawdę upokarzające, nie chce tu mówić dokładnie co to było, ale fakt jest taki, że... po prostu odarto mnie niemal ze wszystkiego, z prywatności, intymności. Całe moje życie nagle stało się tematem dla całego swiata. Policja znajodwała swoje, najczęsciej fakty, które obalały oskarżenia we mnie celowane w całości, natomiast media wszelkiego rodzaju donosiły o jakiejś niestworzonej kolekcji pornografii dziecięcej, jakichś nagraniach z nie wiadomo jaką treścią... Informowały o jakichś rzekomych incydentach seksualnych z mojego zycia, to naprawdę było obrzydliwe czytąc to wszystko i wiedzieć, że to nieprawda, a czyta to cały świat. Nie jest wcale łatwo odpierac te wszystkie ataki.
- Jak pan myśli, z jakiego powodu to wszystko się wydarzyło?
- Powodów może być wiele, i moge nawet o nich nie myślec, ale sam uważam, że powodem tego wszystkiego jest właśnie to kim jestem. Kim się stałem w oczach całego świata. To był naprawdę ciężki okres. Krótko po procesie, wygranym, ale jednak miałem poważne problemy finansowe. Udało mi się z nich na szczęście wyjsć, ostatnia płyta nieco mi pomogła mimo, że nie jestem z niej zachwycony, ale ten krążek mnie uratował tak naprawdę. Zdaję sobie sprawę, że znają mnie wszyscy na świecie. Przynajmniej wiedzą mniej więcej jak wyglądam, jak się nazywam i domyślają się, że biedny nie jestem. Więc myślę, że własnie to było powodem tego co się stało.
- Zachłanność ludzka. - stwierdził bardziej niż zapytał.
- Tak. Pazerność wręcz. Ale to też trochę moja wina. - Dona spojrzała na mnie jak na wariata. - Nigdy nie chciałem z nikim wchodzić w konflikty, wolałem im zapobiegać niż je rozwiązywać. To był jeden z błędów jakie popełniłem wtedy. Powinienem sam domagać się sądowego rozstrzygnięcia tej sprawy bo wygrałbym ją tak czy owak. Okrężna droga jaką wybrałem tylko sprawiła mi ból i narobiła wielkich szkód. Ale ostatecznie zostałem uniewinniony i to się liczy. Przynajmniej dla mnie. Wiem, że jest wiele osób, które mimo tego nie wierzą w moją niewinność.
- Rozumiem. - zapisał sobie coś w swoim notesie i zamyślił się na moment. - Po procesie jedyne czego pan chciał to święty spokój. - zaczął patrząc w swój notes. - W jedynym wówczas udzielonym wywiadzie powiedział pan, że nie ma zamiaru pan się z nikim wiązać w najbliższej przyszłości. - popatrzył na nas z lekkim uśmiechem. Sam się uśmiechnąłem.
- Tak. Sądziłem, że przez długi czas będę raczej stronił od związków damsko-męskich, i rzeczywiście, przez dwa lata po rozwodzie nie byłem nikim zainteresowany.
- Aż do teraz.
- Tak. - powiedziałem ze śmiechem patrząc na Donę, która lekko poróżowiała. - Kiedy poznałem Donę wychodziłem wciąż z tego samego założenia, że żadnych kobiet. Ale to się samo stało.
- Co takiego? - no chyba wiadomo...
- Zakochałem się jak szczeniak po prostu. Nawet nie wiedziałem kiedy, po prostu w pewnym momencie to zrozumiałem. Mimo tego, starałem się do niej nie zbliżać, co okazało się dość trudne biorąc pod uwagę fakt, że pracowała u mnie.
- Pracuję. - mruknęła poprawiając mnie. Zacisnąłem usta.
- Pracuje. - przytaknąłem w końcu. - Chociaż nie musi. Ale mniejsza o to. Na początku byłem tym trochę przerażony. Przerażony różnicą wieku jaka między nami jest. Wydawało mi się to być przepaścią nie do pokonania. Ale moja siostra Janet, należy się jej za to złoty medal, wytrwale i niestrudzenie, dzień po dniu, stwarzała najprzeróżniejsze sytuacje w których nie miałem innego wyjścia jak zbliżyć się do tej dziewczyny. - spojrzałem znów na mój kochany skarb. Odwzajemniła spojrzenie i uśmiechnęła się.
- Więc w którym momencie, że tak powiem, dotarliście się w końcu?
- Około trzech tygodni po tym, jak się tu pojawiła. Każdy komu o tym mówiłem był tym zaskoczony, jak moge pakować się w związek z dziewczyną, tak młodą, w dodatku której wcale nie znam. Ale ja wiedziałem swoje. Znamy się krótko... ale kocham ją i wiem, że to działa w obie strony.
- Tak? - zwrócił się z uśmiechem w jej stronę. Spurpurowiała i nic nie powiedziała.
- No co? Tak się pchałaś na ten wywiad a teraz nic nie powiesz? - wyszczerzyłem się szeroko.
- To nie jest główny temat tej rozmowy. Poczekam z wywodami, aż poruszymy sedno sprawy. - no, sprawnie z tego wybrnęła. Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Właśnie, sedno sprawy. - mruknął. - Ale zanim jeszcze, zapytam mimo wszystko, dlaczego taka młoda dziewczyna nagle przylatuje do Stanów Zjednoczonych? - spojrzałem na nią, ale chyba nie miała zamiaru udzielić odpowiedzi. Więc postanowiłem że ja co nie co powiem.
- Nie chciałem, żeby uczestniczyła w tej rozmowie, ale uparła się. Nie chciałem i nie chcę nadal by jej tożsamosć wyszła na jaw, ale w sytuacji która zaistniała nie mam wyboru. Dona przyleciała do Los Angeles z Polski. Około dwóch miesięcy temu. Mniej więcej tyle jesteśmy razem. Klamka zapadła w Hiszpanii. - wyszczerzyłem się. - Nie chcę się tu wdawać w szczegóły z tego bądź co bądź krótkiego okresu, po prostu, spotkało ją tam nieszczęście, tutaj szukała lepszego życia.
- Znalazła? - zapytał znów patrząc na nią.
- Mam nadzieję, że tak. - zaśmiałem się. - I mam też nadzieję, że nie zostanie zlinczowana kiedy ten tekst trafi już do opinii publicznej.
- Jeszcze jedno pytanie w tej sprawie, ostatnie już, przysięgam. - zaśmiał się. - Co rodzice tej młodej damy na wasz związek? - spodziewałem się.
- No można powiedzieć, że 50/50. Jej mama nie ma nic przeciwko, jej ojciec mnie nienawidzi. - uśmiechnąłem się.
- Tak jakby ta cała nasza rozmowa wychodzi z tematu pańskiej kobiety, gdyż całkiem niedawno, jakiś tydzień, znalazła coś... można powiedzieć, że paskudnego, w jednym z pańskich gabinetów.
- Tak. Właśnie. - poczułem się od razu nie ciekawie. - Dlatego zgodziłem się na przeprowadzenie tego wywiadu. Nie chcę popełniać starych błędów. Wyciągnąłem z nich wnioski i dlatego postanowiłem sam wystąpić pierwszy zanim ktoś znów się mnie uczepi. A wiem, że ktoś chce. I to bardzo.
- Niech państwo opowiedzą całą historię.
Więc zaczęliśmy opowiadać wzajemnie się uzupełniając. Powiedziałem jak doszło do tego, że moja mała Dona zobaczyła coś takiego. Opowiedziałem o tych dwóch facetach, którzy przyszli do mnie rzekomo by próbować dobić targu ze sprzedażą Neverland.
- Nigdy wcześniej pan ich nie widział?
- Nigdy nie miałem z nimi do czynienia. Z natury nie jestem podejrzliwy, choć może powinienem, ale nie wzbudzili we mnie żadnych negatywnych uczuć. Po prostu nie chcę sprzedawać nikomu ziemi, na której żyję i koniec i to nie ma nawet nic wspólnego z tym kto by do mnie wystąpił z taką propozycją. Problemy zaczęły się dwa dni później.
- Co takiego się zaczęło? Może pani niech nam powie.
Dona popatrzyła na mnie. Ścisnąłem lekko jej dłoń na zachętę i uśmiechnąłem się. Zaczęła mówić.
- Mike trzyma w tym gabinecie prace nad starymi płytami. Są tam umowy, kontrakty, inne dokumenty, ale też ciekawsze rzeczy, jak np zdjęcia z planów, ze studia nagraniowego i szkice strojów scenicznych. Byłam ciekawa i zaczęłam to wszystko wyciągać z półki i oglądać. Aż do tarłam do samego końca, nie wiem ile czasu mogłam tam przesiedzieć, ale na pewno trochę zanim TO wpadło mi w ręce. - westchnęła.
- Prosze mówić dalej.
- Segregatory dotyczące płyty BAD są czarne. Mike nie chce mi nic pokazać kiedy go proszę, więc myślałam, że może coś tam jednak znajdę... Nic ciekawego nie było, ale właśnie wtedy znalazłam czarną cienką teczkę. Pomyślałam, że może w niej coś jest i otworzyłam... W ten czas myślałam, że dostanę jakiejś wariacji.
- Kiedy zobaczyła pani co jest w środku.
- Dokładnie.
- Co było w środku?
- Pornografia dziecięca. Ja nawet nie chcę sobie przywoływać tych obrazów w pamięci, ale było to co najmniej obrzydliwe. - westchnęła cicho. - W sumie to nawet nie do końca były dzieci tylko młodzi chłopcy. Ale nie o to chodzi. To było jak uderzenie obuchem w głowę, zagotowałam się prawie, myślałam tylko o tym, że to nie może być prawda, przeciez Mike nie położyłby sobie czegoś takiego na widoku. - popatrzyła na mnie z lekko niepewną miną. Znów ścisnąłem lekko jej dłoń. - W pierwszej chwili naprawdę... to mną wstrząsnęło. Przeszukałam całą naszą sypialnię, przetrząsnęłam wszystkie jego ubrania, nawet komputer, który zachomikował w szafie. Swoją droga chyba wiem nawet dlaczego. - rzuciła mi krótkie spojrzenie. Co to miało znaczy? Przeciez ja tam nic nie mam w tym laptopie... Ale zaraz mi się przypomniało, co tam może być. - Ale nie ma to nic wspólnego z tą sprawą. Niczego tam nie znalazłam i zaczęłam analizować w pamięci ostatnie, dni przecież cały czas był ze mną. I wtedy przypomniałam sobie o tych gościach. Razem z Alanem, operatorem kamer, obejrzeliśmy monitoring z wewnątrz domu.
- I co na nim było?
- Czarno na białym jak jeden z facetów wszedł do tego pomieszczenia z dwiema teczkami, jedną białą, druga czarną. Wyszedł tylko z białą.
- Swoją droga, dlaczego wałęsał się sam po domu? - dobre pytanie...
- A to już natura Michaela. - parsknęła śmiechem.
- Facet zapytał czy może się napić, było gorąco. - poruszyłem lekko brwią. - Czasami bywam naprawdę naiwny... - westchnąłem.
- A więc w taki sposób to się dostało do pańskiego domu. - wymruczał zapisując znów coś. Kiwnąłem głowa. - Co się potem działo?
- Kiedy wróciłem do domu po kilku godzinach... wcześniej posprzeczaliśmy się i wyjechałem do studia... Alan powiedział mi co znaleźli. Byłem... w szoku to chyba za delikatne powiedzenie. Byłem po prostu... zdruzgotany. Nie mogłem pojąć dlaczego ci ludzie wciąż chcą mnie dręczyć.
- Ma pan na myśli tych, którzy wcześniej....
- Tak, tych którzy wcześniej mnie oskarżyli. Jak mówiłem, nie chcę popełniać starych błędów, więc jeśli będzie trzeba doprowadzę do kolejnego procesu, ale o fałszywe oskarżenia i to oni tym razem będa siedzieć na ławie oskarżonych. Nie mogę drugi raz pozwolić sobie by jakiś szczeniak któremu rodzice mieszają w mózgu niszczył mi zycie, które ledwo co zacząłem odzyskiwać. Od czasu jak jesteśmy razem - spojrzał na dziewczynę. - zacząłem powoli odzyskiwać równowagę. Nie jest mi łatwo, bo naprawdę wolałbym żyć w świętym spokoju. Ale nie mam zamiaru znów wybierać okrężnej drogi.
- I chyba słusznie. - facet przyznał mi rację.
- Widzisz? - usłyszałem tuż przy swoim uchu gdy facet zaczął zapisywać jakieś dłuższe informacje. - Mówiłam ci, że jest więcej ludzi, którzy ci wierzą niż myślisz. Mój ojciec też kategorycznie stwierdził, że jesteś za chudy w uszach na takie imprezy. - otworzyłem szerzej oczy.
- Naprawdę? To chyba... moge się cieszyć, co? - uśmiechnęła się tak samo jak ja.
- Co zamierza pan konretnie z tym zrobić?
- Byłem już z tym na komendzie policji. Okazało się, że ktoś już dał im 'cynk' co może znajdowac się u mnie w domu. Komendant jest jednak na tyle przytomny, że nie dał temu wiary i nie nasłał na mój dom kolejnego stada hien, które by go z przyjemnością splądrowały. Będę to wszystko wyjaśniał. A zwłaszcza moi prawnicy, ja mam przed sobą trasę koncertową.
- A więc sprawę nowych oskarżeń czy 'dowodów' pozostawia pan prawnikom?
- No nie moge teraz odwołać trasy, zresztą, myślę, że to dobrze, że ta trasa zbiegła się w czasie z tym wszystkim, musze teraz o wiele ciężej pracowac na swój wizerunek, niech ludzie zobaczą, że jednak nie tak łatwo mnie zagiąć, jeśli nie posiada się już najmniejszego elementu zaskoczenia. Uderzyło to nie tylko we mnie samego. Ale i w moich przyjaciół, rodzinę. Każdy przeżył to na swój sposób, zwłaszcza Dona. Ja nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak ja wyglądałem w pierwszej chwili w jej oczach. - poczułem jak gładzi mnie po ramieniu. Spojrzałem na nią, ale zaraz przeniosłem znów wzrok na faceta. - Ja mogę naprawdę wiele znieść. Niech rzucają we mnie czym chcą. Ale dlaczego musi przy tym cierpieć moja rodzina? A przede wszystkim dlaczego musiała to oglądać i też cierpieć kobieta, którą kocham? Ludzie tak naprawdę nie do końca posiadają prawdziwe wyobrażenie na mój temat. - powiedziałem czując jak złość we mnie narasta. Dłoń Dony jednak podziałała na mnie kojąco. Westchnąłem. - W wywiadzie dla DAILY MIRROR powiedziałem, że ci, którzy słuchają mojej twórczości mogą mnie w jakiś sposób poznać poprzez teksty piosenek chociażby. To prawda. Ale nikt jeszcze nie widział mnie doprowadzonego do ostateczności. W takim stanie jestem zdolny zrobić naprawdę bardzo dużo. Wtedy udało im sie mnie przygnieść, nie rozumiałem co się wokół mnie dzieje, dlaczego to się dzieje. W tej chwili mineło już trochę czasu i miałem go również bardzo dużo na przemyślenia.
- Więc... nie pozwoli sie pan już strącić na samo dno?
- Absolutnie nie. - powiedziałem twardym głosem. - Nie myślę już nawet tylko o sobie. - dodałem spoglądając na Donę po czym pogładziłem ją lekko po policzku.
Jakieś pół godziny później zakończyliśmy w końcu rozmowę. Poczułem, że nawet zrobiło mi sie nieco lżej. Wyrzuciłem z siebie wszystko co się we mnie kotłowało ostatnimi czasy. Jej obecnośc obok była tym bardziej kojąca i czułem jak mnie wspiera. Kiedy facet już wyszedł informując nas , że za tydzień całość powinna być gotowa, poczułem jak przytula się do moich pleców.
- Nie było tak źle. Chyba. - wymruczała. Uśmiechnąłem się i odwróciłem do niej przodem.
- Nie, nie było. - przyznałem. - Chodź ze mną, póki mam cię jeszcze tylko dla siebie. - szepnąłem po czym przyssałem się do jej szyi. Zaśmiała się.
- Jak to jeszcze tylko dla siebie?
- Jak już to wszystko wyjdzie i każdy będzie mógł to przeczytać, wszyscy się na ciebie zwalą. Chcę byś była tego świadoma.
- Jakoś sobie poradzę, nie bój się. - powiedziała hardym tonem. Uśmiechnąłem się automatycznie.
- No to chodź. - pociągnąłem ją za sobą do sypialni. Zamknąłem za sobą drzwi i bez słowa przygwoździłem ją do łóżka zapominając o tym wszystkim na całą najbliższą noc...
Wielka gwiazda POPu i młoda anonimowa w świecie dziewczyna. Czy ktokolwiek by pomyślał, że w ogóle się spotkają? Na pewno nie ona. Spotkanie z nieznanym, wypierane uczucia i skrywane namiętności. I śmierć. Czy możemy tak naprawdę pogodzić się z odejściem ukochanej osoby? A co z teoriami spiskowymi? Czyżby miały one w sobie coś z prawdy?
Michael Jackson
wtorek, 19 lipca 2016
sobota, 16 lipca 2016
31.
Jestem z następną notką. :D Kolejna ukaże się we wtorek. Ciąg dalszy smutasów jak myślę. xD Zapraszam. :)
Donata
Wróciłam do Neverland późnym wieczorem razem z Janet. Kiedy usłyszała te rewelacje, które jej przyniosłam złapała się za głowę. Tak jak ja nie mogła uwierzyć w to, że znowu chcą udupić jej brata. Najpierw była w szoku, potem się rozpłakała, a na końcu się wkurzyła. Ja sama wciaż czułam gulę w gardle.
Alan pewnie już mu powiedział. Zastanawiałam się jak on się czuje. Pewnie jest załamany. Kiedy wchodziłyśmy do środka od razu stało się to dla mnie jasne. Siedział w salonie z Alanem i jeszcze jednym jakimś gościem, za pewne z ochrony i podpierał głowę na rękach.
- O, jesteście! - Alan mruknął z wciąz wielkimi oczami. Chyba szok go jeszcze nie opuścił. Mnie też.
Mike podniósł głowę i spojrzał na mnie przekrwionymi oczami. Po chwili z powrotem spuścił głowę na ręce i to by było na tyle. Podeszłam do nich i usiadłam rzucając to gówno na stolik przed nami. Mike zareagował na to co najmniej jakbym tam postawiła kosz z jadowitymi weżami. Nie dziwiłam się.
- Spokojnie. - szepnęłam i objęłam go przytulając do siebie. Wtulił się jakby szukając potwierdzenia na to, że tu jestem. Gładziłam go po głowie kołysząc lekko, nie miałam pojęcia co zrobić tak naprawdę. Nawet nie umiałam sobie pewnie wyobrazić jak się czuł. Cały koszmar powraca...
- To my tego... pójdziemy. - mruknął jeden facet i oboje się ulotnili. Zostałam z nim tylko ja i Janet. Ta usiadła z jego drugiej strony.
- To jest nieprawda. - usłyszałam w pewnej chwili. - To nie ja... nie moje... - zaczął szeptać gorączkowo, na co przycisnęłam go do siebie mocniej.
- Wiem przecież, Mike. - odnalazłam jego usta i pocałowałam go czule. Westchnął.
- To amatorszczyzna. - usłyszałam głos Janet po czym spojrzałam na nią. - Zostawić to w takim miejscu, przecież to było jasne jak słońce, że to komuś wpadnie w ręce. I to bardzo szybko. Poza tym, takie rzeczy to ludzie chowają głęboko, nie na pierwszej lepszej półce, oni myśleli, że to przejdzie? - prychnęła. Byłam tego samego zdania.
- Mamy ich na filmie, więc wygraliśmy. - powiedziałam cicho. - Pytanie tylko co z tym wszystkim zrobić? Mike? - szepnęłam zmuszając go by na mnie spojrzał. - Jutro będziemy musieli zanieść to na policję. - zareagował tak jak się spodziewałąm.
Odsunął się ode mnie kręcąc głowa.
- Nie, ja nie chcę drugi raz przez to przechodzić, przesłuchania... - uciszyłam go kładąc mu palec na ustach.
- Skarbie, nikt nie będzie cię teraz traktował jak podejrzanego. Kochanie, przychodzisz na policję z czymś co ci podrzucono. To zupełnie inna sytuacja. - popatrzył na mnie z obłędem w oczach. Z nim naprawdę było niedobrze.
- Inna sytuacja? Myślisz... Czy ty naprawdę myślisz, że im to zrobi róznice?! Byli w siódmym niebie wtedy, kiedy mogli mnie tak przetrzymywać w nieskończoność! A teraz co, mają się nagle zamienić w moich obrońców?! Nigdzie nie pójdę. Spalę to ani śladu po tym nie zostanie!
- Nie możesz! - powstrzymałam go, bo by zrobił to chyba natychmiast. - Musisz to zgłosić, bo inaczej zaraz tu ktoś wpadnie, ty dobrze o tym wiesz. Znowu zaczną obrzucać cię błotem. A to ty tu jesteś ofiarą w tym momencie, nie żaden szczeniak z wątpliwymi dowodami przeciw tobie. - popatrzył na mnie po czym znów schował twarz w dłoniach.
- Nie dam rady. - usłyszałam po chwili. Serce mi pękało, ale co mogłam zrobić? Jedynie siedzieć przy nim i próbować podnieśc jakoś na duchu. Przekonać, że ja i Janet mamy rację i, że on musi zrobić to o czym mówię.
- Dasz radę. - szepnęłam obejmując go znów i całując za uchem. - Musisz się wziąć w garść bo zniszczą cię doszczętnie. Spójrz na mnie. - zmusiłam go poniekąd, żeby to zrobił. - Jestem z tobą. Na policję tez z toba pojadę, przecież nie jesteś sam. - westchnał ciężko odwracając ode mnie twarz. - Skarbie... - szepnęłam zrozpaczona jego stanem.
Janet w końcu wyszła z niechęcią zostawiając brata. Miałam zamiar zając się nim, by choć odrobinę odciągnąc go od ponurych myśli. Poszedł pod prysznic i siedział tam tak długo, że aż zaczęłam się zastanawiac czy się nie utopił. Wahając się lekko w końcu postanowiłam tam zajrzeć. Nagle pomyślałam, że jak to tak panna facetowi do łazienki... ale machnęłam na to ręką i po prostu wparowałam do środka patrząc jak stoi w kabinie pod strumieniem wody. Z przymkniętymi oczami, chyba nawet nie zauważył, że weszłam.
Mimo wszystko uśmiechnęłam się na ten widok. Wyglądał naprawdę... pięknie? Serce mi zabiło mocno i zapragnęłam tak po prostu się do niego przytulić, do jego pleców. Nie wiele myśląc zrobiłam to o czym myślałam, zrzuciłam z siebie wszystkie ubrania i weszłam do niego pod prysznic.
Spojrzał na mnie lekko zaskoczony, włosy kleiły mu się do twarzy. Odgarnęłam jego niesforne kosmyki i uśmiechnęłam się lekko samej będąc już cała mokra.
Oczy miał takie smutne. Nie było to chyba nic dziwnego biorąc pod uwagę to co miało miejsce. Objęłam go w pasie przysuwając się maksymalnie blisko aż moje piersi zetknęły się z jego ciałem po czym pocałowałam go delikatnie. Odwzajemnił pocałunek, ale jego usta drżały, wciąż to przeżywał...
- Chyba... nie dam dzisiaj rady, Dona... - mimo tego wszystkiego parsknęłam śmiechem. Spojrzał na mnie wiekszymi oczami.
- Nie każdy pocałunek musi kończyć się seksem, kochany. - pogładziłam go po policzku, a potem dotknęłam palcem jego dojnej wargi. - Chce być przy tobie, po prostu.
Popatrzył mi w oczy po czym przymknął swoje zagryzając wargę. Widziałam jak ciężko przełyka ślinę. Spuścił nieco głowę, woda zalewała mu twarz, zresztą mnie też.
- Nawet... nie chcę sobie wyobrażać co sobie wtedy o mnie myślałaś. - wyszeptał. Widać było, że cierpi. Poczułam ścisk w sercu. Objęłam jego twarz swoimi dłońmi i wpiłam sie w jego usta. Ale nie próbowałam pogłębiać pocałunku. Po prostu tak trwałam kiedy poczułam jak mnie obejmuje i wtula twarz w moje ramię. Pogładziłam go po włosach, na co tylko mocniej się do mnie przycisnął.
Westchnęłam. Co miałam mu powiedzieć? Że w pierwszej chwili naprawdę w niego zwątpiłam? Robiło mi się niedobrze na samą myśl o tym, ale przecież w końcu nie dałam się omamić.
- Robiłam wszystko, żeby to wyjaśnić. - powiedziałam chcąc jakoś załagodzić tą sytuację. Wyprostował się i zobaczyłam jak smutno się uśmiecha,
- Nie udawaj, Dona... - mruknął. - Doskonale wiem, że poczułaś co najmniej obrzydzenie w stosunku do mojej osoby.
- Przestań, prosze cię...
- Ale to prawda.
- Nie! - podniosłam głos. - W pierwszej chwili byłam w szoku...
- Takim, że aż przetrząsnęłaś mi wszystkie spodnie, koszule i komputer. - wytknął mi. Poczułam się naprawdę podle. Wypuściłam go z objęć.
- Ja sama czuję sie źle z tą myślą, więc nie musisz mi dokładać. - powiedziałam cicho odwracając się od niego i wychodząc z kabiny. Zanim jeszcze zdążyłam owinąc się ręcznikiem poczułam na swoim mokrym ciele jego ręce. Spojrzałam na niego przez ramię.
Przylgnął do moich pleców i pocałował czule skórę na ramieniu. Raz, potem drugi i trzeci... Nam obojgu było cieżko w tej chorej sytuacji. Nie miałam nawet z kim o tym postronnym porozmawiać... Z Janet. Ale potrzebowałam kogoś bardzo bliskiego... Dawno nie rozmawiałam z nikim z domu... Rozmowa z rodzicami pewnie dobrze by mi zrobiła. Mama dodałaby mi otuchy a tata pewnie coś konstruktywnego poradził. Mama dzwoniła, ale tatuś cały czas był obrażony. I co ja miałam zrobić?
Odwróciłam się do niego przodem i przytuliłam go do siebie. Chętnie z tego skorzystał. Czułam, że nie zmrużę oka tej nocy ani na chwilę. Zresztą on sam pewnie też nie będzie mógł zasnąć. Nie mogłam pojąć dlaczego komuś az tak bardzo zależy, żeby go zniszczyć. Pieniądze są tego aż tak warte?
Michael
Ile zła może pomieścić w sobie człowiek, a ile drugi może znieść od niego cierpienia? Zadawałem sobie to pytanie przez całą nieprzespaną noc, kiedy leżałem z Doną w łóżku, a ona przez cały czas gładziła mnie albo po policzku albo wplatała palce we włosy. Nie byłem wcale jakoś zdziwiony tym, że w pierwszej chwili zbombardowała dosłownie wszystko w poszukiwaniu czegoś jeszcze, czegos podobnego do tego co znalazła w tym gabinecie. Nie chciałem nawet patrzeć na to co jest w tej teczce. Niedobrze mi się robiło.
Cieszyłem się, że wciąz ze mną była, choć może nie było tego po mnie widać. Chyba coś we mnie pękło... Myślałem, że się nie podniosę. Czy ja o tak wiele proszę? Nic nie zrobiłem, dlaczego wciąż musze przeżywać ten koszmar... To było nie do zniesienia.
Rano następnego dnia czułem się chyba jeszcze gorzej. Noc nie przespana, wyglądałem gorzej niż zombie, a o tym co działo się w moim wnętrzu nawet nie wspomnę.
Nigdy chyba nie zrozumiem co powoduje tymi ludźmi. Dlaczego chcą mnie wykończyć. Ledwo co zacząłem odzyskiwać równowagę... Dodatkową drzazgą chyba była ta myśl, że to Dona to znalazła i co ona sobie myślała... Nie chciałem sobie tego nawet wyobrażać. Mogła mówić co chciała. Ja wiedziałem, że w pierwszej chwili po prostu mnie znienawidziła. Byłem szczęśliwy, że jednak nie dała się do końca omotać i mi wierzy. Gdyby ona się ode mnie teraz odwróciła... zostałby mi już chyba tylko stryczek.
- Mike... - usłyszałem za sobą, kiedy siedziałem w salonie i piłem trzecią szklankę mocnego alkoholu. Wiedziałem doskonale o co jej chodzi. Nie chciałem, po prostu nie chciałem jechać na tą zasraną policję. Wiedziałem, że ma rację, ale po prostu nie chciałem. Czułem się jak małe dziecko, całkowicie bezbronny, którego ktoś zostawił w jakimś obcym ciemnym miejscu.
Odchrząknąłem cicho. Błagałem by nie poruszała tego tematu. Usiadła obok mnie patrząc na mnie lekko wystraszonym wzrokiem. Czułem, że jestem już lekko wstawiony i chyba powinienem już odstawić tą flaszkę. Była dopiero godzina jedenasta.
Nigdy nie byłem jakiś agresywny po alkoholu, ale teraz jej wzrok zaczął mnie denerwować. Nie chciałem wyglądać jak jakiś wrak człowieka, ale tak się czułem i nie umiałem nic z tym zrobić. Kiedy podniosła rękę, by dotknąć za pewne mojego policzka, odtrąciłem ją.
- Mike...
- Daj mi spokój. - warknąłem. Miałem ochotę uciec, ale nie miałem siły wstać. Patrzyłem tylko lekko błędnym wzrokiem w wielkie okno naprzeciw nas, ale i tak za wiele nie dostrzegałem z tego co znajdowało się poza nim. Sięgnąłem po butelkę, ale mi ją zabrała.
- Chyba już dosć wypiłeś. - powiedziała.
- Powiedziałem, daj mi spokój! - warknąłem znów chcąc jej ją odebrać, ale sobie nie pozwoliła. Zaczęliśmy normalnie walczyć o tą flaszkę co najmniej jakby była coś warta. Ja starałem się jej ją odebrać, ona z kolei robiła wszystko bym jej nie dosięgnął. Udawało jej się tym bardziej, że byłem już naprawdę... podpity i lekko się chwiałem. Nie byłem jednak zalany i wiedziałem co robię. - Oddasz mi to czy nie?!
- Nie! - warknąłem coś wściekły pod nosem. Znów próbowałem jej ją zabrać, ale skończyło się to tym, że popchnęła mnie na wielkie narożnik, na którym klapnąłem i już tak zostałem. Dodatkowo butelka była otwarta więc z jej zawartości nie wiele już zostało.
- Schlałeś się. - mruknęła stojąc nade mną i patrząc jak próbuję podnieść się do siadu. Prychnąłem. Odstawiła butelkę i pochyliła się chcąc mi pomóc, ale odepchnąłem ją... trochę za mocno. Klapnęła tyłkiem na podłogę.
Powiedzieć, że poczułem się jak gówno, to kosmiczne niedopowiedzenie. Zrezygnowałem z dalszych prób podnoszenia się i ległem tak jak długi nie mając już siły ruszyć nawet ręką. Rozpłakałem się nawet się z tym nie kryjąc. Ktoś robi ze mnie pedofila, brakuje jeszcze, żeby ktoś powiedział, że podnoszę rękę na swoją kobietę. I wcale by pewnie nie skłamał w tym konkretnym temacie. Bo jak to wyglądało?
Pozbierała się z podłogi i uklęknęła przy mnie łapiąc mnie za rękę i jakimś sposobem unosząc nieco, po czym usiadła, a moja głowa znalazła się na jej kolanach. Objąłem jej nogi tuląc się, miałem wrażenie, że zaraz wybuchnę. Gładziła mnie po włosach cicho coś mrucząc, starając się zapewne jakoś mnie uspokoić.
- Przepraszam. - szepnąłem, kiedy łzy wciąż zalewały mi oczy. Ledwo cokolwiek widziałem. Płynęły same, chyba nie miałem nad nimi żadnej kontroli... Zamruczała cicho uspokajająco i pochyliła się całując mnie w policzek. Jej włosy opadły mi na twarz wycierając przy okazji mokre od łez policzki.
- Musisz się pozbierać, Mike. - usłyszałem. - Nie możesz pić, musisz się wziąc w garść, jestem przy tobie, nie chcę cię stracić. Sam mi się teraz odbierasz. - wyczułem w jej głosie strach i obawę. Co miałem z tym zrobić? Już nie wiedziałem co począć... Najchętniej to bym zasnął. Nic nie śnił, po prostu zasnął i już najlepiej się nie obudził.
- Przepraszam. - szepnąłem znów. Nie wiedziałem czemu tak bardzo chciałem ją przeprosić. Za co. Za to, że ją odepchnąłem... Że cierpi teraz przeze mnie. Że musiała oglądać te świństwa, które ktoś mi tu podłożył. - Jak twój ojciec się o tym dowie...
- Nie dowie się, dopóki sama mu nie powiem. - odpowiedziała i starła z mojego policzka kolejną łzę. - Ale musisz sam z tym iść... wiesz gdzie, prawda? Nie możesz znowu próbować obejść tego bokiem, musisz pokazać, że nie masz z tym nic, absolutnie nic wspólnego. Pojadę z tobą, jutro. Bo dzisiaj nie wyglądasz najlepiej.
- Wiem. - mruknąłem czując wstyd, ale co miałem zrobić.
Dzień później łeb bolał mnie tak jak nigdy. Tępe pulsowanie, kojarzyło mi się z waleniem, jakby ktoś dobijał mi się do głowy. Dona zerkała na mnie co jakiś czas z pewną obawą. No nie byłem tym faktem zaskoczony. Wczorajszy dzień widziałem jak przez mgłę, więc w pewnym momencie nawet się przeraziłem. Czy mogłem zrobić coś czego nie pamiętałem? Uderzyłem ją?
- Dona... skarbie... - mruknąłem podchodząc do niej gdy ścieliła łóżko w którejś sypialni. Pominąłem nawet to, że wciąz nie chciałem by pracowała. Czułem się, jakbym robił sobie z niej służącą. Ale mniejsza teraz o to...
Spojrzała na mnie pytającym wzrokiem.
- Czy ja wczoraj zrobiłem coś... niewybaczalnego? - gula stanęła mi w gardle. Zmrużyła oczy przyglądając mi się z wielką poduszką w ręce. Po czym się... uśmiechnęła.
- Pytasz czy mnie zgwałciłeś czy co? - zachichotała. Przewróciłem oczami. Akurat o to byłem spokojny...
- Wątpię czy technicznie byłbym w stanie zrobić cokolwiek w tym stylu. - burknąłem. Parsknęła śmiechem po czym podeszła do mnie i pocałowała lekko gładząc po policzku.
- Nic złego nie zrobiłeś. Poza tym, że się schlałeś. - powiedziała po czym wróciła do swojego zajęcia. Odetchnąłem z ulgą. Dobrze wiedzieć... Chociaż tyle.
- Dona czy ty naprawdę musisz... - zacząłem znowu wskazując na pościel i łózko i w ogóle na to co robiła.
- Pracować? - wpadła mi w słowo. - Tak, Mike, muszę. I rozmawialiśmy o tym milion razy i zapewniam cię, że zdania nie zmieniłam. - westchnąłem.
- Ale skarbieee... - zacząłem jęczeć obejmując ją od tyłu. Dostrzegłem, że się uśmiecha.
- Nie, powiedziałam, i przestań psioczyć. Bo to nic nie da.
Chyba naprawdę sprawa była przegrana z mojej strony. Westchnąłem i przytuliłem się do niej bardziej.
- Czuję się, jakbyś była moją sprzątaczką. Jesteś moją KOBIETĄ, w dodatku panią w tym domu...
- I co z tego? - spojrzała na mnie tak jakoś... jakbym gadał do niej o zasadach pojawiania się wirów czasoprzestrzennych.
- To z tego, że mam wystarczająco dużo ludzi od takich rzeczy!
- Ale ja nie będę siedzieć na tyłku i nic nie robić! - nabuzowała się od razu. Wyglądała zabawnie w takich momentach, naprawdę. Uśmiechnąłem się. Chyba po raz pierwszy od jakiegoś czasu. Nie chciałem wspominać jakiego.
- Ale nikt ci nie każe siedzieć tylko i nic nie robić. Ale bez przesady...
- Więc co twoim zdaniem miała bym robić? - wciąz patrzyła na mnie zła.
- Jest wiele ciekawszych rzeczy niż bycie sprzątającą we własnym domu.
- To nie jest mój dom, tylko twój, Mike...
- O nie! - tu pogroziłem jej palcem. - Od kilku tygodni to jest NASZ dom, Dona. - westchnęła opierając głowę o moją klatkę piersiową. Poza tym po głowie chodziła mi z grubsza inna rzecz. Chciałem to załatwić jak najszybciej, by jak najszybciej mieć to z głowy.
- Trzeba jechać na tą zafajdaną policję. - mruknąłem z obrzydzeniem. Skręcało mnie na samą myśl o tym, ale zrozumiałem, że nie mogę popełniać starych błędów. Zaraz zrobią mi kolejny wjazd na chatę, a to będzie podejrzane. Media się dobiorą do tego i rozdmuchają swoją spaczoną wersję. Musiałem ruszyć z kopyta sam tym razem, gdybym wtedy zrobił to samo, być moze dzisiaj nie byłbym w takiej rozsypce. Dona i Janet miały rację.
Moja kobieta spojrzała na mnie zostawiając tą poduszkę, która akurat jeszcze trzymała. Nie patrzyłem jej w oczy. Nie chciałem, żeby dostrzegła w moich jakąs słabosć. Bo czułem się słaby. Tak słaby jak jeszcze nigdy. Ale mówiłem sobie, że jeśli ona będzie ze mną to ze wszystkim dam sobie rade. Nie może być inaczej.
- Pojadę z tobą. Tylko się przebiorę... - zaczęła na co przyciągnąłem ją do siebie i pocałowałem tym samym przerywając jej myśl. Wtuliłem następnie twarz w jej pachnące włosy.
- Dziękuję. - szepnąłem po czym odsunąłem się delikatnie. Uśmiechnęła się, na co i ja poczułem sie trochę lepiej. Jej bliskosć zawsze działa na mnie kojąco.
- Nie dziękuj, przecież to oczywista rzecz, że nie zostawię cię z tym samego. - powiedziała patrząc na mnie zwyczajnie. Objęła mnie gdy znów przycisnąłem sie do niej pragnąc być blisko.
Nigdy mi tego nie szczędziła. Nigdy nie bolała jej przysłowiowa głowa. To śmieszne, ale prawdziwe.
Na komendę jechałem ze ściśniętym zołądkiem patrząc wszędzie tylko nie na jej kolana, na których trzymała to... gówno. Bo inaczej tego nazwać nie można. Od czasu jak to zostało znalezione ani razu nie zaglądałem do środka. Nie miałem pojęcia jak zareaguję jeśli jakiś policjant otworzy to przy mnie. Chyba zwymiotuję.
Kiedy zostałem o to oskarżony poraz pierwszy roześmiałem się. Myślałem, że to jakiś żart, że coś się komuś pomyliło i że za chwilę cała sprawa zostanie wyjaśniona. Pojechałem nawet do tego dzieciaka, żeby to wyjąsnić, co się dzieje i o co chodzi i to chyba też mnie pogrązyło. Ale skąd mogłem wiedzieć co się będzie potem działo... Kiedy drzwi otworzyła mi jego matka zaczeła na mnie krzyczeć, że mam czelność do nich przychodzić. Że mi ufali, bla bla bla, jak śmiałem się pojawić pod ich drzwiami. Wytrzeszczałem na nich oczy nie mając kompletnie pojęcia co się dzieje wokół mnie. Jakby nagle coś opętało tych ludzi.
Próbowałem rozmawiać, ale ci jeszcze zagrozili mi sądem. Co miałem zrobić, poszedłem stamtąd głowiąc się jak głupi co się stało. Ten dzieciak musiał coś źle zrozumieć, myślałem, chciałem to wyjaśnić, Niestety nie było mi dane. Po kilku dniach pojechałem tam znowu mając nadzieję, że ochłonęli i ten dzieciak wszystko odwołał ale rezultat był taki sam. Nawet gorszy. A potem zaproponowali ugodę pieniężną. Dwadzieścia milionów. Dla mnie pikuś. Mogłem to nadrobić w mgnieniu oka.
Każdego psiego dnia mogłem się obudzić i zażyczyć sobie, że chcę zagrać koncert tu albo tam. I tak było, grałem gdzie chciałem. Nikt się nie zastanawiał czy się godzić, gdziekolwiek bym się nie udał z taką propozycją, wszyscy witali mnie z otwartymi ramionami. Widząc entuzjazm w tych ludziach, pomyślałem naiwnie, że może nikt nie uwierzy w te brednie które opowiadali Arvizo, ale boleśnie się zawiodłem. Już wkrótce zacząłem otrzymywać pierwsze kopniaki. Jakoś sobie to tłumaczyłem. W końcu zawsze znajdą się jacyś tępi ludzie... Ale takich tępaków wciąz przybierało i w pewnej chwili stwierdziłem, że ci ludzie naprawdę w to wierzą. Chcą wierzyć, że to zrobiłem, że skrzywdziłem tego dzieciaka.
Próbowałem dorwać tego bachora samego gdzieś. Jednego razu zatrzymałem go w pewnym miejscu by porozmawiac, ktoś to zauwazył i już po kilku dniach znów wybuchł chaos, że próbowałem go uprowadzić, porwać, nie wiem... Zadałem mu tylko jedno pytanie; dlaczego? Chyba nie umiał mi na nie odpowiedzieć i podejrzewam, że i dzisiaj nie byłby w stanie tego zrobić. Być może Quincy miał rację. Większość, w tym moja własna rodzina uważała, że to rodzice są za to wszystko odpowiedzialni. Że uknuli sobie to od samego początku. W którymś momencie nawet ja to zauważyłem. Że wszelakie dziwne sytuacje powtarzają się w pewien regularny sposób. Zawsze gdy wracał od nich do mnie, by pomieszkać u mnie przez parę dni, pobawić się, pobyć ze zwierzętami zaczynał się kleić. Z początku nie widziałem w tym nic dziwnego, przytulał się. Buziaki też nie były niczym nadzwyczajnym, ale w pewnym momencie, zrobiło się to... dziwne. Powiedziałem mu, że nie powinien tak się zachowywać w stosunku do mnie, że tak nie wolno i już. Przestał i wszystko było w porządku. Wrócił do rodziców, po trzech czy czterech dniach wracał do mnie i zaczynało się to samo. Z tym, że po pewnym czasie dochodziły jakies nowe dziwaczne elementy, sytuacje stawały się naprawdę... dziwne.
Zaczął mi się pchać do łóżka. Mówił, że się boi, że nie może spać, że źle się czuje, nie chce być sam itd. Nigdy nie pozwoliłem na coś takiego, żeby spać z tym dzieciakiem w jednym łózku. Kiedy spał w moim łózku ja kładłem się na podłodze na materacu. I chyba dobrze, bo gdybym całkiem to zlekceważył to nie wiem... wolałem nie myślec, co mógłby wymyślec. Niedobrze mi się robiło.
Znów mu powiedziałem, żeby tego nie robił, bo to źle, że tak nie wolno. I znów przestał, zachowywał się normalnie. I znów pojechał do rodziców i znów po powrocie zaczął odstawiać szopki.
Wtedy nie łączyłem tego z jego rodzicami. Ale teraz po czasie i namyśle stwierdziłem, że to całkiem możliwe. Skoro jego matka wolała ciągnąc ze mnie pieniądze jako zadośćuczynienie za to co rzekomo zrobiłem... To było bardzo wymowne. Nie dostrzegałem tego wtedy, z resztą chciałem załatwić calą sprawę jak najszybciej, nie chciałem ładować się w procesy sądowe. Chciałem się od nich uwolnić raz na zawsze i teraz stwierdzam, że popełniłem wtedy błąd. Powinienem sam wytoczyć im proces. O fałszywe oskarżenie. Bez problemu dowiódłbym niewinności, tak jak to zrobiłem podczas procesu, który oni wytoczyli z tym porąbanym prokuratorem, który za wszelką cenę chciał mnie wsadzić do kryminału przed pójściem na emeryturę. To chyba stało się jego obsesją. A może miał do mnie jakąś osobistą urazę... Nigdy wcześniej się z nim nie spotkałem, więc nie mam pojęcia jaką krzywdę mógłbym mu wyrządzić.
Z kolei ten dzieciak... Nienawidziłem go serdecznie chociaż być może to rodzice kazali mu to wszystko robić. Natura ludzka jest jednak tak uformowana, że serce nie zastanawia się kto prowokował, ale patrzy na fakt tego co zostało zrobione. To ten dzieciak opowiadał kłamstwa, snuł jakieś obrzydliwe historie czego to mu nie robiłem, nie opowiadałem i tak dalej. Kiedy policjanci przedstawiali mi jego zeznania, myślałem, że się porzygam. Było mi wstyd, choć nic nie zrobiłem, ale sam fakt, że ktoś posądzał mnie o coś takiego... A ta łatka została mi do dzisiaj i chyba nie ma już sposobu na to bym sie od tego uwolnił. Co jakiś czas pojawiają się jakieś złośliwe kąśliwe uwagi na mój temat lub artykuły traktujące o tym czego to nie znaleźli u mnie w domu. A prawda jest taka, że gówno znaleźli bo nic tu nigdy nie chowałem. Żadnej pierdolonej pornografii.
To wszystko mnie załamało. Starałem się żyć normalnie, podnieśc sie po tym jak wdeptali mnie w ziemię, ale prawda była taka, że nie miałem na to siły. Do dziś nie wielu ludzi jest świadomych, że nie na wszystkich oficjalnych imprezach pojawiłem się we własnej osobie. Niekiedy ojciec musiał wynajmować sobowtóra, bo ja powiedziałem, że nie dam rady temu podołac. Nie miałem ochoty na nic poza siedzeniem, albo w ogóle leżeniem w łózku. Czysta depresja. Niektórzy nawet po cichu mówili, że już się z tego nie podniosę. Sam nawet tak myślałem i podzielałem ich zdanie w stu procentach. Aż pojawiła się Dona.
W tej chwili, kiedy to sobie uświadomiłem poczułem nagle przypływ jakiejś energii. Spojrzałem na nią. Patrzyła w boczną szybę wciąz trzymając to gówno na kolanach. Sięgnąłem i chwyciłem ją za rękę. Spojrzała na mnie, a gdy zobaczyła mój uśmiech, taki sam pojawił sie na jej twarzy. Wiedziałem, że dam temu radę. Z nią u mego boku wszystko było możliwe. Jak mogłem sądzić, że się złamię po raz drugi? Podniosłem się z ziemi choć wielu mówiło, że nie dam rady odbić sie od dna. Nie pozwolę się teraz z powrotem na nie zepchnąć. Niech no tylko kto próbuje.
Zatrzymaliśmy się w końcu a ja popatrzyłem na budynek w którym mieściła się rzeczona komenda. Poczułem lekki ucisk w żołądku, ale nie dałem się temu poczuciu, postanowiłem sobie załatwić to jak należy.
- Pracuje tu całkiem przyjemny naczelnik. - usłyszałem od kierowcy. - Może trochę burkliwy, ale inteligentny. Kiedy ten cały ambaras się zaczynał, jeszcze nie awansował, powtarzał wszystkim, że w tej całej sprawie wszystko śmierdzi na kilometr, ale bynajmniej nie ty sam, ale nikt go nie chciał słuchać. Teraz objął rządy, więc myślę, że będzie dobrze. - uśmiechnąłem się. Kto by to nie był, będzie dobrze, pomyślałem, trzymając wciąż w swojej dłoni rękę Dony.
- To co, idziemy? - zapytała patrząc na mnie. Kiwnąłem głową i wysiedliśmy.
Nie wiem czy ktokolwiek z nich się mnie tam kiedykolwiek spodziewał, ale kiedy wszedłem, wszystkie oczy zostały wbite we mnie jak szpile. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem witając się przelotnie i kierując się od razu w stronę gabinetów wyższych stanowisk. To musiało wyglądać co najmniej podejrzanie, tak myślałem. Pewnie nie długo media już znowu będa huczeć, że Jackson znów stawił się na policji. Byłem pewny, że znowu dobiorą mi sie do dupy, ale nie miałem zamiaru teraz się tym martwić, będzie na to czas później.
Kiedy zostaliśmy wpuszczeni do pomieszczenia, w którym urzędował ów człowiek, o którym mówił mój kierowca, spojrzał na nas, najpierw na mnie, potem na Donę wielkimi oczami.
- Prosze, słucham. - powiedział wciąz na mnie patrząc z oczami jak cebule wskazując krzesła przed swoim biurkiem. Usiedliśmy więc. Niespodziewanie nawet się tego po sobie sam nie spodziewając, zabrałem teczkę z gównem dziewczynie i rzuciłem facetowi na blat tuż przed jego nosem ze słowami...
- Mam tego dosyć.
Popatrzył najpierw na rzecz mu pokazaną, a potem kolejno na nas.
Był to człowiek w średnim wieku, mniej więcej w moim, ale ja nie posiadałem takiego mięśnia piwnego. Guziki przyciasnawej koszuli chyba ledwo zipały, a za biurkiem ledwo sie mieścił. Ale w obyciu chyba naprawdę był w porządku, bo nie zaczął udawać takiego chojraka jak tamta banda kretynów, która dobrze się bawiła przesłuchując mnie jak kryminalistę.
Wziął ostrożnie teczkę w palce obu rąk, popatrzył na nią, a potem zerkając na mnie, z czego domyśliłem się że i on się domyślił zawartości, otworzył ją. Oczy prawie wyszły mu na wierzch, brwi podjechały wysoko, a usta utworzyły idealne komiczne O.
- No to już chyba wszystko rozumiem. - mruknął zamykając z obrzydzeniem teczkę po czym odkładając ją na bok i patrząc na mnie.
- Co pan rozumie? - zapytałem. Splótł przed sobą dłonie na biurku.
- Dzisiaj rano dostaliśmy anonimowy cynk, że w pańskim domu podobno znajduje się pewna rzecz. Krótko mówiąc zdjęcia z udziałem małych dzieci. - przymknąłem oczy na te słowa wzdychając ze zrezygnowaniem. Domyślałem się że tak będzie...
- I co? Pewnie właśnie znów plądrujecie mi dom. - powiedziałem znów na niego patrząc.
- A wiedziałby pan, że wcale nie. - odparł. Byłem lekko zaskoczony. - Pracuję już dość długo, by wiedziec, że nie każdy cynk musi być prawdziwy, a to co znajdzie się na miejscu autentycznym dowodem. Ja pamiętam pana sprawę, panie Jackson. I mogę panu powiedziec, że chyba ma pan szczęscie, że ja tu teraz rządzę. Młodzi i starzy również az palili się do tego by pana odwiedzić. Nawiasem mówią, od dawna nie widziałem w nich takiego zapału do pracy. - parsknął śmiechem.
- Ciekawe. - mruknałem zły.
- Prosze się nie potrzebnie nie denerwować. Ja rozumiem, że to nie łatwe, ale nikt panu plądrować domu nie będzie. Rozumiem, że zostało to u pana podrzucone?
- Tak, mamy nawet na filmie tego co to przyniósł. - odpowiedziała Dona. Wyciągnęła z małej torebki dysk CD i podała go facetowi. Przyjrzał mu się po czym wsadził do stacji dysków w komputerze i odpalił. A raczej próbował odpalić. Po chwili dało się słyszec jego burczenie i klątwy po czym wrzasnął;
- Młody, chodź tutaj, to cholerstwo znowu mnie nie słucha! - zerknąłem ukradkiem na Donę w tym samym momencie co ona na mnie. Powstrzymałem uśmiechem. Rzeczywiście całkiem przyjemny gość.
Do pokoju wpadł jakiś dzieciak, który wywalił na mnie oczy, po czym pogrzebał coś i wyszedł.
- No. Ja jestem człowiekiem starej generacji, za moich czasów pisało się długopisem, ewentualnie ołówkiem, nie na jakichś pudłach... - mruczał po czym wpatrzył się w ekran. - To chyba ten. - odwrócił monitor w naszą stronę po czym wskazał paluchem na faceta wychodzącego już z gabinetu.
- Tak, to ten. - potwierdziłem. Westchnąłem, po czym zacząłem mówić dalej. - Przyszli kilka dni temu z zapytaniem czy odsprzedam im cały teren na którym stoi mój dom. Proponowali nawet intratną sumę, ale nie zgodziłem się. Próbowali mnie przekonywać, ale po jakimś czasie stwierdzili że szkoda. Jeden z nich, ten własnie, zapytał czy może się napić czegoś zimnego, było gorąco... Pokazałem mu droge do kuchni. Prowadzi obok tego gabinetu właśnie.
- No do kuchni nie dotarł jak widać. - powiedział policjant patrząc wciąz na ekran. - Zastanawia mnie tylko ich brawurowa odwaga, ma pan kamery prawie w całym domu.
- Od niedawna. Wcześniej były tylko na zewnątrz. - chyba nie musiałem tłumaczyć po co je założyłem w środku.
- Rozumiem. Zajmiemy się tym, niech pan będzie spokojny. Młody! - wrzasnął znów. Pojawił się w mgnieniu oka. - Zrób coś z tym tatałajstwem. - mruknął chrząkając cicho pod nosem. Widać, gubił się w technice. Kiedy chłopak wyszedł popatrzył na mnie jeszcze.
- To my już pójdziemy. Bardzo panu dziękuję... - zacząłem, ale mnie zatrzymał.
- Pan poczeka. - mruknął po czym zaczął za czymś grzebać. - Proszę dla córki. Udusi mnie jesli sie dowie, że pan tu był a ja nie wziąłem od pana dla niej autografu. - podetknął mi jakis marker i kartkę papieru pod nos. Spojrzałem na Donę wielkimi oczami po czym podpisałem tą kartkę z lekkim uśmiechem na twarzy.
Donata
Wróciłam do Neverland późnym wieczorem razem z Janet. Kiedy usłyszała te rewelacje, które jej przyniosłam złapała się za głowę. Tak jak ja nie mogła uwierzyć w to, że znowu chcą udupić jej brata. Najpierw była w szoku, potem się rozpłakała, a na końcu się wkurzyła. Ja sama wciaż czułam gulę w gardle.
Alan pewnie już mu powiedział. Zastanawiałam się jak on się czuje. Pewnie jest załamany. Kiedy wchodziłyśmy do środka od razu stało się to dla mnie jasne. Siedział w salonie z Alanem i jeszcze jednym jakimś gościem, za pewne z ochrony i podpierał głowę na rękach.
- O, jesteście! - Alan mruknął z wciąz wielkimi oczami. Chyba szok go jeszcze nie opuścił. Mnie też.
Mike podniósł głowę i spojrzał na mnie przekrwionymi oczami. Po chwili z powrotem spuścił głowę na ręce i to by było na tyle. Podeszłam do nich i usiadłam rzucając to gówno na stolik przed nami. Mike zareagował na to co najmniej jakbym tam postawiła kosz z jadowitymi weżami. Nie dziwiłam się.
- Spokojnie. - szepnęłam i objęłam go przytulając do siebie. Wtulił się jakby szukając potwierdzenia na to, że tu jestem. Gładziłam go po głowie kołysząc lekko, nie miałam pojęcia co zrobić tak naprawdę. Nawet nie umiałam sobie pewnie wyobrazić jak się czuł. Cały koszmar powraca...
- To my tego... pójdziemy. - mruknął jeden facet i oboje się ulotnili. Zostałam z nim tylko ja i Janet. Ta usiadła z jego drugiej strony.
- To jest nieprawda. - usłyszałam w pewnej chwili. - To nie ja... nie moje... - zaczął szeptać gorączkowo, na co przycisnęłam go do siebie mocniej.
- Wiem przecież, Mike. - odnalazłam jego usta i pocałowałam go czule. Westchnął.
- To amatorszczyzna. - usłyszałam głos Janet po czym spojrzałam na nią. - Zostawić to w takim miejscu, przecież to było jasne jak słońce, że to komuś wpadnie w ręce. I to bardzo szybko. Poza tym, takie rzeczy to ludzie chowają głęboko, nie na pierwszej lepszej półce, oni myśleli, że to przejdzie? - prychnęła. Byłam tego samego zdania.
- Mamy ich na filmie, więc wygraliśmy. - powiedziałam cicho. - Pytanie tylko co z tym wszystkim zrobić? Mike? - szepnęłam zmuszając go by na mnie spojrzał. - Jutro będziemy musieli zanieść to na policję. - zareagował tak jak się spodziewałąm.
Odsunął się ode mnie kręcąc głowa.
- Nie, ja nie chcę drugi raz przez to przechodzić, przesłuchania... - uciszyłam go kładąc mu palec na ustach.
- Skarbie, nikt nie będzie cię teraz traktował jak podejrzanego. Kochanie, przychodzisz na policję z czymś co ci podrzucono. To zupełnie inna sytuacja. - popatrzył na mnie z obłędem w oczach. Z nim naprawdę było niedobrze.
- Inna sytuacja? Myślisz... Czy ty naprawdę myślisz, że im to zrobi róznice?! Byli w siódmym niebie wtedy, kiedy mogli mnie tak przetrzymywać w nieskończoność! A teraz co, mają się nagle zamienić w moich obrońców?! Nigdzie nie pójdę. Spalę to ani śladu po tym nie zostanie!
- Nie możesz! - powstrzymałam go, bo by zrobił to chyba natychmiast. - Musisz to zgłosić, bo inaczej zaraz tu ktoś wpadnie, ty dobrze o tym wiesz. Znowu zaczną obrzucać cię błotem. A to ty tu jesteś ofiarą w tym momencie, nie żaden szczeniak z wątpliwymi dowodami przeciw tobie. - popatrzył na mnie po czym znów schował twarz w dłoniach.
- Nie dam rady. - usłyszałam po chwili. Serce mi pękało, ale co mogłam zrobić? Jedynie siedzieć przy nim i próbować podnieśc jakoś na duchu. Przekonać, że ja i Janet mamy rację i, że on musi zrobić to o czym mówię.
- Dasz radę. - szepnęłam obejmując go znów i całując za uchem. - Musisz się wziąć w garść bo zniszczą cię doszczętnie. Spójrz na mnie. - zmusiłam go poniekąd, żeby to zrobił. - Jestem z tobą. Na policję tez z toba pojadę, przecież nie jesteś sam. - westchnał ciężko odwracając ode mnie twarz. - Skarbie... - szepnęłam zrozpaczona jego stanem.
Janet w końcu wyszła z niechęcią zostawiając brata. Miałam zamiar zając się nim, by choć odrobinę odciągnąc go od ponurych myśli. Poszedł pod prysznic i siedział tam tak długo, że aż zaczęłam się zastanawiac czy się nie utopił. Wahając się lekko w końcu postanowiłam tam zajrzeć. Nagle pomyślałam, że jak to tak panna facetowi do łazienki... ale machnęłam na to ręką i po prostu wparowałam do środka patrząc jak stoi w kabinie pod strumieniem wody. Z przymkniętymi oczami, chyba nawet nie zauważył, że weszłam.
Mimo wszystko uśmiechnęłam się na ten widok. Wyglądał naprawdę... pięknie? Serce mi zabiło mocno i zapragnęłam tak po prostu się do niego przytulić, do jego pleców. Nie wiele myśląc zrobiłam to o czym myślałam, zrzuciłam z siebie wszystkie ubrania i weszłam do niego pod prysznic.
Spojrzał na mnie lekko zaskoczony, włosy kleiły mu się do twarzy. Odgarnęłam jego niesforne kosmyki i uśmiechnęłam się lekko samej będąc już cała mokra.
Oczy miał takie smutne. Nie było to chyba nic dziwnego biorąc pod uwagę to co miało miejsce. Objęłam go w pasie przysuwając się maksymalnie blisko aż moje piersi zetknęły się z jego ciałem po czym pocałowałam go delikatnie. Odwzajemnił pocałunek, ale jego usta drżały, wciąż to przeżywał...
- Chyba... nie dam dzisiaj rady, Dona... - mimo tego wszystkiego parsknęłam śmiechem. Spojrzał na mnie wiekszymi oczami.
- Nie każdy pocałunek musi kończyć się seksem, kochany. - pogładziłam go po policzku, a potem dotknęłam palcem jego dojnej wargi. - Chce być przy tobie, po prostu.
Popatrzył mi w oczy po czym przymknął swoje zagryzając wargę. Widziałam jak ciężko przełyka ślinę. Spuścił nieco głowę, woda zalewała mu twarz, zresztą mnie też.
- Nawet... nie chcę sobie wyobrażać co sobie wtedy o mnie myślałaś. - wyszeptał. Widać było, że cierpi. Poczułam ścisk w sercu. Objęłam jego twarz swoimi dłońmi i wpiłam sie w jego usta. Ale nie próbowałam pogłębiać pocałunku. Po prostu tak trwałam kiedy poczułam jak mnie obejmuje i wtula twarz w moje ramię. Pogładziłam go po włosach, na co tylko mocniej się do mnie przycisnął.
Westchnęłam. Co miałam mu powiedzieć? Że w pierwszej chwili naprawdę w niego zwątpiłam? Robiło mi się niedobrze na samą myśl o tym, ale przecież w końcu nie dałam się omamić.
- Robiłam wszystko, żeby to wyjaśnić. - powiedziałam chcąc jakoś załagodzić tą sytuację. Wyprostował się i zobaczyłam jak smutno się uśmiecha,
- Nie udawaj, Dona... - mruknął. - Doskonale wiem, że poczułaś co najmniej obrzydzenie w stosunku do mojej osoby.
- Przestań, prosze cię...
- Ale to prawda.
- Nie! - podniosłam głos. - W pierwszej chwili byłam w szoku...
- Takim, że aż przetrząsnęłaś mi wszystkie spodnie, koszule i komputer. - wytknął mi. Poczułam się naprawdę podle. Wypuściłam go z objęć.
- Ja sama czuję sie źle z tą myślą, więc nie musisz mi dokładać. - powiedziałam cicho odwracając się od niego i wychodząc z kabiny. Zanim jeszcze zdążyłam owinąc się ręcznikiem poczułam na swoim mokrym ciele jego ręce. Spojrzałam na niego przez ramię.
Przylgnął do moich pleców i pocałował czule skórę na ramieniu. Raz, potem drugi i trzeci... Nam obojgu było cieżko w tej chorej sytuacji. Nie miałam nawet z kim o tym postronnym porozmawiać... Z Janet. Ale potrzebowałam kogoś bardzo bliskiego... Dawno nie rozmawiałam z nikim z domu... Rozmowa z rodzicami pewnie dobrze by mi zrobiła. Mama dodałaby mi otuchy a tata pewnie coś konstruktywnego poradził. Mama dzwoniła, ale tatuś cały czas był obrażony. I co ja miałam zrobić?
Odwróciłam się do niego przodem i przytuliłam go do siebie. Chętnie z tego skorzystał. Czułam, że nie zmrużę oka tej nocy ani na chwilę. Zresztą on sam pewnie też nie będzie mógł zasnąć. Nie mogłam pojąć dlaczego komuś az tak bardzo zależy, żeby go zniszczyć. Pieniądze są tego aż tak warte?
Michael
Ile zła może pomieścić w sobie człowiek, a ile drugi może znieść od niego cierpienia? Zadawałem sobie to pytanie przez całą nieprzespaną noc, kiedy leżałem z Doną w łóżku, a ona przez cały czas gładziła mnie albo po policzku albo wplatała palce we włosy. Nie byłem wcale jakoś zdziwiony tym, że w pierwszej chwili zbombardowała dosłownie wszystko w poszukiwaniu czegoś jeszcze, czegos podobnego do tego co znalazła w tym gabinecie. Nie chciałem nawet patrzeć na to co jest w tej teczce. Niedobrze mi się robiło.
Cieszyłem się, że wciąz ze mną była, choć może nie było tego po mnie widać. Chyba coś we mnie pękło... Myślałem, że się nie podniosę. Czy ja o tak wiele proszę? Nic nie zrobiłem, dlaczego wciąż musze przeżywać ten koszmar... To było nie do zniesienia.
Rano następnego dnia czułem się chyba jeszcze gorzej. Noc nie przespana, wyglądałem gorzej niż zombie, a o tym co działo się w moim wnętrzu nawet nie wspomnę.
Nigdy chyba nie zrozumiem co powoduje tymi ludźmi. Dlaczego chcą mnie wykończyć. Ledwo co zacząłem odzyskiwać równowagę... Dodatkową drzazgą chyba była ta myśl, że to Dona to znalazła i co ona sobie myślała... Nie chciałem sobie tego nawet wyobrażać. Mogła mówić co chciała. Ja wiedziałem, że w pierwszej chwili po prostu mnie znienawidziła. Byłem szczęśliwy, że jednak nie dała się do końca omotać i mi wierzy. Gdyby ona się ode mnie teraz odwróciła... zostałby mi już chyba tylko stryczek.
- Mike... - usłyszałem za sobą, kiedy siedziałem w salonie i piłem trzecią szklankę mocnego alkoholu. Wiedziałem doskonale o co jej chodzi. Nie chciałem, po prostu nie chciałem jechać na tą zasraną policję. Wiedziałem, że ma rację, ale po prostu nie chciałem. Czułem się jak małe dziecko, całkowicie bezbronny, którego ktoś zostawił w jakimś obcym ciemnym miejscu.
Odchrząknąłem cicho. Błagałem by nie poruszała tego tematu. Usiadła obok mnie patrząc na mnie lekko wystraszonym wzrokiem. Czułem, że jestem już lekko wstawiony i chyba powinienem już odstawić tą flaszkę. Była dopiero godzina jedenasta.
Nigdy nie byłem jakiś agresywny po alkoholu, ale teraz jej wzrok zaczął mnie denerwować. Nie chciałem wyglądać jak jakiś wrak człowieka, ale tak się czułem i nie umiałem nic z tym zrobić. Kiedy podniosła rękę, by dotknąć za pewne mojego policzka, odtrąciłem ją.
- Mike...
- Daj mi spokój. - warknąłem. Miałem ochotę uciec, ale nie miałem siły wstać. Patrzyłem tylko lekko błędnym wzrokiem w wielkie okno naprzeciw nas, ale i tak za wiele nie dostrzegałem z tego co znajdowało się poza nim. Sięgnąłem po butelkę, ale mi ją zabrała.
- Chyba już dosć wypiłeś. - powiedziała.
- Powiedziałem, daj mi spokój! - warknąłem znów chcąc jej ją odebrać, ale sobie nie pozwoliła. Zaczęliśmy normalnie walczyć o tą flaszkę co najmniej jakby była coś warta. Ja starałem się jej ją odebrać, ona z kolei robiła wszystko bym jej nie dosięgnął. Udawało jej się tym bardziej, że byłem już naprawdę... podpity i lekko się chwiałem. Nie byłem jednak zalany i wiedziałem co robię. - Oddasz mi to czy nie?!
- Nie! - warknąłem coś wściekły pod nosem. Znów próbowałem jej ją zabrać, ale skończyło się to tym, że popchnęła mnie na wielkie narożnik, na którym klapnąłem i już tak zostałem. Dodatkowo butelka była otwarta więc z jej zawartości nie wiele już zostało.
- Schlałeś się. - mruknęła stojąc nade mną i patrząc jak próbuję podnieść się do siadu. Prychnąłem. Odstawiła butelkę i pochyliła się chcąc mi pomóc, ale odepchnąłem ją... trochę za mocno. Klapnęła tyłkiem na podłogę.
Powiedzieć, że poczułem się jak gówno, to kosmiczne niedopowiedzenie. Zrezygnowałem z dalszych prób podnoszenia się i ległem tak jak długi nie mając już siły ruszyć nawet ręką. Rozpłakałem się nawet się z tym nie kryjąc. Ktoś robi ze mnie pedofila, brakuje jeszcze, żeby ktoś powiedział, że podnoszę rękę na swoją kobietę. I wcale by pewnie nie skłamał w tym konkretnym temacie. Bo jak to wyglądało?
Pozbierała się z podłogi i uklęknęła przy mnie łapiąc mnie za rękę i jakimś sposobem unosząc nieco, po czym usiadła, a moja głowa znalazła się na jej kolanach. Objąłem jej nogi tuląc się, miałem wrażenie, że zaraz wybuchnę. Gładziła mnie po włosach cicho coś mrucząc, starając się zapewne jakoś mnie uspokoić.
- Przepraszam. - szepnąłem, kiedy łzy wciąż zalewały mi oczy. Ledwo cokolwiek widziałem. Płynęły same, chyba nie miałem nad nimi żadnej kontroli... Zamruczała cicho uspokajająco i pochyliła się całując mnie w policzek. Jej włosy opadły mi na twarz wycierając przy okazji mokre od łez policzki.
- Musisz się pozbierać, Mike. - usłyszałem. - Nie możesz pić, musisz się wziąc w garść, jestem przy tobie, nie chcę cię stracić. Sam mi się teraz odbierasz. - wyczułem w jej głosie strach i obawę. Co miałem z tym zrobić? Już nie wiedziałem co począć... Najchętniej to bym zasnął. Nic nie śnił, po prostu zasnął i już najlepiej się nie obudził.
- Przepraszam. - szepnąłem znów. Nie wiedziałem czemu tak bardzo chciałem ją przeprosić. Za co. Za to, że ją odepchnąłem... Że cierpi teraz przeze mnie. Że musiała oglądać te świństwa, które ktoś mi tu podłożył. - Jak twój ojciec się o tym dowie...
- Nie dowie się, dopóki sama mu nie powiem. - odpowiedziała i starła z mojego policzka kolejną łzę. - Ale musisz sam z tym iść... wiesz gdzie, prawda? Nie możesz znowu próbować obejść tego bokiem, musisz pokazać, że nie masz z tym nic, absolutnie nic wspólnego. Pojadę z tobą, jutro. Bo dzisiaj nie wyglądasz najlepiej.
- Wiem. - mruknąłem czując wstyd, ale co miałem zrobić.
Dzień później łeb bolał mnie tak jak nigdy. Tępe pulsowanie, kojarzyło mi się z waleniem, jakby ktoś dobijał mi się do głowy. Dona zerkała na mnie co jakiś czas z pewną obawą. No nie byłem tym faktem zaskoczony. Wczorajszy dzień widziałem jak przez mgłę, więc w pewnym momencie nawet się przeraziłem. Czy mogłem zrobić coś czego nie pamiętałem? Uderzyłem ją?
- Dona... skarbie... - mruknąłem podchodząc do niej gdy ścieliła łóżko w którejś sypialni. Pominąłem nawet to, że wciąz nie chciałem by pracowała. Czułem się, jakbym robił sobie z niej służącą. Ale mniejsza teraz o to...
Spojrzała na mnie pytającym wzrokiem.
- Czy ja wczoraj zrobiłem coś... niewybaczalnego? - gula stanęła mi w gardle. Zmrużyła oczy przyglądając mi się z wielką poduszką w ręce. Po czym się... uśmiechnęła.
- Pytasz czy mnie zgwałciłeś czy co? - zachichotała. Przewróciłem oczami. Akurat o to byłem spokojny...
- Wątpię czy technicznie byłbym w stanie zrobić cokolwiek w tym stylu. - burknąłem. Parsknęła śmiechem po czym podeszła do mnie i pocałowała lekko gładząc po policzku.
- Nic złego nie zrobiłeś. Poza tym, że się schlałeś. - powiedziała po czym wróciła do swojego zajęcia. Odetchnąłem z ulgą. Dobrze wiedzieć... Chociaż tyle.
- Dona czy ty naprawdę musisz... - zacząłem znowu wskazując na pościel i łózko i w ogóle na to co robiła.
- Pracować? - wpadła mi w słowo. - Tak, Mike, muszę. I rozmawialiśmy o tym milion razy i zapewniam cię, że zdania nie zmieniłam. - westchnąłem.
- Ale skarbieee... - zacząłem jęczeć obejmując ją od tyłu. Dostrzegłem, że się uśmiecha.
- Nie, powiedziałam, i przestań psioczyć. Bo to nic nie da.
Chyba naprawdę sprawa była przegrana z mojej strony. Westchnąłem i przytuliłem się do niej bardziej.
- Czuję się, jakbyś była moją sprzątaczką. Jesteś moją KOBIETĄ, w dodatku panią w tym domu...
- I co z tego? - spojrzała na mnie tak jakoś... jakbym gadał do niej o zasadach pojawiania się wirów czasoprzestrzennych.
- To z tego, że mam wystarczająco dużo ludzi od takich rzeczy!
- Ale ja nie będę siedzieć na tyłku i nic nie robić! - nabuzowała się od razu. Wyglądała zabawnie w takich momentach, naprawdę. Uśmiechnąłem się. Chyba po raz pierwszy od jakiegoś czasu. Nie chciałem wspominać jakiego.
- Ale nikt ci nie każe siedzieć tylko i nic nie robić. Ale bez przesady...
- Więc co twoim zdaniem miała bym robić? - wciąz patrzyła na mnie zła.
- Jest wiele ciekawszych rzeczy niż bycie sprzątającą we własnym domu.
- To nie jest mój dom, tylko twój, Mike...
- O nie! - tu pogroziłem jej palcem. - Od kilku tygodni to jest NASZ dom, Dona. - westchnęła opierając głowę o moją klatkę piersiową. Poza tym po głowie chodziła mi z grubsza inna rzecz. Chciałem to załatwić jak najszybciej, by jak najszybciej mieć to z głowy.
- Trzeba jechać na tą zafajdaną policję. - mruknąłem z obrzydzeniem. Skręcało mnie na samą myśl o tym, ale zrozumiałem, że nie mogę popełniać starych błędów. Zaraz zrobią mi kolejny wjazd na chatę, a to będzie podejrzane. Media się dobiorą do tego i rozdmuchają swoją spaczoną wersję. Musiałem ruszyć z kopyta sam tym razem, gdybym wtedy zrobił to samo, być moze dzisiaj nie byłbym w takiej rozsypce. Dona i Janet miały rację.
Moja kobieta spojrzała na mnie zostawiając tą poduszkę, która akurat jeszcze trzymała. Nie patrzyłem jej w oczy. Nie chciałem, żeby dostrzegła w moich jakąs słabosć. Bo czułem się słaby. Tak słaby jak jeszcze nigdy. Ale mówiłem sobie, że jeśli ona będzie ze mną to ze wszystkim dam sobie rade. Nie może być inaczej.
- Pojadę z tobą. Tylko się przebiorę... - zaczęła na co przyciągnąłem ją do siebie i pocałowałem tym samym przerywając jej myśl. Wtuliłem następnie twarz w jej pachnące włosy.
- Dziękuję. - szepnąłem po czym odsunąłem się delikatnie. Uśmiechnęła się, na co i ja poczułem sie trochę lepiej. Jej bliskosć zawsze działa na mnie kojąco.
- Nie dziękuj, przecież to oczywista rzecz, że nie zostawię cię z tym samego. - powiedziała patrząc na mnie zwyczajnie. Objęła mnie gdy znów przycisnąłem sie do niej pragnąc być blisko.
Nigdy mi tego nie szczędziła. Nigdy nie bolała jej przysłowiowa głowa. To śmieszne, ale prawdziwe.
Na komendę jechałem ze ściśniętym zołądkiem patrząc wszędzie tylko nie na jej kolana, na których trzymała to... gówno. Bo inaczej tego nazwać nie można. Od czasu jak to zostało znalezione ani razu nie zaglądałem do środka. Nie miałem pojęcia jak zareaguję jeśli jakiś policjant otworzy to przy mnie. Chyba zwymiotuję.
Kiedy zostałem o to oskarżony poraz pierwszy roześmiałem się. Myślałem, że to jakiś żart, że coś się komuś pomyliło i że za chwilę cała sprawa zostanie wyjaśniona. Pojechałem nawet do tego dzieciaka, żeby to wyjąsnić, co się dzieje i o co chodzi i to chyba też mnie pogrązyło. Ale skąd mogłem wiedzieć co się będzie potem działo... Kiedy drzwi otworzyła mi jego matka zaczeła na mnie krzyczeć, że mam czelność do nich przychodzić. Że mi ufali, bla bla bla, jak śmiałem się pojawić pod ich drzwiami. Wytrzeszczałem na nich oczy nie mając kompletnie pojęcia co się dzieje wokół mnie. Jakby nagle coś opętało tych ludzi.
Próbowałem rozmawiać, ale ci jeszcze zagrozili mi sądem. Co miałem zrobić, poszedłem stamtąd głowiąc się jak głupi co się stało. Ten dzieciak musiał coś źle zrozumieć, myślałem, chciałem to wyjaśnić, Niestety nie było mi dane. Po kilku dniach pojechałem tam znowu mając nadzieję, że ochłonęli i ten dzieciak wszystko odwołał ale rezultat był taki sam. Nawet gorszy. A potem zaproponowali ugodę pieniężną. Dwadzieścia milionów. Dla mnie pikuś. Mogłem to nadrobić w mgnieniu oka.
Każdego psiego dnia mogłem się obudzić i zażyczyć sobie, że chcę zagrać koncert tu albo tam. I tak było, grałem gdzie chciałem. Nikt się nie zastanawiał czy się godzić, gdziekolwiek bym się nie udał z taką propozycją, wszyscy witali mnie z otwartymi ramionami. Widząc entuzjazm w tych ludziach, pomyślałem naiwnie, że może nikt nie uwierzy w te brednie które opowiadali Arvizo, ale boleśnie się zawiodłem. Już wkrótce zacząłem otrzymywać pierwsze kopniaki. Jakoś sobie to tłumaczyłem. W końcu zawsze znajdą się jacyś tępi ludzie... Ale takich tępaków wciąz przybierało i w pewnej chwili stwierdziłem, że ci ludzie naprawdę w to wierzą. Chcą wierzyć, że to zrobiłem, że skrzywdziłem tego dzieciaka.
Próbowałem dorwać tego bachora samego gdzieś. Jednego razu zatrzymałem go w pewnym miejscu by porozmawiac, ktoś to zauwazył i już po kilku dniach znów wybuchł chaos, że próbowałem go uprowadzić, porwać, nie wiem... Zadałem mu tylko jedno pytanie; dlaczego? Chyba nie umiał mi na nie odpowiedzieć i podejrzewam, że i dzisiaj nie byłby w stanie tego zrobić. Być może Quincy miał rację. Większość, w tym moja własna rodzina uważała, że to rodzice są za to wszystko odpowiedzialni. Że uknuli sobie to od samego początku. W którymś momencie nawet ja to zauważyłem. Że wszelakie dziwne sytuacje powtarzają się w pewien regularny sposób. Zawsze gdy wracał od nich do mnie, by pomieszkać u mnie przez parę dni, pobawić się, pobyć ze zwierzętami zaczynał się kleić. Z początku nie widziałem w tym nic dziwnego, przytulał się. Buziaki też nie były niczym nadzwyczajnym, ale w pewnym momencie, zrobiło się to... dziwne. Powiedziałem mu, że nie powinien tak się zachowywać w stosunku do mnie, że tak nie wolno i już. Przestał i wszystko było w porządku. Wrócił do rodziców, po trzech czy czterech dniach wracał do mnie i zaczynało się to samo. Z tym, że po pewnym czasie dochodziły jakies nowe dziwaczne elementy, sytuacje stawały się naprawdę... dziwne.
Zaczął mi się pchać do łóżka. Mówił, że się boi, że nie może spać, że źle się czuje, nie chce być sam itd. Nigdy nie pozwoliłem na coś takiego, żeby spać z tym dzieciakiem w jednym łózku. Kiedy spał w moim łózku ja kładłem się na podłodze na materacu. I chyba dobrze, bo gdybym całkiem to zlekceważył to nie wiem... wolałem nie myślec, co mógłby wymyślec. Niedobrze mi się robiło.
Znów mu powiedziałem, żeby tego nie robił, bo to źle, że tak nie wolno. I znów przestał, zachowywał się normalnie. I znów pojechał do rodziców i znów po powrocie zaczął odstawiać szopki.
Wtedy nie łączyłem tego z jego rodzicami. Ale teraz po czasie i namyśle stwierdziłem, że to całkiem możliwe. Skoro jego matka wolała ciągnąc ze mnie pieniądze jako zadośćuczynienie za to co rzekomo zrobiłem... To było bardzo wymowne. Nie dostrzegałem tego wtedy, z resztą chciałem załatwić calą sprawę jak najszybciej, nie chciałem ładować się w procesy sądowe. Chciałem się od nich uwolnić raz na zawsze i teraz stwierdzam, że popełniłem wtedy błąd. Powinienem sam wytoczyć im proces. O fałszywe oskarżenie. Bez problemu dowiódłbym niewinności, tak jak to zrobiłem podczas procesu, który oni wytoczyli z tym porąbanym prokuratorem, który za wszelką cenę chciał mnie wsadzić do kryminału przed pójściem na emeryturę. To chyba stało się jego obsesją. A może miał do mnie jakąś osobistą urazę... Nigdy wcześniej się z nim nie spotkałem, więc nie mam pojęcia jaką krzywdę mógłbym mu wyrządzić.
Z kolei ten dzieciak... Nienawidziłem go serdecznie chociaż być może to rodzice kazali mu to wszystko robić. Natura ludzka jest jednak tak uformowana, że serce nie zastanawia się kto prowokował, ale patrzy na fakt tego co zostało zrobione. To ten dzieciak opowiadał kłamstwa, snuł jakieś obrzydliwe historie czego to mu nie robiłem, nie opowiadałem i tak dalej. Kiedy policjanci przedstawiali mi jego zeznania, myślałem, że się porzygam. Było mi wstyd, choć nic nie zrobiłem, ale sam fakt, że ktoś posądzał mnie o coś takiego... A ta łatka została mi do dzisiaj i chyba nie ma już sposobu na to bym sie od tego uwolnił. Co jakiś czas pojawiają się jakieś złośliwe kąśliwe uwagi na mój temat lub artykuły traktujące o tym czego to nie znaleźli u mnie w domu. A prawda jest taka, że gówno znaleźli bo nic tu nigdy nie chowałem. Żadnej pierdolonej pornografii.
To wszystko mnie załamało. Starałem się żyć normalnie, podnieśc sie po tym jak wdeptali mnie w ziemię, ale prawda była taka, że nie miałem na to siły. Do dziś nie wielu ludzi jest świadomych, że nie na wszystkich oficjalnych imprezach pojawiłem się we własnej osobie. Niekiedy ojciec musiał wynajmować sobowtóra, bo ja powiedziałem, że nie dam rady temu podołac. Nie miałem ochoty na nic poza siedzeniem, albo w ogóle leżeniem w łózku. Czysta depresja. Niektórzy nawet po cichu mówili, że już się z tego nie podniosę. Sam nawet tak myślałem i podzielałem ich zdanie w stu procentach. Aż pojawiła się Dona.
W tej chwili, kiedy to sobie uświadomiłem poczułem nagle przypływ jakiejś energii. Spojrzałem na nią. Patrzyła w boczną szybę wciąz trzymając to gówno na kolanach. Sięgnąłem i chwyciłem ją za rękę. Spojrzała na mnie, a gdy zobaczyła mój uśmiech, taki sam pojawił sie na jej twarzy. Wiedziałem, że dam temu radę. Z nią u mego boku wszystko było możliwe. Jak mogłem sądzić, że się złamię po raz drugi? Podniosłem się z ziemi choć wielu mówiło, że nie dam rady odbić sie od dna. Nie pozwolę się teraz z powrotem na nie zepchnąć. Niech no tylko kto próbuje.
Zatrzymaliśmy się w końcu a ja popatrzyłem na budynek w którym mieściła się rzeczona komenda. Poczułem lekki ucisk w żołądku, ale nie dałem się temu poczuciu, postanowiłem sobie załatwić to jak należy.
- Pracuje tu całkiem przyjemny naczelnik. - usłyszałem od kierowcy. - Może trochę burkliwy, ale inteligentny. Kiedy ten cały ambaras się zaczynał, jeszcze nie awansował, powtarzał wszystkim, że w tej całej sprawie wszystko śmierdzi na kilometr, ale bynajmniej nie ty sam, ale nikt go nie chciał słuchać. Teraz objął rządy, więc myślę, że będzie dobrze. - uśmiechnąłem się. Kto by to nie był, będzie dobrze, pomyślałem, trzymając wciąż w swojej dłoni rękę Dony.
- To co, idziemy? - zapytała patrząc na mnie. Kiwnąłem głową i wysiedliśmy.
Nie wiem czy ktokolwiek z nich się mnie tam kiedykolwiek spodziewał, ale kiedy wszedłem, wszystkie oczy zostały wbite we mnie jak szpile. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem witając się przelotnie i kierując się od razu w stronę gabinetów wyższych stanowisk. To musiało wyglądać co najmniej podejrzanie, tak myślałem. Pewnie nie długo media już znowu będa huczeć, że Jackson znów stawił się na policji. Byłem pewny, że znowu dobiorą mi sie do dupy, ale nie miałem zamiaru teraz się tym martwić, będzie na to czas później.
Kiedy zostaliśmy wpuszczeni do pomieszczenia, w którym urzędował ów człowiek, o którym mówił mój kierowca, spojrzał na nas, najpierw na mnie, potem na Donę wielkimi oczami.
- Prosze, słucham. - powiedział wciąz na mnie patrząc z oczami jak cebule wskazując krzesła przed swoim biurkiem. Usiedliśmy więc. Niespodziewanie nawet się tego po sobie sam nie spodziewając, zabrałem teczkę z gównem dziewczynie i rzuciłem facetowi na blat tuż przed jego nosem ze słowami...
- Mam tego dosyć.
Popatrzył najpierw na rzecz mu pokazaną, a potem kolejno na nas.
Był to człowiek w średnim wieku, mniej więcej w moim, ale ja nie posiadałem takiego mięśnia piwnego. Guziki przyciasnawej koszuli chyba ledwo zipały, a za biurkiem ledwo sie mieścił. Ale w obyciu chyba naprawdę był w porządku, bo nie zaczął udawać takiego chojraka jak tamta banda kretynów, która dobrze się bawiła przesłuchując mnie jak kryminalistę.
Wziął ostrożnie teczkę w palce obu rąk, popatrzył na nią, a potem zerkając na mnie, z czego domyśliłem się że i on się domyślił zawartości, otworzył ją. Oczy prawie wyszły mu na wierzch, brwi podjechały wysoko, a usta utworzyły idealne komiczne O.
- No to już chyba wszystko rozumiem. - mruknął zamykając z obrzydzeniem teczkę po czym odkładając ją na bok i patrząc na mnie.
- Co pan rozumie? - zapytałem. Splótł przed sobą dłonie na biurku.
- Dzisiaj rano dostaliśmy anonimowy cynk, że w pańskim domu podobno znajduje się pewna rzecz. Krótko mówiąc zdjęcia z udziałem małych dzieci. - przymknąłem oczy na te słowa wzdychając ze zrezygnowaniem. Domyślałem się że tak będzie...
- I co? Pewnie właśnie znów plądrujecie mi dom. - powiedziałem znów na niego patrząc.
- A wiedziałby pan, że wcale nie. - odparł. Byłem lekko zaskoczony. - Pracuję już dość długo, by wiedziec, że nie każdy cynk musi być prawdziwy, a to co znajdzie się na miejscu autentycznym dowodem. Ja pamiętam pana sprawę, panie Jackson. I mogę panu powiedziec, że chyba ma pan szczęscie, że ja tu teraz rządzę. Młodzi i starzy również az palili się do tego by pana odwiedzić. Nawiasem mówią, od dawna nie widziałem w nich takiego zapału do pracy. - parsknął śmiechem.
- Ciekawe. - mruknałem zły.
- Prosze się nie potrzebnie nie denerwować. Ja rozumiem, że to nie łatwe, ale nikt panu plądrować domu nie będzie. Rozumiem, że zostało to u pana podrzucone?
- Tak, mamy nawet na filmie tego co to przyniósł. - odpowiedziała Dona. Wyciągnęła z małej torebki dysk CD i podała go facetowi. Przyjrzał mu się po czym wsadził do stacji dysków w komputerze i odpalił. A raczej próbował odpalić. Po chwili dało się słyszec jego burczenie i klątwy po czym wrzasnął;
- Młody, chodź tutaj, to cholerstwo znowu mnie nie słucha! - zerknąłem ukradkiem na Donę w tym samym momencie co ona na mnie. Powstrzymałem uśmiechem. Rzeczywiście całkiem przyjemny gość.
Do pokoju wpadł jakiś dzieciak, który wywalił na mnie oczy, po czym pogrzebał coś i wyszedł.
- No. Ja jestem człowiekiem starej generacji, za moich czasów pisało się długopisem, ewentualnie ołówkiem, nie na jakichś pudłach... - mruczał po czym wpatrzył się w ekran. - To chyba ten. - odwrócił monitor w naszą stronę po czym wskazał paluchem na faceta wychodzącego już z gabinetu.
- Tak, to ten. - potwierdziłem. Westchnąłem, po czym zacząłem mówić dalej. - Przyszli kilka dni temu z zapytaniem czy odsprzedam im cały teren na którym stoi mój dom. Proponowali nawet intratną sumę, ale nie zgodziłem się. Próbowali mnie przekonywać, ale po jakimś czasie stwierdzili że szkoda. Jeden z nich, ten własnie, zapytał czy może się napić czegoś zimnego, było gorąco... Pokazałem mu droge do kuchni. Prowadzi obok tego gabinetu właśnie.
- No do kuchni nie dotarł jak widać. - powiedział policjant patrząc wciąz na ekran. - Zastanawia mnie tylko ich brawurowa odwaga, ma pan kamery prawie w całym domu.
- Od niedawna. Wcześniej były tylko na zewnątrz. - chyba nie musiałem tłumaczyć po co je założyłem w środku.
- Rozumiem. Zajmiemy się tym, niech pan będzie spokojny. Młody! - wrzasnął znów. Pojawił się w mgnieniu oka. - Zrób coś z tym tatałajstwem. - mruknął chrząkając cicho pod nosem. Widać, gubił się w technice. Kiedy chłopak wyszedł popatrzył na mnie jeszcze.
- To my już pójdziemy. Bardzo panu dziękuję... - zacząłem, ale mnie zatrzymał.
- Pan poczeka. - mruknął po czym zaczął za czymś grzebać. - Proszę dla córki. Udusi mnie jesli sie dowie, że pan tu był a ja nie wziąłem od pana dla niej autografu. - podetknął mi jakis marker i kartkę papieru pod nos. Spojrzałem na Donę wielkimi oczami po czym podpisałem tą kartkę z lekkim uśmiechem na twarzy.
środa, 13 lipca 2016
30.
Dzień dobry. :) Kolejny odcinek planowo, następny w sobotę. :) Mogę powiedzieć, że teraz będzie dość ciekawie. Chyba. Zapraszam. :)
Donata
Moje najgorsze przeczucia zaczęły się sprawdzać. A zrozumiałem to w momencie, kiedy pewnego dnia weszłam z naręczem prześcieradeł do salonu.
Kłębowisko kilku ludzi, byli w tym dwaj ochroniarze i kierowca, który rano wiózł Michaela do studia. Odbywali jakieś ostatnie próby taneczne czy cos, ja się na tym kompletnie nie wyznawałam. Był tam też facet którego nigdy wcześniej tu nie widziałam. Miał jakąś torbę ze soba a w niej dostrzegłam jakies opakowania, chyba z lekami. Jakieś strzykawki... Rękawiczki. Podręczny zestaw, musiał być lekarzem.
We fotelu dostrzegłam postać Michaela bladego jak śmierć co najmniej i natychmiast zawartość całego żołądka podjechała mi do gardła.
- Co się stało?! - podeszłam do nich rzucając to co akurat trzymałam byle gdzie byle tylko dowiedzieć się wszystkiego. Popatrzyłam na mojego mężczyznę, jak siedział oparty z przymkniętymi oczami i oddychał ciężko, a inny facet wstrzykiwał mu coś w odsłonięte ramię... - Pytam się co się dzieje!
Kierowca w końcu odciągnął mnie nieco na bok i zaczął wyjaśniać sprawę.
- Zawiozłem go rano do studia tak jak było to planowane. To była godzina 8. Po dwóch godzinach poczuł się źle. Nic nie chciał mówić na początku, ale widać było, że czuje się coraz gorzej. W końcu powiedział, że czuje ból w piersi. Po chwili minął, ale wciąz miał duszności, wezwaliśmy więc jego lekarza. Nie mógł przyjechać od razu do studia, więc przywiozłem go do domu, a pan Murray dotarł tu kilkanaście minut temu.
- Ale... - wytrzeszczałam na niego oczy. Nie wiedziałam co zrobić. Ból w piersi? Przecież to zazwyczaj oznacza tylko jedno. Serce. - Jaki lekarz, powinniście zawieźć go do szpitala! - powiedziałam trzęsącym się głosem i przepchnęłam się do Mike'a kucając obok jego fotela. - Skarbie? - szepnąłem delikatnie chwytając go za rękę. Spojrzał na mnie i jak zwykle nie przejmując się niczym uśmiechnął się do mnie. Mnie gula stanęła w gardle. - Co pan mu tam wstrzykuje? - zapytałam chcąc się czegoś dowiedzieć.
- Relanium i digoksynę. - odpowiedział. Nie miałam pojęcia co to ma znaczyć, na co to i w ogóle, ale... zabrzmiało poważnie.
- Razem?? - otworzyłam szeroko oczy. Jeszcze nie widziałam, żeby lekarze mieszali ze sobą leki...
- Proszę się nie martwić, wiem co robię.
- Na pewno?! Jeszcze nie miałam okazji widzieć, żeby lekarz mieszał ze sobą różne substancje...
- Prosze mnie nie uczyć zawodu, proszę pani. Mówię, wiem co robię, nic mu nie będzie. To tylko lekka arytmia, za pewne chwilowa. Nie powinna się więcej pojawić. - co to za bzdury w ogóle...
- Chwilowa arytmia? Co pan, debila ze mnie robi?! Jak to WIĘCEJ SIĘ NIE POJAWIĆ, moja matka jest chora na serce! Takie ataki ma średnio kilka razy w miesiącu! - poczułam jak ktoś chwyta mnie za rękę. Spojrzałam i zobaczyłam, że to Michael.
- Spokojnie, nie denerwuj się. Naprawdę nic mi nie będzie. Czuję się już lepiej.
Głos uwiązł mi w gardle. Miałam ochotę się rozpłakać, ale się powstrzymywałam. Już nie raz widziałam, co się działo z mamą kiedy dostawała takie napady. Na stałe brała leki, a ten mi tu mówi, że to CHWILOWE???
Chwyciłam jego dłoń w swoje obie i przystawiłam sobie do ust.
- Nie martw się, mówię ci. - usłyszałam znów. - Wszystko ze mną w porządku.
Potem spał przez kilka godzin w sypialni. Identyko jak mama. Zaglądałam do niego co jakiś czas, jakbym się bała, że za którymś razem nie będzie oddychał. Autentycznie miałam takie lęki. Weszły mi chyba w krew, kiedy od najmłodszych lat musiałam patrzeć jak ojciec starał się docucić matkę. Usiadłam jednego razu obok niego na łózku i patrzyłam po prostu na niego. Wciąż coś ściskało mnie w środku. Niby już wszystko było dobrze, niby to był lekarz znający się na swoim fachu, żaden żółtodziób, ale... to nie zmieniało faktu, że się bałam.
Potem na drugi dzień czuł się całkiem dobrze. Próbowałam z nim rozmawiać, przekonać, żeby to jakoś przełożył, odsunął w czasie. Żeby nie rzucał się na to teraz. Ale skończyło sie jak zawsze.
- Kochanie, nie mogę zerwać kontraktów, wiesz ile by mnie to kosztowało?
- No ile niby, życie?!
- Nie. - westchnął. - Będę musiał płacić milionowe kary, nie mogę tego odwołać ani przesunąć. Nie bój się. - chwycił mnie delikatnie za ramiona i wpatrzył się we mnie.
- Dlaczego ty się nie przejmujesz? - zapytałam łamiącym się głosem. Spojrzał mi w oczy, a potem przytulił. Wcisnęłam się w niego uważnie słuchając jak bije jego serce. Biło spokojnie i jednostajnie. Na razie.
- Przejmuję się. Wiem, że jestem wykończony pracą, wiem, że potrzebuję odpoczynku i będę odpoczywał, ale muszę odbyć tą trasę. Nie mam wyboru, Dana. Żadnego. - pocałował mnie w czoło, a z rozpaczy nie wiedziałam już co robić. - Wiem, że twoja mama jest chora. Ale u mnie nie stwierdzono żadnej choroby serca. Jestem zdrowy i nic mi nie będzie. Rozumiesz? - mówiąc to patrzył mi w oczy. Znów przykleiłam policzek do jego klatki piersiowej.
Mimo wszystkiego co mówił bałam się. I to panicznie.
Michael
Była przerażona. Widziałem to gołym okiem, nawet nie musiałem z nią już o tym rozmawiać. Czułem się nieswojo, zdawałem sobie sprawę, że sam jestem odpowiedzialny za to, że obserwuje mnie tak jakbym dosłownie zaraz miał umrzeć. Starałem zachowywać się tak jakby nic się nie stało, bo w końcu... nic mi nie było. Mój osobisty lekarz wie co mówi i na pewno ma rację mówiąc, że to tylko pojedynczy wybryk mojego serca.
Nie było też tak, że kompletnie mnie to nie obleciało. Przestraszyłem się i trochę bardziej niż trochę, ale w końcu nie mogłem przeciez wszystkiego rzucić. Dona mogła uważać swoje i rozumiałem to, ale nie mogłem tak po prostu zerwać wszystkich kontraktów, odwołać całej trasy i siedzieć w domu na dupie. Na to też przyjdzie czas, ale najpierw muszę odbyć te czterdzieści koncertów.
Zdawałem sobie sprawę, że ten atak mógł wyglądać o wiele straszniej niż był w rzeczywistości. Wiedziałem też, że matka Dony choruje na serce odkąd ona pamięta, widywała ją w podobnym stanie pewnie dość często. Ale tak jak jej powiedziałem, nie byłem chory na serce, jedynie byłem zmęczony. Ale nie bałem się. Znałem siebie i wiedziałem, że jak tylko wyjdę na scenę zapomnę o zmęczeniu i ta trasa zleci mi jak z bicza strzelił. Stało się to już po części rutyną. Potem zrobię sobie wakację od tworzenia czegokolwiek i moge nawet całymi dniami nie wyłazić z wyra jeśli to tylko Donę usatysfakcjonuje. Teraz jednak muszę wziąć się do pracy.
Zauważyłem w jej zachowaniu też coś jeszcze. Wieczorami, kiedy wracałem do domu i kładłem się już do łózka ona wciąz nie spała, nieważne która mogła być godzina. Czekała, aż ułoże się obok niej, a potem przytulała się do mnie z głową na piersi i tak zasypiała. Z początku nie widziałem z tym nic dziwnego, ale potem się domyśliłem. Słuchała bicia mojego serca. Jeśli biło spokojnie sama się uspokajała i zasypiała. Jeśli coś jej nie pasowało była nerwowa.
W końcu oficjalnie prace nad płytą zostały ukończone. Odetchnąłem lekko, jakieś dwa tygodnie luzu mi się przydadzą i to bardzo. Zastrzegłem sobie, że przez ten czas nie chcę o niczym słyszeć, odpoczywam, żeby naprawdę się nie przekręcić. Mimo wszystko czułem, że mocno się nadwyrężyłem. Te dwa tygodnie powinny wystarczyć na zregenerowanie sił.
- Teraz możesz być juz spokojna. - mruknąłem pewnego razu podchodząc do niej i całując ją w uszko. - Mam dwa tygodnie spokoju i nigdzie się nie wybieram. Ani do studia ani nigdzie. Nawet do własnego gabinetu tutaj. Tylko błogie leniuchowanie. - uśmiechnąłem się.
- I myślisz, że dwa tygodnie wystarczą ci, żebyś porządnie odpoczął? - odwróciła się do mnie przodem. Westchnąłem.
- Dona... Wiem, że się martwisz. Ale uwierz mi, że nie jestem obłożnie chory. - powiedziałem już nieco poirytowany odwracając się od niej i odchodząc w głąb salonu, w którym byliśmy. - Jeszcze trochę i ty sama się pochorujesz od tego ciągłego wałkowania tego wszystkiego.
- No, bynajmniej dla mnie to nie jest takie dziwne zjawisko jak dla ciebie. - odpowiedziała dziwnie drżącym głosem. Nie, tylko nie płacz.
- Wiesz co mam na myśli. - powiedziałem patrząc na nią. - Odpuść, odpręż się... przestań wciąz o tym myślec. Wrócę z tej trasy nawet się nie obejrzymy.
- Tak. - uśmiechnęła się mało wesoło pod nosem. - A ja przez ten czas będę tu siedzieć i się zastanawiac.
- Nad czym? Poza tym powiedziałem ci, że zabieram cię ze sobą. - spojrzała na mnie lekko zaskoczona.
- A wolno ci w ogóle brać kogokolwiek ze sobą? Wiedzą, że coś takiego planujesz? Czy to kolejny spontan w twoim wykonaniu?
- Trochę spontan, a trochę wiedzą. - uśmiechnąłem się. Podszedłem do niej i chwyciłem ją delikatnie za podbródek. - Nic mi nie będzie. - musnąłem lekko jej wargi. - Jesteś przewrażliwiona przez swoją mamę. Nie dziwię ci się wcale. Ale nie możesz zamknąc mnie w puszcze i schować.
- Szkoda. - mruknęła odwracając ode mnie swoje spojrzenie. Uśmiechnąłem się znów.
- Daj spokój. Proszę cię, uwierz mi. Wszystko będzie dobrze.
Zmusiłem ją by na mnie spojrzała, a potem pocałowałem czule.
Donata
Minęło kilka dni. Nic wielkiego się nie działo, Mike tak jak powiedział siedział całymi dniami w domu i nic dosłownie nie robił. Nawet się uśmiechnęłam pod nosem. Któregoś razu stwierdził, że jeśli kiedyś nadejdzie moda na trasy koncertowe, w których gwiazda będzie mogła jednocześnie śpiewać i leżeć w łózku to on się na to pisze. Śmiałam się z niego pytając czy śpieszno mu do pokazania światu swojej gołej dupy. Uśmiechnął się, ale po chwili umilkł i zrobił się nieco milczący.
Patrzyłam na niego nie wiedząc czy powiedziałam coś źle... Średnio sto pięćdziesiąt razy na dzień żartowaliśmy o gołych tyłkach, więc... chyba to nie moja wina.
- Hej, co jest? - zapytałam wskakując na łózko obok niego i przyglądając mu się. Leżał wyciągnięty na brzuchu z poduchą pod brodą obejmując ją rękami i wpatrywał się w ścianę kawałek przed sobą.
- Nic. - odpowiedział cicho.
- No przecież widzę. - ułożyłam się obok niego i wlepiłam w niego oczy. Spojrzał na mnie z westchnieniem.
- Nie każ mi o tym rozmawiać. - mruknął w pewnej chwili chowając twarz w poduszce do której się przytulał.
- O czym? - podchwyciłam biorąc w palce kosmyk jego skręconych włosów.
- O tym szczeniaku Arvizo. - wywarczał, aż mi się włoski na karku zjeżyły. Tyle jadu i nienawiści włożył w te kilka słów, że aż żołądek podjechał mi do gardła. Jakaś gula zaczęła rosnąc mi w gardle uniemożliwiając przez chwilę oddychanie. Wplotłam palce w jego włosy chcąc go jakoś uspokoić, ale chyba za mocno temat został poruszony, bo odskoczył ode jak oparzony, wściekły i wyszedł z łóżka. Chyba nie wiedział co ze sobą zrobic, ja z resztą też. Patrzyłam tylko na niego jak podszedł do okna i wpatrzył się w przestrzeń za nim. - Smarkacz. - usłyszałam jak cicho na niego bluzga.
Wahałam się przez chwilę, ale w końcu wyszłam sama z tego łóżka i powoli podeszłam do niego obejmując od tyłu jego ramiona. Podparł głowę na rękach stojąc przy parapecie.
- Cii... - szepnęłam. Ale to chyba nie wiele pomogło.
- Jakim trzeba być człowiekiem... żeby podrzucić komuś swojego bachora, kazać mu pchać mi się do łóżka, stwarzać różne dziwaczne sytuacje... a po co to wszystko?
- Jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. - mruknęłam wciąż tak z nim stojąc.
- Tak. Byłem i chyba wciąz jestem zbyt naiwny. Dałem się wyrolować jak nikt na ziemi chyba. Jeden dzień, dosłownie jeden dzień w którym ich poznałem zrujnował mi całe życie. Już nie chodzi mi o karierę. Ale trzy czwarte świata postrzega mnie teraz jak jakiegoś potwora, a wyrok uniewinniający niczego tu nie zmienia. W końcu kasa to najwyższa władza na tym świecie. - prychnął. - Przecież mogłem dać w łapę komu trzeba, prawda? Łatka się do mnie przykleiła i chyba już do śmierci będę się z tym męczył... - westchnął ciężko chowając twarz w dłoniach. - Nikomu nie życzę czegoś takiego.
- Opowiedz mi o wszystkim. - poprosiłam cicho, ale zareagował jakby coś go oparzyło. Odskoczył ode mnie kręcąc głową.
- O nie, nie, nie, Dona, ja nie będę o tym rozmawiał.
- Ale skarbie...
- Nie! Rozumiesz?! NIE! - krzyknął, aż zabolały mnie uszy i wyszedł z sypialni trzaskając drzwiami. Szczerze powiedziawszy, nie byłam ani zdziwiona jego zachowaniem ani jakoś specjalnie urażona. Martwiłam się tylko bo... Może myślałam, że gdyby mi o tym powiedział poczułby się lepiej. Nie miałam pojęcia czy z kimkolwiek o tym rozmawiał poza kimś z rodziny. Może powinien zastanowić się nad jakąś terapią?
Po kilkunastu minutach siedzenia na łóżku, patrzenia w swoje ręce i zastanawiania się w końcu wstałam i wyszłam z sypialni chcąc go odszukać i porozmawiać, ale nigdzie nie mogłam go znaleźć. Dom był wielki więc równie dobrze mogliśmy się mijać przez ścianę, ale wyszłam do wielkiego ogrodu z frontu domu. Usiadłam mniej więcej w połowie całego budynku na czymś co można by nazwać tarasem. Przed sobą miałam piękną i wielką kombinację kwiatową usadzoną na kształt zegara wskazującego jakąś godzinę. Była to prawdziwa finezja i ludzie, którzy się tym zajmowali musieli naprawdę się bardzo starać by to tak fantastycznie wyglądało. Po obu stronach tego tworu były białe schody wznoszące się aż pod dwoje drzwi, a po ich bokach rosły pięknie przystrzyżone zielone żywopłoty. Widziałam to wiele razy w domu na zdjęciach, ale w rzeczywistości robiło to piorunujące wrażenie. Mnie osobiście nie chciałoby się czymś takim zajmować, ale on miał od tego ludzi. Trawnik rozciągał się dookoła zielonym morzem. Popatrzyłam po tym wszystkim i z oddali zauważyłam zmierzającego w moją stronę Alana, operatora kamer. Uśmiechnął się pod nosem widząc mnie, gdy podszedł na kilka metrów.
- Hej. - przywitałam się z uśmiechem. Był całkiem sympatyczny i inteligentny. Uwielbiałam go tu najbardziej, poza Michaelem oczywiście. - Co słychać?
- O to samo chciałem zapytać. - powiedział ze śmiechem siadając obok mnie. - Dawno nie mieliśmy okazji porozmawiać. Co ty taka markotna? - zrobiłam krzywą minę.
- Mike się trochę przeze mnie... wkurzył. - stwierdziłam.
- Tak? To dlatego wydarł jak oparzony do studia. - mruknął po czym spojrzał znów na mnie. No tak, że też o tym nie pomyślałam. - Pokłóciliście się?
- Nie... nie wiem co to było. Teraz już wiem, dlaczego nie mogłam go do tej pory znaleźć. Pewnie będzie tam ślęczał nad wyimaginowanymi bzdurami do późnego wieczora.
- Przejdzie mu. A o co poszło? - popatrzyłam na niego po czym zdecydowałam się powiedzieć. Jeśli Mike nie chce gadać to dowiem się czegoś od kogoś innego. Może zapytam też Janet?
- O Arvizo. - zrobił wielkie oczy.
- Jak to o Arvizo?? Przecież ten szczeniak jest stracony w otchłani piekieł już na zawsze! - parsknęłam śmiechem.
- Żartowaliśmy dosłownie o dupie... i nagle zrobił się taki... inny. Cichy, smętny... Taki jakiego go zobaczyłam, kiedy byłam tu pierwszy raz. Chciałam z nim o tym porozmawiać, ale... uciekł, jak sam widziałeś. - popatrzyłam z krzywą miną na chłopaka.
- To dla niego temat bomba, Dona. Lepiej go wcale nie ruszać.
- Bomba. - prychnęłam. - To on nie długo zamieni się w tykającą bombę. W końcu wybuchnie, a ja... ja się martwię, kocham faceta, i chciałabym, żeby mi powiedział. Moze poczuje się po tym lepiej...
- On już nie raz o tym rozmawiał nawet z psychologiem. Nie wiem, może ten psycholog był trefny, że mało co pomógł.... ale... fakt jest taki, że Mike zachowuje się jak furiat kiedy tylko usłyszy o tym dzieciaku. A gdyby się tu pojawił, oooo!
- Czemu miałby się tu pojawiać?
- Nie wiem. Ale nie raz już życie mi pokazało, że wszystko się może zdarzyć. Może chciałby go przeprosić, że tak mu napsuł życia. Ten szczeniak do dzisiaj twierdzi, że on go molestował i koniec, nie wiem czemu ci rodzice każą mu to robić...
- Myślisz, że to rodzice?
- Tak. Nikt im tego nie udowodnił, ale Michaelowi też niczego nie udowodnili a kasę wzięli. - westchnął.
- W sumie... to nawet logiczne. - mruknęłam spuszczając głowę. - Ale trudne do pojęcia. - pokręciłam głową.
- Gdyby ich nie spotkał, albo gdyby umiał powiedzieć dość i zakręciłby im kurek, może to wszystko by się nie wydarzyło... A może wręcz przeciwnie, może gdyby im nie płacił, nie utrzymywał wręcz, byłoby jeszcze gorzej. Cholera wie, po co to wszystko. W każdym bądź razie udało im sie od niego wyciągnąć 20 milionów.
- Słyszałam. Zamiast procesu. - pokiwał głową.
- Ale mało im było i do procesu doprowadzili. Mike powinien od razu jak tylko to się zaczęło sam rządać postępowania, bo wygrałby ten proces od razu. Ale jak zawsze, on ma łagodną naturę, nie chciał się z nimi ciągać po sądach. I to dla każdego zdrowego na umyśle człowieka od razu było jasne, że gdyby on naprawdę skrzywdził to dziecko, a matka tego dziecka byłaby normalna, to za wszelką cenę wsadziłaby go do pierdla na 20 lat. A ona wolała kasę. Mówi samo za siebie. - pokiwałam głową. - Temat niby zakończony, ale... - skrzywił się lekko. - Boję się, że on jeszcze dostanie w dupe.
- Oby nie.
- Oby. - westchnął znów. - Musze wracać do pracy bo jeszcze mi się oberwie. - uśmiechnął się w końcu. - Do zobaczenia. - pomachałam mu na do widzenia.
Nie widząc dalej sensu w siedzeniu na dworze na zimnym twardym podłożu, pozbierałam się i wróciłam do środka do domu. Z westchnieniem myślałam co tu zrobić, żeby jakoś do niego dotrzeć, ale nie chciałam też naciskać, bo bałam się, ze sie na mnie zamknie, a tego nie chciałam. Za żadną cenę. Pomyślałam więc, że żeby zabić czas i czymś się zając, zrobię coś pożytecznego i trochę posprzątam.
Mike kręcił trochę nosem, kiedy widział mnie pracującą, chrząkał czasami tak głośno stercząc mi nad uchem, że momentami zaczynał przypominać mi świnię. Powiedziałam mu jasno, że nie przestanę pracować i już. Czuła bym się kompletnie jak jakaś pijawka. A on jeszcze chciał dawać mi swoje karty bankomatowe. Oszalał.
Udałam się więc do salonu z zamiarem pościerania tego i owego, ale okazało się, że już ktoś to zrobił wcześniej. Nie chciałam po nikim poprawiać więc zaczęłam szukać pomieszczenia, które byłoby jeszcze nie tknięte. Przechodziłam akurat obok pomieszczenia, w którym pierwszy raz z nim rozmawiałam. Na tej pamiętnej rozmowie kwalifikacyjnej. Podczas której na futrował mnie obiadem. Uśmiechnęłam się pod nosem i weszłam do środka.
Pomieszczenie było takie jak je wtedy zapamiętałam i puste. Nikogo w nim nie było. Zamykając za soba drzwi rozejrzałam się po stosunkowo małym pomieszczeniu i przeszłam głębiej. Naprzeciw drzwi było wielkie okno na całą ścianę. Bardzo mi się takie podobały, ale u nas w Polsce takich się nie stosuje, zwłaszcza w małych powojennych domkach. Takich w jakich ja mieszkałam z rodzicami.
Zaczęłam przecierać różne meble, figurki, aż dotarłam do sporego regału na którym poustawiane były kolorowe segregatory. Każdy kolor był ustawiony obok siebie, a każdy z nich określał kilka sztuk takich segregatorów. Na przykład, zielone z plakietkami 'Thriller' stały obok siebie w rzędzie, a było ich trzy. Dalej jakieś inne niebieskie, białe, a na samym końcu czarne z naklejkami 'Bad'. Musiał tu trzymać zapiski z całych prac, pomyślałam, że się nie obrazi, jeśli sobie je pooglądam.
Tak jak myślałam, w pierwszym opisanym tytułem Thrillera, były wpięte kopie umów, kontraktów, ale także kserokopie projektów strojów scenicznych. Było to bardzo ciekawe i po jakimś czasie siedziałam po turecku na podłodze wertując jeden za drugim. Sama bym się w tym nie połapała, ale on to już chyba miał wszystko w małym paluszku.
Segregatory z Bad były jednak cienkie jeśli chodzi o zawartość. Błagałam Michaela, żeby mi pokazał kiedyś jakies prace z tego krążka, ale powiedział, że dopiero po trasie. Więc domyślałam się, że gdzies je schował w obawie, że kiedyś będę tu grzebać. No jak widać nie pomylił się, cwaniak. Dwa dni wcześniej też tam sprzątałam, ale nie odważyłam się nigdzie zaglądać.Wyciągnęłam wszystkie trzy, ale tylko w jednym coś było, tylko umowy, nic poza tym, a dwa kolejne były puste. W momencie jak je wyciągałam na ziemię spadła jakaś inna cienka czarna teczka, która była wetknięta między dwa czarne. Pomyślałam, że może tu coś będzie. I przekonałam się, że ciekawość to naprawdę pierwszy krok do piekła.
Dziarsko zdjęłam gumeczkę z teczki strzelając nią jeszcze radośnie po czym ją otworzyłam. I oczy autentycznie wyszły mi na wierzch.
- O FUCK! - zakrzyknęłam bezgłośnie wybałuszając oczy jak gały na zawartość czarnej teczki.
Ręce automatycznie zaczęły mi się trząść. Ja sama zaczęłam się trząśc, wręcz dygotać. Czułam jak każdy pojedynczy nerw targa mięśniami, które momentalnie się spięły boleśnie. Gapiłam sie na to co miałam przed oczami i nie mogłam uwierzyć... Przecież to jest NIEMOŻLIWE. Niemożliwe. Nie okłamałby mnie tak... Odrzuciłam to od siebie z obrzydzeniem, po czym dźwignęłam się jakoś na drżące nogi i zaczęłam kręcić się w kółko nie mając zielonego pojęcia co robić. Łzy cisnęły mi się do oczu. Nie, na pewno nie, myślałam. To na pewno nie jest tak... Nie!
Wyleciałam z tego gabinetu trzaskając drzwiami, dobrze, że akurat nikogo nie było w pobliżu. Wpadłam do naszej sypialni i zaczęłam otwierać wszystkie szafy. Zaczęlam wywalać jego wszystkie ubrania, koszule, spodnie, wszystko przetrząsać, szukałam sama nie wiedziałam czego, ale w końcu coś znalazłam. Laptop zakitrany w ciuchach na najwyższej półce. Ściągnęłam go nie wiele myśląc i usiadłam z nim na łózku drżącymi rękami odpalając go.
Jak mogłam się spodziewać, był zabezpieczony hasłem. Mike miał jeden komputer, korzystałam czasem z niego, nie miał hasła... Dlaczego drugi chował w szafie i w dodatku zabezpieczył go hasłem?? Zaczęłam wstukiwac jakies przypadkowe słowa, ale nic to nie dało. Zagryzłam wargę i spróbowałam z jego imieniem i nazwiskiem w kilku różnych konfiguracjach. W końcu po którejś próbie wyświetliła mi się podpowiedź.
Whisper three words and I'll come runnin
And girl you know that I'll be there
I'll be there.
Liberian Girl.
Przeczytałam to lekko oszołomiona. Co to ma znaczyć? W pierwszej chwili nawet tego nie zrozumiałam. Zmusiłam się, żeby się skupić i w końcu przypomniało mi się, że są to słowa tej piosenki, którą Mike często lubił mi śpiewać. A Liberian Girl? To podobno tytuł piosenki dla mnie. Więc go wpisałam. Ale to też nic nie dało.
Wściekła miałam ochote rozwalić tego kompa, ale się powstrzymałam. Zakryłam twarz dłońmi głęboko oddychając i...
- No a jakże by inaczej... - szepnęłam po czym wpisałam po prostu swoje imię i nazwisko z dużych liter. W końcu uzyskałam dostęp. Pojawił się pulpit. A na nim kilka folderów. W sumie to nawet mądre zabezpieczyć komputer hasłem, które w rzeczywistości jest imieniem i nazwiskiem dziewczyny z Polski. Jaki Amerykanin będzie umiał napisać od tak słowa 'Donata Leszczyńska'??
Zaczęłam po kolei otwierać pliki. W pierwszym podpisanym 'nieistotne' znalazłam przygotowane umowy kupna i sprzedarzy działki, na której stoi cały Neverland. Dwa dni wcześniej do Mike przyszło dwóch facetów. Oznajmili ni z tego ni z owego, że ich jakiś szef chce odkupić od niego tą ziemię wraz ze wszystkim w zamian za godziwą sumkę. Mike jednak kategorycznie odmówił i faceci po jakiejś godzinie próbowania go przekonać w końcu sobie poszli. Oprócz tego było tam mnóstwo innych starych śmieci. Wszystko tu zapisywał, by mieć pod ręką. Też mądrze. W drugim folderze znalazłam elektroniczne wyciągi bankowe i inne tego typu duperele. Ale trzeci folder z kolei znów wprawił mnie w zdumienie. Ale było tam zupełnie co innego niż w teczce, która przed chwilą znalazłam.
Były tak teksty źródłowe dotyczące zapładniania in vitro. A także przykładowe umowy dla kobiet, które miałby dać się zapłodnić by urodzić komuś dziecko... Patrzyłam na to wielkimi oczami.
- On chce mieć dziecko... - mruknęłam sama do siebie, czując jak serce mi wali. Ale zaraz.... to mi do siebie kompletnie nie pasowało. To co zobaczyłam przed chwilą i to teraz. Kompletny bezsens...
Nic de facto nie znalazłam w tym laptopie więc w końcu go wyłączyłam i odrzuciłam na bok. W sypialni panował bałagan jakby przeleciało przez nią stado nosorożców. Ale nie przejmowałam się tym. Głowę miałam wielką jak sklep, nie miałam pojęcia co robić. I jak to gówno się tu dostało.
Jak w ogóle to jest możliwe, przecież to nieprawda... Wciąz zadawałam sobie to pytanie. Wałkowałam w pamięci ostatnie dni. Cały czas siedział ze mną. Nigdzie nie wychodził, z niczym się nie chował po kontach... Cały czas ze mną. Aż nie pojawili się ci faceci od kupna Neverland...
I wtedy to we mnie uderzyło. Tak. To musi być, inaczej... Inaczej go chyba zabiję.
Zerwałam się z łóżka na którym siedziałam i pognałam z powrotem do gabinetu i pozbierałam zawartość teczki i wybiegłam stamtąd. Skierowałam się od razu na zewnątrz do innego mniejszego budynku, gdzie siedział Alan i obserwował monitoring. Głównie ten zewnętrzny bo w domu nic się nie działo.
Wbiegłam do środka przytulając do siebie tą zasraną teczką jakby była co najmniej ze złota. Rozejrzałam się, ale nikogo nie było widać, nigdy wcześniej tu nie byłam.
- Alan, jesteś?! - wrzasnęłam cała się trzęsąc, chciałam jak najszybciej dobrać się do monitoringu.
- Co się stało?! - wyskoczył z jakiegoś małego pomieszczenia wybałuszając na mnie oczy. - Co jest?
- Ja...
- Co ci jest?!
- Muszę obejrzeć zapis z kamer w domu. Sprzed dwóch dni. - popatrzył na mnie zdziwiony.
- Po co? I co ty tam trzymasz? - wyciągnął rękę, ale odskoczyłam od niego. - Co się z toba dzieje?
- Muszę zobaczyć monitoring, chłopie, nie utrudniaj mi! - wciąż stał w miejscu i patrzył na mnie ogłupiały.
- Ale co się stało? Zginęło coś?
- Nie. - pokręciłam gwałtownie głową na boki.
- No to o co...
- Ktoś nam zostawił... prezent. - powiedziałam wciaż drżącym głosem.
- Jaki prezent?! - chyba pomyślał o czymś... wybuchowym. - Gdzie?! Jak?!
- To chcę właśnie zobaczyć...
- Gdzie to jest?!
- Tutaj. - mruknęłam machajać teczką, którą trzymałam obiema rękami. Znów chciał ją zabrać ale mu nie pozwoliłam. - Alan, miałes bardzo dobre przeczucie, że ktoś będzie chciał dać mu znowu porządnie w dupę, naprawdę. - wytrzeszczył na mnie oczy rozdziawiając buzię. Wskazał paluchem na teczkę z otwartymi lekko ustami jakby nie wiedział jak ubrać w słowa to co chciał powiedzieć. Ale chyba już się domyślał. - Możesz się domyśleć co tu jest. Domyślam się czegoś, ale muszę zobaczyć ten monitoring.
Bez słowa dopadł do komputerów i odszukał proszony zapis.
- Z całego dnia będziemy tu siedzieć do nocy. - powiedział trąc brodę.
- Nie. Przełącz na godzinę czternastą. - powiedziałam wciąz ściskając w ramionach tą teczkę. Około czternastej pojawili się faceci.
- Myślisz, że ktoś tą świnie tu podrzucił? - pokiwałam nerwowo głową. Wciągnął głęboko powietrze do płuc, a następnie ze świstem je wypuścił przeczesując sobie włosy palcami.
- To w najbliższym czasie możemy się spodziewać kolejnego najazdu policji. Kurwa, czy ci ludzie nie mają dosyć?! - trzasnął pięścią w blat na którym po ustawiane były urządzenia. Miałam ochotę wyć, ale najpierw musiałam zobaczyć ten film.
W końcu pokazało się to na co czekałam. Dwaj faceci wchodzący przez bramę, widać to było na jednym z monitorów, a po kilku minutach na innym pojawili się w salonie. Chwila względnej ciszy i pokazał się Mike. Jeden z facetów trzymał w ręce teczki. Dwie. Jedną białą, a drugą... czarną.
- Tu patrz. - wskazałam mu palcem. - To chyba ta sama. Dwa dni temu sprzątałam ten gabinet w którym to teraz znalazłam, nie było jej tam. A dzisiaj wleciała mi w ręce.
- A co ty tam robiłas w ogóle?
- Poszłam troche ogarnąć i zaczęłam oglądać segregatory z prac nad krążkami. Myślałam, że może jest w niej coś z 'Bad', ale... - uciełam otwierając szeroko oczy na myśl o tym co zobaczyłam.
- Coś naprawdę... bad?? - pokiwałam głową patrząc na niego.
Wbijaliśmy oczy w monitory, aż w którymś momencie facet z teczkami coś powiedział i oddalił się.
- Nie ma tu głosu? - pokręcił głową, westchnęłam. - Jakim prawem wałęsał się po domu?!
- Nie wiem, może zapytał czy może skorzystać z kibla. - Alan sam chyba był w szoku.
- Kibel jest w drugą stronę. - zauważyłam wciąż czując jak wszystko w środku mi się zaciska. Wzruszył ramionami trzymając się za głowę. - Ale idioci... przecież są kamery...
- Za pewne o nich nie wiedzieli. - zasugerował. Popatrzyłam na niego wielkimi oczami. - Mike założył je niedawno. Na wszelki wypadek. Wtedy trudno było mu udowodnić swoją niewinność bo nie mógł pokazać tego jak ten bachor wciskał mu się do wyra. W sypialniach, łazienkach i gabinetach nic nie ma, ale ten dzieciak obłapiał go nawet na środku korytarza. - zakryłam oczy dłonią nawet nie chcąc sobie tego wyobrażać. - Mike tłumaczył mu, że to co najmniej niestosowne no to się uspokajał. Ale za dwa trzy dni znowu. Zazwyczaj jak wracał do niego od rodziców. - spojrzał na mnie wymownie. Teraz już naprawdę trudno było mi sie powstrzymać od wycia.
Śledziliśmy drogę faceta z teczkami, aż doszedł do drzwi feralnego gabinetu, którego w tym momencie nienawidziłam. Rozejrzał się dookoła po czym od tak sobie wszedł do środka.
- Mamy go... chyba. - mruknął kamerowy. Serce waliło mi jak młot. - Wychodzi...
Wbiłam oczy w jego ręce... nie miał już czarnej teczki. Tylko białą. Odetchnęłam wybuchając zaraz płaczem. Kto na moim miejscu nie miałby wątpliwości? Ale ulżyło mi momentalnie. Usiadłam na jakimś krzesełku powoli się uspokajając.
- Zrobię ci herbaty. - powiedział sam będąc w szoku i po kilku minutach podał mi kubek. Wzięłam go i popiłam trochę, poczułam się lepiej. - Tylko co teraz, kurwa...
- Nie mam zielonego pojęcia. - powiedziałam kręcać głową. - Chyba... Chyba pojadę z tym do Janet. Kurwa mać. - zaklęłam po polsku.
Kiedy wyszłam od Alana czułam się względnie spokojna. Pozostawała tylko kwestia tego co z tym zrobić. Miałam ochotę wrzucić to do ognia w kominku, ale coś mi mówiło, że to nie jest dobry pomysł. Musiałam porozmawiać z Janet, może coś wymyślimy...
Michael
Zajechałem do studia wściekły. Trzaskając drzwiami wpadłem do biura, teraz pustego, nie było tu prawie nikogo. Pozbierałem papiery i zacząłem je przeglądać chcąc sprawdzić czy wszystko jest w porządku.
Nawet nie wiedziałem do końca o co jestem taki zły. Nie chciałem jej o tym mówić, nie chciałem by wiedziała cokolwiek. Może bałem się, że zmieni o mnie zdanie. Że zacznie porównywać to co mówię z tym co pisały gazety. Że mi nie uwierzy i zostawi. Ale z drugiej strony... jeśli ktoś jej opowie spaczoną wersję... to skończy się tak samo. Czy ja już nigdy nie zaznam choć odrobiny spokoju?
Odrzuciłem w końcu te papiery na bok wzdychając. Zachowałem się jak cham, nie chciałem się na niej wyżywać, ale... Poniosło mnie.
- Jestem chujem. - mruknąłem do siebie podpierając głowę na ręce i wpatrując się w blat stołu. Po kilku minutach wstałem i podszedłem do okna. Była piękna pogoda, ciepło. Chciało się wyjść na dwór. Ja jednak musiałem unikać wciąz słońca. Nowe plamy zaczęły pojawiac się w zastraszającym tempie... Dziś rano zauważyłem wielką za lewym uchem. Nawet nie chciałem sobie wyobrażać jak będę wyglądał jak wejdzie mi to na twarz. Tony makijażu... a wystarczy, że wyjdę w tym przed gorące reflektory, jak mi to z mordy spłynie... Jak nie jedno to drugie.
Będe musiał ją przeprosić. To, że nie potrafię sam sobie ze sobą poradzić nie znaczy, że mam prawo wyładowywania się na niej. Bardzo ją kochałem. Nie chciałem jej stracić przez własną głupotę... chyba nie byłoby nic gorszego. Znamy się tak krótko... Przyjechała tu raptem dwa miesiące temu. I mniej więcej tyle jesteśmy razem. Niektórzy wciąz są sceptyczni. Mówią, że to jest zbyt piękne, żeby mogło trwać długo i niedługo coś się wydarzy i ta dziewczyna ode mnie ucieknie, odejdzie. Nie chciałem o tym myślec, zbywałem tych ludzi, kazałem zając się swoimi tyłkami, swoim życiem. Na pewno nie pozwolę jej odejść.
Zebrałem te papiery i włożyłem z powrotem tam, gdzie były zanim je porwałem. Po drodze do domu odwiedziłem kwiaciarnię. Kupiłem wielki kosz z czerwonymi różami. Kupiłem też piękny zdobny papier, na którym napisałem odręcznie tekst piosenki i opatrzyłem go tytułem jaki nosi, 'Liberian Girl'. Zakochałem się w tej piosence po prostu.
W drodze do domu byłem już spokojniejszy. Wymyślałem nawet co jej powiem na przeprosiny. Może rzeczywiście powinienem z nią usiąść i wszystko po kolei jej opowiedzieć? O starym jej powiedziałem, nie uciekła bynajmniej. Może o tym gnoju też powinienem... Ale nie uśmiechało mi się wracać do tego myślami.
Ale czy kiedykolwiek moje myśli się od tego uwolniły? Chyba nie. Wciąz gdzieś tłukł mi się po głowie, a mnie trawił głęboki żal. Po pierwsze oczywiście do tego bachora i jego rodziców. A po drugie do samego siebie, że dałem się tak perfidnie zrobić. Każdy widział to czego ja wtedy nie dostrzegałem, każdy mi to pokazywał nawet palcem, ale mnie to nie wystarczyło. A kiedy zdałem sobie sprawę, że mają rację, było już za późno. Byłem już tak ugnojony, a nawet o tym nie wiedziałem.
Pamiętałem jak dziś jak policja tak po prostu sobie przyszła, zakuła mnie w kajdany i wywiozła na przesłuchanie. Przez kilka godzin im tłumaczyłem, że nie mam nic z takimi rzeczami wspólnego, że mogą splądrować nawet cały mój dom, poodzierać obrazy z ram, podłogę z paneli, a i tak nic nie znajda. I nie znaleźli. Ale co to dało... nic. Miałem żal do całego świata tak naprawdę. Do ludzi, którzy mnie nie znają a i tak mają wyrobiona o mnie opinię. Widzieli mnie tylko na ekranie telewizora, a zachowują się tak jakby znali mnie całe życie. To boli, naprawdę boli, gdy ktoś z góry cię skreśla nie zadając sobie ani odrobiny trudu by cię poznać. Poznać fakty, nie plotki w gazetach. Ale to jest własnie łatwiejsze. Przeczytać artykuł w gazecie i dać mu wiarę, to jest łatwe. Bo w kłamstwo uwierzy większość, łatwiej jest stać za większością, niż zaprzeć się w sobie i wytknąć komuś błędy. Powiedzieć, pomyliłes się.
Miałem Donę, moje światło w ciemności i chyba dlatego, że była takim moim światełkiem bałem się ją stracić. Odebrali mi już zbyt wiele bym mógł pozwolić sobie jeszcze zabrać ją.
Zajechałem do domu, zaparkowałem tam gdzie zwykle, zabrałem bukiet i wszedłem do domu. Było pusto. Pomyślałem, że może Dona jest wciąż w sypialni. Na dworze panował taki skwar, że kwiaty więdły w oczach i nawet te zraszacze nic nie dawały. Prawie. Bo gdy ja obok nich przeszedłem, to przynajmniej mnie się zrobiło chłodniej.
Pewnie jest obrażona. Jakoś ją urobię, pomyślałem otwierając drzwi do sypialni i stanąłem jak wryty.
- A co tu się stało? - mruknąłem sam do siebie wchodząc do środka. Aż tak się wściekła, że powywalała wszystko z szaf? Nawet mój drugi komputer, którego rzadko używałem bo nienawidziłem Acera, a z tej marki Janet mi go podarowała, zwalałem na niego przeważnie śmieci, leżał na łózku. O co tu chodzi?
Postawiłem kosz z kwiatami na podłodze pod ścianą i popatrzyłem na swoje flanelowe koszule i dżinsy porozwalane dosłownie wszędzie. Z kieszeniami wywalonymi na lewą strone... Nic z tego nie rozumiałem.
- Niezły bałagan. - usłyszałem i odwróciłem się. W otwartych drzwiach stał Alan, operator kamer, którego szczerze lubiłem.
- Własnie widzę. - mruknąłem. - Co tu się dzieje? - popatrzyłem na niego.
- To chyba robota twojej Dony, tak mi się wydaje. Przetrząsnęła nie tylko sypialnię, ale i jeden z gabinetów. - popatrzyłem na niego marszcząc czoło.
- Czemu to zrobiła? - poczułem skurcz w żołądku. Nie ufa mi z jakiegoś powodu?
- Jest poważny problem, Mike. - nie spodobała mi się jego mina. Patrzyłem na niego czekając, aż mi powie co się dzieje. Odetchnął głębiej przez nos.
- No mówże!
- Jak mam ci to powiedzieć, co? - naprawdę zaczynałem się bać. - Dona znalazła... coś... w twoim gabinecie. Tym najmniejszym, w którym trzymasz prace nad płytami.
- Co znalazła? Przecież ja tam nic nie mam. Co, zdjęcia z jakąs babą czy co? - westchnąłem sfrustrowany.
- Zdjęcia, owszem, ale bynajmniej nie z babą. - spojrzałem na nią.
- To jakie? - wyglądał jakby miał się zaraz porzygać.
- Pornografię dziecięcą.
Nastała grobowa cisza. Patrzyłem na niego wielkimi oczami, które chyba dosłownie wyszły mi z orbit. Poczułem jak czucie uchodzi z całego mojego ciała. Zrobiło mi się słabo. Jaka pornografia, do cholery?! Gdzie?! TU?!
- To żart, ale mało smieszny. - wysapałem siadając na podłodze tak jak stałem wśród swoich ciuchów.
- To nie jest żart...
- Gdzie ona jest? - nawet go już nie słuchałem.
- Pojechała do Janet...
- Fuck... - zakląłem. Nie wiedziałem co robić. Czułem się jakby ktoś dał mi kijem przez łeb. Jak to możliwe... Popatrzyłem na niego starając się przełknąć to co podjeżdżało mi do gardła.
- Co z tym zrobisz? - zapytał podchodząc bliżej i patrząc na mnie. Położyłem się jak długi i wbiłem wzrok w sufit. Nic nie powiedziałem. To chyba był szok... Kompletnie odciąłem się od rzeczywistości. Nie, to się nie może zacząc dziać od nowa... Wpędzą mnie do grobu... Chociaz to wcale nie byłoby takie złe... Może powinienem pomóc sobie umrzeć...? To też całkiem dobre rozwiązanie...
Alan coś do mnie mówił, ale ja nie kontaktowałem w ogóle. Patrzyłem w ten sufit, aż zakryłem twarz dłońmi choć oczu nie zamknąłem. To jest nie do zniesienia... Czego ten szczyl i jego starzy ode mnie chcą do jasnej cholery?! Czy ja naprawdę muszę przez to przechodzić? Odrętwienie mieszało się ze złością i rozpaczą. A Dona? Boże... Co ona sobie o mnie myśli... Ja się przejmuję tymi potworami? To jest nic, że podrzucili mi kolejną świnię... Ona to znalazła, jak... Jak mogło do tego dojść... Dlaczego oni chcą mnie zabić po prostu... Bo jeśli ona mnie zostawi to ja nie wiem... co zrobię...
- Mike, do cholery, mówię do ciebie, co ty robisz?! - usłyszałem w końcu głos Alana i popatrzyłem na niego błędnym wzrokiem. Chyba się mnie wystraszył w takim stanie.
- Czekam na śmierć. - odpowiedziałem bezbarwnym głosem.
- Co takiego?!
- Dona... to... widziała... Boże... nie... ja... ja nie dam rady... ludzie... dajcie mi w końcu... święty spokój... - zacząłem mamrotać znów zasłaniając twarz dłońmi.
- Co Dona, co Dona, Dona prawie stanęła na głowie! Już chyba nawet wiemy kto ci to podrzucił.
PODRZUCIŁ. To słowo zadziałało na mnie jak dopalacz. Popatrzyłem na niego.
- Wierzysz, że...
- Że ci to podrzucili? Tak, wierzę. Przerabialiśmy to już wszyscy Mike. Jesteś niewinny. - powiedział stercząc nade mną i patrząc mi w oczy.
- A ... A Dona?
- Dona przyleciała do mnie cała się telepiąca, chciała obejrzeć monitoring sprzed dwóch dni. Ci faceci, którzy przyszli do ciebie z propozycją odkupienia od ciebie całej posiadłości...
- ONI??? - podźwignąłem się znów na nogi.
- Tak. Wtedy gdy jeden odszedł na moment...
- Chciał szklankę wody... - wciąż wytrzeszczałem oczy. Perfidia...
- Taa... Idąc do kuchni mijasz gabinety. Mamy wszystko na kamerach. Wszedł do środka z dwiema teczkami, czarną i białą. Wyszedł tylko z jedną, z białą.
Boże, to śmierdzące gówno leżało tu juz DWA DNI?? Przeczesałem włosy oddychając cieżko.
- Pytałem co z tym zrobisz. Dona pojechała rozmawiać z twoją siostrą. Ja myślę, że powinieneś się z tym udać na policję pierwszy zanim oni tu znowu wbiją. Bo jestem pewny, że ktoś 'uczciwy' da im anonimowy cynk. - usiadłem na łózku trzymając się za głowę.
- Ja nie chcę drugi raz przez to przechodzić.
- Ale co masz innego do wyboru? Jeśli sam się za to weźmiesz opinia publiczna zobaczy, że to musi być coś smrodliwego, inaczej kiedy czyta sie że ktoś ci wjechał na chate a inaczej kiedy ty coś znalazłeś i sam z tym idziesz i jeszcze z mordą. - pokręciłem głową, czułem jak ogarnia mnie rozpacz.
- Boże... czego oni ode mnie chcą wszyscy...
- Za pewne mało im pieniędzy.
Miałem dość. Co za syf... Ja nawet nie chciałem tego oglądać. Rzygać mi się chciało. A moja Dona... Chryste, to widziała. Musiała mi wierzyć, że to nie ja, nie moja wina... ale ściskało mnie na myśl co sobie o mnie myślała w pierwszej chwili. Bajzel w pokoju był tego dowodem. Sądząc po wyciągniętym laptopie jego też przetrząsneła. Pewnie odgadła hasło. Trudne nie było. Pokręciłem głową i po prostu się rozpłakałem. Ile mam jeszcze tego znosić?
Donata
Moje najgorsze przeczucia zaczęły się sprawdzać. A zrozumiałem to w momencie, kiedy pewnego dnia weszłam z naręczem prześcieradeł do salonu.
Kłębowisko kilku ludzi, byli w tym dwaj ochroniarze i kierowca, który rano wiózł Michaela do studia. Odbywali jakieś ostatnie próby taneczne czy cos, ja się na tym kompletnie nie wyznawałam. Był tam też facet którego nigdy wcześniej tu nie widziałam. Miał jakąś torbę ze soba a w niej dostrzegłam jakies opakowania, chyba z lekami. Jakieś strzykawki... Rękawiczki. Podręczny zestaw, musiał być lekarzem.
We fotelu dostrzegłam postać Michaela bladego jak śmierć co najmniej i natychmiast zawartość całego żołądka podjechała mi do gardła.
- Co się stało?! - podeszłam do nich rzucając to co akurat trzymałam byle gdzie byle tylko dowiedzieć się wszystkiego. Popatrzyłam na mojego mężczyznę, jak siedział oparty z przymkniętymi oczami i oddychał ciężko, a inny facet wstrzykiwał mu coś w odsłonięte ramię... - Pytam się co się dzieje!
Kierowca w końcu odciągnął mnie nieco na bok i zaczął wyjaśniać sprawę.
- Zawiozłem go rano do studia tak jak było to planowane. To była godzina 8. Po dwóch godzinach poczuł się źle. Nic nie chciał mówić na początku, ale widać było, że czuje się coraz gorzej. W końcu powiedział, że czuje ból w piersi. Po chwili minął, ale wciąz miał duszności, wezwaliśmy więc jego lekarza. Nie mógł przyjechać od razu do studia, więc przywiozłem go do domu, a pan Murray dotarł tu kilkanaście minut temu.
- Ale... - wytrzeszczałam na niego oczy. Nie wiedziałam co zrobić. Ból w piersi? Przecież to zazwyczaj oznacza tylko jedno. Serce. - Jaki lekarz, powinniście zawieźć go do szpitala! - powiedziałam trzęsącym się głosem i przepchnęłam się do Mike'a kucając obok jego fotela. - Skarbie? - szepnąłem delikatnie chwytając go za rękę. Spojrzał na mnie i jak zwykle nie przejmując się niczym uśmiechnął się do mnie. Mnie gula stanęła w gardle. - Co pan mu tam wstrzykuje? - zapytałam chcąc się czegoś dowiedzieć.
- Relanium i digoksynę. - odpowiedział. Nie miałam pojęcia co to ma znaczyć, na co to i w ogóle, ale... zabrzmiało poważnie.
- Razem?? - otworzyłam szeroko oczy. Jeszcze nie widziałam, żeby lekarze mieszali ze sobą leki...
- Proszę się nie martwić, wiem co robię.
- Na pewno?! Jeszcze nie miałam okazji widzieć, żeby lekarz mieszał ze sobą różne substancje...
- Prosze mnie nie uczyć zawodu, proszę pani. Mówię, wiem co robię, nic mu nie będzie. To tylko lekka arytmia, za pewne chwilowa. Nie powinna się więcej pojawić. - co to za bzdury w ogóle...
- Chwilowa arytmia? Co pan, debila ze mnie robi?! Jak to WIĘCEJ SIĘ NIE POJAWIĆ, moja matka jest chora na serce! Takie ataki ma średnio kilka razy w miesiącu! - poczułam jak ktoś chwyta mnie za rękę. Spojrzałam i zobaczyłam, że to Michael.
- Spokojnie, nie denerwuj się. Naprawdę nic mi nie będzie. Czuję się już lepiej.
Głos uwiązł mi w gardle. Miałam ochotę się rozpłakać, ale się powstrzymywałam. Już nie raz widziałam, co się działo z mamą kiedy dostawała takie napady. Na stałe brała leki, a ten mi tu mówi, że to CHWILOWE???
Chwyciłam jego dłoń w swoje obie i przystawiłam sobie do ust.
- Nie martw się, mówię ci. - usłyszałam znów. - Wszystko ze mną w porządku.
Potem spał przez kilka godzin w sypialni. Identyko jak mama. Zaglądałam do niego co jakiś czas, jakbym się bała, że za którymś razem nie będzie oddychał. Autentycznie miałam takie lęki. Weszły mi chyba w krew, kiedy od najmłodszych lat musiałam patrzeć jak ojciec starał się docucić matkę. Usiadłam jednego razu obok niego na łózku i patrzyłam po prostu na niego. Wciąż coś ściskało mnie w środku. Niby już wszystko było dobrze, niby to był lekarz znający się na swoim fachu, żaden żółtodziób, ale... to nie zmieniało faktu, że się bałam.
Potem na drugi dzień czuł się całkiem dobrze. Próbowałam z nim rozmawiać, przekonać, żeby to jakoś przełożył, odsunął w czasie. Żeby nie rzucał się na to teraz. Ale skończyło sie jak zawsze.
- Kochanie, nie mogę zerwać kontraktów, wiesz ile by mnie to kosztowało?
- No ile niby, życie?!
- Nie. - westchnął. - Będę musiał płacić milionowe kary, nie mogę tego odwołać ani przesunąć. Nie bój się. - chwycił mnie delikatnie za ramiona i wpatrzył się we mnie.
- Dlaczego ty się nie przejmujesz? - zapytałam łamiącym się głosem. Spojrzał mi w oczy, a potem przytulił. Wcisnęłam się w niego uważnie słuchając jak bije jego serce. Biło spokojnie i jednostajnie. Na razie.
- Przejmuję się. Wiem, że jestem wykończony pracą, wiem, że potrzebuję odpoczynku i będę odpoczywał, ale muszę odbyć tą trasę. Nie mam wyboru, Dana. Żadnego. - pocałował mnie w czoło, a z rozpaczy nie wiedziałam już co robić. - Wiem, że twoja mama jest chora. Ale u mnie nie stwierdzono żadnej choroby serca. Jestem zdrowy i nic mi nie będzie. Rozumiesz? - mówiąc to patrzył mi w oczy. Znów przykleiłam policzek do jego klatki piersiowej.
Mimo wszystkiego co mówił bałam się. I to panicznie.
Michael
Była przerażona. Widziałem to gołym okiem, nawet nie musiałem z nią już o tym rozmawiać. Czułem się nieswojo, zdawałem sobie sprawę, że sam jestem odpowiedzialny za to, że obserwuje mnie tak jakbym dosłownie zaraz miał umrzeć. Starałem zachowywać się tak jakby nic się nie stało, bo w końcu... nic mi nie było. Mój osobisty lekarz wie co mówi i na pewno ma rację mówiąc, że to tylko pojedynczy wybryk mojego serca.
Nie było też tak, że kompletnie mnie to nie obleciało. Przestraszyłem się i trochę bardziej niż trochę, ale w końcu nie mogłem przeciez wszystkiego rzucić. Dona mogła uważać swoje i rozumiałem to, ale nie mogłem tak po prostu zerwać wszystkich kontraktów, odwołać całej trasy i siedzieć w domu na dupie. Na to też przyjdzie czas, ale najpierw muszę odbyć te czterdzieści koncertów.
Zdawałem sobie sprawę, że ten atak mógł wyglądać o wiele straszniej niż był w rzeczywistości. Wiedziałem też, że matka Dony choruje na serce odkąd ona pamięta, widywała ją w podobnym stanie pewnie dość często. Ale tak jak jej powiedziałem, nie byłem chory na serce, jedynie byłem zmęczony. Ale nie bałem się. Znałem siebie i wiedziałem, że jak tylko wyjdę na scenę zapomnę o zmęczeniu i ta trasa zleci mi jak z bicza strzelił. Stało się to już po części rutyną. Potem zrobię sobie wakację od tworzenia czegokolwiek i moge nawet całymi dniami nie wyłazić z wyra jeśli to tylko Donę usatysfakcjonuje. Teraz jednak muszę wziąć się do pracy.
Zauważyłem w jej zachowaniu też coś jeszcze. Wieczorami, kiedy wracałem do domu i kładłem się już do łózka ona wciąz nie spała, nieważne która mogła być godzina. Czekała, aż ułoże się obok niej, a potem przytulała się do mnie z głową na piersi i tak zasypiała. Z początku nie widziałem z tym nic dziwnego, ale potem się domyśliłem. Słuchała bicia mojego serca. Jeśli biło spokojnie sama się uspokajała i zasypiała. Jeśli coś jej nie pasowało była nerwowa.
W końcu oficjalnie prace nad płytą zostały ukończone. Odetchnąłem lekko, jakieś dwa tygodnie luzu mi się przydadzą i to bardzo. Zastrzegłem sobie, że przez ten czas nie chcę o niczym słyszeć, odpoczywam, żeby naprawdę się nie przekręcić. Mimo wszystko czułem, że mocno się nadwyrężyłem. Te dwa tygodnie powinny wystarczyć na zregenerowanie sił.
- Teraz możesz być juz spokojna. - mruknąłem pewnego razu podchodząc do niej i całując ją w uszko. - Mam dwa tygodnie spokoju i nigdzie się nie wybieram. Ani do studia ani nigdzie. Nawet do własnego gabinetu tutaj. Tylko błogie leniuchowanie. - uśmiechnąłem się.
- I myślisz, że dwa tygodnie wystarczą ci, żebyś porządnie odpoczął? - odwróciła się do mnie przodem. Westchnąłem.
- Dona... Wiem, że się martwisz. Ale uwierz mi, że nie jestem obłożnie chory. - powiedziałem już nieco poirytowany odwracając się od niej i odchodząc w głąb salonu, w którym byliśmy. - Jeszcze trochę i ty sama się pochorujesz od tego ciągłego wałkowania tego wszystkiego.
- No, bynajmniej dla mnie to nie jest takie dziwne zjawisko jak dla ciebie. - odpowiedziała dziwnie drżącym głosem. Nie, tylko nie płacz.
- Wiesz co mam na myśli. - powiedziałem patrząc na nią. - Odpuść, odpręż się... przestań wciąz o tym myślec. Wrócę z tej trasy nawet się nie obejrzymy.
- Tak. - uśmiechnęła się mało wesoło pod nosem. - A ja przez ten czas będę tu siedzieć i się zastanawiac.
- Nad czym? Poza tym powiedziałem ci, że zabieram cię ze sobą. - spojrzała na mnie lekko zaskoczona.
- A wolno ci w ogóle brać kogokolwiek ze sobą? Wiedzą, że coś takiego planujesz? Czy to kolejny spontan w twoim wykonaniu?
- Trochę spontan, a trochę wiedzą. - uśmiechnąłem się. Podszedłem do niej i chwyciłem ją delikatnie za podbródek. - Nic mi nie będzie. - musnąłem lekko jej wargi. - Jesteś przewrażliwiona przez swoją mamę. Nie dziwię ci się wcale. Ale nie możesz zamknąc mnie w puszcze i schować.
- Szkoda. - mruknęła odwracając ode mnie swoje spojrzenie. Uśmiechnąłem się znów.
- Daj spokój. Proszę cię, uwierz mi. Wszystko będzie dobrze.
Zmusiłem ją by na mnie spojrzała, a potem pocałowałem czule.
Donata
Minęło kilka dni. Nic wielkiego się nie działo, Mike tak jak powiedział siedział całymi dniami w domu i nic dosłownie nie robił. Nawet się uśmiechnęłam pod nosem. Któregoś razu stwierdził, że jeśli kiedyś nadejdzie moda na trasy koncertowe, w których gwiazda będzie mogła jednocześnie śpiewać i leżeć w łózku to on się na to pisze. Śmiałam się z niego pytając czy śpieszno mu do pokazania światu swojej gołej dupy. Uśmiechnął się, ale po chwili umilkł i zrobił się nieco milczący.
Patrzyłam na niego nie wiedząc czy powiedziałam coś źle... Średnio sto pięćdziesiąt razy na dzień żartowaliśmy o gołych tyłkach, więc... chyba to nie moja wina.
- Hej, co jest? - zapytałam wskakując na łózko obok niego i przyglądając mu się. Leżał wyciągnięty na brzuchu z poduchą pod brodą obejmując ją rękami i wpatrywał się w ścianę kawałek przed sobą.
- Nic. - odpowiedział cicho.
- No przecież widzę. - ułożyłam się obok niego i wlepiłam w niego oczy. Spojrzał na mnie z westchnieniem.
- Nie każ mi o tym rozmawiać. - mruknął w pewnej chwili chowając twarz w poduszce do której się przytulał.
- O czym? - podchwyciłam biorąc w palce kosmyk jego skręconych włosów.
- O tym szczeniaku Arvizo. - wywarczał, aż mi się włoski na karku zjeżyły. Tyle jadu i nienawiści włożył w te kilka słów, że aż żołądek podjechał mi do gardła. Jakaś gula zaczęła rosnąc mi w gardle uniemożliwiając przez chwilę oddychanie. Wplotłam palce w jego włosy chcąc go jakoś uspokoić, ale chyba za mocno temat został poruszony, bo odskoczył ode jak oparzony, wściekły i wyszedł z łóżka. Chyba nie wiedział co ze sobą zrobic, ja z resztą też. Patrzyłam tylko na niego jak podszedł do okna i wpatrzył się w przestrzeń za nim. - Smarkacz. - usłyszałam jak cicho na niego bluzga.
Wahałam się przez chwilę, ale w końcu wyszłam sama z tego łóżka i powoli podeszłam do niego obejmując od tyłu jego ramiona. Podparł głowę na rękach stojąc przy parapecie.
- Cii... - szepnęłam. Ale to chyba nie wiele pomogło.
- Jakim trzeba być człowiekiem... żeby podrzucić komuś swojego bachora, kazać mu pchać mi się do łóżka, stwarzać różne dziwaczne sytuacje... a po co to wszystko?
- Jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. - mruknęłam wciąż tak z nim stojąc.
- Tak. Byłem i chyba wciąz jestem zbyt naiwny. Dałem się wyrolować jak nikt na ziemi chyba. Jeden dzień, dosłownie jeden dzień w którym ich poznałem zrujnował mi całe życie. Już nie chodzi mi o karierę. Ale trzy czwarte świata postrzega mnie teraz jak jakiegoś potwora, a wyrok uniewinniający niczego tu nie zmienia. W końcu kasa to najwyższa władza na tym świecie. - prychnął. - Przecież mogłem dać w łapę komu trzeba, prawda? Łatka się do mnie przykleiła i chyba już do śmierci będę się z tym męczył... - westchnął ciężko chowając twarz w dłoniach. - Nikomu nie życzę czegoś takiego.
- Opowiedz mi o wszystkim. - poprosiłam cicho, ale zareagował jakby coś go oparzyło. Odskoczył ode mnie kręcąc głową.
- O nie, nie, nie, Dona, ja nie będę o tym rozmawiał.
- Ale skarbie...
- Nie! Rozumiesz?! NIE! - krzyknął, aż zabolały mnie uszy i wyszedł z sypialni trzaskając drzwiami. Szczerze powiedziawszy, nie byłam ani zdziwiona jego zachowaniem ani jakoś specjalnie urażona. Martwiłam się tylko bo... Może myślałam, że gdyby mi o tym powiedział poczułby się lepiej. Nie miałam pojęcia czy z kimkolwiek o tym rozmawiał poza kimś z rodziny. Może powinien zastanowić się nad jakąś terapią?
Po kilkunastu minutach siedzenia na łóżku, patrzenia w swoje ręce i zastanawiania się w końcu wstałam i wyszłam z sypialni chcąc go odszukać i porozmawiać, ale nigdzie nie mogłam go znaleźć. Dom był wielki więc równie dobrze mogliśmy się mijać przez ścianę, ale wyszłam do wielkiego ogrodu z frontu domu. Usiadłam mniej więcej w połowie całego budynku na czymś co można by nazwać tarasem. Przed sobą miałam piękną i wielką kombinację kwiatową usadzoną na kształt zegara wskazującego jakąś godzinę. Była to prawdziwa finezja i ludzie, którzy się tym zajmowali musieli naprawdę się bardzo starać by to tak fantastycznie wyglądało. Po obu stronach tego tworu były białe schody wznoszące się aż pod dwoje drzwi, a po ich bokach rosły pięknie przystrzyżone zielone żywopłoty. Widziałam to wiele razy w domu na zdjęciach, ale w rzeczywistości robiło to piorunujące wrażenie. Mnie osobiście nie chciałoby się czymś takim zajmować, ale on miał od tego ludzi. Trawnik rozciągał się dookoła zielonym morzem. Popatrzyłam po tym wszystkim i z oddali zauważyłam zmierzającego w moją stronę Alana, operatora kamer. Uśmiechnął się pod nosem widząc mnie, gdy podszedł na kilka metrów.
- Hej. - przywitałam się z uśmiechem. Był całkiem sympatyczny i inteligentny. Uwielbiałam go tu najbardziej, poza Michaelem oczywiście. - Co słychać?
- O to samo chciałem zapytać. - powiedział ze śmiechem siadając obok mnie. - Dawno nie mieliśmy okazji porozmawiać. Co ty taka markotna? - zrobiłam krzywą minę.
- Mike się trochę przeze mnie... wkurzył. - stwierdziłam.
- Tak? To dlatego wydarł jak oparzony do studia. - mruknął po czym spojrzał znów na mnie. No tak, że też o tym nie pomyślałam. - Pokłóciliście się?
- Nie... nie wiem co to było. Teraz już wiem, dlaczego nie mogłam go do tej pory znaleźć. Pewnie będzie tam ślęczał nad wyimaginowanymi bzdurami do późnego wieczora.
- Przejdzie mu. A o co poszło? - popatrzyłam na niego po czym zdecydowałam się powiedzieć. Jeśli Mike nie chce gadać to dowiem się czegoś od kogoś innego. Może zapytam też Janet?
- O Arvizo. - zrobił wielkie oczy.
- Jak to o Arvizo?? Przecież ten szczeniak jest stracony w otchłani piekieł już na zawsze! - parsknęłam śmiechem.
- Żartowaliśmy dosłownie o dupie... i nagle zrobił się taki... inny. Cichy, smętny... Taki jakiego go zobaczyłam, kiedy byłam tu pierwszy raz. Chciałam z nim o tym porozmawiać, ale... uciekł, jak sam widziałeś. - popatrzyłam z krzywą miną na chłopaka.
- To dla niego temat bomba, Dona. Lepiej go wcale nie ruszać.
- Bomba. - prychnęłam. - To on nie długo zamieni się w tykającą bombę. W końcu wybuchnie, a ja... ja się martwię, kocham faceta, i chciałabym, żeby mi powiedział. Moze poczuje się po tym lepiej...
- On już nie raz o tym rozmawiał nawet z psychologiem. Nie wiem, może ten psycholog był trefny, że mało co pomógł.... ale... fakt jest taki, że Mike zachowuje się jak furiat kiedy tylko usłyszy o tym dzieciaku. A gdyby się tu pojawił, oooo!
- Czemu miałby się tu pojawiać?
- Nie wiem. Ale nie raz już życie mi pokazało, że wszystko się może zdarzyć. Może chciałby go przeprosić, że tak mu napsuł życia. Ten szczeniak do dzisiaj twierdzi, że on go molestował i koniec, nie wiem czemu ci rodzice każą mu to robić...
- Myślisz, że to rodzice?
- Tak. Nikt im tego nie udowodnił, ale Michaelowi też niczego nie udowodnili a kasę wzięli. - westchnął.
- W sumie... to nawet logiczne. - mruknęłam spuszczając głowę. - Ale trudne do pojęcia. - pokręciłam głową.
- Gdyby ich nie spotkał, albo gdyby umiał powiedzieć dość i zakręciłby im kurek, może to wszystko by się nie wydarzyło... A może wręcz przeciwnie, może gdyby im nie płacił, nie utrzymywał wręcz, byłoby jeszcze gorzej. Cholera wie, po co to wszystko. W każdym bądź razie udało im sie od niego wyciągnąć 20 milionów.
- Słyszałam. Zamiast procesu. - pokiwał głową.
- Ale mało im było i do procesu doprowadzili. Mike powinien od razu jak tylko to się zaczęło sam rządać postępowania, bo wygrałby ten proces od razu. Ale jak zawsze, on ma łagodną naturę, nie chciał się z nimi ciągać po sądach. I to dla każdego zdrowego na umyśle człowieka od razu było jasne, że gdyby on naprawdę skrzywdził to dziecko, a matka tego dziecka byłaby normalna, to za wszelką cenę wsadziłaby go do pierdla na 20 lat. A ona wolała kasę. Mówi samo za siebie. - pokiwałam głową. - Temat niby zakończony, ale... - skrzywił się lekko. - Boję się, że on jeszcze dostanie w dupe.
- Oby nie.
- Oby. - westchnął znów. - Musze wracać do pracy bo jeszcze mi się oberwie. - uśmiechnął się w końcu. - Do zobaczenia. - pomachałam mu na do widzenia.
Nie widząc dalej sensu w siedzeniu na dworze na zimnym twardym podłożu, pozbierałam się i wróciłam do środka do domu. Z westchnieniem myślałam co tu zrobić, żeby jakoś do niego dotrzeć, ale nie chciałam też naciskać, bo bałam się, ze sie na mnie zamknie, a tego nie chciałam. Za żadną cenę. Pomyślałam więc, że żeby zabić czas i czymś się zając, zrobię coś pożytecznego i trochę posprzątam.
Mike kręcił trochę nosem, kiedy widział mnie pracującą, chrząkał czasami tak głośno stercząc mi nad uchem, że momentami zaczynał przypominać mi świnię. Powiedziałam mu jasno, że nie przestanę pracować i już. Czuła bym się kompletnie jak jakaś pijawka. A on jeszcze chciał dawać mi swoje karty bankomatowe. Oszalał.
Udałam się więc do salonu z zamiarem pościerania tego i owego, ale okazało się, że już ktoś to zrobił wcześniej. Nie chciałam po nikim poprawiać więc zaczęłam szukać pomieszczenia, które byłoby jeszcze nie tknięte. Przechodziłam akurat obok pomieszczenia, w którym pierwszy raz z nim rozmawiałam. Na tej pamiętnej rozmowie kwalifikacyjnej. Podczas której na futrował mnie obiadem. Uśmiechnęłam się pod nosem i weszłam do środka.
Pomieszczenie było takie jak je wtedy zapamiętałam i puste. Nikogo w nim nie było. Zamykając za soba drzwi rozejrzałam się po stosunkowo małym pomieszczeniu i przeszłam głębiej. Naprzeciw drzwi było wielkie okno na całą ścianę. Bardzo mi się takie podobały, ale u nas w Polsce takich się nie stosuje, zwłaszcza w małych powojennych domkach. Takich w jakich ja mieszkałam z rodzicami.
Zaczęłam przecierać różne meble, figurki, aż dotarłam do sporego regału na którym poustawiane były kolorowe segregatory. Każdy kolor był ustawiony obok siebie, a każdy z nich określał kilka sztuk takich segregatorów. Na przykład, zielone z plakietkami 'Thriller' stały obok siebie w rzędzie, a było ich trzy. Dalej jakieś inne niebieskie, białe, a na samym końcu czarne z naklejkami 'Bad'. Musiał tu trzymać zapiski z całych prac, pomyślałam, że się nie obrazi, jeśli sobie je pooglądam.
Tak jak myślałam, w pierwszym opisanym tytułem Thrillera, były wpięte kopie umów, kontraktów, ale także kserokopie projektów strojów scenicznych. Było to bardzo ciekawe i po jakimś czasie siedziałam po turecku na podłodze wertując jeden za drugim. Sama bym się w tym nie połapała, ale on to już chyba miał wszystko w małym paluszku.
Segregatory z Bad były jednak cienkie jeśli chodzi o zawartość. Błagałam Michaela, żeby mi pokazał kiedyś jakies prace z tego krążka, ale powiedział, że dopiero po trasie. Więc domyślałam się, że gdzies je schował w obawie, że kiedyś będę tu grzebać. No jak widać nie pomylił się, cwaniak. Dwa dni wcześniej też tam sprzątałam, ale nie odważyłam się nigdzie zaglądać.Wyciągnęłam wszystkie trzy, ale tylko w jednym coś było, tylko umowy, nic poza tym, a dwa kolejne były puste. W momencie jak je wyciągałam na ziemię spadła jakaś inna cienka czarna teczka, która była wetknięta między dwa czarne. Pomyślałam, że może tu coś będzie. I przekonałam się, że ciekawość to naprawdę pierwszy krok do piekła.
Dziarsko zdjęłam gumeczkę z teczki strzelając nią jeszcze radośnie po czym ją otworzyłam. I oczy autentycznie wyszły mi na wierzch.
- O FUCK! - zakrzyknęłam bezgłośnie wybałuszając oczy jak gały na zawartość czarnej teczki.
Ręce automatycznie zaczęły mi się trząść. Ja sama zaczęłam się trząśc, wręcz dygotać. Czułam jak każdy pojedynczy nerw targa mięśniami, które momentalnie się spięły boleśnie. Gapiłam sie na to co miałam przed oczami i nie mogłam uwierzyć... Przecież to jest NIEMOŻLIWE. Niemożliwe. Nie okłamałby mnie tak... Odrzuciłam to od siebie z obrzydzeniem, po czym dźwignęłam się jakoś na drżące nogi i zaczęłam kręcić się w kółko nie mając zielonego pojęcia co robić. Łzy cisnęły mi się do oczu. Nie, na pewno nie, myślałam. To na pewno nie jest tak... Nie!
Wyleciałam z tego gabinetu trzaskając drzwiami, dobrze, że akurat nikogo nie było w pobliżu. Wpadłam do naszej sypialni i zaczęłam otwierać wszystkie szafy. Zaczęlam wywalać jego wszystkie ubrania, koszule, spodnie, wszystko przetrząsać, szukałam sama nie wiedziałam czego, ale w końcu coś znalazłam. Laptop zakitrany w ciuchach na najwyższej półce. Ściągnęłam go nie wiele myśląc i usiadłam z nim na łózku drżącymi rękami odpalając go.
Jak mogłam się spodziewać, był zabezpieczony hasłem. Mike miał jeden komputer, korzystałam czasem z niego, nie miał hasła... Dlaczego drugi chował w szafie i w dodatku zabezpieczył go hasłem?? Zaczęłam wstukiwac jakies przypadkowe słowa, ale nic to nie dało. Zagryzłam wargę i spróbowałam z jego imieniem i nazwiskiem w kilku różnych konfiguracjach. W końcu po którejś próbie wyświetliła mi się podpowiedź.
Whisper three words and I'll come runnin
And girl you know that I'll be there
I'll be there.
Liberian Girl.
Przeczytałam to lekko oszołomiona. Co to ma znaczyć? W pierwszej chwili nawet tego nie zrozumiałam. Zmusiłam się, żeby się skupić i w końcu przypomniało mi się, że są to słowa tej piosenki, którą Mike często lubił mi śpiewać. A Liberian Girl? To podobno tytuł piosenki dla mnie. Więc go wpisałam. Ale to też nic nie dało.
Wściekła miałam ochote rozwalić tego kompa, ale się powstrzymałam. Zakryłam twarz dłońmi głęboko oddychając i...
- No a jakże by inaczej... - szepnęłam po czym wpisałam po prostu swoje imię i nazwisko z dużych liter. W końcu uzyskałam dostęp. Pojawił się pulpit. A na nim kilka folderów. W sumie to nawet mądre zabezpieczyć komputer hasłem, które w rzeczywistości jest imieniem i nazwiskiem dziewczyny z Polski. Jaki Amerykanin będzie umiał napisać od tak słowa 'Donata Leszczyńska'??
Zaczęłam po kolei otwierać pliki. W pierwszym podpisanym 'nieistotne' znalazłam przygotowane umowy kupna i sprzedarzy działki, na której stoi cały Neverland. Dwa dni wcześniej do Mike przyszło dwóch facetów. Oznajmili ni z tego ni z owego, że ich jakiś szef chce odkupić od niego tą ziemię wraz ze wszystkim w zamian za godziwą sumkę. Mike jednak kategorycznie odmówił i faceci po jakiejś godzinie próbowania go przekonać w końcu sobie poszli. Oprócz tego było tam mnóstwo innych starych śmieci. Wszystko tu zapisywał, by mieć pod ręką. Też mądrze. W drugim folderze znalazłam elektroniczne wyciągi bankowe i inne tego typu duperele. Ale trzeci folder z kolei znów wprawił mnie w zdumienie. Ale było tam zupełnie co innego niż w teczce, która przed chwilą znalazłam.
Były tak teksty źródłowe dotyczące zapładniania in vitro. A także przykładowe umowy dla kobiet, które miałby dać się zapłodnić by urodzić komuś dziecko... Patrzyłam na to wielkimi oczami.
- On chce mieć dziecko... - mruknęłam sama do siebie, czując jak serce mi wali. Ale zaraz.... to mi do siebie kompletnie nie pasowało. To co zobaczyłam przed chwilą i to teraz. Kompletny bezsens...
Nic de facto nie znalazłam w tym laptopie więc w końcu go wyłączyłam i odrzuciłam na bok. W sypialni panował bałagan jakby przeleciało przez nią stado nosorożców. Ale nie przejmowałam się tym. Głowę miałam wielką jak sklep, nie miałam pojęcia co robić. I jak to gówno się tu dostało.
Jak w ogóle to jest możliwe, przecież to nieprawda... Wciąz zadawałam sobie to pytanie. Wałkowałam w pamięci ostatnie dni. Cały czas siedział ze mną. Nigdzie nie wychodził, z niczym się nie chował po kontach... Cały czas ze mną. Aż nie pojawili się ci faceci od kupna Neverland...
I wtedy to we mnie uderzyło. Tak. To musi być, inaczej... Inaczej go chyba zabiję.
Zerwałam się z łóżka na którym siedziałam i pognałam z powrotem do gabinetu i pozbierałam zawartość teczki i wybiegłam stamtąd. Skierowałam się od razu na zewnątrz do innego mniejszego budynku, gdzie siedział Alan i obserwował monitoring. Głównie ten zewnętrzny bo w domu nic się nie działo.
Wbiegłam do środka przytulając do siebie tą zasraną teczką jakby była co najmniej ze złota. Rozejrzałam się, ale nikogo nie było widać, nigdy wcześniej tu nie byłam.
- Alan, jesteś?! - wrzasnęłam cała się trzęsąc, chciałam jak najszybciej dobrać się do monitoringu.
- Co się stało?! - wyskoczył z jakiegoś małego pomieszczenia wybałuszając na mnie oczy. - Co jest?
- Ja...
- Co ci jest?!
- Muszę obejrzeć zapis z kamer w domu. Sprzed dwóch dni. - popatrzył na mnie zdziwiony.
- Po co? I co ty tam trzymasz? - wyciągnął rękę, ale odskoczyłam od niego. - Co się z toba dzieje?
- Muszę zobaczyć monitoring, chłopie, nie utrudniaj mi! - wciąż stał w miejscu i patrzył na mnie ogłupiały.
- Ale co się stało? Zginęło coś?
- Nie. - pokręciłam gwałtownie głową na boki.
- No to o co...
- Ktoś nam zostawił... prezent. - powiedziałam wciaż drżącym głosem.
- Jaki prezent?! - chyba pomyślał o czymś... wybuchowym. - Gdzie?! Jak?!
- To chcę właśnie zobaczyć...
- Gdzie to jest?!
- Tutaj. - mruknęłam machajać teczką, którą trzymałam obiema rękami. Znów chciał ją zabrać ale mu nie pozwoliłam. - Alan, miałes bardzo dobre przeczucie, że ktoś będzie chciał dać mu znowu porządnie w dupę, naprawdę. - wytrzeszczył na mnie oczy rozdziawiając buzię. Wskazał paluchem na teczkę z otwartymi lekko ustami jakby nie wiedział jak ubrać w słowa to co chciał powiedzieć. Ale chyba już się domyślał. - Możesz się domyśleć co tu jest. Domyślam się czegoś, ale muszę zobaczyć ten monitoring.
Bez słowa dopadł do komputerów i odszukał proszony zapis.
- Z całego dnia będziemy tu siedzieć do nocy. - powiedział trąc brodę.
- Nie. Przełącz na godzinę czternastą. - powiedziałam wciąz ściskając w ramionach tą teczkę. Około czternastej pojawili się faceci.
- Myślisz, że ktoś tą świnie tu podrzucił? - pokiwałam nerwowo głową. Wciągnął głęboko powietrze do płuc, a następnie ze świstem je wypuścił przeczesując sobie włosy palcami.
- To w najbliższym czasie możemy się spodziewać kolejnego najazdu policji. Kurwa, czy ci ludzie nie mają dosyć?! - trzasnął pięścią w blat na którym po ustawiane były urządzenia. Miałam ochotę wyć, ale najpierw musiałam zobaczyć ten film.
W końcu pokazało się to na co czekałam. Dwaj faceci wchodzący przez bramę, widać to było na jednym z monitorów, a po kilku minutach na innym pojawili się w salonie. Chwila względnej ciszy i pokazał się Mike. Jeden z facetów trzymał w ręce teczki. Dwie. Jedną białą, a drugą... czarną.
- Tu patrz. - wskazałam mu palcem. - To chyba ta sama. Dwa dni temu sprzątałam ten gabinet w którym to teraz znalazłam, nie było jej tam. A dzisiaj wleciała mi w ręce.
- A co ty tam robiłas w ogóle?
- Poszłam troche ogarnąć i zaczęłam oglądać segregatory z prac nad krążkami. Myślałam, że może jest w niej coś z 'Bad', ale... - uciełam otwierając szeroko oczy na myśl o tym co zobaczyłam.
- Coś naprawdę... bad?? - pokiwałam głową patrząc na niego.
Wbijaliśmy oczy w monitory, aż w którymś momencie facet z teczkami coś powiedział i oddalił się.
- Nie ma tu głosu? - pokręcił głową, westchnęłam. - Jakim prawem wałęsał się po domu?!
- Nie wiem, może zapytał czy może skorzystać z kibla. - Alan sam chyba był w szoku.
- Kibel jest w drugą stronę. - zauważyłam wciąż czując jak wszystko w środku mi się zaciska. Wzruszył ramionami trzymając się za głowę. - Ale idioci... przecież są kamery...
- Za pewne o nich nie wiedzieli. - zasugerował. Popatrzyłam na niego wielkimi oczami. - Mike założył je niedawno. Na wszelki wypadek. Wtedy trudno było mu udowodnić swoją niewinność bo nie mógł pokazać tego jak ten bachor wciskał mu się do wyra. W sypialniach, łazienkach i gabinetach nic nie ma, ale ten dzieciak obłapiał go nawet na środku korytarza. - zakryłam oczy dłonią nawet nie chcąc sobie tego wyobrażać. - Mike tłumaczył mu, że to co najmniej niestosowne no to się uspokajał. Ale za dwa trzy dni znowu. Zazwyczaj jak wracał do niego od rodziców. - spojrzał na mnie wymownie. Teraz już naprawdę trudno było mi sie powstrzymać od wycia.
Śledziliśmy drogę faceta z teczkami, aż doszedł do drzwi feralnego gabinetu, którego w tym momencie nienawidziłam. Rozejrzał się dookoła po czym od tak sobie wszedł do środka.
- Mamy go... chyba. - mruknął kamerowy. Serce waliło mi jak młot. - Wychodzi...
Wbiłam oczy w jego ręce... nie miał już czarnej teczki. Tylko białą. Odetchnęłam wybuchając zaraz płaczem. Kto na moim miejscu nie miałby wątpliwości? Ale ulżyło mi momentalnie. Usiadłam na jakimś krzesełku powoli się uspokajając.
- Zrobię ci herbaty. - powiedział sam będąc w szoku i po kilku minutach podał mi kubek. Wzięłam go i popiłam trochę, poczułam się lepiej. - Tylko co teraz, kurwa...
- Nie mam zielonego pojęcia. - powiedziałam kręcać głową. - Chyba... Chyba pojadę z tym do Janet. Kurwa mać. - zaklęłam po polsku.
Kiedy wyszłam od Alana czułam się względnie spokojna. Pozostawała tylko kwestia tego co z tym zrobić. Miałam ochotę wrzucić to do ognia w kominku, ale coś mi mówiło, że to nie jest dobry pomysł. Musiałam porozmawiać z Janet, może coś wymyślimy...
Michael
Zajechałem do studia wściekły. Trzaskając drzwiami wpadłem do biura, teraz pustego, nie było tu prawie nikogo. Pozbierałem papiery i zacząłem je przeglądać chcąc sprawdzić czy wszystko jest w porządku.
Nawet nie wiedziałem do końca o co jestem taki zły. Nie chciałem jej o tym mówić, nie chciałem by wiedziała cokolwiek. Może bałem się, że zmieni o mnie zdanie. Że zacznie porównywać to co mówię z tym co pisały gazety. Że mi nie uwierzy i zostawi. Ale z drugiej strony... jeśli ktoś jej opowie spaczoną wersję... to skończy się tak samo. Czy ja już nigdy nie zaznam choć odrobiny spokoju?
Odrzuciłem w końcu te papiery na bok wzdychając. Zachowałem się jak cham, nie chciałem się na niej wyżywać, ale... Poniosło mnie.
- Jestem chujem. - mruknąłem do siebie podpierając głowę na ręce i wpatrując się w blat stołu. Po kilku minutach wstałem i podszedłem do okna. Była piękna pogoda, ciepło. Chciało się wyjść na dwór. Ja jednak musiałem unikać wciąz słońca. Nowe plamy zaczęły pojawiac się w zastraszającym tempie... Dziś rano zauważyłem wielką za lewym uchem. Nawet nie chciałem sobie wyobrażać jak będę wyglądał jak wejdzie mi to na twarz. Tony makijażu... a wystarczy, że wyjdę w tym przed gorące reflektory, jak mi to z mordy spłynie... Jak nie jedno to drugie.
Będe musiał ją przeprosić. To, że nie potrafię sam sobie ze sobą poradzić nie znaczy, że mam prawo wyładowywania się na niej. Bardzo ją kochałem. Nie chciałem jej stracić przez własną głupotę... chyba nie byłoby nic gorszego. Znamy się tak krótko... Przyjechała tu raptem dwa miesiące temu. I mniej więcej tyle jesteśmy razem. Niektórzy wciąz są sceptyczni. Mówią, że to jest zbyt piękne, żeby mogło trwać długo i niedługo coś się wydarzy i ta dziewczyna ode mnie ucieknie, odejdzie. Nie chciałem o tym myślec, zbywałem tych ludzi, kazałem zając się swoimi tyłkami, swoim życiem. Na pewno nie pozwolę jej odejść.
Zebrałem te papiery i włożyłem z powrotem tam, gdzie były zanim je porwałem. Po drodze do domu odwiedziłem kwiaciarnię. Kupiłem wielki kosz z czerwonymi różami. Kupiłem też piękny zdobny papier, na którym napisałem odręcznie tekst piosenki i opatrzyłem go tytułem jaki nosi, 'Liberian Girl'. Zakochałem się w tej piosence po prostu.
W drodze do domu byłem już spokojniejszy. Wymyślałem nawet co jej powiem na przeprosiny. Może rzeczywiście powinienem z nią usiąść i wszystko po kolei jej opowiedzieć? O starym jej powiedziałem, nie uciekła bynajmniej. Może o tym gnoju też powinienem... Ale nie uśmiechało mi się wracać do tego myślami.
Ale czy kiedykolwiek moje myśli się od tego uwolniły? Chyba nie. Wciąz gdzieś tłukł mi się po głowie, a mnie trawił głęboki żal. Po pierwsze oczywiście do tego bachora i jego rodziców. A po drugie do samego siebie, że dałem się tak perfidnie zrobić. Każdy widział to czego ja wtedy nie dostrzegałem, każdy mi to pokazywał nawet palcem, ale mnie to nie wystarczyło. A kiedy zdałem sobie sprawę, że mają rację, było już za późno. Byłem już tak ugnojony, a nawet o tym nie wiedziałem.
Pamiętałem jak dziś jak policja tak po prostu sobie przyszła, zakuła mnie w kajdany i wywiozła na przesłuchanie. Przez kilka godzin im tłumaczyłem, że nie mam nic z takimi rzeczami wspólnego, że mogą splądrować nawet cały mój dom, poodzierać obrazy z ram, podłogę z paneli, a i tak nic nie znajda. I nie znaleźli. Ale co to dało... nic. Miałem żal do całego świata tak naprawdę. Do ludzi, którzy mnie nie znają a i tak mają wyrobiona o mnie opinię. Widzieli mnie tylko na ekranie telewizora, a zachowują się tak jakby znali mnie całe życie. To boli, naprawdę boli, gdy ktoś z góry cię skreśla nie zadając sobie ani odrobiny trudu by cię poznać. Poznać fakty, nie plotki w gazetach. Ale to jest własnie łatwiejsze. Przeczytać artykuł w gazecie i dać mu wiarę, to jest łatwe. Bo w kłamstwo uwierzy większość, łatwiej jest stać za większością, niż zaprzeć się w sobie i wytknąć komuś błędy. Powiedzieć, pomyliłes się.
Miałem Donę, moje światło w ciemności i chyba dlatego, że była takim moim światełkiem bałem się ją stracić. Odebrali mi już zbyt wiele bym mógł pozwolić sobie jeszcze zabrać ją.
Zajechałem do domu, zaparkowałem tam gdzie zwykle, zabrałem bukiet i wszedłem do domu. Było pusto. Pomyślałem, że może Dona jest wciąż w sypialni. Na dworze panował taki skwar, że kwiaty więdły w oczach i nawet te zraszacze nic nie dawały. Prawie. Bo gdy ja obok nich przeszedłem, to przynajmniej mnie się zrobiło chłodniej.
Pewnie jest obrażona. Jakoś ją urobię, pomyślałem otwierając drzwi do sypialni i stanąłem jak wryty.
- A co tu się stało? - mruknąłem sam do siebie wchodząc do środka. Aż tak się wściekła, że powywalała wszystko z szaf? Nawet mój drugi komputer, którego rzadko używałem bo nienawidziłem Acera, a z tej marki Janet mi go podarowała, zwalałem na niego przeważnie śmieci, leżał na łózku. O co tu chodzi?
Postawiłem kosz z kwiatami na podłodze pod ścianą i popatrzyłem na swoje flanelowe koszule i dżinsy porozwalane dosłownie wszędzie. Z kieszeniami wywalonymi na lewą strone... Nic z tego nie rozumiałem.
- Niezły bałagan. - usłyszałem i odwróciłem się. W otwartych drzwiach stał Alan, operator kamer, którego szczerze lubiłem.
- Własnie widzę. - mruknąłem. - Co tu się dzieje? - popatrzyłem na niego.
- To chyba robota twojej Dony, tak mi się wydaje. Przetrząsnęła nie tylko sypialnię, ale i jeden z gabinetów. - popatrzyłem na niego marszcząc czoło.
- Czemu to zrobiła? - poczułem skurcz w żołądku. Nie ufa mi z jakiegoś powodu?
- Jest poważny problem, Mike. - nie spodobała mi się jego mina. Patrzyłem na niego czekając, aż mi powie co się dzieje. Odetchnął głębiej przez nos.
- No mówże!
- Jak mam ci to powiedzieć, co? - naprawdę zaczynałem się bać. - Dona znalazła... coś... w twoim gabinecie. Tym najmniejszym, w którym trzymasz prace nad płytami.
- Co znalazła? Przecież ja tam nic nie mam. Co, zdjęcia z jakąs babą czy co? - westchnąłem sfrustrowany.
- Zdjęcia, owszem, ale bynajmniej nie z babą. - spojrzałem na nią.
- To jakie? - wyglądał jakby miał się zaraz porzygać.
- Pornografię dziecięcą.
Nastała grobowa cisza. Patrzyłem na niego wielkimi oczami, które chyba dosłownie wyszły mi z orbit. Poczułem jak czucie uchodzi z całego mojego ciała. Zrobiło mi się słabo. Jaka pornografia, do cholery?! Gdzie?! TU?!
- To żart, ale mało smieszny. - wysapałem siadając na podłodze tak jak stałem wśród swoich ciuchów.
- To nie jest żart...
- Gdzie ona jest? - nawet go już nie słuchałem.
- Pojechała do Janet...
- Fuck... - zakląłem. Nie wiedziałem co robić. Czułem się jakby ktoś dał mi kijem przez łeb. Jak to możliwe... Popatrzyłem na niego starając się przełknąć to co podjeżdżało mi do gardła.
- Co z tym zrobisz? - zapytał podchodząc bliżej i patrząc na mnie. Położyłem się jak długi i wbiłem wzrok w sufit. Nic nie powiedziałem. To chyba był szok... Kompletnie odciąłem się od rzeczywistości. Nie, to się nie może zacząc dziać od nowa... Wpędzą mnie do grobu... Chociaz to wcale nie byłoby takie złe... Może powinienem pomóc sobie umrzeć...? To też całkiem dobre rozwiązanie...
Alan coś do mnie mówił, ale ja nie kontaktowałem w ogóle. Patrzyłem w ten sufit, aż zakryłem twarz dłońmi choć oczu nie zamknąłem. To jest nie do zniesienia... Czego ten szczyl i jego starzy ode mnie chcą do jasnej cholery?! Czy ja naprawdę muszę przez to przechodzić? Odrętwienie mieszało się ze złością i rozpaczą. A Dona? Boże... Co ona sobie o mnie myśli... Ja się przejmuję tymi potworami? To jest nic, że podrzucili mi kolejną świnię... Ona to znalazła, jak... Jak mogło do tego dojść... Dlaczego oni chcą mnie zabić po prostu... Bo jeśli ona mnie zostawi to ja nie wiem... co zrobię...
- Mike, do cholery, mówię do ciebie, co ty robisz?! - usłyszałem w końcu głos Alana i popatrzyłem na niego błędnym wzrokiem. Chyba się mnie wystraszył w takim stanie.
- Czekam na śmierć. - odpowiedziałem bezbarwnym głosem.
- Co takiego?!
- Dona... to... widziała... Boże... nie... ja... ja nie dam rady... ludzie... dajcie mi w końcu... święty spokój... - zacząłem mamrotać znów zasłaniając twarz dłońmi.
- Co Dona, co Dona, Dona prawie stanęła na głowie! Już chyba nawet wiemy kto ci to podrzucił.
PODRZUCIŁ. To słowo zadziałało na mnie jak dopalacz. Popatrzyłem na niego.
- Wierzysz, że...
- Że ci to podrzucili? Tak, wierzę. Przerabialiśmy to już wszyscy Mike. Jesteś niewinny. - powiedział stercząc nade mną i patrząc mi w oczy.
- A ... A Dona?
- Dona przyleciała do mnie cała się telepiąca, chciała obejrzeć monitoring sprzed dwóch dni. Ci faceci, którzy przyszli do ciebie z propozycją odkupienia od ciebie całej posiadłości...
- ONI??? - podźwignąłem się znów na nogi.
- Tak. Wtedy gdy jeden odszedł na moment...
- Chciał szklankę wody... - wciąż wytrzeszczałem oczy. Perfidia...
- Taa... Idąc do kuchni mijasz gabinety. Mamy wszystko na kamerach. Wszedł do środka z dwiema teczkami, czarną i białą. Wyszedł tylko z jedną, z białą.
Boże, to śmierdzące gówno leżało tu juz DWA DNI?? Przeczesałem włosy oddychając cieżko.
- Pytałem co z tym zrobisz. Dona pojechała rozmawiać z twoją siostrą. Ja myślę, że powinieneś się z tym udać na policję pierwszy zanim oni tu znowu wbiją. Bo jestem pewny, że ktoś 'uczciwy' da im anonimowy cynk. - usiadłem na łózku trzymając się za głowę.
- Ja nie chcę drugi raz przez to przechodzić.
- Ale co masz innego do wyboru? Jeśli sam się za to weźmiesz opinia publiczna zobaczy, że to musi być coś smrodliwego, inaczej kiedy czyta sie że ktoś ci wjechał na chate a inaczej kiedy ty coś znalazłeś i sam z tym idziesz i jeszcze z mordą. - pokręciłem głową, czułem jak ogarnia mnie rozpacz.
- Boże... czego oni ode mnie chcą wszyscy...
- Za pewne mało im pieniędzy.
Miałem dość. Co za syf... Ja nawet nie chciałem tego oglądać. Rzygać mi się chciało. A moja Dona... Chryste, to widziała. Musiała mi wierzyć, że to nie ja, nie moja wina... ale ściskało mnie na myśl co sobie o mnie myślała w pierwszej chwili. Bajzel w pokoju był tego dowodem. Sądząc po wyciągniętym laptopie jego też przetrząsneła. Pewnie odgadła hasło. Trudne nie było. Pokręciłem głową i po prostu się rozpłakałem. Ile mam jeszcze tego znosić?
Subskrybuj:
Posty (Atom)





