Michael Jackson

Michael Jackson

sobota, 24 września 2016

60.

Witam! To już sześćdziesiąty rozdział. Jestem z siebie naprawdę dumna, że udało mi się w tym wytrwać tak długo, bo często mam lenia. xD Mam zamiar pisać dalej, więc... :) A tymczasem zapraszam na odcinek, a następny pojawi się w poniedziałek.



Donata


Miałam ochotę rozedrzeć swojego byłego. Kiedy opowiedziałam o wszystkim Iwie, o mało nie pękła ze śmiechu. A już w ogóle tarzała się ze śmiechu kiedy powiedziałam jej, co Mike powiedział jemu i jak mu uargumentował fakt niemożliwości jego słów.
Tak, powiedział mu, że najzwyczajniej w świecie mnie posuwa. Faceci...
- Swoją drogą to ja nie wiedziałam, że on taki świński potrafi być. - zauwazyła Iwa, kiedy już się trochę opanowała. - Zaczynam go znowu lubić. - parsknęłam śmiechem.
- No ja też nie wiedziałam. To co o nim piszą w gazetach, mówią w telewizji i w ogóle to co sądzą, że o nim wiedzą fani ma bardzo mało wspólnego z rzeczywistością. Oczywiście, jest słodki, kochany... po prostu dobry, ale potrafi pokazać zęby. Tak jak teraz pokazał na Darka. - obie się zaśmiałyśmy. - Naprawdę mam ochote zabic tego dziada. - syknęłam.
- Daj spokój. Nie psuj sobie nerwów na idiotę. - machneła ręką. - Lepiej spożytkuj je na swoim przyszłym mężu. Własnie, kiedy wy wogóle będziecie brać ten ślub?
- Nie wiem jeszcze dokładnie, ale na pewno niedługo. Raczej nie możemy za wiele zwlekać.
- Będzie jakaś zabawa? - wyszczerzyła się.
- Raczej nie. - parsknęłam śmiechem. - Nikt nie ma się o tym dowiedziec, więc... - wzruszyłam ramionami. - Odbębnimy wszystko i już. - pokiwała głowa, a potem znów się zaśmiała.
- Nie moge z niego.
- A daj już spokój! - szturchnęłam ją po czym obie zaczęłyśmy chichotać.
Nadszedł jednak czas by się pożegnać. Nie była zachwycona, ale co poradzić.
- Niedługo się zobaczymy. - obiecałam patrząc na nią, a ona przytuliła mnie na te słowa.
- Trzymam cię za słowo. No leć już, bo ci tam uschnie biedny. - spuściłam głowe. - Dona. - złapała mnie za rękę. Musiałam na nia spojrzeć. - Nie rób już żadnych głupot. On już naprawdę wykorzystał już chyba wszystko dostępne sposoby w jakie ci może pokazać jak cie kocha. Nie zrób znowu czegoś... nie mądrego. Dobrze? - uśmiechnęłam się patrząc na nią.
- Dziękuję. - powiedziałam i przytuliłam ją znów.
- No! Zachowuj się. - wyszczerzyła się szeroko.
Z westchnieniem myślałam o tym co przede mną jadąc do hotelu. Z rodzicami pożegnałam się już wcześniej. Niedługo mamy samolot... Po prawdzie nie mogłam się już doczekać, aż wylądujemy. Pozostawała tylko jedna sprawa. Janet. Byłam pewna, że jak tylko mnie zobaczy, urwie mi łeb.
Kiedy weszłam do apartamentu od razu poderwał się z łózka i doskczył do mnie dosłownie.
- Mike, co ty... - zaczęłam, ale nie zdołałam dokończyć myśli. Wpił się w moje usta, aż zaparło mi dech. Objęłam go za szyję przyciągając jednocześnie do siebie jeszcze mocniej oddając pocałunek. Wydawał sie być taki stęskniony... A przecież nie było mnie tylko trzy godziny. - Hej...
- Mm... - mruknął z przymkniętymi oczami.
- Chyba musimy się szykować... - powiedziałam lekko rozkojarzona.
- Tak... ja jestem już gotowy. - odrzekł przyglądając mi się. Uśmiechnęłam się spoglądając mu w oczy i w dość szybkim tempie ogarnęłam się.
- Więc... kiedy to wszystko się odbędzie? - zapytałam unikając spoglądania na niego. Miał zostać moim mężem... Mąż... dziwnie się czułam.
- Jutro wieczór. - odpowiedział cichym aksamitnym głosem. Coś ścisnęło mnie w żołądku. - Wiem, że to naprawdę bardzo szybko, ale... nie wskazana jest jakakolwiek zwłoka, myślę, że wiesz. - spojrzął na mnie.
- Tak, masz rację. - kiwnęłam głową. Miał rację, bez dwóch zdań.
Nienawidziłam lotów. Strasznie mi się dłużyły. Siedziałam, na pół leżałam prawie oparta o jego ramię i starałam się choć na chwilę zasnąć, ale okazało sie to niezwykle trudne. Byłam zdenerwowana. Jak mogła bym nie być przed czymś takim? Sukienkę podobno wybrała dla mnie Janet... A właśnie...
- A jak tam twoja siostra? Bardzo na mnie wkurzona? - wymruczałam spoglądając na niego. Nie odpowiedział od razu. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
- Ma zamiar urwać ci głowę. Więc chyba tak, bardzo wkurzona. - skrzywiłam się lekko. - Okłamałaś ją. Mnie zresztą też.
- Nie chciałam... mówiłam sobie, że...
- Nieważne. - powiedział zatykając mi usta palcem. Spojrzałam w jego oczy. - Nieważne. - powtórzył. - Ważne, że teraz jesteś ze mną i że nie długo będziemy rodziną. Bardzo cię kocham. - zetknął swoje czoło z moim. Miałam zaciśnięte gardło.
- Ja ciebie też. - szepnęłam. - Mam nadzieję, że kiedyś mi to wszystko wybaczysz.
- Myślisz, że byłbym tu teraz z toba, gdybym ci nie wybaczył? - spojrzałam mu znów w oczy. Nie było tam nic poza bezdenną miłością i pożądaniem. Pocałował mnie lekko.
- Nie sądzę, żeby to było takie proste do wybaczenia...
- Nie było. Nie zdajesz sobie jaki ból mi zadałaś i to nie raz. Zwłaszcza wtedy, kiedy powiedziałaś, że mnie nie kochasz... - zamilkł na chwilę. - Nieważne. - powiedział w końcu znów na mnie patrząc. I znów widziałam w jego oczach tylko miłość, nic więcej. Wtuliłam się mocniej w jego ramię.
- Boję się. - mruknęłam.
- Czego? Nic ci przy mnie nie grozi...
- To nie taki strach. - powiedziałam kręcąc głową.
- A jaki?
- Taki, że... - westchnęłam. - Ja... boję się, że to się znów rozpadnie.
- Nic się nie rozpadnie, kochanie. - zapewnił mnie cichym szeptem. - Nie wmawiaj sobie nic, proszę...
- Nic sobie nie wmawiam... ja... chyba po prostu nie nadaje się do takich rzeczy... - odsunęłam się od niego. Ale on złapał mnie za ramiona i szarpnął do siebie. Zderzyłam się z nim lekko. Dzieliło mnie od jego ust zaledwie kilka milimetrów...
- Własnie sobie coś znów wmawiasz. Nie mam zamiaru tego słuchać. Jesteś najwspanialszą rzeczą jaka spotkała mnie w życiu, nie pozwole ci, żebyś znów sama mi siebie odebrała. Rozumiesz? - patrzeliśmy sobie przez moment w oczy.
- Mike... - nie wiedziałam co powiedzieć. Patrzył na mnie w oczekiwaniu na to co mam mu do powiedzenia. - Ja nie wiem...
- Wiesz. - szepnął cicho, spokojnie. Gładził mnie lekko po policzku. - Nie bój się... Po prostu bądź ze mną. - przytulił mnie mocno do siebie.
Tego mi brakowało. Jego bliskości, zwyczajnej bliskości wynikajacej z przytulania. Znów mogłam do niego przylgnąć, poczuć jego zapach... Wszystko to czego przez ostatnie tygodnie nie miałam. Był ze mną. A tego przeciez pragnęłam... Nie wiedziałam czym sobie zasłużyłam na kogoś takiego jak on.



Michael


Kiedy wylądowaliśmy oboje chyba nie marzyliśmy o niczym więcej jak tylko o ciepłej kąpieli i wygodnym łózku. Zauważyłem, że Dona zaczyna znów być lekko podenerwowana, kiedy wyjeżdżaliśmy z lotniska do mojego domu. Pewnie chciała już być na miejscu, położyć się, odpocząć. Chyba za dużo dla niej było tych długich lotów ostatnimi czasy.
Sam też czułem się wykończony. Droga do Neverland dłużyła się strasznie, choć ulice były dość luźne by jechać szybciej niż zwykle. Mimo to czułem jak wszystkie moje mięśnie są boleśnie spięte i chyba właśnie tylko długa gorąca kąpiel da rade je rozluźnić...
Myśląc o kąpieli spojrzałem na Doną usiłującą zdrzemnąć się obok mnie w samochodzie. Chyba niezbyt jej to wychodziło. Kręciła się, wzdychała co chwile z irytacją. Chwyciłem ją lekko za rękę. Spojrzala na mnie czując mój dotyk.
- Za chwilę będziemy już na miejscu. - szepnąłem uśmiechając się lekko, choć sam miałem już dość podróży.
- Jedyne czego chcę to wanna i łózku. - burknęła znów wzdychając. Nie mogła ułożyć się wygodnie.
- Zaraz będziemy na miejscu. - nie dodałem, że mam zamiar zabrać ją do siebie. Zresztą, jak już mówiłem, niech nie sądzi, że będzie mieszkać w osobnym pokoju. Na pewno nie.
Nastała cisza. Po jakichś piętnastu minutach w końcu przejechaliśmy przez bramę. Dona rwała się do wysiadki jak nigdy. Było wczesne rano, koło szóstej. Prześpimy cały dzień, a potem... Jutro cała impreza. Właśnie... nie powiedziałem jej.
Kiedy wysiedliśmy panowie zaczęli wypakowywać nasze bagaże a ja złapałem ją za rękę i pociągnąłem za sobą. Poranek był dość chłodny, rześki. Ale w dzień znów będzie ciepło. Wstrząsnął nią lekki dreszcz, na co uśmiechnąłem się. Oczy same jej sie zamykały. Gdyby nie to, że tak chciałem na nią patrzeć mnie pewnie też by się zamknęły.
- A walizki...? - zapytała mało przytomnie.
- Nie przejmuj się tym, chodź. Trzeba odpocząć przed jutrzejszym dniem. - odpowiedziałem ciągnąć ją za rękę. Szła za mną posłusznie jak małe dziecko. Uśmiechnąłem się, kiedy wchodziliśmy do środka.
- A co jest jutro? - zapytała sennie.
- Ślub. - popatrzyła na mnie trochę większymi oczami, ale nic nie powiedziała. Westchnęła tylko cicho pod nosem i pozwoliła mi prowadzić się dalej. Dopiero kiedy stanęliśmy przed drzwiami do mojej sypialni...
- Mike, to twoja sypialnia...
- Od dzisiaj jest nasza. Znów. - powiedziałem nawet na nią nie patrząc tylko otwierając drzwi. Ani drgnęła. - Mam cie tam wepchnąc siłą? Ja też jestem zmęczony, Dona, wierz mi, że jestem zdolny do tego, żeby przełożyć cię sobie przez ramię i po prostu tam wnieść. - popatrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami.
- No dobrze. - mruknęła w końcu i weszła sama. No, chociaż tyle, pomyślałem. - Ale tylko dzisiaj...
- Nie ma żadnego tylko dzisiaj, kobieto. - powiedziałem poważnie. - Później przyniosą tu wszystkie twoje rzeczy. A teraz... - podszedłem do niej i ściągnąłem z niej cienką kurteczkę, która miała na siebie zarzuconą. - Idziemy do kąpieli. - zarządziłem.
- Idziemy...? - mruknęła sennie.
- Tak. Idziemy, razem. Rozbierz się, kochanie. - szepnąłem podchodząc do niej jeszcze bliżej i całując ją lekko w czoło. - Ja wszystko przygotuję.
Westchnęła tylko i oparła czoło o moją klatkę piersiową.
- Nie będę się sprzeciwiać... Nie mam na to siły. - uśmiechnąłem się szeroko.
W łazience odkręciłem kran na ful i przyglądałem się jak odpowiednio ciepła woda wypełnia dużą wannę. Delikatny zapach płynu do kąpieli rozniósł się po pomieszczeniu... Przymknąłem oczy i przypomniałem sobie ile razy razem... i co się tu działo. Zagryzłem lekko wargę.
Każdy zakamarek mojego domu miał w sobie coś z niej. Przez ten cały czas kiedy jej nie było, tak naprawdę było jej pełno. Gdzie bym nie poszedł, nawet chcąc przed tym uciec, nie mogłem. Wszędzie były jakieś wspomnienia, unosił się jej zapach, być może bardziej tylko w mojej głowie, ale go czułem. Ściany nasiąknęły nią... Tak trudno było to znieść.
Usłyszałem otwierające się drzwi. Jedno spojrzenie za siebie wystarczyło. Stała oparta o framugę drzwi i patrzyła na mnie totalnie małymi oczkami. A do tego była naga. Uśmiechnąłem się delikatnie i chwytając ją za dłoń powoli przyciągnąłem do siebie. Bliskość jej ciała była upajająca. Bardzo łatwo mogłem teraz oszaleć. Przytuliłem ją wtulając nos w jej piękne długie włosy. Westchnęła cicho przylegając do mnie i skuliła sie lekko. Zmęczona...
- Wskakuj. - szepnąłem po chwili kiedy zakręciłem wodę. Posłuchała bez słowa. Weszła powoli do wody i od razu dało się zauważyć jak na jej twarzy maluje się przyjemność.
- Dziękuję ci, spełniłes moje największe marzenie w tym momencie... - zaśmiałem się cicho i sam zacząłem się rozbierać. Otworzyła oczy, które wcześniej zamknęła i obserwowała bez najmniejszego skrępowana jak pozbywam się po kolei każdej części swojej garderoby.
Wpuściła mnie za siebie. Oparła się o mnie i westchnęła znów... Kiedy objąłem ją ramionami znów zadrżała, zauważyłem delikatną gęsią skórkę, ale po chwili zniknęła. Włosy zamokły w wodzie i seksownie oblepiły jej piersi... Pocałowałem lekko jej ucho...
- Mike... - usłyszałem jak cicho szepcze.
- Hm...? - odmruknąłem czując jak powoli sie rozluźniam. Ona chyba też zaczęła się w końcu odprężać. Ciepła woda działa cuda...
- Brakowało mi tego. - usłyszałem. Wstrzymałem na moment oddech zagryzając wargę. W następnej chwili odgarnąłem jej włosy z szyi na bok odsłaniając tym samym jej pierś i pocałowałem jej delikatną skórę...
- Czego dokładnie? - podpytałem gładząć teraz dłońmi jej brzuszek...
- Wszystkiego. - odpowiedziała. - Wspólnych wieczorów... kąpieli... nawalania się poduszkami... pocałunków, seksu... Po prostu twojej bliskości. Czasami miałam ochote tak po prostu się do ciebie przytulić...
- Więc czemu tego nie zrobiłaś? - wyszeptałem tak samo cicho jak ona.
- Nie miałam odwagi... na nic. - na te słowa przycisnąłem ją do siebie lekko. Westchnęła prężąc się lekko. Wiedziałem że jest jej teraz dobrze. Ze mną.
- Żałuję, że tego nie zrobiłaś. Nie odepchnąłbym cię. Wręcz przeciwnie... nie pozwoliłbym ci sie już więcej oddalić. - zobaczyłem jak się uśmiecha. - Kocham cię... - wyszeptałem muskając wargami jej skroń... Odwróciła się lekko na bok i wtuliła sie we mnie. Przygarnąłem ją z ochotą.
- Ja ciebie też. - usłyszałem stłumiony lekko głos. Popatrzyłem na nią. Oczy miała zamknięte...
- Ale nie śpimy. - zaśmiałem się cichutko. - Zaraz położę cię do łóżka, kruszynko...
- A zostaniesz w nim ze mną? - wydawało mi się, że ciężko jej przychodzą te słowa. Ale cieszyłem się, że mimo wszystko to powiedziała.
- Oczywiście. Zawsze chcę być z tobą. Zawsze. - zacząłem składać delikatne pocałunki gdzie tylko mogłem dosięgnąć. Na jej policzku, czole, głowie... wszędzie gdzie tylko mogłem. Zauważyłem jak znów lekko się uśmiecha. - Jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało...
- Wcale nieprawda. - mruknęła. Popatrzyłem na nią lekko zaskoczony.
- Nie?
- Nie. - odmruknęła znów. - Bo to TY jesteś NAJLEPSZĄ rzeczą w MOIM życiu. - roześmiałem się cicho i znów po raz kolejny pocałowałem jej głowę.
- Myślę, że jest po równo.
- Nie. - marudziła, a ja wciąz sie śmiałem. - Nie śmiej się.
- Och, nie śmieję się. - udałem poważnego.
Leżeliśmy w tej wannie dość by woda zrobiła się letnia. Wtedy uznałem, że czas wyłazić, oboje byśmy tam chyba zasnęli... Ona już zasnęła.
Szturchnąłem ją lekko na co zamruczała marszcząc nosek.
- Budź się, królewno, czas wyjść z tej wanny. - spojrzała na mnie malutkimi oczami. Uśmiechałem się wciąż. Poruszyła się i... syknęła.
- Ała... - to ała było lekko skacowane.
- Co się stało? - oczywiście od razu się zaniepokoiłem.
- Nic... Zdrętwiałam lekko.  parsknąłem śmiechem.
- Tak to jest jak się zasypia w wannie. Mało wygodnej...
- Ta akurat dzisiaj była bardzo wygodna. - mruknęła podnosząc się w końcu. Miałem teraz przed oczami całe jej ciało. Przeciągnęła się lekko, a dopiero potem wyszła z wody. Owinęła się jakimś czystym białym ręcznikiem kąpielowym...
Wyszedłem zaraz za nią i nie czekając wiele przycisnąłem jej okryty ręcznikiem tyłek do siebie... Objałem ją i rozwijając ręcznik zacząłem ją nim delikatnie sam wycierać... Speszyła się w pierwszym momencie, ale sytuacja musiała się jej jednak spodobać, bo zamruczała w końcu odchylając głowe do tyłu i kładąc mi ją na ramieniu. Wyeksponowała mi tym samym swoją szyję w całej jej okazałości...
Zacząłem składać na niej delikatne pojedyncze pocałunki. Przeciągałem po niej lekko nosem czując wyraźnie jak drży momentami... Mimo zmęczenia to dawało nam się we znaki wyraźnie... Chwyciła moje ramiona obiema swoimi dłońmi i odwróciła twarz w moją stronę... Nasze usta same sie odnalazły i po chwili droczenia się oboje w tym samym momencie przywarliśmy do siebie mocno, ale z czułością. Smakowaliśmy się na wzajem, nie było w tym jakiejś brawury lub czegoś podobnego. Pocałunek był czuły, głęboki i pełen miłości.
Bez najmniejszego ostrzeżenia, wziąłem ją na ręce. Zapiszczała mi cicho w usta zaskoczona, ale już po chwili o tym zapomniała całując mnie zapamiętale. Objeła mnie za szyję wplatając palce jednej dłoni w moje włosy... Po chwili położyłem ją w świeżej pościeli i przykryłem swoim ciałem nie odrywając się ani na milimetr. Nie dążyliśmy do samego zbliżenia... Każde z nas potrzebowało po prostu tej jednej krótkiej chwili zapomnienia.
W niedługim czasie jakoś tak sami z siebie ułożyliśmy sie w tym łózku w wygodnej dla nas obu pozie i nikt już nic nie powiedział. Nie było takiej potrzeby. Była godzina siódma, tak mniej więcej... Narzuciłem tylko na nas pościel i po chwili moja ukochana już spała wykończona podróżą. Ja sam przyglądałem się jej tylko przez chwilę, po czym sam zasnąłem tak samo zmęczony jak ona.




Kiedy się obudziłem przez niezasłonięte okno wdzierało się jaskrawe słońce. Raziło niemiłosiernie w oczy. Zakryłem twarz poduszką i dopiero wtedy odetchnąłem. Mogę spać dalej. Ale już po chwili poczułem jak coś porusza sie tuż obok mnie... a ściślej mówiąc... na mnie.
Odsunąłem nieco poduszkę i popatrzyłem na siebie. Tuż przed nosem zobaczyłem burze ciemnych włosów w kompletnym nieładzie i od razu do mnie dotarło co się dzieje. Odrzuciłem poduchę całkiem na bok i już nawet to światło słoneczne przestało mi przeszkadzać. Liczył się tylko jeden szczegół. Piękna dziewczyna śpiąca razem ze mną  w moim łóżku.
Przeczesałem jej włosy palcami na co zamruczała tylko cicho i spała dalej. Nie miałem zamiaru jej budzić. Po zerknięciu na zegar stwierdziłem, że sam nie mam ochoty jeszcze wychodzić z łóżka. Była godzina dwunasta, południe. Przespaliśmy już około pięciu godzin, ale to jak dla mnie było stanowczo za mało.
Zmieniłem nieco pozycję czując jak moje ciało lekko drętwieje tym samym zsuwając z siebie moją niedługo już żonę, ale już po chwili przycisnąłem ją do siebie obejmując ramionami. Westchnęła cicho przez sen nawet nie otwierając jednego oka. Miała wory pod oczami... Musiała wciąz być zmęczona. Nic dziwnego, że spała tak mocno. Sam miałem wciąż piasek w oczach...
Z zamiarem ponownego pogrążenia się we śnie wtuliłem noc w jej włosy czując jak ich zapach wypełnia moje płuca, ale nie dane mi było zasnąć. Ani też Donie dłużej pospać. W niedługim czasie usłyszałem stukanie obcasów na korytarzu i jakieś głosy. Zaledwie w chwilę później drzwi do mojej sypialni otworzyły się z hukiem i wpadła do niej...
- NARESZCIE! - usłyszałem aż podskoczyłem. Dona podniosła się trzymając pościel przy piersi i rozglądała się zdezorientowana wyrwana gwałtownie ze snu. Oba nasze spojrzenia padły na...
- Janet? JERMAINE?! Czy wy nie umiecie pukać?! Wynocha!!! - cisnąłem w nich tym co akurat miałem pod ręką czyli poduszką. Janet spąsowiała lekko. To wyglądało jednoznacznie, ale nie miałem zamiaru ich teraz w czymś uświadamiać. Natomiast chciałem sie ich stamtąd pozbyć, a już najbardziej mojego brata, który wlepiał pożądliwy wzrok w Donę. - WYNOCHA, MÓWIĘ! - przypomniałem mu o swojej obecności.
- Sorry...! - jęknęła moja siostra po czym wyleciała z pokoju ciągnąc za sobą brata.
Co to miało być?! Nie chodzi mi o Janet, ale o te JEGO ślepia wybałuszone... Przeniosłem wzrok na Donę. Zawinęła sie w pościel tak szczelnie, że nic nie było widać. Poczułem się od razu o wiele lepiej. Ale i tak byłem wściekły.
- Co się stało? - zapytała.
- Nie mam pojęcia, ale wiem, że urwę bratu kutasa! - powiedziałem wściekły wychodząc w końcu z łóżka i zaczynając się po prostu ubierać. Ona siedziała wciąż w łózku i przyglądała mi się. Po chwili skrzywiła się lekko.
- To sobie pomyśleli... - mrukneła.
- Nie chodzi mi o to co sobie pomyśleli! Chodzi mi o to, że mój brat wlepia w ciebie gały!
- Jesteś zazdrosny? - powiedziała. Nie musiałem na nią patrzeć, żeby wiedziec, że się uśmiecha.
- Nie.
- Nie? Ani trochę?
- Ani trochę. - odpowiedziałem wciągając spodnie.
- Aha. W takim razie moge sie owinąć samym ręcznikiem i tam do niego wyjść...
- ANI MI SIĘ WAŻ! - podleciałem od razu do niej. Wytrzeszczyła na mnie oczy. - Nikt nie będzie cię takiej oglądał. - warknąłem po czym wyciągnąłem z szafy jakąś pierwszą lepszą koszulę.
- A to dlaczego?
- Bo tylko ja mam prawo cię taką widzieć! - roześmiała się wesoło. Dźwięk jej śmiechu podziałał na mnie trochę uspokajająco.
- Czyli jednak jesteś zazdrosny.
- I to jak, kochanie! - przyznałem w końcu jęcząc i jednocześnie zgrzytajać zębami. Podszedłem do niej i objąłem ją w pasie. Stała na środku pokoju owinięta w prześcieradło. Gdy objęła mnie za szyję samo opadło na podłogę... Moje ręce od razu zaczęły mnie palić jak tylko dotknąłem jej delikatnej skóry.
- No to czemu nie chciałes się przyznać?
- Och... Jestem facetem. - parskneła śmiechem.
- I co z tego?
- Faceci nigdy się do tego nie przyznają. - cmoknąłem ją szybko. - Ubierz się, a potem idziemy wykastrować mojego braciszka.
- Rozkręcasz się Mike. - zaśmiała się znów pod nosem.
- Nie widziałaś, jak sie na ciebie gapił?!
- Szczerze? Nie. - pokręciła głową. - Pierwsze co zobaczyłam to twoje plecy. Więc sądzę, że nawet gdyby to zza ciebie za wiele nie zobaczył. - popatrzyłem na nią przez chwilę analizując jej słowa.
- Nieważne. - burknąłem w końcu. - Nikt oprócz mnie nie ma prawa cię oglądać. Jesteś moja. - powiedziałem znów do niej podchodząc i kładąc jej dłonie na tyłku. Zacisnąłem lekko palce.
- A moze by tak ich olać i jeszcze poleniuchować, co? - zapytała przyglądając mi się i bawiąc sie niezapiętymi jeszcze guzikami mojej koszuli.
- Kusząca propozycja. - przyznałem z uśmiechem. Wciąż interesowałem się jej tyłkiem.
- No widzisz...
- Ale nie mogę pozbawić Janet okazji urwania ci głowy. - automatycznie się skrzywiła i skrzyżowała ręce na piersiach.
- Jeszcze jej nie przeszło?
- Sama widziałaś jak tu wpadła. - zaśmiałem się. - Nie odpuści dopóki ci nie wygarnie.
- Weź no...
- Ja ci nie pomogę.
- I tak już dostałam dosyć od ciebie!
- Ja to ja. A Janet to Janet. - pocałowałem ją znów krótko. - Ubieraj się, ślicznotko. - westchnęła ale w końcu zaczęla zakładać na siebie ubranie.
Tak jak mówiłem, Janet oczywiście nie odmówiła sobie sposobności objechania jej. Co najmniej tak samo jak ja wtedy u niej w pokoju. Dona stała przed nią patrząc na nią z miną zbitego psa i pewnie nawet zastanawiała się czy nie dostanie za chwilę w łeb. Przydałoby się jej czasami, naprawdę. Ale śmiać mi się już z tego wszystkiego chciało. Co nie znaczy, że to co zrobiła było jakieś śmieszne... Ktoś mógłby uznać to za dowcip, ale wcale nie był śmieszny. Teraz jednak wielkimi krokami zbliżała się poważna uroczystość i nawet nie chciałem myśleć o tym co było do tej pory. Wiedziałem, że po wszystkim wszystko się zmieni.
- Janet... - wtrąciłem się w końcu hamując uśmiech. Tyrała ją już jakieś dwadzieścia minut. - Wystarczy już chyba co?
- Wystarczy?! - warknęła nabuzowana. Myślałem, że zaraz para pójdzie jej uszami. - Powinnam ją za to ukatrupić! - pokręciłem tylko głową i zostawiłem je widząc błagalne spojrzenie Dony. Chyba miała nadzieję, że ją jakoś uratuję. O niee, nabroiłaś, to teraz masz karę. Zagryzłem lekko wargę.
- Dobra, wiem, masz rację! - usłyszałem w końcu. - Daj już spokój, i tak mi wstyd... - dodała cicho chyba mając nadzieje, że tego nie usłyszę. Słyszałem wszystko.
Moja siostra w końcu się uspokoiła, a jej dobry humor bardzo szybko do niej powrócił. Dona jeszcze od czasu do czasu zerkała na nią z lekkim niepokojem, ale ona już raczej nie miała zamiaru wybuchać. Za to Jermaine zaczął se za dużo pozwalać.
Janet nagle dostała jakiś telefon, wyszła na momencik by odebrać. Sam stwierdziłem, że zrobię wszystkim coś do picie i wyszedłem do kuchni. I to chyba był błąd.
Mój brat jest bardzo specyficzny. Chyba jako jedyny został ulepiony z TAKIEJ gliny, ponieważ reszta nie śmiałaby zrobić czegoś takiego. Dla niego to były żarty, ale bardzo często w nich po prostu przeginał. Tak jak tym razem.
Nastawiłem expres i czekałem aż zaparzy po kolei kilka kaw różnego rodzaju jak każdy sobie życzył. Przez ten czas spoglądałem przez okno, za którym bawiły się jakieś dzieci. Tak... Kolejna ferajna przyszła do zoo. Schowałem się w domu, nie wychodziłem, prawdopodobne było nawet to, że goście nie wiedzą, że jestem w domu. Ale odpowiadało mi to. Teraz byłem skupiony na czym zupełnie innym, kochałem dzieci, ale w tym momencie chodzenie wokół nich nie było tym czego najbardziej pragnąłem. Bawiły się ze zwierzakami... Miały co robić.
Wyciągnąłem tacę i poustawiałem na niej wszystko razem z mlekiem, śmietankami i kostkami cukru. Janet uwielbiała dolewać sobie płynny karmel, więc ten też, gorący jej postawiłem. Wziąłem to wszystko w końcu mając nadzieję, że tego nie wywalę i wyszedłem z tej kuchni kierując się do salonu, w którym została cała reszta.
Kiedy tam wszedłem, zauważyłem, że Janet jeszcze nie wróciła, za to w oczy rzuciło mi się też coś innego. Momentalnie się zagotowałem.
Odstawiłem tą tacę na jakiś mebel i obserwowałem mojego brata, który próbował przyklejać łapy do MOJEJ PRZYSZŁEJ ŻONY. Ta z wściekłą miną odpychała go od siebie.
- Spadaj, dziadu, przysięgam, że za chwilę przestaniesz być mężczyzną! - powiedziała podniesionym głosem. Była zła. Ale z całą pewnością nie była nawet w połowie tak zła jak ja.
- No przestań, przeciez się o niczym nie dowie... - zaśmiał się łaskocząc ją. Zamachnęła się na niego, ale nie trafiła. Zdążył sie uchylić. - No, masz temperament! Takie lubie.
Siedzieli tak, że żadne  z nich mnie nie zauważyło. Stałem i obserwowałem całą sytuację przez jakiś czas. Słyszałem dzwonienie w uszach. Poza tym nic do mnie nie docierało. Ktoś mógłby drzeć mi sie do ucha, nie zwróciłbym na to uwagi. Najmniejszej. Jak on śmie...
- Powiem mu! - zagroziła Dona próbując odepchnąć jego łapy. Nie obmacywał jej jakoś... Ale to co robił i tak było obrzydliwe. A to położył jej dłoń na kolanie, zaczął ją łaskotać  po szyi, a to  próbował złapać za stopę... Kurwa... Miałem nadzieje, że ma jakies ubezpieczenie, bo za chwilę padnie martwy...
- Aj tam! - zaśmiał się znów. - Musi wszystko wiedzieć? To może być taka nasza mała tajemnica. Tylko ty i ja, mógłbym ci pokazać kawał świata...
- On mi już pokazał kawał świata, twojego nie potrzebuję! Poza tym, zrobiłbyś coś takiego własnemu rodzonemu bratu?! - właśnie. Też się teraz nad tym zastanawiałem. Do tej pory jakoś znosiłem jego głupotę, ale teraz... moja cierpliwośc się skończyła.
- Daj spokój. Co to on sie nie zna na żartach? Mało to razy robiłem mu takie jaja?
- Jaja?! Dowalanie się do jego dziewczyny nazywasz jajami?!
- No już się tak nie wściekaj. To co spotkamy się może... jutro po tym całym cyrku? - i ja i ona wytrzeszczyliśmy na niego oczy. - Przecież to tylko fikcja... - dodał i przysunął się do niej.
- JERMAINE, DZIADU, CO TY ROBISZ?! - wszyscy się wzdrygnęli, nawet ja. Głos Janet potrafił poruszyć nieboszczyka. A teraz wlepiała w nich oczy jak sroka  w gnat.
- No przecież żartuje, siostrzyczko. - zaśmiał się odsuwając się od niej.
- To nazywasz żartami?! Ty wstydu nie masz! - zaczęła na niego jechać. A mnie puściły już wszystkie hamulce.
- Wynocha z domu. - powiedziałem o dziwo całkiem spokojnie. Nikt jak dotąd mnie nie zauważył, więc wszyscy spojrzeli na mnie jak jeden mąż. Dona chyba się przeraziła. Może myślała, że zaraz przemebluję mu gębę...? Dobrze myślała. Natomiast on się zmieszał. Chyba dotarło do niego, że przynajmniej część z tego wszystkiego musiałem zobaczyć. Janet wciąż była nabuzowana i skakała oczami po wszystkich po kolei.
- Mike... - Dona pisnęła tylko podchodząc do mnie. Automatycznie jakby ktoś wcisnął mi jakiś przycisk, złapałem ją za rękę i schowałem po prostu za siebie. Wzrok wciąż wbijałem w brata. Prychnąłem w myślach.
- Michael, no chyba nie myślisz, że ja chciałem z nią coś na poważnie...
- Nic mnie nie obchodzi co ty chciałeś, po tobie można się już wszystkiego spodziewać. W tej chwili zabierasz swoją dupę i wynocha z mojego domu. - gdzieś na skraju mojego umysłu kręciło sie lekkie zaskoczenie, że jeszcze nie dałem mu w mordę i wciąz byłem w stanie nad sobą zapanować.
- Mike... - chyba zaczęło do niego docierać, że przegiął i to poważnie.
- WYNOCHA. - wycedziłem. Drgnąłem jakbym chciał do niego dolecieć. I może by się tak stało, gdyby nie ręce Dony którymi oplotła mnie w pasie. Nie ruszyłem się.
- Ale...
- Idź stąd, dopóki nie wybił ci jeszcze wszystkich zębów. - powiedziała Janet przesądzając sprawę. Zebrał się w końcu rzucając mi ukradkowe spojrzenia. Wbijałem w niego wzrok dopóki nie zniknał...
Co za...
- Mike? - usłyszałem cicho lekko zalękniony głos mojej narzeczonej. Nawet na nią nie spojrzałem. Odwróciłem się i odszedłem z zamiarem wyjścia stamtąd, skierowałem się do sypialni. - Hej, zaczekaj! - szła za mną, ale nie zwracałem na nią uwagi. Wolałem... ją teraz zignorować... inaczej istniało spore prawdopodobieństwo, że po prostu się na niej wyżyję. A tego nie chciałem. Nie zrobiła nic złego. Ale byłem wściekły... musiałem ochłonać... w samotności.
Doszliśmy do sypialni, wszedłem do środka zatrzaskując jej drzwi przed nosem. Nie czułem się z tym najlepiej, ale... Później ją przeproszę. Nie wiedziałem czy stała tam czy sobie poszła. Zacząłem się zastanawiać co jest nie tak z tym facetem. Dlaczego obrał sobie za cel życia uprzykrzanie mi mojego. Pokręciłem głowa ze zrezygnowaniem. To nie była rzecz, która mogłem w jakikolwiek sposób zrozumieć. Takich rzeczy nie robi się bratu. Albo on zacznie mnie omijać, albo dostanie w zęby przy pierwszej okazji...
W końcu uznałem, że nie  będę w tej sypialni siedział wiecznie. Czułem ścisk w żołądku. Nie potraktowałem jej dobrze... nie chciałem. Odnalazłem ją w jednym z moich gabinetów, oglądała materiały z pracy nad płytą BAD. Wcześniej nie chciałem jej ich pokazywać... Zerknęła za siebie kiedy wszedłem, ale nic nie powiedziała. Wróciła do segregatora...  ale ten jeden moment wystarczył mi, by zobaczyć, że ma zaczerwienione i lekko podpuchnięte oczy. Poczułem się jeszcze gorzej.
Przyklęknąłem tuż za nią i objąłem ją. Nie zareagowała. Chyba udawała, że mnie nie ma. Przytuliłem ją najmocniej jak tylko mogłem, przyssałem się niemal do jej policzka. Wciąż nie reagowała. Czułem, że jest zła.
- Wiem, że jesteś na mnie zła... - odezwałem się w końcu, ale przerwała mi.
- Nie jestem zła. - mówiła spokojnie. Nie patrzyła na mnie, tak jakbym jej wcale nie obchodził.
- Przecież widzę.
- Nie jestem zła. - powiedziała dobitniej. - Jest mi przykro. - dodała lekko załamującym się głosem i pociągnęła nosem. Tylko nie to, błagam, pomyślałem... Przycisnąłem ją do siebie mocniej. - Potraktowałes mnie jak...
- Przepraszam. - powiedziałem natychmiast, nie chciałem dopuścić do tego, żeby znowu płakała. Przeze mnie. - Nie chciałem zrobić ci przykrości... Wiem, że to nie był najlepszy sposób, ale wolałem się na jakiś czas odgrodzić od wszystkiego i wszystkich... Byłem... zły bo... takie rzeczy dzieją się tylko w filmach, żeby ktoś rodzonemu bratu pannę chciał poderwać. - na samo wspomnienie byłem znów wściekły. - Nie chciałem po prostu się na tobie wyżyć. Wolałem posiedzieć sam, a potem przeprosić cię za moje zachowanie. Przepraszam. - spojrzała w końcu za siebie na mnie. - Przepraszam, kotku. - szepnąłem znów gładząc ją teraz po policzku.
- No... powiedzmy, że nie było aż tak źle. - rzekła wspaniałomyślnie wracając do segregatorów. Przez chwilę się zastanawiała który wybrać, aż wzięła leżący najdalej od niej i otworzyła go. Było w nim z grubsza co innego niż w pozostałych... jej zdjęcia. Otworzyła szeroko oczy. Sam się trochę zmieszałem, bo jej ich nie pokazywałem do tej pory. - Co to jest? - wyciągnęła spory plik zdjęć i zaczęła je oglądać. Na każdym z nich widniała sama albo z kimś z pewnej odległości. Robiłem jej te fotografie od samego początku. A potem oglądałem czasami z uśmiechem. Poczułem się w tej chwili jak prawdziwy stalker... Ale co miałem zrobić, kiedy ona wtedy nie chciała o mnie słyszeć, a ja byłem tak beznadziejnie w niej zakochany? Miałem ją przynajmniej na tych zdjęciach.
- Głupio mi teraz... - mruknąłem ale nie odsunąłem się od niej wcale.
- Kiedy ty zrobiłeś te wszystkie foty? - oczywiśćie, że ja, któż by inny. Zmieszałem się jeszcze bardziej.
- Robiłem je systematycznie... przez jakiś czas. Kiedy nie patrzyłaś.
- Dlaczego?
- Bo nie chciałaś mnie. Na początku, pamiętasz? - popatrzyła na mnie przez moment. Łzy już zniknęły z jej oczu.
- Pamiętam. - odpowiedziała wciąż na mnie patrząc.
- No więc widzisz... Przynajmniej mogłem popatrzeć na ciebie na tych kilku zdjęciach...
- Kilku? Tu jest ich z dwadzieścia. - uśmiechnąłem się.
- To nie zbyt wiele. Nie były w stanie zastąpić mi ciebie. - patrzyła na mnie jeszcze przez chwilę, a potem w końcu się uśmiechnęła.
- Teraz już nie musisz zadowalać się tylko zdjęciami. - powiedziała patrząc na mnie z czułością. Sam się uśmiechnąłem i przytulił się do niej mocniej. Zacząłem się lekko kołysać czując jak przeczesuje mi włosy palcami. Przymknąłem oczy. - Nie przejmuj sie bratem. Chyba dotarło do niego, że przegiął już na całego.
- Nie popuszczę mu tego tak łatwo. Jesli będzie mądry, to nie pojawi się jutro na ślubie. Będę się nawet z tego cieszyć. Chyba bym eksplodował gdybym go zobaczył...
- Spokojnie. - zaśmiała się. Znów przeczesała mi włosy swoimi palcami. Przymknałem oczy...
- Lubię jak tak robisz. - mruknąłem. Popatrzyłem na nią po czym pocałowałem ją lekko. Okręciła się lekko siadając teraz bokiem do mnie i wtuliła się we mnie cicho wzdychajac. Oplotłem ją ramionami tak jak ona mnie wczesniej i z uśmiechem zacząłem ją całować, składać pocałunki w jej włosach, na czole... po całej twarzy, aż odnalazłem jej usta.
Nikt nic nie mówił przez jakiś czas. Aż ona się odezwałą.
- Jak to jest z tą umową... - wymruczała. - Kiedy ten rok już upłynie...
- Kiedy rok upłynie będziesz miała prawo złożyć pozew i odejść... - powiedziałem czując bolesny ucisk. Nie pozwolę na to na pewno. - To minimalny wymiar czasu jaki małżeństwo musi trwać.
- Minimalny? Czyli może trwać dłużej?
- Oczywiście. Przecież wcale nie musimy się rozstawać. - zmusiłem ją poniekąd, żeby na mnie spojrzała. - Nie pozwolę ci odejść. Uprzedzam cię już teraz. - spuściła głowę ale po chwili uśmiechnęła się lekko.
- Nie chcę, żebyś pozwolił. - mruknęła tak cichutko, że aż zwątpliłem ,że naprawdę to usłyszałem. Poczułem jak cudowne uczucie wypełnia mnie całego od środka. Przycisnąłem ją mocniej do siebie na co sama wtuliła się we mnie jak w wielkiego pluszowego misia. Właśnie... będę musiał sprawić jej takiego jako prezent ślubny... A mówiłem, żeby nikt żadnych nie kupował. Nieważne. Już nawet wiedziałem gdzie go kupię. Wyślę po niego Janet. Pewnie sterczy pod drzwiami i podsłuchuje. Zaśmiałem się w myślach.
Podniosłem się ciągnąc ją za sobą i poprowadziłem ją z powrotem do salonu. Po drodze uchwyciłem sylwetkę Janet czmychającą przed nami w popłochu. Wiedziałem... Kiedy weszliśmy do salonu udawała, że siedzi cały czas na swoim miejscu i czeka na nas. Uśmiechnąłem się patrząc na nią. Jej mina była zabójcza. Wiedziałem, że się nie przyzna, ale... wcale nie miałem zamiaru jej do tego zmuszać.

czwartek, 22 września 2016

59.

Witam. :) Zapraszam na rozdział, a kolejny pojawi się w piątek. :) Tutaj troche pokręciły mi się czasy... o.O Z wylotem ich. Ale to chyba mało ważne. Zapraszam do lektury. :)

Pokręciło mi się tu wszystko, teraz widzę. xD Rozdział pojawi się jutro, najprawdopodobniej w godzinach popołudniowych. :)
Donata


To było niesamowite. Kiedy obudziłam się rano przez moment nie miałam pojęcia gdzie jestem i jak się tam znalazłam, ale po chwili wszystko do mnie dotarło. Spojrzałam w prawą stronę i ujrzałam dokładnie to czego się spodziewałam. Śpiącego mocno Michaela ułożonego przodem do mnie, dodatkowo obejmującego mnie jedną ręką. Uśmiechnęłam się szeroko. Nie mogłam się pohamować.
Jego dłoń spoczywała na moim brzuchu. Zamyśliłam się na moment... Co by zrobił, gdybym naprawdę powiedziała mu o swoich podejrzeniach? Próbowałam sobie jakoś wyobrazić jego reakcje na tą nowinę. Za pewne w pierwszej chwili by zaniemówił. Ale potem pewnie by się ucieszył... Ale czy na pewno? Cieszył by się z czegoś takiego teraz?
Trzeba by go nie znać, żeby tak mówić.
Chwyciłam lekko jego dłoń chcąc ją z siebie zsunąć, by wstać z łóżka, ale wtedy on objął mnie nią jeszcze mocniej, mrucząc coś pod nosem. Przysunął się do mnie owijając mnie swoim ramieniem i uniemożliwiając tym samym jakikolwiek ruch. Nie wspominając o wyjściu z łóżka. Powstrzymałam uśmiech.
- Michael... - mruknęłam. Zaczął cicho mruczeć, ale nic nie zrozumiałam. Za to jego odruchy były jak najbardziej zrozumiałe. Wtulił twarz w moją szyję i włosy.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu byłam tak blisko niego. Mogłam go bezkarnie dotykać, całować, przytulać... Nie uciekał ode mnie, wręcz przeciwnie, kiedy dotknęłam jego policzka wtulił się we mnie jeszcze bardziej. Chciałam wiedzieć o czym myśli. Co czuje teraz kiedy może być tak blisko mnie. Pewnie nie mógł się tego doczekać...
Zdziwiło mnie tylko jedno. Że dżentelmen niczego w nocy nie próbował... Parsknęłam śmiechem.
- Michael, budź się. - powiedziałam znów lekko go szturchając. - Śpiochu, czas wstawać! - popchnęłam go lekko i rozłożył się na płasko z rękoma rozrzuconymi wokół głowy. Po chwili otworzył jedno oko i spojrzał na mnie. Bawiło mnie to, naprawdę, ale musiałam wracać do domu. Czekała mnie pewnie pogadanka z ojcem. Ten to nigdy nie odpuści.
Ale Michael chyba też nie zamierzał. W następnej minucie znów się do mnie przysunął, objął ciasno i przycisnął do siebie całując lekko mój policzek. Z policzka zszedł na linię szczęki, zawadził o kącik ust, a potem zajął się szyją... Przymknęłam oczy, ale po chwili zaczęłam go odpychać. Dało to zupełnie odwrotny skutek, ponieważ on tylko jeszcze mocniej mnie do siebie przyciskał.
- Mike, nieznośny! - burknęłam, ale uśmiechnęłam się. - Muszę wracać do domu. Nie rób! - pisnęłam kiedy poczułam jak zaczyna mnie łaskotać. Szczerzył się jak głupi, a ja piszczałam jak wariatka w tym łózku wierzgając się momentami.
To też było dziwne. Nigdy nie miałam aż takich łaskotek, a teraz wychodziło na to, że najmniejszy dotyk sprawiał, że wariowałam. Zaczęło to też zmierzać w niebezpiecznym kierunku. Te łaskotki za bardzo przypadły mi do gustu... Poczułam, że mam ochotę na coś o wiele wiele większego niż same łaskotki...
- Mike, natychmiast przestań! - warknęłam odpychając go. Posłuchał, w końcu. Ale wciąz się szczerzył. Widząc ten uśmiech, nie mogłam sama się nie uśmiechnąć. - Głupek. - burknęłam i wstałam. Dopiero teraz zauważyłam, że przez ten cały czas miał przed oczami co najmniej połowę mojego nagiego ciała! Miałam na sobie tylko jego koszulę, która na dodatek podwinęła mi sie pod piersi. Naciągnęłam ją szybko na siebie tak jak powinna być. Już wiedziałam czego dotyczył ten jego szczerz.
- Zboczeniec. - dodałam obrażonym tonem i wyszłam całkiem z łóżka.
- No co? - zaśmiał się. Wyszedł za mną, miał na sobie jedynie bieliznę. - Podobasz mi się w tej koszuli. - szepnął mi na ucho podchodząc do mnie i obejmując w pasie od tyłu. Westchnęłam czując znów jego bliskosć... To było takie przyjemne, ekscytujące i przyprawiające o dreszcze cudowne uczucie... I jeszcze zapach jego skóry... Odwróciłam się do niego przodem i spojrzałam mu w oczy. Po chwili moje dłonie same powędrowały w swoim kierunku, a więc spoczęły na jego nagich ramionach i zaczęły swoją powolną wędrówkę.
Najpierw na szyję, tam przez moment moje palce pieściły ją delikatnie. Przymknął oczy. Następnie wróciłam na jego barki i gładziłam je przez pewien czas, aż w końcu moje dłonie zjechały na jego ramiona. Uwielbiałam kiedy mnie nimi obejmował. Czułam się wtedy taka... nie dość, że bezpieczna to jeszcze taka... to było po prostu wspaniałe.
Dalej moje ręce kontynuowały wędrówkę ochoczo ani na moment się nie zatrzymując dopóki nie znalazły się na jego torsie. Gładziłam jego skórę czułymi okrężnymi ruchami, a w pewnej chwili usłyszałam jak westchnął cicho. Przysunęłam się do niego blisko i pocałowałam jego mostek... w miejscu gdzie znajdowało się serce. Dalej moje palce odnalazły brzuch. Lekko napięty. To co robiłam w jakiś sposób musiało na niego działać...
Na sam koniec po prostu się do niego przytuliłam.
- To było... przyjemne. - powiedział po krótkiej chwili obejmując mnie. Gładził mnie po włosach.
- Domyślam się. - odparłam uśmiechając się lekko pod nosem.
- Powinienem ci się jakoś odwdzięczyć... nie uważasz? - zapytał cichym aksamitnym szeptem. Poczułam jak powoli wsuwa dłonie pod materiał własnej koszuli, którą miałam na sobie... Spojrzałam na niego. Zagryzał wargę zadowolony z siebie.
Dostał po łapach.
- Nie mam czasu na te przyjemności. - powiedziałam z uśmiechem błąkającym mi się na twarzy i zbierając swoje rzeczy. Miałam zamiar uciec przed nim do łazienki. - Muszę wracać do domu. Mówię to już kolejny raz z rzędu...
- Nie zginiesz ze mną. - zaśmiał się. - Poza tym... jutro wieczorem wylatujemy więc chyba masz rację, będziesz musiała się spakować. - powiedział na jednym wydechu. Wytrzeszczyłam na niego oczy.
- Jak to... jutro wieczorem?! I dopiero teraz mi to mówisz?!
- Wiesz... - wzruszył ramionami trochę zmieszany. - Nie mówiłem wcześniej bo nie wiedziałem czy się zgodzisz, po za tym... po co czekać? - zadał dobre pytanie.
Patrzyłam na niego przez chwilę, a potem westchnęłam, pokręciłam lekko głową i schowałam się w łazience. Wzięłam ekspresowy prysznic starając się za bardzo nie zamoczyć włosów, żeby potem nie mieć jeszcze z nimi dodatkowego kłopotu i szybko się ubrałam. Darowałam sobie te leginsy. Z tego co mówili dzisiaj miało być bardzo ciepło.
Wyszłam do niego w tej ala sukience, którą wczoraj założyłam, pod pachy. Kiedy mnie w niej zobaczył, oczy od razu mu zabłysły. Ja starałam się nie zwracać na to uwagi poprawiając nieco włosy.
- Pięknie w tym wyglądasz, naprawdę. - mruknął kiedy założyłam już swoje szpilki.
- Dziękuję. - odpowiedziałam cicho i spojrzałam na niego. Prawie natychmiast odwróciłam wzrok. Patrzył na mnie rozpłomieniony... Nie, to było zbyt parzące spojrzenie by je tak po prostu wytrzymać... - Mike... nie patrz tak na mnie...
- To znaczy jak?
- Jakbyś chciał mnie zjeść. - zaśmiał się.
- Dowcipna jesteś, oczywiście. - uśmiechnął się. - Mam zamiar zrobić z toba coś z goła innego... ale to może później. Teraz zawiozę cię do domu, żebyś mogła się spakować. - zaczął wyjaśniac, pomijając jednak to co rzekomo miał zamiar ze mną zrobić. Manipulator. - I tak sobie myślę, że zaczekam tam na ciebie - powiedział zaciskając lekko usta. Pewnie myślał teraz o moim ojcu. Ja też o nim myślałam własnie. - i zabiorę cię wtedy z powrotem tutaj. Nie ma sensu jeździć w te i z powrotem. O dziewiętnastej mamy wylot. Na miejscu będziemy za dziesięć godzin.
Patrzyłam na niego przez chwilę, po czym kiwnęłam głowa na znak, że się zgadzam.
- Tylko nie wlecz się z tym pakowaniem. - walnął w pewnej chwili. Wytrzeszczyłam oczy.
- Nie wlecz?!
- Tak. - zaśmiał się. - Naprawdę potrzebujesz aż... siedem par butów??
- Tak, potrzebuję!
- A do czego? - zapytał samemu się teraz ubierając.
- Nie każde pasują do wszystkiego! Do jednych mam torebkę, do drugich jakąś biżuterię, poza tym nie będę wciąż chodziła w jednych! - chyba tego nie rozumiał. Typowy facet. Popatrzył tylko na mnie, otwierał usta, żeby coś powiedziec, ale chyba w końcu zrezygnował.
- Już ci mówiłem, że najlepiej ci absolutnie bez niczego, kochanie. - walnął jednak w końcu. Zapłoniłam się. Ale nie ze złości.
- Przestań, peszysz mnie takimi tekstami. - roześmiał się wesoło.
- Naprawdę? Ale to prawda, nic poza tym. Czym mam cię tu peszyć?
- Takimi stwierdzeniami. Sugerujesz, że powinnam chodzić nago?
- Tak, własnie! - przytaknął skwapliwie.
- Świnia. Poza tym, ja tam nie wiem, ale chcę zauwazyć, że nie jesteś sam na tym świecie. - wymruczałam patrząc po ścianach. Otworzył lekko usta.
- Że co?
- No. - mruknełam znów. Wyzezowałam na niego. - Chcesz, żeby inni faceci mnie widzieli? Chyba ci jednak aż tak na mnie nie zależy... - chciałam się z nim troche podroczyć. Parsknął w końcu śmiechem.
- Masz jednak rację. Powinnaś się ubrać. Za chwilę przyniosę ci futro z niedźwiedzia, w ogóle nie będzie cię spod niego widać. - teraz to ja się zaśmiałam.
- Oj Mike... - westchnęłam kręcąc głową.
W końcu się zabraliśmy i pojechaliśmy do mnie do domu. Gdy weszłam od razu poczułam zapach pieczonego kurczaka... Normalnie już miałabym pełną gębę śliny, ale teraz... też miałam, prawie, ale rzygowin. Automatycznie zrobiło mi się niedobrze.
- Poczekaj... tutaj! - wydukałam i biegiem gubiąc po drodze buty wystrzeliłam do łazienki. Ledwo zdązyłam schylić się nad klopem. Coś naprawdę jest ze mną nie tak, pomyślałam...
- Dona? Wszystko w porządku? - usłyszałam jego zatroskany głos. Po co tu za mną przylazł? Żeby oglądać mnie rzygającą? Kiwnęłam głową. Mdłości już przechodziły i zrobiłam to samo co wcześniej kiedy tu był. Przemyłam twarz zimną wodą i przepłukałam usta.
- Jesteś strasznie blada... Naprawdę mi się to nie podoba, jak już będziemy w LA, przebadasz się gruntownie. I nawet nie chcę słyszeć sprzeciwu. - powiedział zanim zdązyłam sie odezwać. Westchnęłam tylko.
- Naprawdę nic mi nie jest...
- Nie? Te wymioty z niczego się nie biorą. Boję się, jeżeli jesteś na coś chora, to trzeba to jak najszybciej wykryć...
- Na co niby mam być chora...
- Nie wiem  i boję się nawet o tym myśleć. - zobaczyłam najprawdziwszy strach w jego oczach. Jak mogłabym kazać mu w nim żyć?
- Dobrze, przebadam się. - od razu się rozluźnił, kiedy to usłyszał.
- No, chociaż raz robisz to co ci mówię.
- Co takiego?
- Tak. - powiedział z uśmiechem.
Zeszliśmy na dół, mama wciąz stała przy garach. Spojrzała na mnie zaniepokojona.
- Nic mi nie jest mamuś. - powiedziałam od razu się uśmiechając.
- To mi się naprawde niepodoba, córeczko..
- Tak, Mike już  zmusił mnie, żebym się przebadała. - mruknęłam spoglądając na niego.
- I bardzo dobrze! Chciałam zrobić dzisiaj coś bardziej treściwego, żebyś zjadła, żywisz sie tylko ta marchwią i owocami...
- Nic mi nie będzie mamuś, naprawdę. Może to i trochę dziwne, ale to na pewno nic poważnego. Na pewno nie jestem chora. - powiedziałam z naciskiem spoglądając na Michaela. Odwrócił ode mnie wzrok zaciskając lekko zęby. - Niedługo na pewno wszystko minie. A gdzie tata?
- Tu jestem. - usłyszałam akurat w tym samym momencie. Wychodził z piwnicy i zamykał za soba drzwi. - No proszę. - mruknął widząc Michaela razem ze mną. - Nadal masz zamiar zmusić moją córkę do tych głupot?
- Nie zmuszam jej...
- O nie wcale.
- Tata. - powiedziałam ostrzegawczo. - Zgodziłam się bo to jedyne dobre rozwiązanie i... wylatujemy jutro wieczór. - mruknęłam. Oboje i tata i mama spojrzeli na nas wielkimi oczami.
- Dlaczego nie powiedziałaś wcześniej? - to mama...
- Sama nie wiedziałam. - powiedziałam patrząc na Mike'a. Spuścił nieco głowę, ale uśmiachał się. - Powiedział mi dopiero... pół godziny temu.
- No to pięknie! - mój ojciec znów zaczął histeryzować. - Ja tego naprawdę nie rozumiem... - zaczął swój lament i poszedł gdzieś dalej.
- Nie chcę być nie uprzejmy, proszę pani...  - zaczął zwracająć się do mojej mamy. - Będziemy musieli się sprężać...
- Właśnie. - podniosłam się z krzesła.
- No ale bez przesady, obiad chyba zdążycie zjeść...
- Wiesz, że nie tkne tego kurczaka. Chyba, że Mike chce... - chyba nie wiedział co zrobić. Nie chciał się narzucać. - Dobra, chodź, pomożesz mi. - uratowałam go.
- Przepraszam... - rzucił do mojej mamy idąc ciągnięty przeze mnie. Ta tylko pokręciła głową, ale nic nie powiedziała.
Zaczęłam się pakować. Widząc ile tego ładuje jego oczy robiły się coraz większe.
- Na pewno potrzebna ci ta szósta para butów? - zapytał w końcu.
- Tak. - odpowiedziałam ostrzegawczym tonem.
- Przecież wsadziłaś tam już trzy inne pary szpilek.
- Tak, ale tamte to albo sandałki albo bez palców, a te są pełne. Wezme jeszcze te w których do ciebie przyszłam, ale to będę je miała na sobie więc... - mruczałam. Jęknął cicho.
- Zmieścisz się w tych dwóch walizkach?
- Zmieściłam się kiedy wyjeżdżałam, zmieszczę się i teraz. - odpowiedziałam czując lekki skurcz w brzuchu. Nie nawiązał do tego.
- A te ciuchy? - podszedł i wziął jedną z moich bluzeczek. - Przed chwilą wsadziłaś tam pięc identycznych!
- Wcale nie są identyczne! - zaoponowałam.
- Niee??
- Nie. Mają inny wzór, ślepy byłeś?!
- Rzeczywiście różnica. - wymruczał. Spojrzał na co innego.
- Co ci się znowu nie podoba?! - zacisnął lekko usta.
- Sześć par spodni? Dona... SERIO???? - stanęłam naprzeciw niego z rękami wspartymi na biodrach.
- Ty... - zaczęłam zadziornie. - I kto to mówi? Ile TY masz u siebie swoich złotych kalesonów, co? Moja szafa to zaledwie jedna milionowa tego co ty posiadasz! I jakoś nie robię ci żadnych wyrzutów, kiedy nie raz widzę tą gigantyczną garderobę. Moje rzeczy przynajmniej można gdzieś ubrać, a ty?! To co trzymasz w tym pomieszczeniu nie dość że zakładasz tylko raz i to na scenę to potem wisi to aż nie przypomina kolorem niczego! Ja swoje rzeczy przynajmniej wynoszę! - zamknął w końcu gębę. Myślał przez chwilę.
- Ja to co innego. - powiedział w końcu. - Nie moge wystąpić dwa razy w tym samym stroju, jak by to wyglądało? To zupełnie inna sytuacja. A ty? Ciekawe GDZIE i KIEDY to wynosisz.
- O to ty się już nie martw. Typowy facet. - burknełam pakując dalej.
- A co ty masz do mnie co? - zapytał podchodząc do mnie blisko. W jego oczach czaiły się jasne ogniki. - Zaraz dostaniesz na tyłek. Akurat masz na sobie ciekawą bieliznę.
- ŚWINIA. - wycedziłam wspinając się na palce i cmoknęłam go szybko w usta. To go nieco wytrąciło z równowagi. Zadowolona z siebie dalej wciskałam swoje rzeczy do walizki.
W końcu ten koszmar jak to nazwał się skończył i byłam gotowa. Patrzył na dwie pękate walizy z krzywą miną, ale nic nie powiedział. Uśmiechnęłam się patrząc na niego zadowolona z siebie i podeszłam do mamy. Do domu zdążyła wparować tez Iwa. Jak tylko do niej zadzwoniłam tak od razu się zmaterializowała. Rodzice, głównie mama jakoś to znieśli. Ona też nic szczególnego nie powiedziała, ale te spojrzenia, którymi obdarowywała Michaela... Dziwiłam się, że jeszcze nie padł martwy. Domyślałam się, że moja przyjaciółka jeszcze długo tej całej hecy nie zapomni.
- A jak sprawa z twoim byłym? - zapytał w pewnej chwili kiedy jechaliśmy już do hotelu. Jutro miałam jeszcze zamiar spotkać się z Iwą, miałam na to cały dzień i o tyle było dobrze, że będę na miejscu w Warszawie, nie w Konstancinie. Zdziwiło mnie troche jego pytanie.
- Dlaczego pytasz?
- Nie spotykałaś się z nim przez ten czas? - zmarszczyłam brwi patrząc na niego. Po chwili parsknęłam śmiechem.
- Niby po co miałam się z nim spotykać. - odpowiedziałam wyglądając przez boczną szybę. Też mi coś...
- Nie wiem. Kiedy tu leciałem, przeszło mi przez myśl, że...
- Że może do niego wróciłam lub coś w tym rodzaju? - wtrąciłam patrząc znów na niego.
- Tak mniej więcej. - roześmiałam się. Spojrzał na mnie lekko zdezorientowany.
- No co tak patrzysz? Ten człowiek jest skończony w moich oczach. - te słowa chyba bardzo mu się spodobały.
- Nie próbował się kontaktować?
- Dzwonił kilka razy. - mruknęłam wzruszając ramionami.
- Odebrałaś? - podpytał niby lekceważącym tonem. Popatrzyłam na niego przez dłuższą chwilę.
- Serio pytasz? Czy robisz sobie jaja?
- Tak tylko... z ciekawości. - odpowiedział wbijając oczy w przednią szybę.
- Aha. - mruknęłam kiwając głową i cały czas się na niego gapiąc. - Ciekawe. - nastała cisza, pod czas której nic nie mówił. - Mike, czy ty naprawdę myślisz, że on ma z toba jakiekolwiek szanse? - wypaliłam zanim zdążyłam ugryźć się w język. Na jego twarzy automatycznie powoli pojawił się szeroki uśmiech. Odchrząknęłam cicho. - Co nie znaczy, oczywiscie... - zaczęłam znów. - Że zmieniłam zdanie.
- To znaczy?
- To znaczy, że ten ślub to tylko i wyłącznie biznes, nic więcej. - mówiłam to z całą świadomością wiedząc, że znów mogę go tym zranić. Dlaczego nie umiałam się tego wyzbyć...? Nie chciałam go ranić. Chciałam... być z nim.
Ale o dziwo, on się tylko roześmiał, jak bym opowiedziała mu dobry kawał.
- Niech będzie, że biznes. - wymruczał. - Daję ci słowo... ze długo mi nie zajmie praca nad zmianą twoich poglądów na ten temat. - zerknełam na niego czując jak coś zaciska mi się wokół żołądka. Uśmiechał się.
- Mike... - zaczęłam, ale nawet nie wiedziałam co chcę mu powiedzieć.
- Posłuchaj... - teraz to on zaczął. - Wmówiłaś sobie te wszystkie niestworzone rzeczy. Podziwiam cię, bo do tego naprawdę trzeba mieć talent. I ty go bezsprzecznie posiadasz. Ale ja posiadam o wiele potężniejsze zdolności, wierz mi. Trudno ci teraz wygrzebać się z tego wszystkiego i chyba z przyzwyczajenia już tylko gadasz te głupoty. Ale ja postaram się pomóc ci wyrzucić z twojej ślicznej główki wszystkie zbędne śmieci, zaufaj mi.
- Wszystkie zbędne rzeczy, to znaczy co??
- Ośli upór. - zaczął wymieniać. - To przede wszystkim. Ten twój kopnięty instynkt samozachowawczy, który zamiast cię chronić, wpędza cie w kłopoty. I jeszcze parę innych rzeczy. Zaufaj mi, uda mi się. - stwierdził patrząc na mnie z uśmiechem.
- Dlaczego aż tak się starasz? - kompletnie tego nie rozumiałam.
- Jak to dlaczego? Zadałaś naprawdę głupie pytanie, Dona. Kocham cię. To chyba wystarczająca odpowiedź na wszystko.
- No dobrze, rozumiem. - mruknęłam spuszczając głowę. - Ale ktoś inny na twoim miejscu pewnie nie zadawał by sobie tyle trudu tylko kazał mi spadać jak nie wiem co dobre i znalazł sobie kogoś innego. Ty też znalazłeś - stwierdziłam z przekąsem. - ale to chyba było coś na zasadzie ofensywy.. Mnie chodzi o to, że wątpiłam, by taki facet jak ty i w tym wieku uganiał się za taką smarkulą jak ja. Raczej spożytkowałby tą energię na kogoś innego. Kto nie był by tak walnięty. - słuchał mojej wypowiedzi z wyraźną uwagą.
- Powiem ci coś, Dona... bo chyba jednak nie zauważyłaś tego do tej pory. - mruknął nagle lekko zasępiony.
- Co takiego?
- Tyle razy mówiłem ci co do ciebie czuję. To nie były puste słowa. Starałem się okazywać to w każdy możliwy sposób. - spojrzał na mnie. - Wciąż sie staram. Myślałem, że to oczywiste... Kocham cię tak bardzo, że nie mogę pozwolić byś umknęła mi na zawsze. To byłby największy błąd mojego zycia. A takiego błędu na pewno nie mam zamiaru popełniać świadomie, jeśli wiem czym to grozi. Taki facet o którym ty mówisz, który w takiej sytuacji machnąłby ręką i powiedział przysłowiowe 'nie to nie, pocałuj mnie w dupe'... chyba tak naprawdę nie czułby niczego powalającego do tej kobiety. To facet musi zabiegać o kobiete, i to nie tylko na samym początku ale przez cały czas. Przynajmniej ja mam to tak u siebie w głowie zakodowane. Jeśli tego nie robi bo wydaje mu się, że nie musi albo może mu sie nie chce, albo uważa się za pana i władce, to tak naprawdę nie zasługuje na żadną babę. Na świecie jest naprawdę bardzo wielu hipokrytów, narcyzów i takich co są przekonani że moga wszystko. Ja chyba mam to szczęście, że zaliczam się do tych mądrzejszych. Którzy doceniają to co mają, a gdy im to zaczyna uciekać robią wszystko by to odzyskać, bo wiedzą że drugiego czegoś takiego nigdy nie znajdą na całym świecie. Więc... - spojrzał znów na mnie. - Nie miej więcej TAKICH wątpliwości.
Patrzyłam na niego z lekko rozchylonymi ustami. No... muszę przyznać, że zrobił na mnie nie małe wrażenie tym wywodem. Ale i naświetlił wiele spraw. Naprawdę czuje do mnie coś takiego?
- Naprawdę aż tak mnie kochasz? - wypowiedziałam na głos swoje myśli. - Że aż poruszyłbyś niebo i ziemię? - pokręcił głową i parsknął śmiechem.
- To aż takie szokujące? - zapytał spoglądając na mnie przez krótką chwilę. Zbliżaliśmy się do hotelu.
- Trochę. - przyznałam spuszczając głowę. - Wiesz, w Polsce to wszystko jest inaczej. Jeszcze nie słyszałam, ani tym bardziej nie widziałam, żeby ktoś aż tak... Przechodziłeś samego siebie. A teraz to już w ogóle. - dokończyłam mrucząc cicho pod nosem.
- Polacy jak Polacy... Każdy jest takim samym człowiekiem. Tu chodzi o kulturę i przyzwyczajenia w jakich się zyje. Tu widocznie ludzie myślą, że jeśli coś się kończy to nie ma ratunku. A mylą się. Bo zawsze jest jakies wyjście. Można go szukać długie lata, po drodze popełniając kolejne błedy - jak ja kiedy związałem się Mad - ale w końcu się je znajdzie. Każdy naród ma swój świat... - mruknął.
- Pewnie masz rację. - szepnęłam i właśnie wtedy się zatrzymaliśmy. Dojechaliśmy w końcu na miejsce.
- Głodna? - zapytał ni z tego ni z owego. Uśmiechnełam się.
- Dopiero co jadłam. Kolacja pamiętasz?
- No nie wiem, tak wsuwałaś te owoce, że pomyślałem...
- Jak poczuje potrzebę to ci powiem. - uśmiechnął się po czym pochylił się w moją stronę. Nie uciekałam już. Wiedziałam co chce zrobić. Po chwili poczułam jego delikatne wargi na swoich.
W życiu nie usłyszałam od kogoś czegoś podobnego do tego, co on mi przed chwilą powiedział. Był naprawdę nie zwykły... Zaczęłam sobie myśleć... No, Dona, czas ogarnąć dupe. Jeszcze naprawde ktoś mi go sprzątnie... Zaśmiałam się cicho pod nosem idąc razem z nim do jego apartamentu...



Michael


Wieczór i kolejna noc minęły szybko. Zbyt szybko. Teraz kiedy miałem ją znów przy sobie, czas biegł tak nieubłaganie, nie mogłem się nią nacieszyć. Chociaż od czasu do czasu wciąż powtarzała, że to tylko biznes, blablabla i uciekała ode mnie to jednak była tu ze mną. Patrzyła na mnie tak jak na nikogo innego. Uśmiechała się lekko, a wtedy jej oczy zachodziły lekką mgłą. Jakby popadała w zamyślenie. Może coś sobie przypominała? Może mnie? Chciałem, żeby tak własnie było. Bo ja myślałem o niej  i wspominałem wszystkie cudowne chwile prawie bez przerwy.
Jednak najlepsza sytuacja miała miejsce popołudniu dnia następnego.



Dona od rana poleciała na spotkanie z przyjaciółką. Nie zatrzymywałem jej rzecz jasna. Domyślałem się, że ta cała Iwa nie przepada za mną już w ogóle, ale nie miałem powodu by trzymać Donę w pokoju. Zostałem sam na jakiś czas. Mogłem wykonać kilka ważnych telefonów, uzgodnić końcową wersję dokumentów z prawnikiem. Ustaliłem też termin uroczystości. Nie było sensu czekać. Dona zostanie wpuszczona na teren Stanów tylko i wyłącznie z tego powodu, o którym cały czas mówimy. Zwlekanie nie zostałoby pozytywnie odebrane. A więc... ślub już następnego dnia wieczorem.
Urzędnik związany umową milczenia przyjdzie do mojej posiadłości i odbębni całość. Potem tylko jakaś kolacja, kawa, ciasto i po wszystkim... Pozornie. Bo to dopiero początek.
Zastanawiałem się jak będę się czuł z obrączką na palcu. Miałem już jedną, od dawna jej nie nosiłem. Odszukałem nowo zakupione ozdobione diamentami i założyłem swoją. Patrząc na swoją dłoń czułem jak coś we mnie wzbiera, jakieś nieokreślone uczucie. Euforia? Chyba można to tak nazwać. Ale też lekka trema. To chyba zawsze każdemu towarzyszy, nie zależnie od sytuacji.
Schowałem w końcu obrączki tam gdzie były, by ich przypadkiem nie zgubić. Usłyszałem cichy brzęk telefonu. Z myślą o moim własnym, podniosłem go, ale to nie on się odezwał. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, i w niedługim czasie zauważyłem drugi telefon. Dony, leżał na stoliku, zapomniała go ze sobą zabrać. Może dzwoniła od koleżanki, może pomyślała, że go zgubiła i w ten sposób go szuka? Podszedłem i nie patrząc nawet na wyświetlacz odebrałem.
- No, skarbie, twój telefon został w pokoju. - stwierdziłem będąc pewnym, że zaraz usłyszę w słuchawce jej pełen ulgi głos. Ale tak się nie stało.
- Słucham?! - za to usłyszałem jakiś kompletnie mi nieznany męski głos. Zmarszczyłem brwi.
- Kto mówi? - zapytałem. Miałem nadzieję, iż ten gość zna angielski.
- To ja się pytam kto mówi. - no chyba znał ten język na tyle by jakoś się komunikować. - Gdzie jest Dona?
- Na spotkaniu z koleżanką. Powiesz mi łaskawie kim jesteś?
- To ja się ciebie pytam kim jesteś. - warknął. - I skąd masz jej telefon.
- Zostawiła go. Zresztą nieważne. - zniecierpliwiłem się. - Jeśli nie masz nic ciekawego do powiedzienia...
- Czekaj, czekaj... poznaje cię po głosie... Piosenkarzyna! Czego znowu chcesz od niej?! - zaatakował mnie.
- Wspaniale, cieszę się, że masz supersłuch. - powiedziałem znudzony. - Przedstawisz się w końcu czy dalej będziesz mi zawracał dupe...
- Z przyjemnością ci się przedstawię. - wypalił. - Widziałes mnie już u niej w domu. Nazywam się Darek Płociński i jestem jej CHŁOPAKIEM. Dociera, gościu? - zamrugałem, a potem parsknąłem śmiechem.
- Byłym, zapomniałes dodać.
- Obecnie już nie. - co ten gamoń opowiadał?
- Co ty bredzisz chłopie... - śmiać mi się chciało.
- Nie bredzę. Dona ci jeszcze nie powiedziała? A może oświeciła cię tylko nie raczyłeś przyjąc tego do wiadomości? Wróciliśmy do siebie, jesteśmy znów razem. Więc zabieraj dupsko i spierdalaj za ocean, trzymaj się od niej z daleka! - teraz wytrzeszczyłem oczy.
- Gościu... - prychnąłem. - Masz mnie za idiotę?
- Tak jakby.
- To wszystko wyjaśnia.
- Mówię, żebyś sie od niej odwalił. Raz na zawsze, Dona jest moja...
- Dona nie jest niczyja, ponieważ nie jest rzeczą, którą można posiąść na własnosć, dziecko. - powiedziałem poważnie, choć spokojnie. Mimo to czułem, że zaraz się wścieknę. To nie mogła być prawda.
- Jest moją dziewczyną.
- Musiała zrobić ci niezły kawał. Naprawdę w to wierzysz?
- To nie jest żaden kawał. Udało mi się ją przekonać, żeby ze mną porozmawiała i doszliśmy do wniosku, że powinniśmy dać sobie szansę. Ty już dla niej nie istniejesz...
- Cóż... ciężko mi przyznać ci rację po dzisiejszej nocy... - mruknąłem. Postanowiłem zagrać tak jak on. Nie mogłem w to uwierzyć... Nie wierzyłem. On kłamał, nie mogłem w to wierzyć.
- Jakiej dzisiejszej nocy?
- Chłopaku... na jakim świecie ty żyjesz? Ty jesteś jej błędem, a ja... - zaśmiałem się. - Ja w niedługim czasie będę jej mężem.
- CO?!
- Głuchy jednak jesteś... - znów parsknąłem śmiechem. - Pobieramy się. Niedługo. A twoje bzdurne gadanie nic tu nie pomoże. Niezła improwizacja, chłopcze, naprawdę, próbować mi wmówić, że Dona spotyka się z tobą w tym samym czasie kiedy mam ją JA. Całą, z duszą i ciałem, opowiedzieć ci jak było? Nie słyszałeś, że starszy doświadczony facet to gwarantowana satysfakcja w łóżku? W czym ty sie możesz ze mną równać? Powiedz mi. Ja mam wszystko. Ty masz gówno, i to jeszcze porzyczone, więc prosze cię chłopie... nie ośmieszaj się.
- Jesteś obrzydliwy.
- Nie bardziej niż ty, próbując mi wmówić te bzdury za jej plecami.
- Nie wierze, że ona znów jest z tobą.
- Cóż... twoja sprawa. Bynajmniej nie kłamię, w odróżnieniu od ciebie... - no prawie. - Jej głos był najpiękniejszą melodią jaką kiedykolwiek słyszałem...
- Traktujesz ją jak maszynę do ruchania. - roześmiałem się paskudnie.
- Mylisz się, dziecko. Mylisz się i to tak jak jeszcze nikt na świecie. Pragnę ci uzmysłowić co straciłeś, zresztą dawno temu i nieodwracalnie. Wiesz co odróznia prawdziwą miłość od przekonania o tym, że coś się komuś niezaprzeczalnie należy? Ja jestem w stanie zrobić wszystko by jej było jak najlepiej na tym świecie. Ty jedyne co zrobiłeś to zadałeś jej ból...
- A ty to niby lepszy? Myślisz, że nic nie było słychać o twoich romansach z tą pindą? Wtedy też byłeś taki kochający?! Kochający inaczej, kurwa! - tu mnie po częsci miał.
- Nie twierdzę, że to było fair. Ale nie znasz sprawy. Poza tym, co było a nie jest nie pisze się w rejestr. Mógłbyś powiedzieć to samo, gdyby Dona czuła do ciebie cokolwiek KIEDYKOLWIEK i ci wybaczyła.
- Kochaliśmy się, dupku!
- Wydawało jej się, że cię kocha. Powiedziała mi to już wielokrotnie. Bardzo szybko o tobie zapomniała po przyjeździe do Stanów. Widzisz... nasz związek wyszedł na jaw dość późno.
- Co masz na myśli?
- To, że już po trzech tygodniach od jej pojawienia się była moja. A ty przestałeś istnieć. Byłem tylko ja. I zapewniam cię... ona nie żałuje ani chwili, ja też. Teraz ja cię poprosze, żebyś to ty dał jej spokój. Proszę cię jako jej narzeczony. Jako mąż nie będę już taki grzeczny. Uprzedzam lojalnie.
Na tym rozmowa się skończyła. Nie mógł tego przeżyć biedny... Ale mimo wszystko... Coś mnie ukuło. Spotykała się z nim, że sobie to ubzdurał? Musiało coś być, skoro narobił sobie nadziei. Obiecałem sobie, że porozmawiał z nia na ten temat, kiedy wróci.
Ale nie mogłem wysiedzieć. Paliło mnie to tak, że musiałem porozmawiać z nią o tym teraz, w tej chwili. Wiedziałem co za uczucie mnie pali. Zazdrość.
Popatrzyłem na jej telefon przez chwilę, po czym porwałem go i odszukałem numer jej przyjaciółki. Chyba, miałem taką nadzieję. Ale od niej miała najwięcej połączeń w historii rozmów i najwięcej wiadomości... Tak, przeryłem jej cały telefon. To nie z braku zaufania. Po prostu chciałem zobaczyć, czy do niej pisał, próbował się kontaktować... Było kilka połączeń, ale głównie nieodebranych. To mnie trochę uspokoiło.
Mając nadzieję, że to numer Iwy, zadzwoniłem. Długo nie musiałem czekać.
- Halo? - usłyszałem zdziwiony głos. No tak, zobaczyła że dzwoni jej przyjaciółka, która de facto jest właśnie z nią. Odchrząknąłem.
- Dona... jest z tobą? - gdy tylko usłyszała mój głos już wiedziała kim jestem.
- Ta. - odpowiedziała. Miałem nadzieje, że mnie rozumie. Starałem się mówić wolno i w miare konstruować łatwe zdania.
- Podaj mi ją do telefonu. - zrobiła to bez wahania.
- No co jest? - usłyszałem kochany głos. Od razu poczułem ciepło na sercu.
- Mam pytanie. - mruknąłem.
- Jakie? Coś się stało?
- Nie.
- No to o co chodzi?
- O tego Płocińskiego. Czy jak mu tam. - cisza.
- SERIO, MICHAEL??? - zaśmiałem się cicho.
- Serio.
- Co ci znowu przyszło do głowy z tym idiotą.
- Nic wielkiego. Tylko zastanawiałem się jakim cudem znów jesteście parą. - wymruczałem.
- CO TAKIEGO???!!! Na głowę upadłeś...?!
- No on tak bynajmniej twierdzi.
- Jaki ON?!
- No twój chłopak. - tak, byłem cholernie zazdrosny. Ułożyłem się płasko na łóżku z telefonem przy uchu.
- Co ty... - zatkało ją chyba. - Skąd ty to wytrzasnałeś w ogóle? Mike...
- Dowiedziałem się u źródła.
- Jakiego źródła?! Ja nie mam żadnego chłopaka! - zasmiałem się znów bezgłośnie.
- No wychodzi nawet, że masz dwóch.
- MIKE! Ja nie mam pojęcia o czym ty do mnie mówisz! Mówiłam ci...! ON NAWET KOŁO CIEBIE NIE STAŁ!!! - to mi schlebiało.
- No cóż, może i nie. Ale twierdzi i zaklina się na boga, że jesteście razem.
- Jak to... on twierdzi...?
- Tak, on. Zostawiłaś telefon. Zadzwonił. Myślałem, że to ty od przyjaciółki, ale to był on. Twój chłopak. Jak sam siebie nazwał.
- To nie jest mój chłopak!
- Uzmysłowiłem mu już to.
- Tak?
- Tak. Twierdził, że daliście sobie drugą szansę. Że się spotykacie. Więc uznałem za stosowne wyjawić mu, że nie możliwym jest, byś się z nim spotykała kiedy ja jestem w pobliżu. - powiedziałem zdawkowo.
- Tak mu powiedziałeś?
- Mniej więcej.
- Na pewno naopowiadałes mu jakichś niestworzonych rzeczy...!
- Nie do końca niestworzonych. - uśmiechnąłem się.
- Co mu powiedziałeś?
- Mam zacytować?
- Poproszę.
- Powiedziałem: niemożliwością jest abyś sie z nim spotykała w momencie, kiedy leżysz pode mną. - usłyszałem kaszel. Chyba się czymś zachłysneła. - Wszystko w porządku?
- Zwariowałeś? - wydusiła.
- Bronie swój teren.
- A co ty jesteś, król lew?! - uśmiechnąłem się.
- Królem jestem zawsze i wszędzie, a lwem... mogę być jeśli chcesz... zademostruję ci tego lwa dziś w nocy.
- Boże... jesteś niemożliwy, Mike... - wyszczerzyłem się sam do siebie. - I nie mogłeś z tym zaczekać aż wróce?
- Nie.
- Swędziało cię to za mocno.
- Powiedzmy, że... wolałem nie czekać tylko na gorąco cię zapytać.
- Ale o co, Mike? Ostatnimi czasy... jesteś jedynym mężczyzną w moim życiu. Możesz być pewny, że nic mnie z tym głupkiem nie łączy.
- Ale cos musiało być skoro sobie to ubzdurał.
- Nie bądź zazdrosny, kotku. - uśmiechnąłem się automatycznie. - Zadzwonił kilka razy. Raz może dwa odebrałam, to wszystko. Ale rozmowy nie trwały długo. Pewnie chciał coś próbować, ale... ja nie chciałam.
- Dlaczego?
- Tęskniłam za tobą. - znów to ciepło na sercu...
- Ja za toba też. - szepnąłem.
- No to już się nie piekl. Niedługo będę.
- Ok.
- No to... pa. I nie rozwal tam niczego...
- Nie rozwalę, nie martw się. - teraz uśmiech nie schodził mi z twarzy. - Czekam na ciebie. Pa, skarbie. Kocham cię.
- Ja ciebie też, kocham zazdrośniku.
Rozłączyła się. Odetchnąłem cięzko, ale uśmiechnąłem się. Ten przydupas nie miał szans się między nas wcisnąć. Dona wieczorem wylatuje ze mną. Jutro będziemy już małżeństwem. A on może co najwyżej pozgrzytać zębami.

wtorek, 20 września 2016

58.

Witam. :) Kolejny odcinek ukaże się w czwartek. Zapraszam! :)



Donata


Kiedy weszliśmy do tej restauracji, poczułam jak serce podjeżdża mi do gardła. Sala była miło ustrojona, na samym środku był zastawiony stolik dla nas. Na pozostałych były białe obrusy i małe świeczki, które się paliły i roznosiły miły kwiatowy zapach. Przymknęłam oczy i zaciągnęłam się tym zapachem. Mruknęłam cicho...
- Podoba ci się? - usłyszałam jego szept tuż przy moim uchu. Spojrzała na niego z dołu, mimo, że miałam wysokie buty, to i tak byłam od niego niższa. Uśmiechnełam się, ale...
- Mike... To jest biznes, a ty zaaranżowałeś to jak randkę... - mruknęłam podchodząc do stolika. O dziwo, zaśmiał się.
- Biznes? - powtórzył idąc za mną. Kiedy stanęłam przy naszym stoliczku poczułam jak obejmuje mnie w talii. - To tylko połowa całej sprawy. - szepnął znów. Przeszły mnie ciarki. Jego ciepły oddech zawsze tak na mnie działał.
- Mike... - odwróciłam się do niego przodem, ale od razu pomyślałam, że to błąd. Był tak blisko... Czułam zapach jego perfum. Używał wciąż tych, które najbardziej mi się podobały.
- No co? Nie oszukuj się, Dona. Gdybyś tego nie chciała nie zgodziła byś się. - powiedział dotykając koniuszkami palców mojego policzka.
- Zgodziłam się, bo chcę wrócić do Stanów, nic poza tym. - odpowiedziałam odsuwając się w końcu od niego i siadając na swoim krześle. - Proszę cię, żebyś nie utrudniał.
- To ty utrudniasz. Od kilku tygodni. - powiedział siadając na przeciw mnie. - Mówiłem ci to wielokrotnie. Ty jednak wolałaś co rusz o kawałek przekręcać mi nóż w sercu. - westchnęłam cięzko.
- Zabrałeś mnie tu, żeby mi teraz wszystko wypominać? Będziesz to robił przez cały rok? To ja pieprze to wszystko i wole czekać te miesiące w spokoju... - zdenerwowałam się od razu, chociaż tak naprawdę nie było o co. Podniosłam się naprawdę wściekła z miejsca z zamiarem wyjścia stamtąd i powrotu do domu nawet pieszo po ciemku.
- Zaczekaj. - powiedział łapiąc mnie za rękę. Chciałam mu ją wyrwać, ale trzymał mnie mocno. Spojrzałam mu w oczy. Te moje wahania nastrojów... - Nie chcę ci niczego wypominać. Nie będę też tego robił później. Stwierdziłem po prostu fakt, i myślę, że wiesz, że mam rację.
- Jasne. Kolacja przy świecach i pierwsze co to wyrzuty. Niesłychanie romantycznie. - warknęłam wciąż stojąc.
- Uspokój się, kochanie...
- Nie mów tak do mnie! I puść mnie.
- Ale ty nerwowa... Gdyby nie to, że położnik wykluczył ciążę pomyślałbym, że coś jest na rzeczy. - wytrzeszczyłam na niego oczy momentalnie zapominając o co byłam zła.
- Co?! Skąd...?!
- Twoja mama mi powiedziała, zanim zeszłaś do mnie na dół. - odpowiedział. Zacisnęłam wargi. Przyglądał mi się przez moment. - Powinnaś mi powiedzieć o swoich przypuszczeniach. - mruknął cicho po chwili. Usiedliśmy z powrotem.
- Nie miałam pewności. Nie chciałam ci robić niepotrzebnie nadziei.
- Mimo wszystko wolałbym, gdybyś mi powiedziała od razu. Niezależnie od tego, czy coś by było czy nie. Sypialiśmy ze sobą dość regularnie...
- Dość regularnie? - mruknęłam unosząc wysoko brwi do góry patrząc na niego. - Mało powiedziane... Prędzej wyliczyłabym i to na palcach jednej ręki te noce, podczas których nic nie było. - zaśmiał się.
- No ostatnio może zaniedbaliśmy tą rozrywkę. Ale... - mruknął znów. - poszłaś znów ze mną całkiem niedawno. O ile nie miałaś innych przygód - odwrócił ode mnie wzrok. - można być pewnym, że gdyby lekarz to potwierdził... to...
- Nie spałam z nikim innym niż z tobą odkąd wyleciałam do Stanów i zaczęłam... spotykać się z toba. Ty jednak masz się czym pochwalić. Ciekawa jestem, która z nas była lepsza i w czym konkretnie, ja czy Madonna. Tej pustej laski z baru nie liczę. - powiedziała chociaż chętnie wytargałabym ją za kudły.
Patrzył na mnie tak jakoś dziwnie... Co to był za wzrok? Czekałam, aż coś na to odpowie...
- Nie sypiałem z nią. - powiedział w końcu. Teraz ja patrzyłam na niego wielkimi oczami przez jakiś czas. Czekał, aż odpowiem.
- Proszę cię. Mike, nie wracałes na całe noce, albo tarabaniłeś się do pokoju o 3 nad ranem... to co robiłeś i gdzie...
- Siedziałem w studiu. Nawet gdybym chciał sobie na niej poużywać, nie miałbym na to czasu. Ten wyjazd teraz może mieć pewne konsekwencje. - mruknał patrząc na swoje ręce. - Ale była to idealna wymówka by nie musieć się z nią spotykać. - oczy miałam wielkie jak cebule.
- To po cholere sie z nią związałeś?
- Miałem nadzieję... - zerknął na mnie, a potem znów spuścił wzrok. - Miałem nadzieję, że to coś zmieni. Że wrócisz do mnie... nie wiem. To była głupota, ale chyba nie myślałem wtedy racjonalnie. - teraz ja spuściłam wzrok. - Wyobrażam sobie co wtedy sobie pomyślałaś. Skoro już o tym mówimy... - złapał mnie za rękę. - to chcę, żebyś wiedziała... Nikt ci nigdy nie dorówna. Przespałem się z nią raz... i długo tego potem żałowałem, bo przykleiła się do mnie jak rzep... ale przede wszystkim... Bardzo cię kocham. Mimo wszystko.
Coś ściskało mnie za serce. Czułam jak oczy mnie szczypią. Patrzyłam na nasze splecione dłonie...
- Studio to była idealna wymówka, miałem i mam mnóstwo pracy. Mogłem spokojnie jej unikać. - dodał wciąz mi się przyglądając. - Nabzdyczała się jak parowóz. - mruknął znów.
- Wiem, że to wszystko moja wina. Od początku do końca. Wiem, że cię skrzywdziłam... i to nie raz przez ten cały czas... Że raniłam cię niemal bez przerwy. Ale ja już po prostu nie wierzę...
- W co? - przerwał mi patrząc mi w oczy. Poczułam jak mocniej zaciska palce na mojej dłoni.
- Że będzie tak jak kiedyś. To się znów potem samo rozpadnie. - puścił moją dlon... ale po chwili przyłożył ją do mojego policzka.
- Opowiadasz bzdury, kochanie. - szepnął pochylając się w moją stronę. Stolik był mały, więc niemal stykał się ze mną czołem. - Niczego tak nie pragnę jak ciebie. Nic nie jest skazane z góry na niepowodzenie. Jest w tym wszystkim też troche mojej winy. Wina zawsze leży gdzies po środku. - wyszeptał tuż przy moich ustach. Bezwiednie przysunęłam się do niego bardziej złączając ze sobą razem nasze usta.
Nie odpuścił takiej okazji. Zaczął całować mnie namiętnie wkładając w to tyle uczucia... Nie miałam pojęcia co mi się stało, ale momentalnie się rozpłakałam.
- Hej... dlaczego płaczesz, zrobiłem coś nie tak? - zapytał zaniepokojony. Pokręciłam głową.
- Nie, nic złego nie zrobiłes. - pociągnęłam nosem. - Nie wiem... od jakiegoś czasu tak mam... potrafię rozbeczeć się bez jakiegoś konkretnego powodu albo wściec... tak jak przed chwilą, kiedy tu przyszliśmy. - patrzył na mnie z troską wymalowaną w oczach.
- Nie podoba mi się to. - szepnął.
- Nie martw się. To pewnie sposób w jaki odreagowuje tą całą sytuację, która sama stworzyłam. Niedługo wszystko wróci do normy.
- I tak się martwię. - powiedział wciąz mi się przyglądając.
Patrzyłam w jego oczy i pomyślałam, że mogłabym się już od nich nie odrywać.
- Wiesz czego najbardziej mi brakowało przez ten cały czas? - zapytałam wciąz na niego patrząc.
- Czego? - zapytał chyba autentycznie ciekawy.
- Twoich oczu. - odpowiedziałam cicho. - Ich ciepłej barwy. - spuściłam na chwilę, a potem znów na niego spojrzałam. - Masz najpiękniejsze oczy na świecie. - wychlipiałam jak głupia znowu rycząc. Uśmiechnął się i pogładził mnie po policzku.
- Są rzeczy piękniejsze.
- Jakie? - zapytałam, jakbym naprawdę uważała, że nie ma nic co mogłoby to pobić. Zresztą, właśnie tak uważałam.
- Ty. Ty cała. - szepnął wplatając swoje palce w moje włosy aż przeszły mnie ciarki. Przymknęłam oczy i wtuliłam się w jego rękę. - Tęsknisz za mną. - powiedział znów bardzo cicho. - Widać to w każdym twoim geście.
- Bardzo tęsknie. - mruknęłam czując że zaraz znów się rozbuczę.
- A wiesz, że jest na to bardzo prosty sposób? - unikałam patrzenia na niego. Nic nie powiedziałam. - Po kolacji zabiorę cię ze sobą do hotelu. - mruknął, na co jednak na niego spojrzałąm.
- Nie, Mike... Poza tym nie mam nic ze sobą.
- Niczego nie potrzebujesz. - powiedział z uśmiechem.
- Nie świntusz. - burknęłam obierając policzki z łez.
- To źle, że chcę spędzić z tobą jak najwięcej czasu?
- Nie... Po prostu... ja już w to nie wierzę.
- Wmawiasz to sobie, Dona. Proszę cię, żebyś pozbyła sie tego swojego spaczonego instynktu samozachowawczego, bo on do niczego dobrego ci nie służy. - wydęłam usta.
- Jak dotąd sprawuje się bardzo dobrze.
- Jasne. Widać właśnie. - parsknął śmiechem. - Wyleciałas, ani nie pisnęłaś słowa.
- Przepraszam. - mruknęłam zwieszając głowe. Poczułam, że się uśmiecha. Znów przyłożył dłoń do mojego policzka. A ja znów się w nią wtuliłam.
- Zabiorę cię ze sobą. Chcę po prostu byś była, nic więcej. Mogę spac nawet na podłodze. - teraz to ja parsknęłam śmiechem. - No co? Naprawdę.
- Wierze ci. Jesteś do tego zdolny. - zmrużył oczy.
- Jestem zdolny do wielu rzeczy. - powiedział, a potem się uśmiechnął.
- Zauważyłam... - mruknęłam przypominając sobie pewną sytuacje, jeszcze zanim się rozstaliśmy...
- Co dokładnie? - podchwycił. Zerknęłam na niego.
- Nie powiem tego głośno.
- Ale co? - wydawał się zaintrygowany tym o czym moge myśleć.
- Dobrze wiesz. - burknęłam.
- Nie wiem. Powiedz. - popatrzyłam na niego, ale pokręciłam głową.
- Nie.
- Bo pomyślę sobie, że myślisz o czymś naprawdę... paskudnym.
- Paskudne to to nie było, przynajmniej moim zdaniem. - mruknęłam zdawkowo wzruszając ramionami.
- Więc o co chodzi? - pokręciłam znów głowa. - Ale jesteś uparta! Skazujesz mnie na takie męki...
- Ja ciebie? Na męki?! A kto mnie przywiązał do łózka swoim własnym krawatem?! - wybuchnął smiechem.
- To o to ci chodzi?
- Tak! - burknęłam.
- Przynajmniej mamy co wspominać...
- Świnia.
- Byłaś zadowolona...
- Przejdźmy może do sedna sprawy, co?! - czułam, że robię się czerwona. Zaśmiał się pod nosem.
Westchnęłam. Na amory mu się zebrało...


Michael


Przebywanie z nią w jednym pomieszczeniu jak widać nie wróżyło nic dobrego, bo od razu włączały się nam obu tematy z grubsza niecodzienne. Tak jak wtedy, w tej sytuacji, o której wspomniała... Cokolwiek by nie powiedzieć, ja wspominałem to bardzo miło. I byłem pewny, że ona również.
Wiedziałem też, że nie dam jej teraz tak łatwo się wymknąć. Musiałem zacząć działać już teraz. Może nie było to jakieś znowu subtelne, wiedziała o co mi chodzi, ale nie mogłem odpuszczać. Jeszcze przez jakiś czas będzie sobie wmawiać te brednie, ale potem byłem pewien, że w końcu uda mi się pokonać tą jej tyradę.


Także ja sam czułem się o wiele lepiej. Powinienem być może trochę ostrożniejszy w szafowaniu swoim dobrym samopoczuciem, ale nie umiałem się nie uśmiechać. Widziała to doskonale, że radość powoli zaczyna do mnie wracać. Jak mogłoby być inaczej? Pytanie tylko czy odważy się znów zrobić coś co znów mnie załamie...
Nie zniosę, jeśli naprawdę będzie chciała odejść...
Nic takiego się nie stanie, wbijałem sobie to do głowy za każdym razem, kiedy ogarniały mnie jakieś lęki. Czułem w kościach po prostu, że koniec tego kryzysu zbliża się wielkimi krokami. Takie rzeczy się wie, po prostu. Ja wiedziałem. Wiedziałem, że ona jedzie już na ostatnich oparach tego swojego absurdu i niedługo uda mi się w końcu zbliżyć do niej na tyle, że to wszystko pójdzie w końcu w niepamięć. Byłem gotów wybaczyć jej wszystko. Już wybaczyłem.
Człowiek, który naprawdę kocha jest w stanie znieść nie wyobrażalny ciężar. A nie ma nic gorszego niż cierpienie, które zada mu najbliższa osoba. Ta ukochana, która zawsze ma być przy nim, wspierać go i kochać ponad wszystko w każdej minucie swojego życia. I nagle zawodzi... To zawsze bardzo boli. Kiedy ufamy komuś, wiemy, że jest wyjątkowy, że ma w sobie coś z nas samych, i nagle okazuje się, że jest zupełnie kimś innym... jakbyśmy go nie znali...
Z Doną było trochę inaczej, ale jednak podobnie. Jedyne co jeszcze mnie uwierało to to, że... nie rozumiałem jak można być tak upartym i ranić wciąż kogoś i na dodatek siebie samego. Przecież też przez to cierpiała. Nie mogła tego zakończyć choćby dla siebie samej? Nie mówię już nawet o sobie... Dla mnie zawsze ona będzie na pierwszym miejscu, ona i jej bezpieczeństwo, jej dobro, nie moje. Konkretnym tego dowodem było zignorowanie kolejnego anonimu.
Nie miałem pojęcia co się dzieje, ale zaczynało mnie to już powoli niepokoić. Zastanawiałem się jakim cudem, ktoś wie gdzie jestem... No tak wiedzieli, że wyjeżdżam do Polski, w końcu powiedziałem o tym... ale nie sądziłem by ktoś wiedział dokładnie gdzie jade i po co. Ale mimo to ta koperta zjawiła się w hotelu, w którym się zatrzymałem i znalazła się w moim pokoju. Nie miałem pojęcia jak, bo nie posiadała żadnego adresu. Ktoś musiał ją tu po prostu wnieść, kiedy mnie nie było. Ale jak? Nie wiedziałem. Chyba nie wpuszczają od tak nikogo do czyjegoś pokoju...
Chociaż, jak mówiła Dona, w tym kraju wszystko jest możliwe.
Treść była trochę bardziej odważna od poprzedniej. W pierwszej chwili miałem ochotę wrzucić to do palącego sie kominka, ale powstrzymałem się. Zamiast tego schowałem to z zamiarem zabrania tego ze sobą z powrotem do Stanów. Musiałem pokazać to odpowiednim osobą... Ciekawe co z tego wyniknie.
Ktoś znów powycinał litery z gazet i ułożył z nich nieco koślawy napis, po którego przeczytaniu byłem naprawdę skonsternowany. A znalazłem to dzień po tym jak odwiedziłem Donę w jej domu.

23 listopada. Masz dwa tygodnie. Spotkanie w starej opuszczonej szkole tanecznej, I piętro sala nr III. BĄDŹ jeśli zależy ci na spokojnej starości.

Opuszczona szkoła taneczna? Znałem jedną... W dzieciństwie uczęszczałem do jednej razem z braćmi, ojciec kładł duży nacisk na taniec... Po kilku latach ją zamknęli i więcej nie otworzyli. I to jest jedyna taka właśnie opuszczona szkoła tańca w LA...
Starałem się tym zbyt nie przejmować mając na uwadze to co miałem teraz na głowie. Anonimami będę się przejmował później.
- Więc dobrze, przechodzimy do sedna sprawy. - zgodziłem się patrząc na nią lekko rozbawiony. Cieszyłem sie spędzanym teraz z nią czasem, ale i perspektywą zatrzymania jej u siebie na noc oczywiście. Albo przede wszystkim tym. Powstrzymałem kolejny szeroki uśmiech.
Sięgnąłem po teczkę, którą zabrałem ze sobą z auta i podałem ją jej.
- To wstępny wzór umowy. Są w niej zawarte punkty, które oboje będziemy musieli spełnić. Przeczytaj. Ja już znam to na pamięć.
- Nie próżnowałeś, widzę... - mruknęła i otworzyła teczkę. Była tam umowa w dwóch kopiach, po jednym dla mnie i dla niej. Popatrzyła na mnie. - Będzie można w razie czego tu coś zmienić?
- Oczywiście. - pokiwałem lekko głową. - Jeśli tylko uznasz, że coś ci nie pasuje...
- Ok. - mruknęła i zaczęła czytać. Trwało to kilka minut, podczas których obserwowałem ją uważnie. Punktów nie było wiele. Może raptem z pięć i to była cała umowa.
Na wstępie napisane było czego dotyczy całość oczywiście, potem reszta. Ile musi minimum trwać małżeństwo, by cała sprawa doszła do skutku. Kiedy Dona dostanie dokumenty do ręki i decyzję o nadaniu obywatelstwa. Było też tam najwidoczniej coś, co jej się chyba nie spodobało.
- Mike... - wydukała patrząc na mnie wielkimi oczami.
- Słucham?
- Chyba przesadziłeś...
- Z czym? - zapytałem marszcząc lekko czoło i wyciągając rękę po drugi egzemplarz. Przeczytałem go szybko i spojrzałem na nią. - Wszystko się zgadza.
- No niby tak. - wybąkała znów.
- Więc o co chodzi?
- Po pierwsze to mówiłeś, że nikt nie ma się o tym dowiedzieć. - stwierdziła.
- No tak. - pokiwałem głową.
- Myślisz, że będzie to możliwe, jeśli przyjmę twoje nazwisko? - zapytała patrząc na mnie wielkimi oczami.
Oboje zamilkliśmy na chwilę.
- Masz rację. - powiedziałem choć nie uśmiechało mi się to. Chciałem, by nosiła moje nazwisko.
- No... raczej nie umknęłoby to uwadze publicznej tak czy owak... w końcu ktoś by się do tego dokopał. - mruknęła przyglądając się mi.
- Masz rację. - powtózyłem spoglądając teraz na nią. - Reszta pasuje czy...?
- Jeszcze jeden punkt. - zacisnęła usta.
- Co?
- Nie wyobrażam sobie, żebym mogła dziedziczyć po tobie COKOLWIEK z twojego majątku. - wytrzeszczyłem na nią oczy.
- Jak to nie? Będziesz moją żoną, nieważne z jakiego powodu będzie ten ślub, prawnie będziesz miała prawo do całego mojego majątku jesli coś mi sie stanie.
- A co ma ci się stać, Mike?! Umierasz już?! Śpieszy ci się na tamten świat czy co?! - zareagowała bardzo emocjonalnie. Usmiechnąłem się.
- Oczywiśćie, że nie, kochanie. - pogładziłem ją czule po policzku. - Myślę przyszłościowo.
- Tak! Przez rok będę miała prawo dziedziczyć twoje kolorowe gacie! Ale racz sobie przypomnieć, że za rok nie będziemy już małżeństwem!
- To się okaże. - mruknąłem patrząc na nią. Uwagę o moich kolorowych gaciach puściłem mimo uszu.
- Zmień ten punkt.
- Nie.
- Jak to nie?!
- Po prostu. Jeśli chcesz wrócić do Stanów, zaakceptujesz ten warunek. Nazwisko mogę ci darować.
- Jesteś szalony. - burknęła.
- Nie. - uśmiechnąłem sie znów. - Po prostu chcę o ciebie zadbać na przyszłość.
- Ale mnie nic się nie stanie! I tobie też nie! Przestań! Ten punkt zostanie usunięty z tej umowy...!
- Nie, nie zostanie i koniec dyskusji. - powiedziałem twardo patrząc na nią. Znów spojrzała na mnie wielkimi oczami.
- Nie zgadzam się.
- Masz prawo, ale to nic nie zmieni. Ten punkt tu zostaje. Czy oprócz tego coś jeszcze chcesz zmienić? - zapytałem rzeczowym tonem podpierając brodę na ręce i patrząc wciąz na nią.
- TAK!
- Co takiego? - zapytałem znów tym samym tonem.
- WŁAŚNIE TEN PUNKT!!! - zaśmiałem się cicho.
- Ten punkt nie podlega żadnym zmianom. - oświadczyłem zabierając jej papiery i chowając je z powrotem do teczki z szerokim uśmiechem na twarzy, kiedy ona wbijała we mnie wzrok ze złością.
- Michael...!
- Koniec dyskusji, Dona, naprawdę. - powiedziałem już teraz poważnie. Zrobiła zrozpaczoną minę. - To normalnie. Nie wiem czym ty się tak przejmujesz.
- Wyjdę na taką co to czeka na twoją kasę!
- Gówno mnie obchodzi co kto powie. Naprawdę. - powiedziałem znów poważnym tonem. - Należałoby dodać jeszcze coś, ale to można umówić się na gebę.
- Co takiego znowu?!
- Wypadałoby... tak z czystego szacunku do drugiego... unikać przez ten czas przygód na boku. Tak mi powiedział prawnik, z którym to załatwiam.
- Nie mam zamiaru tworzyć sobie żadnych romansów. - warknęła, po czym oparła się o swoje krzesło zakładając ręce na piersi i nogę na nogę. Wyglądała niesamowicie seksownie... - Skończyłam z mężczyznami! - to stwierdzenie wywołało u mnie napad śmiechu. - Naprawdę, nie śmiej się!
- Tak, oczywiście. - mruknąłem przyglądając się jej znów. - Dona, skarbie... z innymi możesz sobie kończyć, ale ja jestem nieskończony, kotku... - wymruczałem pochylając się do niej lekko.
- Z tego co zauważyłam to TY TEŻ jesteś MĘŻCZYZNĄ, Mike.
- Owszem. Nie da się nie zauwązyć. - mruknąłem powstrzymując śmiech.
- Tak więc z tobą też skończyłam!
- Ale ja z toba nie skończyłem, ślicznotko. I to się liczy. Czas już chyba coś zjeść, co? - zmieniłem nagle temat. Ożywiła się. - Jesteś głodna...
- Trochę. - mruknęła zaglądając do swojego menu. - O, mają sałatki owocowe...
- Wciągasz te owoce... nigdy wcześniej też nie kochałaś tak marchewki... - wymamrotałem widząc jak oczy jej się świecą.
- Widocznie brakuje mi jakichś witamin.
- Pewnie tak.
Kelner jakby czytał nam w myślach, pojawił sie i szybko przyjął zamówienia. Po około dwudziestu minutach otrzymaliśmy je.
Posiłek nie zajął nam zbyt wiele czasu. W pewnym momencie Dona spojrzała na zegar wiszący na jednej ze ścian i widocznie się przeraziła.
- Co sie stało? - zapytałem.
- Późno już, muszę wracać do domu! - powiedziała i zaczęła grzebać w swojej małej torebce.
- Czego szukasz?
- Pieniędzy a czego?! - spojrzała na mnie jak na idiotę. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem.
- Wszystko jest już opłacone z góry, kochanie. - wytrzeszczyła na mnie oczy zastygając na moment.
- Zwariowałeś?
- Nie. Zabrałem cię na kolacje. Chyba nie myślałaś, że pozwole ci za cokolwiek płacić. - dla mnie było to tak oczywiste jak to że jutro rano wstanie słońce.
- Ale...
- Nie ma żadnego ale. A teraz chodź. - powiedziałem wstając i wyciągając do niej rękę. Popatrzyła na mnie spod byka, ale wstała i podała mi swoją dłoń. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem prowadząc ją do swojego samochodu.
Zrobiło się już ciemno. Rzeczywiście długo siedzieliśmy w tej knajpie. Spojrzałem na swój zegarek. Była godzina dwudziesta pierwsza.
- Mama pewnie się denerwuje. O ojcu nie wspomnę. - mruknęła zezując na mnie. Zaśmiałem się cicho.
- Zadzwoń po prostu, że nic ci nie jest, jesteś ze mną i że wrócisz raczej późno. - stwierdziłem otwierając dla niej drzwi od strony pasażera. Wsiadła, a potem także i ja zająłem miejsce za kierownicą.
- Zaraz, jak to wrócę późno? - zajarzyła w końcu. Uśmiechnąłem się znów patrząc na nią. - Masz mnie zawieźć do domu, Mike!
- Zawiozę, nie martw się.
- No. - mruknęła rozluźniając się i wygodnie opierając od fotel.
- Jutro rano. - uściśliłem. Wytrzeszczyła na mnie oczy.
- TERAZ mnie zawieziesz do domu! Mówię poważnie, Mike! - skręciłem w drogę prowadzącą do hotelu. - MICHAEL!
- Co takiego? Przecież nic złego ci się ze mną nie stanie...
- Wiem, że NIC ZŁEGO mi się z tobą nie stanie! Ale domyślam co DOBREGO moze mi się stać! Mike, proszę cię, zawieź mnie do domu!!! - roześmiałem się znów i złapałem ją za rękę.
- Dobrze, zawiozę cię. Ale później. Zostań ze mną jeszcze trochę, proszę. - wymruczałem spoglądając na nią co chwila. Przez moment nic nie mówiła.
- Jeszcze trochę? - odezwała się w końcu. - Myślisz, że ja cie nie znam? Już ja wiem, że to twoja kolejna sztuczka!
- O co ty mnie posądzasz?! - zaśmiałem się znów.
- O to, że bezczelnie chcesz mnie uwieść. - teraz już naprawdę zacząłem się śmiac w głos. No nie powiem, że utrafiła idealnie...
- Kochanie... - mruknąłem znów. - Zaufaj mi. Wytrzymasz chyba ze mną jeszcze troche, co?
- Trochę to znaczy ile? - zapytała odwracając się ode mnie.
- Nie wiem... z godzinę, dwie... trzy... - mruczałem z uśmiechem. Przeniosła znów spojrzenie na mnie.
- Siedziałam już z toba wystarczająco długo dzisiaj.
- Ale dla mnie to stanowczo za mało.
- Michael... - westchnęła przewracając oczami.
- No co? - uśmiechnąłem się.
Zajechaliśmy w końcu pod hotel. Wyszła z mojego auta z miną cierpiętnika. Uśmiechałem się cały czas patrząc na nią, jak idzie obok mnie do mojego pokoju. Tam miałem już przygotowane wino... Kolejny pretekst by tu ze mną została. Potem będę mógł powiedzieć, piłem nie jadę. Zacisnąłem usta by powstrzymać uśmiech samozadowolenia.
- Proszę, skarbie... - wpuściłem ją pierwszą przez drzwi. Natychmiast zamknąłem je na klucz gdy tylko wszedłem za nią.
- Dlaczego nas tu zamykasz? - popatrzyła na mnie podejrzliwie. Wyminąłem ją, rzuciłem płaszcz na jakieś krzesło i podszedłem do małej komódki. Wyciągnąłem z niej dwa kieliszki i butelkę czerwonego wina. - Będziesz teraz pił? O tej porze??
- To tylko wino. - parsknąłem śmiechem. - Nic wielkiego. Masz ochotę?
- To śmierdzi. - walnęła. Wytrzeszczyłem na nią oczy.
- To wino wali na kilometr, nie czujesz tego? Jakby się zoctowało...
- Co ty gadasz, to nowa butelka! - to była prawda, i miało zapach zwyczajowego wina jak zawsze. Nalałem sobie odrobinę do kieliszka i posmakowałem. W smaku też było dobre. Nie znałem się na winach, ale z całą pewnością z tego nie zrobił sie ocet winny.
- Bredzisz, Dona. Jest dobre. - skrzywiła się lekko.
- No może tak. Ostatnio wszystkie zmysły mi wariują.
- Zaraz się naprawią, zobaczysz. - nalałem do kieliszków po trochu i podałem jej ten drugi. Wzięła go ostrożnie w palce.
- Chcesz mnie upić?? - zaśmiałem się.
- Skąd. To wino nie powaliło by nawet kota. - sama sie teraz zaśmiała.
Usiedliśmy razem na łózku. Patrzyłem na nią przez jakiś czas aż... się zarumieniła. Wyszczerzyłem się lekko. Spuściła głowę. Kiedy tak się jej przyglądałem zauważyłem, że coś się w niej ostatnio zmieniło. Przybrała chyba kilka kilogramów, ale nie o to chodziło. Zaokrąglił się jej tyłeczek, ale to akurat mi się podobało. Stała się jakby... pełniejsza, ale ta zmiana, którą wychwyciłem była bardziej subtelna.



Jej włosy wydawały się być miękciejsze niż przedtem i bardziej lśniące. Aż wyciągnąłem rękę biorąc w palce ich kosmyk by to zbadać. Rzeczywiście były miłe w dotyku. Niby takie same, tyle razy wplatałem palce w jej włosy... ale jednak w pewien sposób inne.
Skóra. Wydawała się jakaś jaśniejsza... bardziej jedwabista i miękka. Zmienił się chyba nawet nieco jej koloryt... Pogładziłem ją lekko po odsłonietym ramieniu. Była właśnie taka jak sobie wyobrażałem. Nie miałem tylko pojęcia skąd sie biora te zmiany.
Wypiękniała po prostu jeszcze bardziej.
Patrzyła na mnie błyszczącymi oczami i uśmiechnęła sie lekko. Zamoczyła usta w alkoholu i skrzywiła się lekko.
- Ble. - roześmiałem się cicho widząc jej reakcję.
Przysunąłem się bliżej niej. Mój kieliszek już dawno był pusty. Odstawiłem go na stoliczek niedaleko... Chciałem znów dotknąć jej włosów. Odgarnąłem je z jej szyi i złożyłem na niej delikatny pocałunek. Pachniała słodkimi perfumami...
- Mike... - mruknęła odsuwając się ode mnie nieco.
- Nie uciekaj. - szepnąłem i przysunąłem się znów i znów pocałowałem jej szyję. Poczułem jak zadrżała lekko, usłyszałem ciche westchnięcie.
- Właśnie dlatego nie chciałam tu przyjeżdżać... - wymamrotała chyba lekko skołowana.
- Nie dzieje się nic złego. - szepnąłem znów przeczesując jej włosy palcami.
- Dobierasz się do mnie. - burknęła.
- Stęskniłem się... - odpowiedziałem wciąz tym samym szeptem i pocałowałem lekko jej dolną wargę. - Zdejmij buciki. - powiedziałem w którymś momencie.
- Po co? - zapytała podejrzliwie.
- Nóżki ci odpoczną. - uśmiechnąłem się zadowolony z siebie. Zmrużyła oczy. Ale ściągnęła je i ustawiła równo obok łóżka.
- Zaraz muszę jechać do domu. - wyszeptała cicho spoglądając na mnie. - Odwieziesz mnie tak jak obiecałeś? - i tu miałem ochotę szeroko się wyszczerzyć. Ale powstrzymałem się.
- Jest późno... - zacząłem. - Nie pogryzę cię. Poza tym... piłem alkohol. - stwierdziłem z szerokim uśmiechem. Wytrzeszczyła na mnie oczy.
- Ty...! Ty intrygancie, ja wiedziałam, że ty coś wymyślisz! - założyła ręce na piersi i obrażona patrzyła w sufit. Zaśmiałem się. Usadowiłem się jeszcze bliżej niej i objąłem w pasie lekko od tyłu. Nie reagowała na to.
- Nie bądź zła. - szepnąłem znów. - Przecież wiesz, że cię kocham. - spojrzała na mnie w końcu. Dostrzegłem że się waha. Chciała zostać, ale jednocześnie chciała mi stąd spieprzyć. Niedoczekanie, ślicznotko...
Miała nałożone na ramiona dżinsową kurteczkę. Ściągnąłem ją z niej powoli, nie oponowała ale i nie pomagała mi. Zobaczyłem że ma na sobie tunikę tylko pod pachy, miała gołe ramiona. Całe odsłonięte. Spojrzałem jej w oczy z uśmiechem. Zacząłem muskać je lekko swoimi ustami raz po raz całując czule. Słyszałem jej ciche westchnięcia. Zadrżała w pewnym momencie...
Starałem się robić wszystko powoli, ale nie mogłem się doczekać... Pragnąłem jej. Tu i teraz. Ale ona w pewnej chwili wstała i oddaliła się ode mnie.
- Zawieź mnie do domu. - powiedziała zakładając z powrotem swoją kurteczkę.
- Dona...
- Proszę cię. - spojrzała mi w oczy kiedy do niej podszedłem.
- To ja ciebie proszę. Zostań ze mną. - ująłem jej twarz w swoje dlonie. Westchnęła patrząc wciąż na mnie i nie wiedząc co zrobić. Pochyliłem się i pocałowałem ją namiętnie nie pozwalając sie oddalić. Ale nawet nie próbowała.
- Jesteś zmęczona. Jeśli mi nie pozwolisz, nie tknę cię palcem. Możesz mi zaufać.
- Mike... - jęknęła. - Wierz mi, że właśnie dlatego chcę stąd uciec, bo chcę żebyś dotknął mnie palcem! - był oto dość komiczne wyznanie. Zaśmiałem się.
- Tylko palcem?
- Świntuch. - uśmiechnęła się lekko. Wciąz na mnie spoglądała. Objałem ją i przytuliłem na co wczepiła się sama we mnie mocno. - Kocham cię, Mike. - powiedziała w pewnej chwili tak z niczego... Poczułem przyjemny ucisk w okolicy żołądka.
- Ja ciebie też... nawet nie wiesz jak bardzo. - odpowiedziałem i pocałowałem czubek jej głowy.
- Mogę sobie wyobrazić. - usłyszałem jak chichocze. Popatrzyłem na nią odsuwajac ją dosłownie na kilka centymetrów.
- Zostań ze mną. Widzę, że jesteś już zmęczona, połóż się. - westchnęła.
- Nic tu nie mam ze sobą. - przypomniała. Wyszczerzyłem się.
- Najlepiej ci bez niczego. - palnąłem na co zmrużyła oczy. - Dam ci jedną z moich koszul. - przypomniało mi sie jak wtedy... na samym początku podstępem zaciągnąłem ją do swojej sypialni. Spała w mojej koszuli...
Dała się w końcu namówić, choć naprawdę nie wiem jak mi się to udało. Była uparta jak osioł. Ale byłem w siódmym niebie wiedząc, że będzie tu ze mną. Zadzwoniła do matki, chyba przezornie nie dzwoniąc do ojca, i powiedziała, że wróci dopiero rano. Matka zapytała się jej gdzie jest. Ale chyba kobieta sama się tego domyślała. Pożegnały się i spojrzała na mnie.
- Proszę. - powiedziałem podając jej swoją koszulę. - Możesz iść pierwsza.
- Dzięki. - mruknęła i schowała się w łazience.
Kiedy pojawiła się kilkanaście minut później nie mogłem oderwać od niej oczu. Byłem świadomy tego, że pod moim ciuchem nie ma absolutnie nic. Trudno mi będzie dotrzymać obietnicy o tym, że nie będę jej dotykał... Ale chyba sama się tego domyślała bo patrzyła na mnie podejrzliwie. Uśmiechnąłem się.
Kiedy sam przygotowałem sie już do spania, pojęcie względne, zobaczyłem po wyjściu z łazienki, że zakopała się pod kołdrą po sam nos. Zaśmiałem się patrząc na nią.
- Boisz się mnie? - zamruczałem wchodząc powoli do łóżka Oparłem się o wezgłowie i przyjrzałem się jej.
- Nie, skąd. - odpowiedziała.
- To dlaczego cię prawie nie widać spod tej pościeli?
- Już ty wiesz dlaczego. - mrukneła rzucając mi srogie spojrzenie. Uśmiechnąłem się znów.
- Nie mam zielonego pojęcia.
Przekomarzaliśmy się tak jeszcze jakiś czas, aż ona w końcu w pewnym momencie po prostu zasnęła. Zwinęła się w kulkę przodem do mnie. Mogłem ją śmiało obserwować jak spokojnie oddycha.
Ułożyłem się obok niej wciąż na nią patrząc. Twarz miała pogodną, była rozluźniona. Uśmiechnąłem się. Sam dawno nie czułem się tak dobrze. Ciekawe jak zareaguje, gdy jutro rano powiem jej, że samolot do Stanów mamy już jutro wieczorem...