Michael Jackson

Michael Jackson

wtorek, 23 sierpnia 2016

44.

Witam. :) Tym razem planowo tak jak zapowiadałam, rozdział sprawdzony, mam nadzieję, że nie pominęłam żadnych byków. xo ;p Następny ukaże się w czwartek, i tak co dwa dni. Żeby nie przesadzać, ale za chwile wrzesień i czasu na pisanie będzie bardzo mało. Tak więc zapraszam do czytania i komentowania jak zawsze. :)



Donata


Przesiedziałam u Janet cały tydzień. Pierwsza noc po... tym... była tragiczna. Bez przerwy płakałam, kiedy pierwsze emocje już opadły, została tylko czarna rozpacz. Nie potrafiłam opanować łez. Jan siedziała ze mną aż do rana, kiedy o szóstej w końcu przysnęłam wykończona na kanapie w jej salonie.
Nigdy wcześniej u niej nie byłam, to ona zawsze przyjeżdżała do... Michaela. Nawet jego imię było mi ciężko wymówić, nawet w myślach. Tak bardzo kochałam tego gnoja. Teraz czułam to tak wyraźnie jak to było tylko możliwe. Wręcz namacalnie. A on... zmieszał to wszystko z błotem.
To co było między nami nic dla niego nie znaczyło. Znalazł sobie głupią, młodą... Mój ojciec miał rację. Powinnam była go posłuchać. Teraz żałowałam, że tego nie zrobiłam. Może nie wróciłabym od razu do Polski ale powinnam przynajmniej wynieść się z LA. Gdybym mogła cofnąć czas na pewno bym to zrobiła.
Mój telefon od tygodnia była wyłączony. Nie chciałam z nikim rozmawiać. On... wydzwaniał wciąż i wciąż... Pytałam sama siebie po co. Po co dzwoni. Tutaj nie ma czego zbierać. Wszystko zaprzepaścił... Zaufałam mu, zdobyłam się na to po tym co mi zrobił Darek. I okazał sie być jeszcze gorszy od niego. Wiedział co przeżywałam, wiedział jak cierpiałam, jak trudno mi było jemu uwierzyć, zaufać, ale w końcu mi się to udało. I co? Jaka mnie za to spotkała nagroda?
Nienawidziłam go i kochałam jednocześnie. To nie było to samo co po Darku. To było tysiąc razy gorsze. Myślałam, że się nie pozbieram. Wierzyłam jak głupia w każde jego słowo. I nic co mu wtedy wykrzyczałam na odchodne nie sprawi, że poczuję się lepiej. On nigdy nie poczuje tego bólu, który ja teraz czuję. Jest taki sam jak wszyscy. Gwiazdeczka. Pieprzony hipokryta! Nigdy mu tego nie wybaczę... Zrobił to perfidnie... Po prostu zdeptał mnie jak te wszystkie robaki u siebie w ogrodzie.
Mama i tata pewnie dobijali się do mnie zaniepokojeni tym, że mam wyłączony telefon tyle czasu. Iwa pewnie też. Ale nie chciałam teraz rozmawiać. Najchętniej to bym sie gdzieś zaszyła, w samotności siedziała i użalała się nad sobą. Chociaz nie powinnam, ale... Nie mogłam tego przeżyć.
Janet weszła do salonu z tacą, pewnie z jedzeniem. Nie byłam głodna. Najlepiej to jakby przyniosła litr wódki, to bym wypiła. Nie odmówiłabym. Schlałabym sie tak, że nie wiedziałabym nawet jak się nazywam. Ale nie miała wódki, tylko kanapki i ciepłą herbatę.
- Dona? - zapytała cicho ostrożnie z lekkim uśmiechem siadając na skraju kanapy, na której leżałam pod kocem. Spojrzałam na nią i znów przymknęłam oczy. - Śniadanie. Musisz coś zjeść w końcu. Przez ten tydzień zjadłaś raptem dwa obiady...
- Nie jestem głodna. - odpowiedziałam cicho. Przykryłam się bardziej kocem. Dławiło mnie w gardle, miałam ochotę znów się rozpłakać, ale powstrzymywałam się. Ile można ryczeć? Nie chciałam wyć przez... niego. Nie był tego wart.
- Wciąż to powtarzasz. - mruknęłam przyglądając mi się.
- Bo naprawdę nie jestem głodna. - odpowiedziałam znów cicho.
- To chociaż wypij coś ciepłego. Zobacz, przyniosłam ci herbatę malinową. Wiem, że lubisz.
- Dziękuję. - mruknełam ale nie ruszyłam się. Westchnęła.
- Naprawdę zaczynam się martwić...
- Nie musisz. Nic mi nie będzie.
- Mike też się na pewno martwi. - zacisnęłam mocno powieki. Janet od kilku dni próbuje mi powiedzieć, że może to jakiegoś kosmiczne nieporozumienie. Że w pierwszej chwili też jej to tak tragicznie wyglądało, ale po czasie pomyślała, że może coś źle zrozumiałyśmy. Co niby źle zrozumiałyśmy? Ja uważałam, że tu nie ma nic do rozumienia. Puszcza się i tyle. - Dona...
- Nie chcę o nim słyszeć. Przestań mi wmawiać... Nie jestem ślepa, widziałam, i ty też! - zaczynało mnie to wkurzać.
- No tak, widziałam, ale...
- Nie ma żadnego ALE! Nie chcę miec z nim nic wspólnego. - zakopałam się znów pod kocem. - I dziękuję ci za śniadanie.
- Wykończysz się...
- No cóż. Gratulacje dla twojego braciszka. - do oczu napłynęły mi łzy, ale nie pozwoliłam im polecieć dalej. Nie chciałam już płakać ani cierpieć. Ale to nie było proste.
- Dzwonił do mnie bez przerwy. - mruknęła znów patrząc na mnie. - Masz wciąż wyłączony telefon.
- Nie chce z nim rozmawiać.
- A twoi rodzice? Pewnie też się martwią.
- Z nimi też nie chcę rozmawiać.
- Dlaczego?
- Bo jak im opowiem... to mama zacznie to przeżywać jeszcze bardziej niż ja. Po zerwaniu z chłopakiem w Polsce też tak było. A tata zaraz zacznie powtarzać swoje 'a nie mówiłem'. Nie potrzebuję tego.
- Ale musisz im coś dać znać, nie możesz nagle się od wszystkiego odciąć!
- Jedyna rzecz od której chcę się odciać, to twój brat. Nic więcej.
- Porozmawiaj z nim. Na pewno da się to jakoś wyjaśnić! - poprosiła. Westchnęłam. Podniosłam się w końcu do siadu. Było mi aż zimno, tak długo leżałam w jednej pozycji pod kocem. Czułam się jakbym chorowała. Może nawet miałam lekką gorączkę. - Dona... - mruknęła znów cicho. Pokręciłam głowa.
- Nie jestem w stanie... na niego patrzeć.
- Kochasz go, to widać.
- I co z tego? - spojrzałam na nią. - Co z tego? Ale on mnie nie kocha.
- Nie mów tak!
- A jak mam mówić? Gdyby mnie kochał tak jak mówił... - głos mi się załamał. Pokręciłam głową i ukryłam twarz w dłoniach. Nie dałam rady, nie mogłam opanować płaczu.
Poczułam jak Janet obejmuje mnie jednym ramieniem. Tak było dzień w dzień od tygodnia. Każdego dnia powtarzałam sobie, że nie będę już ryczeć. I każdego dnia zawodziłam samą siebie. To było zbyt cięzkie. Nie umiałam tego znieść.
Z jednej strony pragnęłam by mnie przytulił i powiedział, że to nieprawda. Ale jednocześnie nie mogłam znieść nawet myśli o tym by mógł mnie dotknąć. Nawet gdyby tylko stał w tym pokoju ja chyba dostałabym zawału. Nie umiałam tego wszystkiego zrozumieć... Źle mu było ze mną, że poszukał sobie innych atrakcji u byłej żony? A może po prostu...
- On mnie nigdy nie kochał. - powiedziałam szeptem ocierając policzki i pociągając nosem.
- O czym ty mówisz?
- Mówię, że nigdy mnie nie kochał. Nigdy. Zawsze była Lisa. Zawsze tylko ona. Widać... w końcu się dogadali. Ja mu nie jestem już do niczego potrzebna.
- Przeginasz teraz. - wkurzyła się lekko. - Lisa nie dorasta ci do pięt! Ty go nie znałaś wcześniej! On się zmienił gdy ty się pojawiłaś, wróciło do niego życie! Ja nawet nie chcę się zastanawiać jak on teraz wygląda. - słychać było w jej głosie że martwi się o brata. Ale dla mnie sprawa była jasna.
- Nie masz racji.
- Jak to nie mam?!
- Gdyby było tak jak mówisz... spotykałby się z byłą żoną? - spojrzałam na nią, Nie wiedziała co odpowiedzieć. - Właśnie. To jej mu potrzeba do szczęścia, nie mnie. Głupia byłam... że myślałam, że on naprawdę może mnie kochać.
- Teraz w sobie widzisz jakąs winę tego wszystkiego?!
- Nie winę. Po prostu mówię jak jest. Byłam tylko środkiem zastępczym... na chwilę. Było mu ze mną dobrze, dopóki Lisa znów się nie pojawiła. Teraz woli być z nią. To chyba normalne...
- Nie, ty jesteś nienormalna! - wydarła się. Popatrzyłam na nią. - On ciebie kocha! On chyba żadnej w życiu tak nie pokochał jak ciebie! Kobiet można miec na pęczki! Ale tylko jedna jest na całe życie, wiesz?!
- Już ją ma. - powiedziałam spuszczając głowę.
- Tak, ma ciebie. Proszę pogadaj z nim! - usiadła znów obok mnie. - On ci to na pewno da radę jakoś wytłumaczyć...
- Jakoś. Czyli jak? - popatrzyłam na nią. - Co mi powie? Tu nie ma czego tłumaczyć, Janet... Już tyle razy ci to mówiłam...
- Ja też wiele razy ci pewne rzeczy mówiłam! - zerwała się znów z miejsca, gdyż rozbrzmiał dzwonek. - Pójdę otworzyć... - westchnęła i poszła.
Zostałam na moment sama. Siedziałam tyłem do wyjścia z salonu więc nie widziałam czy ktoś przyszedł czy to była tylko jakaś krótka nie zapowiedziana przez kogoś wizyta. Nie wiele słyszałam. Praktycznie to nic nie słyszałam. Po kilku minutach Janet weszła z powrotem do salonu, mówiąc, że ktoś przyszedł. Pomyślałam, że pewnie do niej. Nie chciałam jej przeszkadzać.
Wstałam z zamiarem udania się gdzieś... indziej... i zobaczyłam... jego...




Serce automatycznie zaczęło walić mi w piersi. Tego sie obawiałam. Nie byłam w stanie znieść jego obecności tutaj. Patrzył na mnie oczami... widziałam w nich ból, czysty ból, ale... Co niby go tak boli? Nie może się zdecydować czy co? Lisa czy ja? Ja mu pomogę podjąc tą decyzję.
Zrobił krok w moją stronę, a ja natychmiast ruszyłam do tyłu, obeszłam cały salon okrężną drogą z zamiarem wyjścia stamtąd, ale oczywisćie... mi nie pozwolił. Kiedy mnie dotknął miałam wrażenie, że zaraz się zapalę. Jego dotyk po prostu parzył. Ale nie tak jak wcześniej. To aż bolało. Bolało jak mnie dotyka, jego głos, to wszystko wywoływało we mnie niemal fizyczny ból. Starałam się uciec, odepchnąc jego ręce ale złapał mnie w pasie i przycisnął do siebie mocno. Nie mogłam tego znieść...
Zaczęłam wrzeszczeć, żeby mnie póścił, żeby mnie już więcej nie ranił. Trzymał mnie mocno, tak, że nawet nie mogłam się ruszyć. Krzyk mieszał się z płaczem... W końcu całkowicie opadłam z sił i zawisłam w jego ramionach bezwładnie. Janet wyglądała jakby sama miała się zaraz rozpłakac. Wyszła z salonu... chyba nie mogła na nas patrzeć.
Upadłam na kolana, a on razem ze mną. A może na odwrót? To on upadł a ja razem z nim? Nieważne...
- Dona... - odezwał się łamiącym się głosem. - Proszę... - pokręciłam gwałtownie głową zatykając sobie uszy. - To naprawdę nie jest tak jak myślisz...
- A jak? Jak jest... - wyjęczałam opadając znów w jego ramiona. Pozwoliłam mu się przytulić, głaskac po włosach... Może mnie to zabije, nie będę musiała tego wszystkiego czuć...
- Spotkałem się z Lisą, bo... bo chciała porozmawiać... - zaśmiałam się o dziwo, aż sama byłam zaskoczona. On chyba też. Patrzył na mnie przerażony, a ja dalej śmiałam się cicho.
- Porozmawiać? - parsknęłam śmiechem. - Więc tak teraz wyglądają rozmowy? Na tym twoim zdaniem polegają ROZMOWY... na obściskiwaniu się w jakiejś kawiarni i na całowaniu...
- Nie całowałem jej...
- Nie kłam. - syknęłam. - Proszę cię, chociaż nie kłam, skoro już tu jesteś.
- Nie kłamię. - szepnął trzymając mnie w ramionach, ale jakby sam zaczął tracić siły.
- Kłamiesz. Ale w sumie to... ja ci nie będę w niczym przeszkadzać. Nie wiem w ogóle po co tutaj jesteś. - spojrzał na mnie nie mając pojęcia o czym mówię.
- O czym ty...
- O czym mówię? Zaraz ci wyjaśnię. - pociągnęlam znów nosem wstając i próbując wyswobodzić się z jego rąk, ale wciąz mnie trzymał. I wciąż przede mną klęczał. - Puśc mnie.
- Dona, skarbie... może nie jesteśmy razem zbyt długo, ale przecież wiesz, że...
- My już nie jesteśmy razem. - nie byłam nawet w stanie wypowiedzieć jego imienia.
- Nie mów tak, prosze cię. - wyszeptał przytulając twarz do mojego brzucha. - Nie mów tak.
- Taka jest prawda.
- Błagam cię, nie zostawiaj mnie. - zaczął szeptać. - Jak ja mam żyć bez ciebie, co ja mam zrobić, nie umiem... Przecież wiesz. - spojrzał mi z dołu w oczy. - Wiesz, że cię kocham, tylko ciebie...
- Nie, ty mnie nie kochasz. - powiedziałam dobitnie zamykając oczy by go nie widzieć.
- Kocham cię, nad życie...
- Nie...
- Tak, co mam zrobić, byś mi uwierzyła, byś chciała mnie wysłuchać? Powiedz. Zrobię co tylko zechcesz, tylko daj mi szansę wszystko wyjaśnić, prosze.
- Tu nie ma czego wyjaśniać, rozumiesz?! - zaczynałam całkowicie tracić nad soba panowanie. - Nie ma już nas, nie ma nic. Ale jak mówiłam... Doszłam do pewnych wniosków...
- Jakich...? - zapytał jakby się bał. Uśmiechnęłam się znów pod nosem.
- Ty JĄ kochasz. I ja cię nie będę się starała zatrzymać przy sobie. - wytrzeszczył na mnie oczy. - Tak. Taka jest prawda. Zawsze liczyła się dla ciebie tylko ona, nikt więcej, a już na pewno nie ja...
- Co ty opowiadasz, Dona, ty jesteś najważniejsza, rozumiesz?! TY! - w mgnieniu oka wstał na nogi i chwycił moją twarz w swe dłonie.
- Zostaw...
- Jesteś moim życiem... błagam cię, pozwól mi wyjaśnić to zrozumiesz...
- Powiedziałam już...
- Błagam, trzy minuty. Proszę cię.
- Po co? Powiedziałam już wszystko co miałam do powiedzenia. Idź już, nie męcz mnie.
- Prosze cię. - szepnął błagalnie patrząc mi w oczy. Widziałam w jego oczach łzy. Strach, ból... Nie rozumiałam tego... przecież ma Lisę, swoją ukochaną... Czego on chce więcej? Do czeka JA mu jestem potrzebna?
- Idź.
- Nie pójdę bez ciebie.
- IDŹ. Teraz ja cię błagam. - powiedziałam roztrzęsiona.
- Nie, nie pójdę. - pokręcił głową.
- Wynoś się, do cholery! - krzyknęłam odpychając go, ale to nie wiele dało. Przyciągnął mnie znów do siebie i zamknął w ramionach... Nie miałam siły mu się wyrwać.
- Nie pójdę, dopóki nie wysłuchasz tego co chcę ci powiedzieć.
- Cokolwiek byś nie powiedział, Mike... to niczego nie zmieni, rozumiesz?! Wracaj do swojej żony! - przycisnął mnie do siebie jeszcze bardziej.
- Nie możesz mnie zostawić, nie możesz... - zaczął szeptać.
- Idź stąd... - wychlipałam w jego ramię.
- Jesteś całym moim życiem, rozumiesz? Nie potrafię już bez ciebie! Błagam cię, to mnie zabije, nie umiem normalnie żyć, kiedy nie ma cię obok... Przecież wiesz! Wiesz, że ty jesteś jesteś jedynym powodem, dla którego...
- Nie, Mike. Po prostu nie! - pokręciłam gwałtownie znów głową. - To zawsze była twoja Lisa, nie ja...
- Wmawiasz to sobie...
- Niczego sobie nie wmawiam, to jest prawda!
- Prawdą jest to, ze dal bym się za ciebie zabić! Rozumiesz? ZA CIEBIE, NIE ZA LISĘ! - popatrzyłam mu w oczy. - Nie zostawiaj mnie. - wyszeptał znów.
Nigdy nie widziałam go tak załamanego. Ale w głowie wciąz miałam tamte obrazy... Nie. Wiem co widziałam na włąsne oczy. Gdyby było tak jak mówił, powiedziałby normalnie, że idzie się z nią spotkać. Dlaczego miałby to ukrywać, gdyby nie chciał z nią być? Ja się martwiłam Madonną...
- Nie. Idź już stąd. Jestem wykończona... Idź. -powiedziałam nie patrząc już na niego.
- Co mam zrobić, żebyś mi uwierzyła i wysłuchała? - powiedział chyba całkowicie załamany.
- Nie ma takiej rzeczy. - odwróciłam się i wróciłam na kanapę zwijając się w kłębek.
Nie wiem czy stał tam długo, ale gdy później się odwróciłam... nikogo ze mną nie było. I dobrze. Niech wraca do niej. Tam jego miejsce. Nie ze mną. Już się z tym pogodzilam.


Michael


Sala taneczna od jakiegoś czasu stała się jakąś moją twierdzą. Nikt nie miał do niej wstępu oprócz mnie. Przesiadywałem tam godzinami w jednym miejscu, w jednej pozie i nawet patrzyłem tylko w jeden punkt. W głowie przywoływałem wszystkie cudowne chwilę spędzone razem. Od samego początku. Pierwszy pocałunek. Który przerwała nam Janet. Potem te podchody, do których mnie zmuszała... To był mimo wszystko cudowny czas... Czas oczekiwania. Wiedziałem, że w końcu będzie moja. Nie miałem żadnych wątpliwości. Ale nigdy nie spodziewałem się, że odejdzie. Nie w taki sposób.
Wyjazd do Hiszpanii tak naprawdę wszystko zaczął. Tam pierwszy raz się kochaliśmy. Byla taka delikatna, wręcz krucha w moich rękach. Spragniona dotyku, bliskości i miłości... To wszystko jej dawałem. Nie limitowałem niczego. Nie wydzielałem jej pocałunków ani pieszczot. Wszystko miała pod dostatkiem, dostawała co tylko chciała i kiedy. O każdej porze dnia i nocy byłem na jej zawołanie. Nie pozwoliła mi nawet dojść do słowa...
Bolało mnie to. Tak cholernie mnie bolało... że nie pozwoliła mi nic powiedzieć. Wiedziałem, że gdyby tylko mnie posłuchała, zrozumiałaby wszystko. A może to po prostu moja wina... Może powinienem jej wtedy po prostu powiedzieć. Że chcę spotkać się z Lisą w kawiarence na kawie, porozmawiać, wyjaśnić calą sprawę do końca, bo kobieta w końcu poszła sama po rozum do głowy. Może wtedy to wszystko by się nie wydarzyło...
A może własnie byłoby jeszcze gorzej. Może zaczęła by się w tym czegoś doszukiwać, przeinaczać fakty i skończyłoby się to wszystko jeszcze gorzej. Ale czy mogło być w ogóle gorzej? Nic już nie mogło stać się gorszego niż się stało.
Błagałem Boga by zrobił coś co pozwoli mi ją odzyskać. Nie mogłem w to uwierzyć, że tak po prostu ją straciłem. Nie zrobiłem przecież nic złego.
- Boże, pomóż mi bo oszaleję... - szepnąlem w przestrzeń. Był środek nocy, dokładnie pierwsza. A ja siedziałem w tej sali po ciemku. Kiedyś bałem się ciemności, i bardzo długo nie mogłem uwolnić się od tego lęku. Teraz jednak spełniły się moje najgorsze koszmary, więc ciemność nie mogła mi już nic zrobić. Odeszła ode mnie moja ukochana, bez której nie potrafiłem żyć, ani nawet egzystować. O życiu nie było mowy... Mogłem tylko istnieć.
Neverland bez niej stał się nagle taki pusty i niegościnny. Wcześniej też tak było? Zanim się pojawiła? Nie mogłem sobie przypomniec jak się wtedy czułem. Zmieniła we mnie wszystko. W całym moim otoczeniu zaszły kolosalne zmiany, nic już nie było takie same jak wcześniej. Ja już nie byłem taki sam. Dlaczego to wszystko... Wciaż zadawałem sobie to pytanie.
Wcześniej zastanawiając się jak bym się czuł w takiej sytuacji myślałem, że nie dałbym rady na przykład w takiej sytuacji jak ta z tą podrzuconą teczką. Źle się oceniłem. Żadna teczka ze świnstwem nie była w stanie zrobić mi absolutnie nic. Po prostu. Jak mógłbym się teraz tym przejmować? Czymkolwiek czym obrzuciliby mnie znów ludzie? Nie potrafiłem oddychać swobodnie, nie czułem własnego serca. A miałbym myśleć o jakiejś pornografii u mnie w domu? O jakichś oskarżeniach? Właśnie w tej chwili niszczy mnie coś zupełnie innego i o wiele potężniejszego. Miłość. Miłość do tej dziewczyny, która wbiła sobie to wszystko do głowy...
Jak mogła mówić, że jej nie kocham, że pragnę innej kobiety, kiedy to ona sprawiła, że na nowo zacząłem żyć? Że po prostu się w sobie odrodziłem... Jak mógła myśleć, że nie chcę jej... Jej słowa obijały mi się w głowie głośnym i ostrym echcem aż czułem je w każdym pojedynczym nerwie w ciele. Szarpały je wywołując ból. Tęsknota... Właśnie taka o jakiej kiedyś myślałem... Ona nie wróci... Nie wróci póki nie pozwoli sobie wyjaśnić. A znałem ją już dosć, by wiedzieć, że jest na tyle uparta, by tkwić w tym. Tylko po co...
Nie potrafiłem odnaleźc się we własnym domu w którym mieszkałem od dziesięciu lat. Ponad. A to wszystko przez jedną dziewczynę.
Trzymałem w ręce jej zdjęcie. Nasze tak naprawdę, z wyjazdu do Hiszpanii. Zostało zrobione dzień po tym jak pierwszy raz... Była wtedy taka szczęśliwa. I ja też. Zaczynałem znów powoli oddychać pełną piersią. A teraz, kiedy udało mi się w koncu pozbierać do końca... Dlaczego Bóg tak mnie każe, dlaczego każe mi tak cierpieć? Co ja mam zrobić... Nie mam pojęcia.
Nie chciałem wierzyć, że to naprawdę koniec. Chciałem walczyć, ale to cierpienie mnie przytłaczało. I tak siedziałem wciąż w tej sali. Aż w pewnym momencie nie usłyszałem, że ktoś wchodzi do środka.
- Mówiłem, żeby nikt tu nie wchodził. - warknął natychmiast nawet nie wiedząc jeszcze kto to i czy w ogóle. Może to mój umysł płata mi figle?
- Nie wściekaj się od razu. - usłyszałem w odpowiedzi. Jakiś facet. Alan. No tak, siedzi dzisiaj na nocce i pewnie widział mnie na kamerze.
- Po co przylazłeś? - fuknąłem znów gdy usiadł obok mnie.
- Cały Neverland już wie co się stało. A ty siedziesz tylko na dupie i nic z tym nie robisz.
- Byłem u Janet, próbowałem jej wytłumaczyć...!
- Myślisz, że jedna taka akcja wystarczy? Nie wiesz jakie są baby?
- To co mam zrobić? - zapytałem łamiącym się głosem ukrywając twarz w dłoniach.
- Dzwoń, pisz, pakuj sie tam na chama, właź drzwiami i oknami, stój pod nimi nawet całe noce. W końcu będzie musiała cię wysłuchać.
- Ale ona wbiła sobie to do głowy. Nie wierzy mi, rozumiesz? Ona myśli, że ja chcę być z Lisą, że to ją kocham i że z nią chcę być! Próbowałem jej powiedzieć... - westchnąlem. - To jest moja wina.
- To nie jest niczyja wina, chłopie. Nie zdradziłeś jej, spotkałes się tylko z przyjaciółką. To raczej Dona powinna powściągnąć wyobraźnie bo jej odwala. - nie wiedziałem czemu tak mnie rozsierdziły te słowa, ale natychmiast go zaatakowałem.
- Nie waż się, rozumiesz, nie waż się mówić o niej ani jednego złego słowa! To ja jej nie powiedziałem, że idę się spotkać z BYLĄ ŻONĄ!! Co mogła sobie pomyślec, kiedy nas tam zobaczyła, co?! Nigdy więcej nie waż się mówić tak o niej! - nawet nie wiedziałem kiedy wstałem na nogi.
- Dobrze. Uspokój się. Wiesz, że ją lubię i chciałbym, żebyście po prostu to wyjaśnili. Ale racz wiedzieć, że baby właśnie takie są. Ubzdurają sobie coś, a potem płaczą. A na koniec płaczą z innego jeszcze powodu, bo takie biedne były i głupiutkie, że sobie coś takiego wyobraziły. I teraz też tak będzie, zobaczysz, jeszcze trochę.
- Znowu na nią jedziesz. - wycedziłem siedząc znów na podłodze.
- Na nikogo nie jadę, Mike. Mówię tylko jak jest i chcę cię uświadomić, że nie możesz siedzieć tylko na dupie w tej sali! - ukryłem znów twarz w dłoniach.
- Chcę tylko, żeby wróciła. - powiedziałem cicho stłumionym głosem.
- To rób coś! Kłopoty same się nie rozwiążą nigdy. Prędzej ona stąd wyjedzie. - zapowietrzyłem się.
- Nawet tak nie mów...
- Taka prawda. Musisz wziąć się w garść, Mike, i zacząć porządnie działać. Jeszcze jakiś debil ci ją sprzed nosa sprzątnie! - skrzywiłem się. Tej myśli też nie mogłem znieść, że mogłaby sie teraz związać z  kimś innym, ale... Coś mi mówiło, że tego nie zrobi.
- Nie zrobiłaby tego. - mruknąłem cicho.
- Nie? A skąd wiesz?
- Znam ją. Może krótko, ale jestem pewny, że nie związałaby sie teraz z innym facetem by zrobić mi na złość. To nie ten typ kobiety. Kocha mnie, cierpi i na pewno nie może patrzeć na żadnych facetów.
- Na razie. - pokręciłem głową.
- Nie. Jestem pewny, że ani teraz ani później tego nie zrobi.
- Więc zacznij się starać byś nie musiał się o tym przekonywać na własnej skórze, ok?
Spojrzałem na niego. Pokiwałem głową. Miał rację. Ale tak ciężko było się podnieść... Ona pomagała mi wstawać rano każdego dnia, a teraz... Jak miałem robić to sam?




Alan już dawno wyszedł, a ja wciąż tam siedziałem całkiem sam. Telefon leżał idealnie prosto obok mnie, kiedy ja opierałem się o taflę lustra już całkiem bez emocji. I słowa same zaczęły wypływać z moich ust bez głośnie, ledwie poruszając ustami... Oddawały wszystko co czułem, miejscami dosłownie, miejscami w przenośni, ale było zawarte w nich wszystko czego nie umiałem nazwać w zwyczajny sposób. Być może później je spiszę... Być może coś z tego stworzę. Byc może ona to usłyszy. Być może zrozumie... Ale na razie tylko wyrzucałem z siebie cały ból, żal... wszystko...


I gave her money
I gave her time
I gave her everything
Inside one heart could find
I gave her passion
My very soul
I gave her promises
And secrets so untold

And she promised me forever
And a day we'd live as one
We made our vows
We'd live a life anew
And she promised me in secret
That she'd love me for all time
It's a promise so untrue
Tell me what will I do?

And it doesn't seem to matter
And it doesn't seem right
'Cause the will has brought
No fortune
Still I cry alone at night
Don't you judge of my composure
'Cause I'm lying to myself
And the reason why she left me
Did she find in someone else?

I am the damned
I am the dead
I am the agony inside
The dying head
This is injustice
Woe unto thee
I pray this punishment
Would have mercy on me...



niedziela, 21 sierpnia 2016

43.

Witam i z góry przepraszam, że rozdział nie pojawił się planowo wczoraj a dopiero teraz, niespodziewany wyjazd. Nie sprawdzałam go nawet jako tako, więc za błędy z góry przepraszam. Następny będzie we wtorek. Zapraszam. ;)



Donata


Od czasu tamtej kłótni a już w ogóle od czasu POGODZENIA SIĘ, było co raz lepiej. Chociaż jak każda kobieta chyba z zasady uważałam, że seks nie jest metodą przeprosin to musiałam stwierdzić, że spisał się fantastycznie. Przez bite sześć czy siedem godzin głowe miałam tak zajętą PRACĄ Z NIM, że nie było czasu na nic innego. Zresztą, kto by się wtedy zajmować czymś innym.
Zabrał mnie też na romantyczną kolację. Chyba chciał dać mi do zrozumienia, że zrobi teraz wszystko byle bym tylko całkowicie mu odpuściła. Odpuściłam. Już dawno, ale on wciąż obsypywał mnie a to kwiatami, a to jakimiś słodkościami, zabierał do drogich restauracji, aż w końcu musiałam mu powiedzieć, że nie potrzebuję tego wszystkiego, że nie musi aż tak wychodzić ze skóry, bo wszystko jest w porządku. Co nie znaczy oczywiście, że mi  się to nie podobało. Bardzo mi się to podobało.
Ale szczerze powiedziawszy wolałabym po prostu któregoś wieczoru usiąść z nim przed kominkiem w salonie i po prostu tak posiedzieć przytulona, nic więcej. Tylko on i ja.
Wróciły też dwie sprawy. Po pierwsze i chyba najważniejsze, sprawa tych podrzuconych zdjęć. Policja już dawno utknęła podobno w martwym punkcie, ale Mike miał pewne znajomości. Dowiedział się czegoś, mianowicie, że to nie ma nic wspólnego z Arvizo. To nie na ich polecenie zostało to mu podłożone. Nie wiadomo jednak, kto to zlecił i dlaczego. Mike zastanawiał się nad tym bardzo często. To bowiem znaczyło, że znalazł się ktoś nowy kto chce go zniszczyć. Do tej pory wojowali tylko z Arvizo, nikt nie miał pojęcia KTO jeszcze chciałby jego krzywdy. Mnie samej śmierdziało to jakimś spiskiem i... Czułam, że wyniknie z tego coś niedobrego i to bardzo. Postanowiłam to na razie jednak zostawić i to samo powiedziałam Michaelowi. Żeby nie martwił się tym za dużo dopóki nie dowiemy się znów czegoś nowego konkretnego.
Druga sprawa jednak bardzo mnie interesowała. MADONNA. Komuś coś to mówi? Tak? To bardzo się cieszę, bo ta suka, za dużo sobie pozwala.
Ostatnio w gazetach ukazał się kolejny artykuł traktujący o tym, jakoby Mike miał być z nią widziany gdzieś tam, w jakiejś restauracji czy coś. Nie było żadnego zdjęcia. Zresztą, Mike od czasu powrotu do Stanów nie odstępował mnie na krok, więc jak miałby się z nią spotykać? Napisali, że ona sama twierdzi, że Mike robi wszystko byleby tylko nikt sie nie dowiedział, ale...

'...ale chyba czas najwyższy, by to wyszło na jaw. Nie chodzi mi tylko o siebie i o Michaela, ale też o tą młodą dziewczynę, która myśli, że są 'razem'. Michael nie chce ruszać tego tematu. Powtarzam mu wielokrotnie by zakończył tą farsę, którą jest ten pseudozwiązek i  powiedział głośno, że jesteśmy razem. Nie chce krzywdy tej dziewczyny. Powinna wiedzieć, że to co ona nazywa miłością tak naprawdę nie istnieje, a Mike po prostu nie chce jej ranić, dlatego wciąż tkwią w tej ułudzie. Lepiej będzie, gdy się dowie, wtedy cierpienie nie będzie aż tak wielkie. Prawda jest zawsze lepsza od kłamstwa. Dlatego mówię o tym głośno właśnie teraz, bo Michael nigdy chyba by się na to nie zdobył. Tłumaczy to tym, że nie chce by dziewczyna cierpiała. Będzie cierpieć tak czy owak. Ja życzę jej wszystkiego dobrego i by znalazła w końcu prawdziwą miłość...'

Rzygać mi się chciało. Mike kręcił tylko głową i prychał przyciskając mój tyłek do swojego krocza. Ja miałam ochotę ta sukę rozerwać.
- Dona, skarbie, daj spokój, Mad nie powiedziałaby czegoś takiego! - powiedział w końcu. Spojrzałam na niego wielkimi oczami.
- MAD?? To teraz jest MAD? MIKE. A skąd ty wiesz co ona by powiedziała?!
- Bo doskonale wie, że gdyby naprawdę coś takiego wyszło z jej ust, udusiłbym ją. - powiedział poważnie. - To są brukowce, Dona. Widzę, że jesteśmy szczęsliwi, nie ma sensacji, żadnych zdrad, więc sami je wymyślają. Nie obchodzi mnie co pisza, i ciebie też nie powinno. Kochasz mnie? - zapytał.
- Oczywiście, że tak. Debilu. - zaśmiał się pod nosem. - Ocierasz się o mój tyłek. - mruknęłam zezując na niego. Spojrzał na mnie z cwanym uśmiechem i otarł się znów mocniej. - Mike, zboczuchu... - zaśmiałam się cicho pod nosem.
Wiedziałam, że on by mnie sobie na nią nie zamienił, ale nie o to chodzi. Chyba żadna dziewczyna nie chce by jakaś pinda dowalała się do jej faceta. I nieważne czy to Madonna czy jakaś inna Marilyn Monroe. Był mój i wara komukolwiek się do niego zbliżać.


Michael


Ja i Madonna? Znowu? Naprawdę? To już się robi nudne... Ale w sumie z kim mieliby mnie zeswatać, że się tak wyrażę? Kiedy pierwszy raz zobaczyłem ten tekst, wściekłem się. To naprawdę potrafiło obrzydzić. Ale potem stwierdziłem, że najlepiej jest mieć wylane, tym bardziej, że dobrze wiedziałem, że to nie prawda. Madonna może wcale nawet nie zwracała uwagi na to co wkładają jej w usta. Nie ważne co piszą, ważne, że piszą. Pierwsza, najważniejsza i jedyna tak naprawdę zasada show-biznesu.
Na dodatek Dona też się wściekała. Uśmiechałem się pod nosem widząc to. Była tak zazdrosna, cięta i miała na nią tak długie pazury, że aż miło było popatrzeć. Lubiłem to... Wyglądała wtedy szczególnie pociągająco i aż nie mogłem się powstrzymać by nie dobrać się do jej tyłka. Tyle radości sprawiało mi bycie z nią. Bywały momenty kiedy po prostu nawalaliśmy się poduszkami w sypialni do tego stopnia, że pierze fruwało w powietrzu, a jej włosy były go pełne. Wtedy siadałem z nią i wyskubywałem je z jej włosów, a ona najczęściej przysypiała wtedy. Lubiła kiedy ktoś grzebał jej we włosach. Ktoś, znaczy ja. Oczywiście.


Panie które potem to sprzątały powiedziały mi, że jak chcemy urządzać sobie bitwy na poduszki to mamy wyjść na dwór, wiatr wszystko zdmuchnie. Piórka wgryzły się w chodniczek i nie mogły ich z niego wydostać. Sam się z tego śmiałem. Potrafiłem ganiac ją po całym domu, ogrodzie, raz zwiała mi nawet do zoo. Mam tam takiego jednego niesfornego zwierzaka. Orangutana. Jedyny taki egzemplarz. Od samego początku dupek mnie nienawidzi, nie wiedziałem czemu. Ale ją od razu wręcz pokochał. Kiedy ją tam znalazłem siedziała z nim w jego klatce, a małpa na jej kolanach. Wyszczerzyła się do mnie. Byłem przegrany, ten skurczybyk mi jej tak łatwo nie odda.
Kiedy próbowałem się zbliżyć, wyszczerzył na mnie zęby. Jedyne zwierze, które mnie nie lubiło, nie wiem czemu.
- Każde, dosłownie każde zwierzę cię kocha, a ten? Co mu zrobiłeś jak był mały?
- Nic. - odpowiedziałem patrząc na zwierzaka, który uwiesił sie Donie na szyi z zamiarem ucięcia sobie drzemki. O nie, tak to nie będzie. Wlazłem do tej klatki. Ten jak tylko to zobaczył znów pokazał zęby. Gęba wywinęła mu się pokazując dosłownie wszystkie... Zwątpiłem.
- Mike, może on cię po prostu o coś prosi?
- Tak prosi? Pokazując mi jakie ma ostre kły? No naprawdę...
- No spróbuj... Na mnie też pokazywał.
- Ciebie natychmiast pokochał.
- Haha! Nie od razu. Ale potem rzeczywiście.
- Dobra. Więc o co on mnie może prosić?
- Może żebyś go przytulił? - wytrzeszczyłem oczy.
- A on pierwsze co zrobi, odgryzie mi łeb. - roześmiała się.
- Nie przesadzaj. Dalej chodź.
- No nie wiem... - mruknąłem, ale zrobiłem krok do przodu, małpa znów pokazała zęby. - Dona...
- No chodź.
W końcu podszedłem na tyle blisko by móc ją dotknąć. Serce troche mi waliło, ale... małpiszon tylko sie na mnie patrzył.
- Dobra, ja wychodzę...
- Zaczekaj! - Dona złapała mnie za rękę. Małpa zaczęła się z niej gramolić i już po chwili siedziała na mnie. Objęła mnie w pasie a łeb położyła na ramieniu. Byłem lekko zdziwiony.
- Widzisz? On się chciał poprzytulać, a ty mu uciekałeś. Dlatego był zły. Hhahaa! - zaczęła się ze mnie śmiać.
- Bardzo śmieszne. Jego wina. Po co pokazywał kły? Wolałem nie ryzykować. - zaśmiała się znów.
Wtedy zadzwonił mój telefon.
Kiedy spojrzałem na wyświetlacz zdziwiłem się wyraźnie.
- Co się stało? - zapytała Dona siedząc obok, zwierzak zlazł ze mnie i usiadł z powrotem na niej.
- Nic, skarbie. Zaraz wrócę do ciebie. - cmoknąłem ją lekko i wyszedłem z klatki.
Odebrałem dopiero kiedy znalazłem się na zewnątrz. Dzwoniła Lisa. Czego mogła chcieć? Miałem nadzieję, że nie znowu... Ale odebrałem.
- Halo?
- Hej, Mike. - rzuciła. -Słuchaj... wiem, że na pewno jesteś zdziwiony moim telefonem, ale...
- No powiem szczerze, że masz rację. Coś się stało?
- Nie, nic się nie stało. - odpowiedziała, ale czułem, że o coś jej chodzi.
- Więc czemu...
- Posłuchaj. Wiem, że ostatnio kiedy się widzieliśmy zachowałam się jak przedszkolak. Chcę żebyś wiedział, że... mnie zajęło to trochę więcej czasu niż tobie, ale do mnie to też w końcu dotarło. Miałeś rację, Mike. - ulżyło mi. - My się dla siebie nie nadajemy. Wiesz... ale brakuje mi naszej przyjaźni.
- Mnie też, Lisa, naprawdę.
- Dzwonię właśnie dlatego, żeby ci to powiedzieć i... nie chcę, żebyś się czegoś w mojej propozycji doszukiwał, po prostu chciałabym się spotkać i porozmawiać. Jak za dawnych czasów. Wyjaśnić sobie do końca wszystko... Męczy mnie to.
- Lisa... - uśmiechnąłem się. - Wiesz doskonale, że mimo wszystko jesteś mi bliska, jesteś moją przyjaciółką. Cieszę się, że w końcu zrozumiałaś.
- No, przyznam się, że ja też się cieszę. - wyczułem, że się uśmiecha. - Zbierałam się na ten telefon już jakiś czas... Było mi wstyd...
- Przestań. Nic złego nie zrobiłaś.
- No niby nie, ale...
- Lisa - zaśmiałem się. - Pamiętasz co kiedyś powiedział ci Jermaine? - zaśmiała się. - Nie wstydź się, wstydzić się będziesz po śmierci jak ci pokażą slajdy z twojego życia!
- Powiedział to po pijaku.
- Ale powiedział prawdę.
- Więc jak? Spotkamy się?
- Kiedy?
- Dzisiaj, jutro, pojutrze, za tydzień. Kiedy masz czas.
- Mam czas dzisiaj... o siedemnastej, może być? Tam gdzie zawsze, pamiętasz...
- Pamiętam, pamiętam. - zaśmiała się znów.
A więc się umówiliśmy. Do godziny siedemnastej było jeszcze trochę czasu...
- Do kogo się tak śmiałeś przez ten telefon? - usłyszałem nagle za sobą. Janet... jak zwykle znikąd.
- O, siostrzyczka! - spojrzała na mnie wielkimi oczami.
- Coś piłeś? Nigdy się tam nie cieszyłeś z moich wizyt.
- Zawsze się cieszyłem. Cieszę się, że przyszłaś. - przytuliłem ją. Poklepała mnie po ramieniu.
- Więc z kim rozmawiałeś?
- A z... ktoś ze studia. Czegoś tam chcą, będe musiał później pojechać. - nie powiedziałem, że to Lisa, bo Janet natychmiast napompowałaby się jak indor. Nie cierpiała jej. Wolałem skłamać, w końcu i tak nic wielkiego to nie było.
- Aha. A twoje druga lepsza połowa gdzie? - parsknąłem śmiechem.
- W zoo, zdradza mnie z jednym gościem, właśnie widziałem. - udałem niepocieszonego.
- Co robi?! - wybuchnąłem śmiechem.
- Idź i zobacz.
- Śmiejesz się bo baba cię zdradza?! - fuknęła i poleciała. Jak ją łatwo we wszystko wkręcić.



Donata


- DONA!!! - usłyszałam w pewnym momencie wrzask. Rozpoznałam w nim głos Janet. Ale czemu tak wrzeszczy? - Mówie do ciebie, gdzie jesteś?!
- Tutaj... - powiedziałam, a gdy stanęła naprzeciw mnie wytrzeszczyła oczy w zdumieniu.
- CO ty robisz?!
- Siedzę.
- To widzę! - usłyszałam cichy chichot. To Mike przyszedł za nią do zoo. - Podobno go zdradzasz z jakimś gościem tutaj!
- CO?!
- Sam mi to przed chwilą powiedział! - popatrzyłam na Michaela, którzy szczerzył się głupio.
- Widzisz Janet? Ona chyba lubi rudych. - zrobił smutną minkę, spuszczając głowę. Siostra spojrzała na niego, a potem znów na mnie. Kiedy zorientowała się, że trzymam na kolanach RUDĄ małpę... spojrzała znów na brata jak na debila.
- Ty nie masz równo pod sufitem, Mike. - powiedziała w końcu. - To ja lece ją objechać, że sobie rozmansuje, a tu co sie okazuje? Że mój brat robi mnie w konia! Dobre sobie!
- Właśnie. - mruknęłam odsuwając lekko małpę i wychodząc z klatki. - Zdradzam go z orangutanem. - zabrzmiało to tak absurdalnie, że wszyscy troje się zaśmialiśmy. - A ty? Kto dzwonił? - zapytałam patrząc na niego. Odpowiedział natychmiast.
- Ze studia.
- Ze studia? - zdziwiłam sie. - Przeciez ty nie masz tam nic do roboty.
- No tak, ale... Nie wiem dokładnie czego chcą. Może myślą już o jakimś wstępnym zarysie na nową płytę. Mam kilka napisanych kawałków...
- Mike, dopiero co wróciłes z trasy.
- Miesiąc temu.
- To mało! Masz odpocząć. Twój doktorek o mało cię nie zabił, pamiętasz co powiedział lekarz? Co najmniej kilkanaście miesięcy siedzenia na tyłku! I już ja tego dopilnuje. - zdawał się być niepocieszony.
- Przecież nie lecę niczego nagrywać, tylko porozmawiać. Spokojnie. - przyciągnąłem mnie do siebie za szyję i pocałował w czubek głowy. Westchnęłam.
- Porozmawiać, jasne. A jutro pierwsze co zrobisz...
- Nic nie zrobię, obiecuję ci to. Ok? - spojrzał mi w oczy i pocałował lekko ale z namiętnością.
- Dobra. - warknęłam. Zaśmiał się pod nosem i przytulił chowając nos w moich włosach.
- Dobra, to skoro ty wybywasz, to ja ją też zabieram! - wypaliła nagle Jan. Popatrzeliśmy na nią. - No co się tak gapicie? Dawno nie byłyśmy gdzieś razem ,tak żeby poplotkować. Jedziesz ze mną, robimy sobie babski wieczór.
- Ale Janet...
- Cicho! Siedzisz z nim wiecznie, jeszcze się pobzykacie, nie martw się! - zaczerwieniłam się.
- Nie to miałam na myśli...
- Jasne, janse. - pociągnęła mnie do wyjścia, Mike śmiał sie jak głupi.
- Nie śmiej się! Bo za pewne ma rację, tylko byś się bzykał.
- JA???
- A kto ja???
- A kto mnie wtedy zaciągnął do łóżka?
- To... - zająknęłam się. - To była wyjątkowa sytuacja!!! - roześmiał się.
- Oczywiście. Dzisiaj wieczorem też będzie sytuacja wyjątkowa, może nawet stan wyjątkowy. Janet. - zwrócił sie do siostry. - Tylko mi jej nie schlej.
- Jasne, jasne. Nikt nie lubi posuwać trupa. - powiedziała patrząc na mnie, na co zakryłam twarz dłońmi. Błagam.
- Janet, opanuj się. - mruknałem.
- Nie gadaj tylko chodź. - i to by było na tyle. Za chwile wyciągnęła mnie z domu i pojechaliśmy w miasto.
- Janet... - zajęczałam, kiedy ciągnęła mnie do jakiegoś klubu.
- Nawet mi nie piszcz! - fuknęła i posadziła mnie przy barze.
- Nawet mnie tu samej nie zostawiaj! - warknęłam. Ale uśmiechnęła się i usiadła obok mnie na krześle.
- Nie mam zamiaru, nie martw się.
- No po tobie wszystkiego się można spodziewać. - spojrzała na mnie krzywo.
- Ha ha ha.
- No tak!
Zaczęłysmy rozmawiać i zamawiać drinki. Wypiłam dwa, nie chciałam sie upić. Janet wcale nie piła, bo prowadziła samochód. Głównie to on mnie próbowała coś zamówić, ale odmawiałam.
- Co ty taka sztywna?
- Janet, jesteśmy w mieście. Zaraz ktoś nas rozpozna i będa jaja. A ty jeszcze ładujesz we mnie alkohol. Ciekawe kto mnie obroni, kiedy jakiś buc się do mnie przyczepi...
- Ja cię chętnie obronię. - usłyszałam za soba i poczułam na karku goracy oddech jakiegoś faceta. Chyba nie od razu poznał moją towarzyszkę, ale przynajmniej końcówkę naszej rozmowy usłyszał. Spojrzałam za siebie przez ramię. Facet był może nawet i przystojny... ale waliło od niego wódą. Miał może z 25 lat... Z takimi to już ja przeszłam swoje. Zresztą. Mężczyzn to ja już miałam dość. Swojego w Neverland, a kochanka w zoo w Neverland.
Spojrzałam na Janet, która w krótkich wyprostowanych i nieco natapirowanych włosach w ogóle nie przypominała siebie. Patrzyła na tego gacha jak na kosmitę.
- Dzięki, mam już bodyguarda. Poradzę sobię. - odpowiedziałam dając mu wyraźny sygnał, że nie jestem zainteresowana.
- Wydaje mi sie jednak, że taka piękność sama sobie nie poradzi... Drinka? - zaproponował stojąc cały czas blisko mnie.
- Nie, dziękuję. - powiedziałam trochę ostrzejszym tonem.
- Ja stawiam. - mruknął znów kładąc dłonie no mojej talii. Tego już było za wiele.
- Rozumiesz jak się do ciebie mówi po angielsku, baranie?! - wydarłam się zeskakując z krzesła i patrząc na niego. - Czy mam ci to powiedzieć w swoim ojczystym języku?!
- A jaki jest twój ojczysty język, skarbie? - zamruczał znów.
- Suahili. Kretynie. - odezwała się Janet stojąc za mną. - Ta dziewczyna jest już zajęta, spadaj stąd.
- Oo, przez ciebie? - zapytał z lekkim uśmiechem patrząc na nią.
- Nie. Przez mojego brata. - odpowiedziała. Widać czuła się pewnie w tej sytuacji.
- Oo... to może trójkącik, co powiesz malutka? - wytrzeszczyłam na niego oczy.
- Mój brat może ci zapewnić nawet tetrakwartet jak będziesz chciał.
- A kim jest twój brat, ślicznotko, co?
- Królem Popu. Mówi ci to coś? Janet Jackson, miło mi. Idziemy, Dona. - mruknęła do mnie i wyprowadziła na zewnątrz. Byłam w szoku.
- Przyznałaś się kim jesteś??
- A co? Może miałam patrzeć jak cię obmacuje? Na końcu jeszcze do mnie by sie dobrał, burak jeden. Nie o to chodzi, nie martw się, nic się nie stanie. - uśmiechnęła się. - Ma szczęście, że Michael został w domu, bo chyba by mu nogi z dupy powyrywał. Zresztą jak sie dowie to też mu powyrywa.
- Daj spokój, to tylko bezmózgi bubek, nic więcej. - powiedziałam wsiadając do jej samochodu.
- Tylko? Chyba aż! Powinien dostać w łeb! Następny, który myśli, że mu wszystko wolno! Mój brat chociaż jest kimś, a on?! Pfffffffffffffffffffffffff!!! - roześmiałam się w głos.
- Twój brat też czasami przegina. - spojrzałam na nią. - Ostatnio mu powiedziałam. Że może sobie nosić nie tylko złote gacie, może nosić nawet z ołowiu, ale nie będzie robił tego co chciał, jeśli ja się nie zgodzę.
- A na co nie chciałaś się zgodzić? - wyszczerzyła się. Popatrzyłam na nią z krzywą miną.
- Jacksonland w Polsce mu się przyśnił. - prychnęłam. - On chyba na łeb upadł. Pytanie tylko kiedy.
- A co w tym złego?
- Że upadło na głowę? - żarty mi się trzymały. Parskneła śmiechem kierując.
- Nie, w Jacksonlandzie w Polsce co jest złego.
- To, że Polska to jest bogaty kraj, ale biednych ludzi. Ciekawe kto by mu tam poszedł. Chyba tylko prezydent z premierem. - prychnęłam.
- No dajże spokój.
- No tak. Przecież ci złodzieje naliczyliby sobie takie ceny za wstęp, że to głowa mała. A on sam miałby gówno do gadania bo Polska to kraj w którym wszystko można. Jak jakaś stara babcia zapomniała z wózka kostkę masła wyłożyć na taśmę w sklepie i z nia wyszła, to ją do pudła chcieli wsadzić, osiemdziesiątletnią babcię, rozumiesz? Ale jak inny mafiozo nakradł osiemdziesiąt tysięcy to mu wykazali niską szkodliwość czynu. - zaczęla się smiać.- No taka jest prawda. Oskubali by naszego Michaela nawet nie wiedziałby kiedy. Poszedłby z torbami. To jest właśnie ta Polska którą on tak pokochał.
- No on już tak euforycznie się o niej nie wypowiada.
- Bo go utemperowałam. - zaśmiałyśmy sie obie.
Było jeszcze jasno, spojrzałam na zegarek. Dopiero osiemnasta. Westchnęłam. Ciekawe czy ten nasz Michael już wrócił z tego studia. Pewnie nie. Po jaką cholerę oni go tam ciągną teraz już?
- Nad czym tak debatujesz? - usłyszałam znów Janet.
- Nad tym, że wytwórnia muzczna chce mi faceta wykonczyć. - burknęłam. Zaśmiała się znów.
- Nie przesadzaj. To normalne. W przerwie między jedną a druga płytą jeszcze nie raz poleci do nich na takie rozmowy. To wcale nie znaczy, że zaraz będzie rył po nocach tak jak wtedy.
- Jasne. Nie znasz swojego brata? - spojrzałam na nią porozumiewawczo. Usmiechnęła się. - No właśnie. - odwróciłam głowę do okna parskając śmiechem. I wtedy mina mi zrzedła.
Nie jechałyśmy szybko bo droga była ruchliwa, przejeżdżałyśmy chyba przez centrum. Dlatego mogłam się dobrze przyjrzeć. Nie wierzyłam własnym oczom...
- Janet, patrz... bo chyba mam zwidy. - powiedziałam łapiąc ją lekko za ramię. Samochody przed nami akurat się zatrzymały. Daleko przed nami pokazało sie czerwone światło, więc pewnie postoimy trochę... Gdy spojrzała w stronę, która jej wskazałam, oczy wyszły jej na wierzch a buzia roztwarła.
- Co to, kurwa??
- Ja też chce to wiedzieć... - mruknęłam. Samochód Jan miał przyciemniane szyby, więc nikt z zewnątrz nas nie widział... ale my widziałyśmy wszystko dokładnie.
Niedaleko przed nami była jakaś kawiarnia? Coś w tym stylu, a przynajmniej tak mi to wyglądało. Szyby były wielkie i widać w nich było wszystko jak na dłoni. Wszystkich ludzi siedzących w środku. Tak się złożyło, że tuż przy oknie wychodzącym prosto na nas siedział... Michael. Ale nie sam.
- Co to ma być...  - mruknęła znów Janet wychylając się lekko by lepiej widzieć. Ja widziałam to aż za dobrze.
Naprzeciw Michaela siedziała Lisa. Smiali się w najlepsze, opowiadali sobie chyba coś... Dobra, pomyślałam, przeciez to jeszcze nic nie znaczy... Ale serducho i tak mi waliło, a żołądek był ściśnięty na maxa. Po chwili jednak poczułam moje serce rozpada się na miliard kawałeczków... Janet zaklęła siarczyście na miejscu obok.
W tym momencie podnieśli się z krzeseł. Lisa podeszła do niego i przytuliła się stanąwszy na palcach i uwiesiła sę na jego szyi. To wyglądało jednoznacznie. Całował ją... Nie widziałam czy tam obok nich siedzą jeszcze jacyś ludzie... W tym momencie widziałam tylko jego i ją... Stali tak dłuższą chwilę, po czym powoli się od siebie odsunęli.
Miałam wrażenie, że świat się kończy. A mój to już na pewno. Usiadłam wyprostowana jak struna ale po chwili jakbym zapadła się w sobie. Wbijałam wzrok w szybę przed soba, ale nic nie widziałam, żadnych innych samochodów jadących przede mną ani przechodniów po bokach. Przed oczami miałam tylko tą scenę... Do studia... Miał jechać do studia... Oczy zaszły mi momentalnie łzami, nawet się nie ruszyłam, by je powstrzymać. Same zaczęły spływać mi po policzkach. Janet wciąż siedziała w tej amej pozycja co dotychczas gapiąc się na swojego brata i jego byłą żonę...
Właśnie... Była żona... Spotyka się z byłą żoną... Od kiedy? Kiedy to się zaczęło... Przecież ja niczego nie zauważyłam, żeby znikał, albo... Może to ona przychodziła do niego? Ale... no tak, przecież nie siedziałam bez przerwy w domu. Wyjeżdżałam na kilka godzin do miasta po jakies zakupy albo dla siebie... Albo tak jak teraz z Janet... To dlatego tak wypychał mnie z domu. Mówił, żebym jechała coś sobie kupić. Dobry patent na pozbycie się dziewczyny z domu na jakiś czas, żeby nie rzucać na siebie podejrzeń... A ja? Jak wracałam to grzecznie podchodził do mnie i się witał. Całował... nawet pytał co kupiłam.
W miejscu serca, czułam teraz jedną wielką czarną dziurę. Wiedział przez co wyjechałam z Polski. A mimo to zrobił mi to samo... co tamten. Obiecywał, że mnie nigdy nie skrzywdzi... Któremu facetowi można zaufać. Wszyscy są tacy sami...
Coś zwróciło znów moją uwagę w tamtą stronę. Wychodzili z kawiarni. Nie trzymali się za ręce, ale on cały czas ją dotykał, a to za ramię... Znów zarzuciła  mu ręce na szyję a on ją objał przyciskając do siebie mocno. Miał tam na sobie jakies przebranie, ale już ja dobrze je znałam i wiedziałam, że to on. Poza tym, Janet też go poznała... Te ruchy i w ogóle... Zakryłam oczy dłońmi, nie chciąłam na to patrzeć. Zastanawiałam sie ile razy ją już posuwał... Robiło mi się niedobrze, wręcz słabo.
- Jedź do Neverland. - powiedziałam, gdy Mike już się z nią pożegnał i wyjechał swoim samochodem w droge do domu. Janet jakby się ocknęła. Czerwone światło już dawno zmieniło się na zielone, ludzie za nami zaczęli trąbić.
- Gdzie?
- Do Neverland.
- Po co ty chcesz tak teraz jechać? - była jakby osłupiała.
- Po rzeczy. - powiedziałam tylko.
I tak zrobiłyśmy. Wcisnęła gaz i pojechałyśmy. Zastanawiałam się co zrobię jak już tam będziemy. Co on zrobi... W sumie to... wolałabym gdybyśmy go wyprzedziły i spakowałabym się zanim by przyjechał... Nie chciałam go widzieć. Jak mógł... Co ja takiego zrobiłam temu światu, że tak mnie krzywdzi? Co jemu zrobiłam? A może właśnie czegoś nie zrobiłam?
Nie, ja tu siebie obwiniać nie będę. Skończony dupek... Poczułam jak narasta we mnie złość. Rozpacz mieszała się z nią, to było nie do zniesienia. Ponaglałam Janet, żeby jechała szybciej. Chciałam to mieć jak najszybciej za sobą. Janet chyba była w szoku... Ja też. Wciąz i wciąż zastanawiałam się jak to się mogło stać... Tyle razy mówił, że mnie kocha... Ale oni wszyscy tak mówią. Otarłam łzy z policzków.
Kiedy wjechałyśmy na posesję, zobaczyłam, że jednak zajechał przed nami. Wyskoczyłam z auta Jan jeszcze zanim zdążyła się na dobre zatrzymać.
- Dona, zaczekaj! - krzyknęła biegnąc za mna.
- Nie mam na co. - mruknęłam pod nosem i wpadła do środka a ona tuż za mną.
Nie oglądałam się na nic. Był w salonie. Kiedy mnie zobaczył, chyba od razu spostrzegł, że coś jest nie tak. Minęłam go bez słowa mając w głowie tylko jedno; waliza, spakować się i wynieść się do jakiegoś hotelu. Wołał mnie, ale ja nawet go nie słyszałam. Wpadłam do sypialni, zdązyłam wyciągnąc swoją walizkę i wpadli oboje do środka.
- Dona... Dona, zaczekaj, prosze cię, wytłumaczę ci wszystko! - prychnęłam pod nosem wrzucając wszystko po kolei do środka. Nic nie odpowiedziałam. Już słyszałam coś podobnego. Nie było co wyjaśniać, sprawa była jasna jak Słońce.
Próbował mnie zatrzymać, ale za każdym razem wyrywałam mu się a jego siostra wcale mu nie pomagała. Wręcz przeciwnie odciągała go ode mnie. Spakowanie tej walizki zajęło mi rekordowo mało czasu, bo jakieś dwadzieścia minut. Zamknęłam ją i skierowałam się do wyjścia.
Za soba słyszałam kłotnie Mike'a z Janet, pobiegli oboje za mną.
- Dona, błagam cię... - złapał mnie i zatarasował mi drogę. Nie chciałam na niego patrzeć. - Proszę, daj mi pięc minut...
- Nienawidze cię. - powiedziałam.
- Co? - popatrzył na mnie jakby nie zrozumiał.
- Nienawidzę cię. Nie chcę cie znać. Nie chcę cie widzieć. Zejdź mi z oczu. I z drogi! - odepchnęłam go i pociągnęłam torbę dalej za sobą. Nie dał za wygraną.
- Dona, to jest nieporozumienie...
- Taaak? Każda zdrada podobno jest nieporozumieniem. - mówiła nadzwyczaj spokojnie.
- Ale ja nie...
- Nic do mnie nie mów! Nie chcę cię w ogóle słyszeć! - powiedziałam drżącym głosem zatykając sobie uszy. - Zniknij raz na zawsze z mojego życia!
- Co ty mówisz. - wyszeptał patrząc na mnie przerażony.
- To jest koniec, raz na zawsze, masz zniknąc z mojego życia. - powiedziałam teraz patrząc mu w oczy. - Nie byłeś wart niczego. - zastygł w miejscu jak posąg. Odwróciłam się i wyszłam szybko z walizką z domu.
Nie wiem co bym zrobiła gdyby nie Janet. Chyba poszła bym w miasto pieszo. Podbiegła do mnie i wzięła ode mnie tą walizkę.
- Pojedziesz do mnie. - mruknęła tylko wrzucając ją do bagażnika.
Wsiadłam bez słowa. Zdążyłam zamknąc drzwi, kiedy ten... dobiegła do nas i zaczął prosić, żebym wysiadła i porozmawiała z nim. Wcisnęłam blokadę w drzwiach by nie mógł się dostać do środka. Pukał w tą szybę, nie widział mnie, ale ja widziałam jego. Zakryłam twarz dłońmi.
- Janet, jedź, błagam cię, jedź stąd! - prawie wykrzyczałam. Byle tylko on i to miejsce znikneło mi z oczu. Ruszyła. I wszystko się skończyło.



Michael





To jest niemożliwe. Jak mogło w ogóle do tego dojść. To jest jakiś koszmar, z którego zaraz się obudzę... na pewno.
Siedziałem w wielkiej sali tanecznej, którą miałem  u siebie w domu. Od momentu, kiedy tam wszedłem potykając się o własne nogi, oparłem się o lustro i zjechałem po nim na ziemię, siedziałem tak nie ruszając się z twarzą schowaną w dłoniach. Nie wierzyłem... Nie wierzyłem po prostu, że odeszła. Tak po prostu, nie pozwoliła nic wyjaśnić...
Próbowałem dzwonić. Wydzwaniałem niemal bez przerwy siedząc w tej sali na podłodze, ale albo nie odbierała... potem odrzucała każde połączenie... a na koniec całkiem wyłączyła telefon. Abonent czasowo niedostępny.
Nie mieściło mi sie to w głowie. Jeszcze kilka godzin temu była tu, śmiała się, mogłem ją przytulić, pocałować... A teraz? Nie ma jej. Po prostu jej nie ma.
Jest święcie przekonana, że zdradzam ją z byłą żoną. W życiu... przecież... wiedziała. Wiedziała jak bardzo ją kocham, dlaczego nie zatrzymała się chociaż na chwilę i nie dała mi szansy tego wyjaśnić. Coś dławiło mnie w gardle. Łzy. Nie umiałem ich powstrzymać... Najgorsze było to, że nie umiałem się pozbierać. Nie potrafiłem sie uspokoić. Zostawiła mnie w ciągu jednej chwili. Nie potrafiłem się bez niej ogarnąć. Co miałem teraz zrobić...
Próbowałem dodzwonić się do Janet, ale zrobiła to samo co Dona. Zresztą Jan też nie chciała mnie słuchać. Co one niby mogły zobaczyć? Przecież myśmy tam nic nie robili. Wyjaśniliśmy sobie wszystko do końca, a potem po prostu rozmawialiśmy. Wspominaliśmy czasy, kiedy byliśmy dziećmi. Poem, kiedy już wypadało wracać, po prostu ją przytuliłem, to wszystko. To widziały?
Ale to przecież nic co mogłoby być powodem do... Zrozumiały obie wszystko na opak. Pewnie wyobraźnia dopowiedziała swoje. Ale gdyby dała mi choć chwilę...
Jak się miałem teraz podnieść? Bez niej... Osunąłem się całkiem na parkiet i tak już zostałem. Siedziałem już tak ze dwie godziny. Łzy ciekły mi z oczu zalewając je, ale już nawet się nie ruszałem. Co jeszcze mogłem teraz zrobić? Nie miałem siły się ruszyć. W końcu zrobiłem to co jedynie przyszło mi do głowy. Sięgnąłem jeszcze raz po telefon i wybrałem numer. Odebrała po drugim sygnale.
- Hej, Mike, co jest? - zapytała wesoło. Nie odpowiedziałem od razu dławiony. - Michael?
- Lisa... - szepnąlem przełykając ciężko ślinę.
- Mike, co się dzieje? - zapytała poważniejąc.
- Przyjedź do mnie teraz... proszę.
- Ale co...
- Proszę, przyjedź.
- Dobrze, niedługo będę. - powiedziała i rozłączyła się.
Ręka z telefonem opadła mi na ziemię i tak już została. Po jakiejś niecałej godzinie Lisa zajrzała do sali, w której leżałem...
- Mike? Ktoś mi powiedział, że tu jesteś... - powiedziała wchodząc  i rozglądając się. Było ciemno, ale po chwili mnie zauwazyła. - Mike, co się stało?! Wszystko dobrze?? - chyba pomyślała, że coś ze mną... w sumie to wiele się nie pomyliła.
Podbiegła do mnie i kucnęła obok biorąc mnie za rękę. Wciągnąłem powietrze głęboko do płuc. Podźwignąłem się i przytuliłem do jej brzucha.
- Mike, co się stało?
- Zostawiła mnie.
- Kto?! - w odpowiedzi usłyszała tylko jak powstrzymuję się od jęku. - Ale... dlaczego?
- Widziała nas... Lisa...
- Ciii... wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Ochłonie i sama zrozumie, że to nieprawda. - chyba domyśliła się reszty sama.
Siedziała ze mną na tej podłodze, aż chyba zasnąłem. W każdym bądź razie rano obudziłem się wciąz w tej sali, ale pod głowę miałem podłożoną poduszkę, a nakryty byłem cienkim kocem. Głowa mi pękała co najmniej jakbym dzień wcześniej wydoił cysternę wódki. Kiedy przypomniałem sobie co się stało... wszystko znów się na mnie zwaliło. Poczułem jakby coś wgniatało mnie w podłogę. Nie miałem siły się ruszyć. I wcale nie chciałem.

środa, 17 sierpnia 2016

42.

Witam. :) Kolejny odcinek ukaże się w sobotę. Dzisiaj trochę śmiechu, ale jeśli dobrze myślę, to ostatni taki wesoły przed akcją. xp Zapraszam do czytania i komentowania oczywiscie. :)


Donata


- Kochanie... - usłyszałam cichy szept, ale nie chciałam się ruszać. Po chwili rozległ się chichot. - Budź się, ślicznotko. Za chwilę będziemy lądować. - otworzyłam jedno oko i spojrzałam na swojego mężczyznę, który przyglądał mi sie właśnie z lekkim uśmiechem na twarzy.
- Już...? - zapytałam mało przytomnie. Zaśmiał się znów.
- Przespałaś całą drogę. Dalej, pozbieraj się, bo potem połowy zapomnisz.
Tak więc po jakichś piętnastu minutach samolot wylądował na lotnisku w LA. Tak, wróciliśmy do Stanów, w końcu. Od razu poczułam się lepiej, odprężona. Mike nie przewidywał w najbliższym czasie tworzenia czegokolwiek. Obiecał mnie i sobie, że będzie się lenił do oporu. Sam czuł się wciąż zmęczony więc byłam zadowolona, że chce siedzieć tylko w domu. Ewentualnie wyjechać gdzieś na kilka dni rekreacyjnie oczywiście.
Moi rodzice i Iwa byli oczywiście niepocieszeni. Ojciec w dzień wyjazdu nie wiele się odzywał. Facet. Ale wiedziałam, że będzie po prostu za mną tęsknił. Ja za nim też będę. Na pożegnanie przytulił mnie mocno i pocałował w czoło. A na Michaela spojrzał się tak jakby mówił "Oddaję ci ósmy cud świata, wara jak coś mu się stanie." Uśmiechnęłam się pod nosem na tą myśl.
Do Neverland zajechaliśmy w ciągu dwóch godzin. LA było wyjątkowo zatłoczone. Nie było sensu nigdzie przyspieszać, bo po chwili już trzeba było wciskać hamulec. Siedziałam z głową opartą o jego ramię więc wcale nie narzekałam. Ważne było, że on jest ze mną.
Janet wyleciała do Stanów dawno temu, praktycznie zaraz po tym jak w końcu cały ten ambaras po koncercie się wyjaśnił. Media huczały, było też coś o mnie, ale nie przejmowałam sie. Wcale tego nie czytałam, a inni też nie uważali, żeby trzeba było mnie w czymkolwiek uświadamiać. I bardzo dobrze. Nie warto czytać bzdur, a na pewno bez takich się nie obyło.
Byłam pewna, że spotkamy jego siostrę już na miejscu w domu i nie pomyliłam się. Ale nie była sama, był z nią też ich... stary.
Kiedy go zobaczyłam ciarki przeszły mnie po plecach. Widziałam go już wcześniej, ale po rewelacjach jakie mi o nim zdał Mike miałam ochotę uciekać. Ale najpierw mu przypieprzyć, a potem uciekać. Tak. Ta druga opcja była bardziej prawdopodobna.
Mike przez całą droge był w dobrym humorze, ale jak tylko go zobaczył w swoim domu mina natychmiast mu zrzedła. W oczach dostrzegłam coś... jakby strach. Nie wiedziałam czy reszta to też dostrzegła, ale mnie się to udało choć starał się nie dać niczego po sobie poznac.
Janet jako pierwsza rzuciła się na nas, najpierw na brata a potem na mnie. Ich ojciec patrzył tylko na to z niewzruszoną minę. To było dla mnie nie do pojęcia. Jego syn prawie umarł przez nieudolnego lekarza, a on tak jakby go to w ogóle nie obleciało. Patrzył tylko na niego jakby oceniał czy dobrze wygląda. Ale nie w sensie czy nic mu nie jest. Jemu chyba bardziej chodziło o to, czy wygląda dość dobrze by nie niszczyć JEMU jakiegoś wizerunku. Zastanawiałam się tylko o jaki wizerunek może mu chodzić, przecież on nie posiada żadnego wizerunku.
Miałam wrażenie, że zaraz w tym salonie zaczną latać pioruny kuliste, takie zrobiło sie napięcie. Mike wyściskał jeszcze raz swoją siostrę, a potem spojrzał na mnie. Już wiedziałam od razu co mu chodzi po głowie.
- Dona, idź proszę do kuchni z Janet zrobić coś do picia, dobrze? - wytrzeszczyłam na niego oczy. Nie dość, że widocznie chce się mnie na chwilę pozbyć to jeszcze go herbatką albo kawką będzie częstował. - Idź, kochanie. - powiedział z trochę większym naciskiem.
- Chodź, Dona, opowiesz mi co się działo jak was nie było! - Janet złapała mnie za rękę i niemal biegiem zaciągnęła do kuchni. Żołądek mi się skurczył.
- Janet, mi się wydaje, że ich nie powinno się zostawiac samych. - zrobiła krzywą minę, tak jakby chciała się uśmiechnąć, ale jej nie wyszło.
- Nic im nie będzie, nie bój się. - powiedziała podchodząc do ekspresu do kawy. Westchnełam. Wyciągnęłam z lodówki jakieś słodkości, które zawsze były na miejscu, Mike był okropnym łasuchem. Ale jakoś nie było tego po nim widać. - No to opowiadaj co się potem działo jak już mnie nie było! - powiedziała w pewnej chwili.
- No wiesz... - zaczęłam kulawo. Jednym uchem nasłuchiwałam czy coś się nie dzieje. - Spędziliśmy kilka dni u moich rodziców. - zerknęła na mnie z uśmiechem.
- I jak teściowie? Polubili zięcia? - walneła,
- Daj spokój. - parsknęłam śmiechem. - Tata wciaż mu dokuczał, nie mógł się powstrzymać. Mama to co innego, ale tata chyba wciąż nie może go zdzierżyć tak do końca. Ale nie jest źle. Pewnego wieczoru obejrzeli nawet razem mecz koszykówki.
- No widzisz!
- No. - uśmiechnełam się. - Ale w czasie jego trwania mój tata co najmniej mięć razy nazwał Michaela starym rowerem. - Janet zaczęła śmiać się w głos.
- Żartujesz?
- Nie. - zaczęłyśmy obie chichotać.
Te śmiechy jednak nie trwały zbyt długo. Po chwili z salonu dobiegły nas krzyki i dźwięk tłuczonego szkła. Spojrzałyśmy na siebie i obie jak jeden mąż biegiem ruszyłyśmy w tamto miejsce.
To co tam zobaczyłyśmy przeraziło mnie. Nieraz sobie wyobrażałam jak to wszystko wyglądało, ale na żywo... Żołądek podjechał mi do gardła.




Mike kulił się pod ścianą jak zbity pies po prostu. Zasłaniał tylko głowę ramionami a ten gnój lał go pasem. Oczy chyba dosłownie wyszły mi na wierzch... Coś do niego mówił, a raczej wrzeszczał. Z tego wszystkiego nawet nie rozumiałam co to. Widziałam tylko Michaela pod tą ścianą i nic więcej. Podrygiwał z bólu za każdym razem kiedy dostawał. Ale nie wydawał z siebie nawet jednego pisku. Chyba nie chciał dać ojcu takiej satysfakcji...
Nie wytrzymałam tego po prostu. Nie mogłam patrzeć jak on go leje, katuje po prostu. Po co on tu przyszedł? Zrobił sobie z tego jakies pieprzone hobby? Znęcanie się nad własnym synem? Poczułam się jakbym sie cała zagotowała w środku. Nigdy się nie spodziewałam, że będę świadkiem czegoś takiego. Janet sama skuliła się pod ścianą obok mnie i patrzyła na to przerażona. Zastygła w miejscu. Mnie przez głowę przeszła tylko jedna myśl... Przeciez on go w końcu zabije...
Ruszyłam z miejsca tak jak stałam i z rozbiegu przywaliłam w tego dziada, aż się zachwiał. Pas wyleciał mu z ręki, odruchowo chwyciłam za niego jakbym chciała po prostu zapobiec, by znów go nie wziął do reki. Albo by mieć pod ręką coś czym sama się w razie czego obronię. Facet spojrzał zdezorientowany co się stało a gdy zobaczył mnie gramolącą się na nogi gdyż sama się przy tym wszystkim przewróciłam otworzył szeroko oczy. Wiedziałam, że mi się oberwie, oj wiedziałam.
- Kazał ci się ktoś wtrącać, smarkulo jedna?! - powiedział gromkim głosem na co wzdrygnęłam się lekko, ale nie zdązyłam nawet nic więcej zrobić. Podszedł do mnie w dwóch krokach i odepchnął, w porównaniu z nim ważyłam tyle co piórko, więc wylądowałam kilka metrów dalej obok fotela. To wszystko trwało raptem kilka sekund...
To chyba był impuls, którego Mike potrzebował. W ciągu jednej mili sekundy ojciec i syn zamienili się rolami. Jeszcze nie widziałam go w takim stanie. Jego stary chyba się tego nie spodziewał. Pewnie myślał, że będzie potulny jak zawsze, ale się przeliczył. Już po chwili miał rozwaloną wargę, a Mike za szmaty wyrzucił go z salonu pod drzwi wyjściowe.
- Wynoś się stąd... i nie chcę cie tu więcej widzieć. - powiedział. Nie krzyczał, ale te słowa wywoływały takie wibracje, że aż dreszcze latały mi po plecach. Janet pewnie czuła to samo. - Nigdy więcej nie podniesiesz ręki na moją kobietę.  - dodał a w tym momencie do środka wpadło kilku facetów w tym Alan. Po zaledwie kilku sekundach jego starego nie było już w domu.
Nie wiedział co zrobić. Bałam się ruszyć choćby palcem. Siedziałam pod tym fotelem patrząc na Michaela jak odwraca się i idzie w moją stronę. Wstrzymałam oddech...
Złapał mnie za ramiona mało delikatnie i podniósł na nogi. Przyjrzał mi się jakby szukał jakichś uszkodzen...
- Nic ci nie jest? - zapytał lekko ochrypłym głosem. Pokręciłam głową ale cała się trzęsłam. Popatrzył na mnie jeszcze raz przez chwilę, a potem przytulił mnie do siebie mocno z westchnieniem. Wczepiłam się w niego jak mała dziewczynka, przerażona. - Wiedziałem, że do tego dojdzie, nie chciałem, żebyś to widziała.
- Myślałeś, że wysłanie mnie do kuchni coś da? Że nie przylecę kiedy usłyszę ten rumot? Jakby się dwa byki waliły! - przycisnął mnie do siebie mocniej. - Boże... W życiu tego nie zapomnę...
- Cii, on ci nic nie zrobi. - powiedział, a ja spojrzałam na niego wielkimi oczami.
- Ty myślisz że jakies wrażenie zrobiło na mnie to, że mnie odepchnął? - odwrócił ode mnie wzrok. - Ja nigdy nie zapomnę tego widoku, jak prawie leżałes przed nim pod tą ścianą. - usta lekko mu zadrżały. Zagryzł wargę...
Objęłam go i przytuliłam najmocniej jak tylko potrafiłam. Nie bronił sie wcale przed tym. To było coś strasznego po prostu...
Przez następne kilka dni nic szczególnego się nie działo. Nie biorąc pod uwagę oczywiście naszej kłótni. Pierwsza taka poważna. Nie raz zdarzało nam się posprzeczać, nie zgodzić w czymś ze sobą. Ale jeszcze nigdy jak dotąd przy takiej okazji Mike nie wylądował na kanapie w salonie. Brzmi to śmiesznie, bo powód tej karczemnej awantury był tak błahy jak to tylko możliwe. Moim zdaniem. Bo dla Michaela była to niemal zdrada! Śmiać mi sie chciało nawet teraz, kiedy sobie o tym pomyślę.
Przez kilka dni nie rozmawialiśmy ze sobą, mijaliśmy się na korytarzasz bez słowa jakbyśmy sie nie znali. Mike miał taką obrażoną minę jakbym mu cukierka zjadła. Jak dziecko po prostu. Kiedy zobaczył, że się z niego pod nosem śmieję, obraził sie jeszcze bardziej.
Kiedy pewnego razu chciałam wyciągnąc sama rękę na zgodę, udał księżniczkę z bożej łaski. Powiedziałam mu, że ja nie będę klęczeć przed jego złotymi kalesonami i błagać o wybaczenie czegoś co nigdy nie miało miejsca. Wytrzeszczył na mnie oczy, a ja odwróciłam się i sobie poszłam. Od tamtego czasu to ja miałam minę obrażonej księzniczki, ale on wcale też nie był gorszy. Wcale mi nie ustępował.
Z jednej strony to było męczące. Chciałam się do niego przytulić wieczorem w łózku, pocałować, szepnąc do ucha parę miłych słów. Ale leżał z dupskiem w salonie obrażony śmiertelnie, więc ja uznałam, że nie będę się prosić.
A poszło o co? O Willa.
Will to ogrodnik, który na samym początku chciał się ze mną umówić, ale wyszło tak, że zaczęłam spotykać się z Michaelem. Więc odpuścił. Nie był jednak jakiś zły, niedobry czy wredny, czasami mnie przyjaźnie zagadywał. Kiedy kogoś szukał pytał czy nie widziałam i tyle. Czasami dla żartu obsypywał mnie zwiędniętymi kwiatami. Aż któregoś razu nie dostał pokrzywą po pysku. Wtedy przestał. Poszedł z grabiami taki poparzony i śmiejący się jak debil. I jeszcze drapiący się. Śmiesznie to wyglądało.
Ostatnio jednak Mike uznał, że mu się to nie podoba. A nie spodobała mu się jedna konkretna sytuacja.
Było ciepło, nie do przesady ale jednak i wyszłam sobie do ogrodu nad mały stawek, który tam był. Przypałętały się skądś dwie kaczki, obserwowałam je uważnie jak zanurzały łebki w wodzie, wyglądało to dość fajnie, bo dupy im wtedy wystawały pionowo ponad wodę. Podśmiewałam się pod nosem patrząc na to i głaszcząc kota, który skądś przyszedł i zaczął się do mnie łasić. Mike nazywał go sierściuchem, który kłaczy, ale wiedziałam, że kocha zwierzaki wszelkiej maści. Może poza robakami. Potrafił wyjść ze mną na spacer i zaczął je rozdeptywać to spacer trwał trzy godziny. Trzy godziny zdeptywania żuczków. Niektórym nawet poprawiał twierdząc, że jeszcze się wierzgają.
Tym razem gdy siedziałam nad tym stawkiem, Will podszedł do mnie z wielkim bukietem przeróżnych kwiatów. Czego on tam nie miał!
- Gdzie ty to niesiesz? - zapytałam wstając i oglądając cięte kwiaty. Były tam róże, tulipany i wiele innych.
- Do domu. Powstawiać do wazonów, stare już uschły. Chcesz to możesz mi pomóc. - wyszczerzył się.
- Mam się babrać w zgniłych kwiatach? - parsknełam śmiechem. Nigdy nie lubiłam babrać się w ziemi.
- No wiesz co?! To ja tu specjalnie przyszedłem, żeby dać ci kwiatka a ty co? Nawet mi nie pomożesz! - roześmiałam się.
- Masz dla mnie kwiatka? Jakiego?
- A możesz sobie wybrać. - podstawił mi cały bukiet pod nos. Zaczęłam w nim grzebać.
- A mogę dwa?
- Dwa? Hm... - udał, że się zastanawia. - No możesz. - parsknełam śmiechem i wyciągnęlam różę i tulipanka. - Ale nie ma nic za darmo!
- Jak to??
- No chciałem dać ci jednego kwiatka, a ty wziełaś dwa.
- No to co? - popatrzyłam na niego rozbawiona.
- A to, że należy się buziak, o! - powiedział i nadstawił policzek. Wybuchnęłam śmiechem.
- Ne przesadzaj, nie przesadzaj.
- No co, buziaka przyjacielowi nie dasz?
- Przyjacielowi? - zaśmiałam się znów. - Mike nie będzie zadowolony, że obdarowuję przyjaciół buziakami.
- Nie dowie się. - puścił mi oczko. Znów zaczełam się śmiać patrząc na niego jak na głupka, którego ewidentnie z siebie robił.
- Taa?
- No pewnie! Zresztą to nic takiego. Tylko buziak. Nie obmacuję cie ani nie zapraszam na randki! - oboje się zaśmialiśmy, ale... ktoś nam przerwał.
- Jeszcze tego by brakowało. - usłyszałam z boku. Automatycznie oboje spojrzeliśmy w tamtą stronę. Mina zrzedła nam obu. Super. Ciekawe co on sobie teraz ubzdurał w tej główce.
- A bo my... - zaczął się jąkać mój PRZYJACIEL.
- A bo wy co? - przedrzeźnił go. Widać, że był zły. Westchnełam. - Płacę ci za doglądanie ogrodu. Nie za łaszenie się do MOJEJ dziewczyny.
- Ale przecież ja nie... - wytrzeszczył na niego oczy, ale Michael najwidoczniej nie miał zamiaru go słuchać.
- Co ty nie? Ślepy nie jestem. Stoję tu od paru minut i widzę jak sobie świergoczecie. - teraz spojrzał na mnie. Otworzyłam szeroko oczy. O czym on mówi? Jakie ŚWIERGOCZECIE?!
- Mike, no co ty... - zaczęłam.
- Cicho bądź. - przerwał mi. Umilknęłam natychmiast. Nigdy się tak do mnie nie odzywał. Nie no... On naprawdę sobie coś ubzdurał. - A ty spadaj do roboty. Jeśli jeszcze chcesz ją mieć. - Will natychmiast pomknął gdzieś przed siebie.
Patrzyłam na Michaela a on na mnie. Po chwili odwrócił się i poszedł w swoją stronę za pewne chcąc wrócić do środka. Pobiegłam za nim.
- Mike, no co ty? Chyba nie myślisz, że my...
- Że wy co?
- No... Że my coś tego! - powiedziałam idąc obok niego starając się za nim nadążyć i wlepiając w niego oczy. Prychnął pod nosem.
- Powiedziałem, że nie jestem ślepy.
- Dał mi tylko dwa kwiaty. Mike nie bądź śmieszny!
- A więc teraz jestem śmieszny. Wspaniale. - warknął. Przechodziliśmy akurat obok jego gabinetów. Otworzył pierwsze lepsze drzwi i wszedł do środka zatrzaskując je za sobą. Stanęłam jak wryta. No co on wyprawia? Przeciaz ja nic nie zrobiłam...
Weszłam za nim do tego tego pomieszczenia. Siedział przy biórku i oglądał jakieś papiery.
- Mike. - stanęłam przed nim. Nawet nie podniósł na mnie wzroku.
- Jestem zajęty.
- Tak nagle jesteś zajęty?
- Ty przed chwilą też byłaś. - prychnęłam z niedowierzaniem.
- Mike, błagam cię, nie bądź... śmieszny! - powtórzyłam. - Uroiłes sobie coś w tej głowie, co to ja już nie mam prawa z nikim porozmawiać?!
- Masz prawo POROZMAWIAĆ. - podkreślił ostatnie słowo.
- A co ja twoim zdaniem tam robiłam, co? - zaczynało mnie to wkurzać. Teraz to on prychnął sięgając po coś znowu, ale nic nie powiedział. - Mówię do ciebie!
- Słyszę.
- No to powiedz mi, co ja tam twoim zdaniem z nim robiłam!
- Nic oczywiście. - powiedział kpiąco. Wzięłam głęboki wdech. Jeszcze chwila i mu przyłożę.
- Tak! Nic! Dokładnie nic z nim nie robiłam! A ty się zachowujesz tak jakbym nie wiem co...! Jakbyśmy się tam lizali jak dwa dzikie niewyżyte pawiany! - zerknął na mnie, ale zaraz znów spojrzał na to co miał przed nosem.
- Gdybym tam postał jeszcze przez chwilę w ciszy, pewnie coś podobnego bym zobaczył.
Nastała cisza. Ani ja nic nie mówiłam, ani on. Z tym, że ja patrzyłam na niego wielkimi oczami nie wierząc w to co słysze, a on miał mnie kompletnie w dupie wypisując jakiś papier. Dotknął mnie tym do żywego. Poczułam jak coś zatyka mi gardło, a do oczu napływają niechciane łzy. Skoro tak, to ja mu teraz pokażę!
- Tak uważasz? - powiedziałam spokojnym głosem.
- Tak, tak uważam. - odpowiedział podobnie.
- Och, to świetnie. Widocznie ci się znudziłam, skoro tak zacząłeś mnie postrzegać. - zastygł z długopisem w ręce. - Może nie umiesz mi po prostu powiedzieć 'spadaj, mała' to szukasz jakiegoś wyimaginowanego pretekstu, co? Masz jaja to powiedz mi to wprost! - spojrzał na mnie wielkimi ozami. - Nie rób takich wielki oczu, bo i tak masz je już wielkie jak gały! Wypadną ci zaraz! - byłam tak złośliwa i jadowita jak tylko mogłam. Skoro on mi tak, to ja mu jeszcze gorzej. - Możesz sobie podać ręce z moim byłem. - syknęłam i odwróciłam się napięcie wychodząc z gabinetu trzaskając drzwiami tak, że chyba coś się zbiło. A przynajmniej usłyszałam taki dźwięk jakby coś spadło.
Zdążyłam przejść kilka metrów, usłyszałam huk otwieranych drzwi i jego kroki za mną. Złapał mnie za ramię i odwrócił do siebie. Nie miałam zamiaru z nim rozmawiać.
- Zatrzymaj się! - złapał mnie znów, kiedy wyrwałam mu się i ruszyłam dalej.
- Spadaj!
- Co spadaj?! - zatrzymał mnie znów bezceremonialnie. Byłam zmuszona spojrzeć mu w oczy. - Co to były za bzdury?!
- Jakie bzdury?!
- To co powiedziałaś! Jak możesz myśleć...!
- A jak ty możesz mnie tak traktować! - wydarłam się na co się na chwilę zamknął. - Wskoczyłam mu do łózka?! Przyłapałeś mnie na robieniu mu laski?! Zachowujesz się tak, jakbym obskoczyła już wszystkich twoich pracowników! - wykrzyczałam mu prosto w twarz odpychając z całej siły. Nawet to coś dało.
- Tego nie powiedziałem...
- NIEEE?! A co powiedziałeś?!
- Powiedziałem...
- POWIEDZIAŁEŚ, ŻE GDYBYŚ SIĘ NIE ODEZWAŁ, ZOBACZYŁBYŚ JAK ZACZĘLIBYŚMY SIĘ CAŁOWAĆ! - wydarłam się znów. - I co?! To nie jest to o czym mówię?!
- Nie, to nie jest to o czym mówisz!
- A co to jest?! - warknęłam cicho podchodząc do niego blisko. Znów go popchnęłam, aż zderzył się ze ścianą. - Co innego twoim zdaniem to jest?! - zaczęłam znów krzyczeć. - Masz mnie za dziwkę po prostu! - zapienił się.
- Nie... nie waż się... więcej tak mówić...
- Bo co?!
- Bo ci zamknę buzię!
- Gówno mi zrobisz, będę mówić co mi sie podoba!
- Tak?! To proszę bardzo, mów sobie dalej co tylko chcesz! Ale to są twoje słowa, nie moje!
- Ale twoje zachowanie mi to właśnie mówi!!! Traktujesz mnie jak pierwszą lepszą ulicznicę! Myślisz, że ci wszystko wolno, bo nosisz złote gacie?! Gdyby nie to, że Bóg PRZEZ PRZYPADEK podarował ci jakiś głos, nie miał byś nic, oprócz średniej krajowej co miesiąc, gdybyś jeszcze znalazł jakąkolwiek robotę! Nie jesteś żadnym magnatem, a ja nie jestem głupią gąską, rozumiesz?! I nie będziesz się na mnie wyładowywał, bo twój chory mózg podsunął ci jakąś chora wizję! - wykrzyczałam i odwróciłam się odchodząc. Znowu poleciał za mną.
- Od kiedy niby traktuję cię jak ulicznicę, co?! Potraktowałem cię tak kiedyś?! Noszę cię na rękach, daję co tylko chcesz, o co tylko po prosisz, staję na głowie...!
- TERAZ MNIE TAK POTRAKTOWAŁEŚ! I TO WYSTARCZY! - nie wytrzymałam już i po prostu się popłakałam. - I gówno mnie obchodzi co robisz... - wystękałam trąc oko i idąc dalej.
- Dona... - złapał mnie za rękę i chciał zatrzymać ale wyrwałam mu się.
- Spadaj! Znajdź sobie taką, która będzie ci bardziej odpowiadać. - wychlipałam. - Może Madonnę, o! Będzie idealna! - i uciekłam zostawiając go na środku korytarza oniemiałego.
Wyleciałam z domu i zaszyłam się gdzieś daleko w ogrodzie, tam gdzie dosć gęsto miał posadzone świerki. Debil. Jedyne co teraz potrafiłam to psioczyć na niego pod nosem. Otarłam oczy z łez i siedziałam tam do samego wieczora, aż nie zrobiło się ciemno i zimno. Wtedy wróciłam do domu.
Oczywiście zaraz do mnie dopadł i zaczął warczeć gdzie byłam. Że nie mógł mnie znaleźć, on natychmiast chce wiedzieć gdzie byłam.
- W ogrodzie. - warknęłam. - Siedziałam między świerkami. - dodałam nie patrząc nawet na niego.
- Ciekawe.
- Co, może mi zaraz powiesz, że siedziałam, ale może NA TWOIM OGRODNIKU, CO? - nie wytrzymałam i zaczęłam się znów drzeć.
- Kto wie! Do cholery! - złapałam jedną z wielkich poduszek leżących na łózku i z rozpędu wpadłam z nią na niego wypychając go z sypialni.
- WYNOCHA SPAĆ DO SALONU! - krzyknęłam a na koniec jeszcze strzeliłam mu liścia i zatrzasnęłam drzwi przed nosem. Od razu zasunęłam łańcuch w drzwiach, bo wiedziałam, że będzie się pchał do środka. Nie myliłam się. Prawie natychmiast chciał je otworzyć i wejść, ale nie mógł.
- Dona, otwórz te drzwi. - powiedział z nosem w szparze patrząc na mnie. Ignorowałam go układając sobie pościel na łózku tak jak mi sie podoba. Potem wzięłam świeżą bieliznę i schowałam się w łazience. Postanowiłam, że zrobię mu na złość. Nie wzięłam byle jakiej, ale cienką, koronkową koszulkę i majteczki w czarnym kolorze. Prześwitywało przez to wszystko. Skoro uważa, że... właśnie taka jestem... że wskoczę byle komu do łóżka, pomyślałam ocierając znów łzę z policzka, to będzie mógł sobie tylko na to od dzisiaj popatrzeć.
Wzięłam długi prysznic i poczułam się nieco lepiej. Kiedy wyszłam zauważyłam, że drzwi są zamknięte. Poszedł sobie? Może dobrze. Ale za chwilę usłyszałam jak się otwierają. Spojrzałam przez ramię i zobaczyłam jak wlepia we mnie oczy. Prychnęłam i celowo się pochylając z tyłkiem w jego stronę zaczęłam poprawiać pościel na łóżku. Stwierdziłam, że ją zmienię i podeszłam do komody obok drzwi i wyciągnęłam świezą przy okazji pokazując mu co nieco. Patrz, patrz, bo nic innego nie dostaniesz, pomyślałam z satysfakcją, czułam na sobie jego oczy.
- Dona. - usłyszałam jego cichy głos spod drzwi. Teraz się będzie chciał podlizać. Nie ma włażenia w dupe. Chciałeś to masz. - Kochanie, przecież wiesz, że ja wiem, że na nikim innym niż ja byś nie usiadła. - prychnęłam pod nosem. Nie stać go nawet na szczere przeprosiny. Ja też potrafię być uparta.



Michael


No to się dochrapałem. Nie ma to jak wkurzona kobieta, która pragnie zemsty. A co jest najlepsza zemstą na facecie, nieważne co zrobił? Pokazać mu ciało i dać do zrozumienia, że jedyne co może zrobić to złapać się za dupę. Dona właśnie to zrobiła. Patrzyłem na nią czując jak serce mi wali. Powiedziałem wiele niepotrzebnych i raniących słów... Nie chciałem. Byłem po prostu... zazdrosny.
Kiedy zobaczyłem tego debila z nią jak się do niej wdzięczy, myślałem że się zapalę. Miałem ochotę mu przylać. Dona jest moją kobietą, a ten ją o buziaczki prosił. Ciekawe o co jeszcze by ją prosił później? Nie chciałem by ktoś mi ją odebrał. Od takich pozornie nic nie znaczących rzeczy się zaczyna. A potem to jest już tylko gorzej.
Nie chciałem jej zranić, a wyszło tak, że to ona najwięcej oberwała. Byłem teraz wściekły na siebie. Miałem ją na wyciągnięcie ręki, a tak naprawdę gówno mogłem dostać. Zasuneła łańcuch w drzwiach i za Chiny tam nie wejdę. Jak łatwo można uzmysłowić facetowi, że się zagalopował. Ale ja naprawdę nie chciałem jej skrzywdzić... Powiedziałem coś głupiego, byłem zły, mówiłem co mi tylko na myśl przyszło, nie znaczy to, że tak myślę naprawdę. Bo nie myślę. Dona jest najpiękniejszą istotą na tej ziemi, do tego moją, tylko moją, i ja wiedziałem, że nie spojrzała by na nikogo innego nigdy. Szkoda tylko, że obrzuciłem ją błotem...
Gdyby tylko pozwoliła mi wejść i przeprosić... Przytuliłbym ją i pocałował czule. Przecież wie, że kocham ją nad życie. Zawsze robię wszystko tak, żeby jej było najlepiej. Może teraz mi to nie wyszło, ale chciałem ją przeprosić. Tyle, że w ogóle mnie nie słuchała. Chodziła powoli po całej sypialni a to czegoś szukając, a to coś oglądając, tym samym pokazując mi całą siebie i swoje wdzięki. Kiedy poprosiłem by podeszła do drzwi i chciałem ją dotknąć, staneła tak bym nie dał rady jej dosięgnąc. Taak... Zemsta pewnie jest słodka.
- No co? - warknęła patrząc na mnie z rękami założonymi na piersiach... które prześwitywały przez koronkowy materiał. Aż chciałoby się go po prostu zdjąć.
- Wpuść mnie do środka.
- Teraz będziesz skamlał? Bo zobaczyłeś kawałek ciała? Jesteś świnia, Michael!
- Wiem, masz rację. - przymknąłem oczy. - Ale to nie dlatego, że... pokazałaś mi sie w seksownej bieliźnie.
- Nie? A dlaczego?
- Bo chcę cię przeprosić.
- Teraz chcesz mnie przeprosić? Nie chcę twoich przeprosin. A ty - powiedziała podchodząc do drzwi. - od dzisiaj śpisz na kanapie w salonie. Dobranoc. - powiedziała i zatrzasnęła drzwi przekręcając w nich zamek tak że już w ogóle nie mogłem ich otworzyć. Westchnąłem. Baby.
- Nie to nie! - fuknąłem i poszedłem do salonu się położyć.
Skoro tak stawia sprawę... Zobaczymy kto dłużej wytrzyma. Ja chciałem ją przeprosić, ale jak nie to nie. Nie będę jej błagał. Co z tego, że nie pozwoliła mi sie dotknąć. Jakoś ta słodka bielizna mnie nie obleciała.
Spojrzałem na wybrzuszenie w majtkach. I kogo ja chcę oszukać? Prychnąłem i przekręciłem sie na brzuch. Nie będę robił sobie dobrze, na pewno nie dam jej takiej satysfakcji. Pewnie teraz siedzi tam i się zastanawia czy to robię. Uderzyła w mój czuły punkt. Wie doskonale, że mnie szalenie pociąga, że tracę zmysłu gdy tak się ubierze, zamknie drzwi na klucz i maltretuje mnie tak całą noc. Celowo to zrobiła doprowadzając mnie prawie do białej gorączki. Miałem ochotę iśc tam, wywalić te drzwi z zawiasów i po prostu ją wziąć.
Znałem ją dobrze, wrzeszczała by przez chwilę, a potem sama by mnie dosiadła. Westchnąłem. Była po prostu cudowna. Nawet teraz taka wściekła. A najlepsze w tym wszystkim było to, że to najlepszy dowód na to, że prawdziwie mnie kocha. Zraniłem ją, płakała, cierpi, to znaczy, że jej zależy. I mnie też nie jest wcale przyjemnie.
Napięcie w dolnych częściach ciała zmalało, więc się ucieszyłem. Ciężko mi będzie wytrwać, ale nie dam się, byłem pewny, że teraz często będzie tak przede mną paradować. Poczułem się znów jak małe dziecko. Chciałem ją przytulić, ale wiedziałem, że gdybym tam znowu poszedł tylko bym ją rozjuszył. Poza tym postanowiłem, że się nie dam i zobaczymy kto dłużej wytrzyma.
W sumie to nie mam pojęcia kto w końcu pękł. Każdej nocy przez następny tydzień spałem w salonie sam. Widziałem przez ten czas kilka razy Alana operatora kamer. Śmiał się jak koza z daleka gdy mnie widział. Udawałem, że nic nie wiem. Panna wygnała mnie z mojej własnej sypialni, pięknie. Ale jeszcze zobaczymy, pomyślałem. Próbowałem nawet raz się do niej zakraść, kiedy zapomniała zamknąc drzwi na klucz. Wyleciałem stamtąd szybciej niż wszedłem. Co za kobieta...




Mijaliśmy się za dnia na korytarzach bez słowa, obrażeni na siebie śmiertelnie. Z boku musiało to wyglądać śmiesznie bo każdy kto nas widział podśmiewał się pod nosem. Mnie to już zaczynało męczyć. Brakowało mi jej w nocy, leżałem skulony na wielkim narożniku, z poduchą i kocem i to by było na tyle. Ona leżała w sypialni w łóżku. Pewnego razu znów próbowałem się tam wślizgnąć, ale... Wolałem postać jednak pod drzwiami.
Dlaczego? Z prostego powodu. Gdy już miałem po cichu otworzyć drzwi, usłyszałem coś dziwnego. Cichy szelest pościeli tak jakby była w niej z kimś... Ale było to nie możliwe. Słyszałem tylko ją. Zresztą nie było tu nikogo innego. Zresztą, nie podejrzewałem jej o zdradę. To były... westchnięcia. Ciche jęki... Kiedy zdałem sobie sprawę z tego co robi, przez całe moje ciało przebiegł silny dreszcz i skumulował się w kroczu. Boże... A kiedy usłyszałem jak szepcze moje imię... Chryste Panie, spraw, żeby te drzwi się otworzyły, błagam, pomyślałem. Niestety pan Bóg nie był łaskawy.
Chociaż nie do końca. Słuchałem tych dźwięków przez jakiś czas, aż jej spazmatyczny oddech ucichł. Zrozumiałem, że już zasnęła. A więc ona nie miała problemu ze sprawianiem sobie przyjemności samemu, kiedy akurat mnie nie ma. Ale ja chyba zapadłbym się pod ziemię, gdybym miał teraz jechać na ręcznym. Z babami to jest inaczej, one moga, tak sobie to tłumaczyłem, kiedy jak zbity pies szedłem z powrotem do salonu. Ułożyłem się znó zwijając w kulkę i jakimś cudem zasnąłem. Było to siódmej nocy od kłótni. Nie spałem jednak zbyt długo...


Donata


Boże... Może powinnam, ale jakoś nie czuję wstydu z takiego powodu, że mając faceta raczej na stałe sama muszę się zaspokajać. Ale to jego wina! Po co się tak zachowuje? Gdyby to widział... chyba pękłby ze śmiechu. Ale jak mówiłam, to jego wina. Gdyby nie jego urojone wizje, mógł zrobić to własnoręcznie.
Przekręciłam się na lewy bok z zamiarem zaśnięcia w końcu, ale jakoś nie mogłam. Leżałam cicho, ale umysł wciąz był przytomny. Westchnęłam przekręcając się znowu na plecy i patrząc w sufit. Brakowało mi go w tym łózku. Mój wzrok wciąz uciekał w stronę drzwi. Co miałam kurde zrobić, co? Należałoby się zastanowic nad czym czego chcę. Chcę... chcę go tu z powrotem do cholery! Minął tydzień od tej bezsensownej kłótni. To już chyba lekka przesada, żeby tyle czasu się do siebie nie odzywać przez taką głupotę. Poza tym... Nie wiedziałam czemu akurat teraz, ale... Miałam ogromną ochotę się z nim kochać.
Kiedy moje oczy po raz kolejny powędrowały do drzwi z sypialni, fuknęłam pod nosem i wstałam z łózka. Nasunełam na tyłek majtki, któe wcześniej ściągnęłam i wyszłam z pokoju. W szlafroku oczywiscie, pamiętając że wszędzie są kamery. Zobaczyłam go od razu jak tylko weszłam do salonu. Spał, chyba. Bynajmniej nie ruszał się zbytnio i oddychał spokojnie. Podeszłąm do niego bliżej i po chwili poszturchałam mało delikatnie. Ocknał się lekko nieprzytomny.
- Co.. co... Co się dzieje...? - zapytał.
- Wstawaj. - rzuciłam tylko stojąc nad nim i wpatrując się w niego wielkimi oczami. Spojrzał na mnie zdezorientowany.
- Co?
- Mówię, wstawaj.
- Co się stało?
- WSTAWAJ. - powtórzyłam i pociągnełam go za rękę, żeby się pośpieszył. Podniósł się do siadu przecierając oczy.
- O co ci chodzi, Dona...?
- Bierz tą poduchę i chodź. - powiedziałam podając mu ją. A raczej rzucając nią w niego. Spojrzał na mnie trochę bardziej rozbudzony. Odwróciłam sie i zaczęłam iść w stronę sypialni. Kiedy zerknęłam, zauwazyłam, że idzie za mną. No, grzeczny chłopiec.



Michael





Wpuściła mnie w koncu do łóżka. Każde z nas ułożyło się po jednej ze stron na płasko i wpatrzyło się w sufit ponad nami. Sytuacja była naprawdę śmieszna. Przykryłem się tą kołdrą po sam nos. Po czasie stwierdziłem, że to całkiem dobry patent.
Zerknąłem na nią ukosem i zobaczyłem, że ona też mi się przygląda. Natychmiast odwróciła wzrok, jak tylko spostrzegła mój i udała nie wzruszoną. Uśmiechnąłem się leciutko. Zerkaliśmy tak na siebie myśląc, że ten drugi nie widzi co najmniej jeszcze kilka razy. W końcu pomyślałem, że trzeba to jakoś wykorzystać...
Ona była przykryta tylko do połowy. Przez niezasłonięte okno wpadało światło Księżyca, więc widziałem jej piersi prześwitujące przez tą koronkę. Oblizałem powoli usta. Na wspomnienie tego co do tej pory z nimi robiłem, aż przeszły mnie przyjemne ciarki. Tydzień postu może zdziałac cuda. Czułem w sobie takie pokłady erotycznej energii domagające się spożytkowania, że to był normalnie jakiś kosmos. Zastanawiałem się, czy ona czuje to samo. W końcu... ulżyła sobie nie dawno. Może jej mało? Albo uznała, że ze mną jednak lepiej? Zagryzłem lekko wargę...
Zacząłem powoli przesuwać dłoń w jej stronę. Bardzo powoli, aż w pewnym momencie natrafiłem na jej delikatną skórę na udzie. Zacząłem ją smyrać delikatnie palcem badając jej reakcję. Nie było żadnej. Udawała, że nic nie czuje, że nic się nie dzieje. A ja po prostu szalałem. Płonąłem cały w środku.
Dała mi szkołę jakich mało. Przez tydzień nie miałem nawet jak się do niej zbliżyć. Nie mogłem jej nawet dotknąc palcem. Straszne. Ale czułem, że oboje sobie to teraz odbijemy... W końcu po co innego by mnie tu zaciągnęła? Na pewno za mną tęskniła. I to nie tylko jeśli chodzi o seks. Po prostu, za moją obecnosćią. I ja równiez za nią tęskniłem.
Przeszedłem dalej i położyłem całą otwartą dłoń na jej udzie. Teraz zareagowała. Odwróciła się do mnie tyłkiem. No cóż. Pewnie chciała pokazać, że mam ją pocałować w... Nie omieszkam... Odwróciłem się przodem do niej na boku i zacząłem lekko ugniatać jej pośladek. Wzdrygnęła się i próbowała mi uciec, ale jej nie pozwoliłem. Odwróciłem ją na plecy, samemu zawisnąwszy nas nią, ulokowałem się pomiędzy jej nogami i spojrzałem w jej oczy. Oddychała nie równo patrząc na mnie wyzywająco. Nie myśląc wiele, pochyliłem się i wpiłem się w jej słodkie usta...
Tak jak myślałem wcześniej, zaczęła się szarpać i wiercić, machać nóżkami. Ale nie było w tym jakoś specjalnie dużo samozaparcia, bardzo szybko jej reakcje obronne osłabły i zaczęła całować mnie namiętnie wplatając palce we włosy a nogami obejmując moje biodra. Zaczęło się...
Jej skóra była gorąca, parzyła mnie. Język spragniony penetrował moje usta jakbyśmy zaraz mieli umrzeć. Sam chwytałem sie jej pożądliwie, miałem ochotę rozerwać tą koronkę... Zaczęła mruczeć mi wprost do ust. Miałem na sobie tylko bokserki, po chwili poczułem jej dłonie na swoim gołym tyłku. Nawet nie zauważyłem, kiedy zsunęła ze mnie bieliznę.
Nie było czasu na zabawę w kotka i myszkę. Pragnąłem jej, pragnąłem zagłębić się w niej i kochać do samego rana. Tak by długo tego nie zapomniała. Ona chyba miała podobne odczucia, bo jednym ruchem ściągnęła z siebie ta bluzeczkę przez co moim oczom ukazały się jej pięne piersi. Jęknąłem aż kiedy dotknąłem jednej z nich.
- Widzisz co dobrego możesz stracić? - szepnęła mi na ucho na co schowałem twarz w jej szyję. - Cuda co nie? I jak było kiedy tyle czasu nie mogłeś tego nawet dobrze sobie obejrzeć? A chcę nadmienic, że to wszysko należy wyłącznie do ciebie... Jak to jest nie móc dosięgnąc TYLKO SWOJEJ  rzeczy? - szeptała dalej a ja myślałem, że oszaleję.
- Przepraszam... - wystękałem prawię wyjęczałem. Mój członek czekał w pełnej gotowości... Marzyłem tylko o jednym...
- Zrób to... kochaj się ze mną, Mike... - na te słowa puściły już wszystkie hamulce.
Wszedłem w nią ostrym pojedynczym ruchem, na co zostałem nagrodzony najpiękniejszym dźwiękiem. Jej słodkim jękiem. Objęła mnie i zaczęła szeptać...
- Nareszcie... nareszcie... mój... zrób to... weź mnie... - przełknąłem ślinę jęczac niemal w głos.
Zacząłem poruszać się w niej... Była tak cudownie rozgrzana, morka... Wchodziłem w nią z dziecinną łatwością, to było niesamowite uczucie, to była ona... W końcu ją miałem, blisko przy sobie, mogłem ją poczuć, dotknac, wycałować, pieścić, słuchać jej westchnien. Mogłem czuć jej zapach, słuchać ją, widzieć jak sie wije, jak pręzy ciało, jak oplata mnie spragniona. Wiedziałem, że nie skończę tego dopóki nie padnie wyczerpana.
I dotrzymałem słowa. Przyszła do mnie o godzinie pierwszej w nocy. Kiedy skończyliśmy była ósma rano. Czułem się wykończony, ale w pozytywnym sensie. Całe moje ciało było cudownie odprężone, kiedy tak leżałem obok niej, a ona w moich ramionach słodko sobie drzemała. Gładziłem ją delikatnie po włosach, ramieniu...
W pewnym momencie spojrzała na mnie jednym okiem. I niech mi teraz kto powie, że seks nie może posłużyć jako metoda na zgodę.
- Dzien dobry, myszko. - powiedziałem ostrożnie spoglądając na nią. Zamknęła oko.
- Tylko sobie nie wyobrażaj, że nie jestem już zła. Dzisiaj dostałeś, bo ja miałam wielką potrzebę. - wytrzeszczyłem na nią oczy, ale po chwili i tak się uśmiechnąłem.
- Słyszałem.
- Ta... - mruknęła.
- Akurat przechodziłem wtedy obok drzwi. - stwierdziłem jakby nigdy nic. Znieruchomiała. - Cudownie wzdychałaś... Tak słodko.
- Podsłuchiwałeś?! - podniosła się na łokciu i popatrzyła na mnie z oburzeniem. Uśmiechałem się triumfalnie. - Zbok! Wynocha na kanapę do salonu! - zaśmiałem się wesoło i pogładziłem ją po policzku.
- Nigdzie się nie wybieram, kotku. No chyba, że ty ze mną pójdziesz to... możemy wypróbować ten wielki narożnik...
- Jesteś po prostu...
- Kochasz mnie i tak, jaki bym nie był. - powiedziałem siadając za nią gdy się pod niosła. Objąłem ją ramionami. Westchnęla. - Przepraszam za te wszystkie słowa. - szepnąłem całując jej odsłonięte ramię. - Byłem... cholernie zazdrosny...
- Nie ufasz mi. - powiedziała.
- Ufam ci. To nie bierze się z braku zaufania... Po prostu... jesteś moim aniołem. Moim największym i tak naprawdę jedynym skarbem. Tylko ty sprawiasz, że chce mi się zyć, oddychać, chcę się uśmiechać. Wszystko znów sprawia mi radośc tak jak kiedyś, a to wszystko dzięki tobie. Ty jesteś tym powodem, dla którego chcę żyć i sie uśmiechać. Jesteś moją siłą. Gdyby nie ty na pewno bym sobie nie dał rady z tym gównem, które mi tu jawnie podrzucili. Jesteś takim moim światełkiem. - mówiłem, a ona uważnie słuchała. - Kocham cię. Nie chciałem cię zranić, nie chciałem cię skrzwydzić, przysięgam. Wiem, że przegiołem i to bardzo. Miałaś prawo wywalić mnie z łózka, wygnać z pokoju i nie pozwalac mi się do ciebie zbliżać. Ale ja już nie moge tak... Pragnę cię, pragnę twojej bliskości, ale nie tylko samego ciała, pragnę byś mnie znów przytuliła, tęksnię za toba, kocham cię i prosze byś mi wybaczyła. - powiedziałem spoglądając jej w oczy. Przez kilka chwil nic sie nie działo. Nic nie zrobiła. Ale potem..
- Och ty mój wariacie... - powiedziała uśmiechając sie lekko i przytuliła mnie mocno odwracając się do mnie. Poczułem jak całują skóre na mojej szyi i wplata palce we włosy. Westchnąłem z ulgą.
- Przepraszam.
- Cii. - szepnęła tuląc mnie dalej. - Ja też cię kocham. Bardzo.
- Jak bardzo? - zapytałem spoglądając znów na nią.
- Bardzo bardzo. - oboje się uśmiechnęliśmy.
- Ja ciebie bardziej. - szepnąłem muskając jej usta swoimi. Uśmiechnęła się i wtuliła we mnie jak w pluszowego misia.
Westchnąłem zadowolony. Wreszcie wszystko wróciło do normy. O wiele lżej robi się na sercu gdy ukochana ci przebacza i pozwala ci do siebie wrócić. Tak strasznie za nią tęskniłem. Przez taką głupotę... Obiecałem sobie i jej, że coś takiego już nigdy więcej się z mojej strony nie powtórzy. I miałem zamiar tego słowa dotrzymać. Była moim szczęściem. Nawet gdy nie pozwalała mi sie do siebie zbliżać... była tu. I to wystarczyło do tego, bym czuł, że i tak mimo wszystko nie jestem sam.